Wyrzuć pranie, wywieś śmieci, czyli o Kopciuszku

(…)

czarne zastępy dusz tną więzy do ran

czarne zastępy dusz kpią z marności ciał

czarne zastępy dusz tną więzy swe do ran”

Fragment utworu „Czarne zastępy” z albumu „666” grupy Kat, 1986

No tak, Czarne Zastępy to sobie mogą więzy ciąć, bo najwyraźniej mają po co, a ja? Ja i tak daleko nie ucieknę (Gwiazdolot zgubił kilkadziesiąt litrów paliwa, a poza tym strach nim gdzieś jechać, bo lada moment może zgubić całą podłogę), i jedyne co tnę, to samą siebie. Znów sobie wbiłam nóż w stopę, znów w prawą, choć tym razem nie w mały palec, a tak zwyczajnie, w grzbiet. A później rozcięłam sobie palec u dłoni ostrą krawędzią wieczka od puszki. Taka ze mnie cięta baba.

.

I tak sobie dzisiaj stoję i myślę, że pewnie zaglądacie na ”kanionka” i sobie w duchu narzekacie, że Kanionek to świnia i nic dla Was nie pisze, i tu się bardzo mylicie, bo ja dla Was CIĄGLE coś piszę, codziennie wręcz, całymi godzinami – piszę, gdy stoję i doję, piszę, gdy stoję i mieszam ser, piszę, gdy stoję i zmywam gary, a nawet wtedy, gdy stoję i ostrzę kosę, no ciągle piszę!

.

O, albo kilka dni temu, gdy miałam sposobność usiąść na dziesięć minut, bo małżonek miał mi podciąć zmęczone życiem włosy, i pyta mnie ile ma podciąć, żeby to się dla nas wszystkich źle nie skończyło, a ja mu mówię, że no tyle, żeby te najdłuższe postrzępione fifraki zrównały się z tymi najkrótszymi postrzępionymi fifrakami, a on mi na to, że czy ty sobie zdajesz sprawę Kanionek, że to będzie TYLE, i tu pokazuje między dłońmi odległość dzielącą Gdańsk od Warszawy, a ja przełykam tę gorzką pigułę rozgoryczenia, bo ja nie mam czasu włosów czesać, tylko je szarpię grzebieniem jak kura pazurem, i podczas gdy małżonek cały spięty i na wstrzymanym oddechu tnie te moje włosy, to ja właśnie wtedy siedzę i piszę dla Was wpis o tym, jakie to niesprawiedliwe, że włosy jednak odrastają, a zęby to NIGDY, chyba że u rekina, i że w związku z powyższym musiałam się niedawno udać do dentysty, cała taka w trybie last minute, czyli rozczochrana i pomięta, prosto od kóz, i dopiero w gabinecie się zorientowałam, że przecież jestem boso, a małżonek odjechał z „butami awaryjnymi” szukać miejsca do zaparkowania, i mówię temu dentyście, że przepraszam, ale małżonek ma moje buty w bagażniku, a jemu, temu stomatologu, to nawet powieka nie drgnęła, i cokolwiek tam sobie w głowie myślał, to nie dał po sobie poznać, tylko z godnością osobistą zabrał się za oględziny mojej ósemki.

.

