Szalupą przez Drogę Mleczną, czyli że wszyscy umrzemy

„Co czuje Ania, która włożyła rękę do zbiornika z kwasem solnym?
Na pewno nie dno.”

Internety, 2015.

Na samym czubku świerka za oborą, jak co roku siedzi kos, i sobie słodko śpiewa. Jest 21 marca, zmierzch, termometr mówi zero stopni, a on sobie śpiewa. Co tam zero stopni – z nieba siąpi uporczywa mżawka z farfoclami śniegu, podmuchy wiatru przeszukują kosowi kieszenie czarnej marynarki, a ten sukinsyn ŚPIEWA. Kanionkowi na złość śpiewa, żeby mi udowodnić, że absolutnie WSZYSCY są zadowoleni bez względu na ustrój, tylko ja mam zawsze jakiś problem.

Ale może akurat ten kos ma wyjątkowo dobrego dilera, bo inne małe tałatajstwo kłębiące się w krzakach żywopłotu nie wydaje się już takie zadowolone. “Gdzie jest, kurde, sierść Atosa”, pytają, “i z czego my teraz będziemy wykończeniówkę gniazd robić?”. Bo każdej wiosny sierść Atosa była. Wyczesywany trzema różnymi szczotkami, zimowy podszerstek turlał się puszystymi kłębami po podwórku i ulatywał z podmuchami wiatru, dostarczając materiału budulcowego ptakom i gryzoniom, a teraz nie ma. Bo jako Pies Udomowiony, Atos cały swój gruby sweter zrzucił nam na wykładzinę podłogową i ostatni ostry zator aorty odkurzacza miał miejsce gdzieś w lutym.

Oczywiście, że widziałam zaćmienie. Czy się cieszę? Nie wiem, bo jako psychastenik o niezintegrowanej osobowości labilnej emocjonalnie mam czasem problem z identyfikacją moich uczuć. A z radością to u mnie jest zwykle tak, że najpierw się cieszę szczerze jak koń, z zębami na wierzchu i na całego, a zaraz za chwilę sobie mówię: no i czego się głupia cieszysz, i tak wszyscy umrzemy. Pamiętam, jak pewnej nocy po raz pierwszy zobaczyłam Wielką Mgławicę w Orionie i Saturna z jego pierścieniami, przez amatorski teleskop astronomiczny Synta 8 (dawno temu kupiłam małżonkowi na urodziny), i choć mróz był okrutny, a teleskop wielkości pralki “Frania” musieliśmy wytachać z czwartego piętra bez windy i w częściach załadować do takiej małej improwizacji samochodu (kupiłam go za 1100 zł – było to auto z serii “i po opuszczeniu szyb nie dało się ich już podnieść”), wyjechać na jakieś bezludzie na tyle daleko od miasta, by nie było już widać pomarańczowej łuny na horyzoncie, nie zgubiliście się jeszcze?, to pomimo tego wszystkiego, gdy zobaczyłam pierwszą w życiu mgławicę, a chwilę później Saturna (w okularze teleskopu był wielkości ziarna grochu żółtego łuskanego), to byłam prawie tak przejęta, jak zapewne Armstrong, gdy otrzepywał z butów księżycowy pył.

Nie wiem, czy było to uniesienie typu religijnego, ale na pewno co najmniej kilkanaście razy wezwałam niektórych takich po imieniu nadaremno. I szarpałam małżonka za rękaw (zobacz szybko zobacz). I dopiero gdy mój zmarznięty na kość tyłek zaczął powoli sublimować do atmosfery, a palców u dłoni nie czułam już od dłuższego czasu, nastąpiła zwyczajowa oczywistość i tak zwane klapnięcie serniczka. Bo, pomyślałam sobie, ALE KANAŁ. One, te planety, jakiś pierdyliard kilometrów stąd, kręcą się w kółko od jakiegoś bazyliona lat, i generalnie w dupie mają uroczystą kretynkę z gilem, blaszaną tubą i zwierciadełkiem. A ja tu stoję na mrozie (wilki jakieś…), samochód w radosnym uniesieniu zaparkowałam tak, że grom wie jak wyjechać, oglądam Saturna wielkości grochu i się CIESZĘ, a przecież zaraz umrę. Nie wiem, czy ja to Państwu dobrze zobrazowałam. Ostatecznie możecie sobie kupić teleskop i sami się przekonać, jak to jest.

No ale do zaćmienia. Wiem, że zaćmienie już BYŁO, i że temat nieświeży jak żołnierskie buty, ale i tak Wam opowiem. No więc oglądaliśmy zjawisko przez odcinek piersiowy kręgosłupa małżonka, bo akurat był pod ręką, i nawet zrobiłam pożałowania godne fotki aparatem typu kompakt, gdy byłam jeszcze w fazie “ale się cieszę jak fajnie o rany”. Tu ujęcie przez filtr kręgu T6:

zaćmienie

A tu przez jakiś mięsień (jednak najlepiej widać przez płuca):

zaćmienie2

A tu już końcówka, chmurki jakieś się jeszcze załapały:

zaćmienie3

No i właśnie dzięki temu zaćmieniu znów doznałam chwilowego przypływu szczęścia, z tytułu że oto wielkie wydarzenie, no ale jako że mam już dość bogate doświadczenie w obserwacjach astronomicznych (jak na przeciętną idiotkę z Franią na montażu azymutalnym), dość szybko przeszłam z fazy “ojacie” do “i tak umrzemy”, a jeszcze przed niechybną śmiercią musieliśmy przecież lecieć robić gałęziówkę. W kąt więc rzuciwszy odcinek piersiowy małżonka chwyciliśmy piłę i siekierę (małżonek) oraz duży sekator ogrodowy i chusteczki i coś do picia i telefon w razie czego i jeszcze parę drobiazgów (ja), i pokonawszy kilometr z kawałkiem w głąb lasu byliśmy już na placu boju, i to tyle o zaćmieniu.

Placyków do obrobienia jest kilka, może sześć, ale na wszystkie to życia przed śmiercią nam nie starczy, a już na pewno nie wyrobimy się do jesieni, więc ustaliliśmy, że zrobimy jeden, góra dwa. O czym ja w ogóle opowiadam? O zbieraniu gałęzi pozostałych po wycince drzew przeprowadzonej przez Lasy Państwowe. Zbieranie gałęzi brzmi niemalże słodko i nie zdziwię się, jeśli czytając to, wyobrazicie sobie drepczącą po lesie babulinkę zbierającą chrust, obowiązkowo w kwiecistej chustce na głowie. Ale niestety nic z tych rzeczy. Musicie sobie wyobrazić pobojowisko po wycince i zrywce kilkunastometrowych pni – głębokie koleiny po kołach ciągników, plątaninę gałęzi koron ściętych drzew, połamane drzewka o niehandlowej średnicy pnia, a wszystko to w zwałach i kupach, albo porozrzucone gdzie bądź, tak jak spadło.

Po dotarciu na pierwsze „oczko” i wstępnych oględzinach miejsca pracy przyszła mi do głowy taka metafora. Że w lesie wielkie maszyny, ciągniki, dźwigi i wyciągarki, są jak drapieżniki, które polują na grubego zwierza. Gdy już wezmą co chciały, tłuste tusze swych ofiar zaciągnąwszy w jakieś odległe kryjówki, przychodzimy my, padlinożercy, by żerować na resztkach. I z tym romantycznym nastawieniem rzuciłam się w tak zwany wir pracy, a dokładniej w gąszcze. I powiem Wam, że już po niespełna godzinie, gdy po raz ętsiąty wykręciłam sobie kostkę, strzeliłam gałęzią w twarz, nadziałam łydką na sterczący z pnia ostry kikucik gałęzi, poczułam w plecach ciężar którejś z kolei “gałązki” grubości mojej nogi i potknęłam o Bóg wie co, wszystkie metafory poszły mi się czesać. I jakoś tak spontanicznie zastąpiły je inne, bardziej swojskie określenia ludzkiej niedoli i wyrazy uznania dla złośliwości losu. Dlatego powiadam Wam, nie spoglądajcie z góry na klnącego murarza czy hydraulika, albowiem praca fizyczna jest tylko wtedy romantyczna, gdy się na nią z boku patrzy i piórem marki Parker opisuje. I daję słowo – po roku pracy przy gałęziówce moje umiejętności w zakresie budowy zdań złożonych i wyrażania emocji skurczyłyby się do “dej mie szluga bo mie chuj strzeli”.

Za to po jaśniejszej stronie księżyca… Naleśniki na kozim mleku wyglądają tak:

naleśniki

nadziany

Kozie mleko w słoikach tak:

mleko Tradycji1

mleko Tradycji

(Widzisz Ciocia? Mówisz i masz – nawet półtora litra!)

A mleko, które produkuje Tradycja, po schłodzeniu w lodówce smakuje jak lody śmietankowe. No dobra, nie jest AŻ TAK słodkie, ale zdecydowanie ma posmak śmietankowy. I jeśli chodzi o samo mleko, to nadal jestem zachwycona, nawet pomimo świadomości tego, że wszyscy umrzemy. Jeśli zaś chodzi o dojenie… Czy wiecie, że aby uzyskać litr mleka od Tradycji, dojarka musi wykonać około ośmiuset ściśnięć palcami jednej dłoni (bo lewą jeszcze nie potrafi)? Liczę na to, że zaskoczone nową sytuacją mięśnie palców i śródręcza przywykną do tej pracy zanim całkiem zetrę sobie szkliwo z trzonowców. No i nadal czuję się jakoś dziwnie przy tym dojeniu. Jak złodziej i ostatni łachudra. Koza stoi spokojnie, dopóki owies w wiaderku się nie skończy, a ja doję i patrzę, jak na powierzchni przybywającego w szklance mleka tworzy się puszysta pianka. I myślę, że to nie moje mleko, i nie moja pianka, i że jestem świnia. Czy do tego też się przywyka?

Wróćmy może na tę jaśniejszą stronę. Maluchy mają już dwa tygodnie i choć wciąż są maluchami, to zmiany w ich życiu zachodzą bardzo szybko. Od kilku już dni mogą powiedzieć, że funkcjonują w kozim stadzie:

małe ziokołki2

małe ziokołki3

małe ziokołki

Wyrosły im ząbki ostre jak żyletki (może i jestem świnią, ale przynajmniej nie gryzę Ziokołka po cyckach) i coraz częściej memłają w pyszczkach siano udając, że żują. Pozwalają sobie na utratę kontaktu wzrokowego z matką, choć siebie nawzajem raczej pilnują, a reszta stada jeśli ich nie uwielbia, to przynajmniej toleruje. Zresztą, sami zobaczcie:

I może wyjaśnię kilka kwestii – Atos wystąpił tym razem nie w skarpetkach (mam ograniczoną ilość skarpetek do zdarcia, a muszą zostać choć ze trzy pary dla mnie), tylko w dżinsowych onucach. Dżins wzmocniony w strategicznych miejscach srebrną taśmą sprawdza się całkiem nieźle.
Film kończy się bez sensu, dokładnie w tym momencie, w którym skończyło się wolne miejsce na karcie pamięci aparatu foto. Taki zbieg okoliczności. A Irena tylko żartowała i nikomu włos z koziej głowy nie spadł.

Aha, zaczęliśmy już budowę stanowiska do dojenia. Konstrukcja wyglądająca jak skrzyżowanie szafotu z okienkiem makdrajwa stanie w odosobnionym miejscu, a dokładnie w drugiej części obory, w starym chlewiku. Chlewik służył Cebulackim za składzik gratów i jeszcze przedwczoraj wyglądał tak:

cebulowy kącik

A obecnie jest wysprzątany i znajduje się już w nim część materiałów na szafot. Znaczy dojalnicę. Podest ten taki. Gdy będzie gotowy, zrobię zdjęcia z udziałem modelki i wszystko stanie się jasne.

I to tyle na dziś. Nadal brnę z mozołem przez liczne materiały dotyczące mleka koziego i jego przetworów. I widzę, że tak jak w każdym innym temacie, muszę uważnie przesiewać dane przez cedzak bełkotu. Wiedzieliście na przykład, że na wierzchu mleka stojącego w lodówce (np. jedną dobę) nie zbiera się śmietanka, tylko DROŻDŻE? Dawca tej elektryzującej informacji, poproszony o rozwinięcie, lub choć podstawy naukowe takiego twierdzenia, wykręcił się sianem, owinął w bawełnę i niewykluczone, że jadąc wierzchem na kocie uciekł do Meksyku. Ale już informacja o tym, że masło zrobione ze śmietanki z mleka koziego jest białe, ponieważ tłuszcz zawarty w kozim mleku nie absorbuje karotenu, jest prawdziwa. Sery dojrzewające to jest temat, oględnie ujmując, obszerny. Przede mną ocean wiedzy, a szalupa czasu niewielka. Wiosłuję jak szalona.

PS. Wymyśliłam w końcu nazwy działów tematycznych na Forum Obory Kanionka, i przy okazji wyszedł mały problem, nad którym znów będzie się biedził małżonek. Gdybyście się kiedykolwiek w życiu śmiertelnie nudzili, to bierzcie przykład ze mnie i zamiast układać puzzle, czy liczyć autobusy w zajezdni – kupcie sobie kozę. Jedna wystarczy, słowo gwiezdnego żeglarza z cedzakiem na głowie.

PPS. Jak widać, słychać i czuć, mój nadajnik nieuzasadnionego optymizmu wciąż jeszcze nie działa prawidłowo, i kręcenie gałką przy odbiorniku nic nie da. Dostałam od Was trzy sympatyczne upominki, ale nie zaprezentuję ich przecież w towarzystwie gila, cedzaka i metafory z padlinożercą. Jeśli zaś chodzi o imiona koźlątek, to sukces jest, że tak powiem, połowiczny, czyli chłopak nadal biega taki jakiś nienazwany, jak – nie przymierzając – mój nastrój.

Nie będzie kabaretu, będzie chór, czyli dzisiaj film i miski

Mili Państwo, na pysk padam. Dzisiaj będzie tylko filmik (wiadomo z kim) oraz nowe miski na wodę, do których małżonek wykonał solidne uchwyty. Zdjęcie będzie jedno, bo michę wiszącą na porodówce widać na filmie. Aha, no i nie wytrzymałam i wydoiłam dziś pół szklanki mleka dla siebie, żeby spróbować Tradycyjnej Jakości. Zaznaczam, że nigdy wcześniej mleka koziego nie piłam, nawet takiego z kartonu, a z kozich serów zjadłam tylko dwa plasterki u hodowcy, od którego kupiłam Tradycję, więc nie miałam ani żadnych oczekiwań, ani uprzedzeń. No i co ja Wam mogę powiedzieć? Mleko pachnie i smakuje mlekiem. Bardzo mlecznym mlekiem, bo w kilka dni po porodzie koza wciąż produkuje mleko bogate w substancje odżywcze. I choć było dojone na porodówce, nie ma w nim zapachu ani kozła, ani kozy, ani koziarni, co ja poradzę. Może wpływ na walory smakowe mleka ma rasa kozy, może każda koza daje mleko o innym smaku, a może nie bez znaczenia jest ogólny poziom czystości w koziarni? Nie wiem. Wypiłam na razie ledwie pół szklanki, od jedynej obecnie dojnej kozy, więc trudno to nazwać bogatym doświadczeniem.

No to co – najpierw micha, potem film, a ja idę zagniatać ciasto na placki do pizzy.

micha