No i ja tak dla Was dużo i często piszę. Tylko gdy padam w nocy do łóżka to się okazuje, że to mi się nigdzie nie zarejestrowało, i że już nie pamiętam, co Wam za dnia napisałam, i dochodzę do wniosku, że nie bądźcie leniwi i sami przejmijcie inicjatywę: kupcie na bazarze stary, radziecki podręcznik z rodzaju „Telepatia dla opornych” (no i tutaj jest tak zwane NAJGORZEJ, bo kto dziś mówi po rosyjsku, ale może Kachna się poświęci i Wam przetłumaczy?), i już! Codziennie najnowsze wieści, wystarczy się podłączyć pod kanał „Kanionek Live – Wireless Technology – Telepathy Edition – Sponsored by Chruszczow & Telepaszczow”, i mówię Wam, że nie pożałujecie tego wysiłku umysłowego, bo ja tyle, O TYLE codziennie piszę w mojej głowie! Oczywiście obiecuję, że gdy będę na kanałowym leczeniu ósemki, to wyłączę przekaz, zatkam kanał, zablokuję czakrę, czy jak to się tam fachowo nazywa, bo nie każdy lubi sado-maso, a ja chyba się zdecyduję bez znieczulenia, bo jak mnie poprzednim razem pan doktor znieczulił, to przez sześć godzin miałam tak drewniany pysk, że jak mi kapało na stół, to bez lusterka nie wiedziałam czy płaczę, ślinię się, czy może z nosa mi cieknie. I na końcu się okazało, że jednak się śliniłam, pewnie z głodu, bo do dentysty pojechałam z pustym żołądkiem, a po znieczuleniu bałam się jeść i całkiem słusznie, gdyż NA SAMYM KOŃCU się okazało, że podczas każdej wymiany zdań z małżonkiem wygryzałam sobie bezwiednie kolejny kawałek wewnętrznej części policzka.

.

Oczywiście rozumiem, że potrzebujecie trochę czasu na trening z tą telepatią, więc dziś jeszcze wersja tradycyjna, pisana na ekranie:

Pisałam Wam kiedyś o tym, jak to na wsi zmieniają się marzenia i priorytety. Moje marzenie od wielu tygodni jest takie, że chciałabym sobie pognić w łóżku. Co tam pognić – ja bym najchętniej zgniła doszczętnie, do cna i do szpiku kości. Leżałabym sobie i tak pięknie gniła, ale to tak umiejętnie i profesjonalnie, że przyjeżdżałyby do mnie różne gazety i czasopisma, i pisałyby potem: „Lekarze jej nienawidzą! Kobieta zgniła za życia i nie chce się z tego leczyć”, no ale nici ze sławy i spektakularnej kariery, bo przecież mam jeszcze PRIORYTETY, czyli zwierzątka. No więc gnici z nicia, tu trzeba codziennie zapierdalać na trasie koziarnia-kuchnia-koziarnia i słońca nie oglądać. I podczas gdy inni zajmują się tym:

.

.

Ja tulę do piersi swoje wielkie marzenie, i cicho łkam w Bożeny szyję, że jeszcze chociaż książkę bym w życiu chciała. Nie, nie napisać. Przeczytać.

.

A gdy raz na tydzień przyjdzie do mnie wolne pięć minut i wywlokę blady kadłub na światło dzienne, na soczystą trawkę, gdy w końcu posadzę bladą rzyć na nagrzanej słońcem oponie, to też nie odpocznę, bo mnie zaraz to całe robactwo oblezie:

.

Jednak ten tytułowy „Kopciuszek” to nie o mnie, bo Kopciuszek był młody, ładny, miał niezwykle sympatyczną osobowość i jakieś perspektywy na dalszą część życia, tak że nie, zdecydowanie nie o mnie. Kopciuszkiem nazwałam ser z popiołem, taki o:

.

A tu jego bliska kuzynka, Lawendowa Fantazja:

.

No i nie oszukujmy się, to nie jest żaden tam nowy ser, tylko stary, dobry ser „Ziokołek”, jedynie wzbogacony estetycznie, przełamany intrygującym akcentem tajemniczej czerni, kontrastującej z niewinną bielą sera niczym ja z prawdziwym Kopciuszkiem. A Lawendowa Fantazja z popiołem, uwędzona i później jeszcze lekko stopiona na patelni…

.

Tak, ja już kiedyś pisałam, że jestem profanem i człowiekiem zgoła prostym – lubię takie tłuste, konkretne jedzenie, najlepiej usmażone/zgrillowane/zapieczone na śmierć. Kwiaty lawendy po tych wszystkich zabiegach dokonanych na serze smakują jak coś pomiędzy miętą, szałwią, a nie wiem czym, albo po prostu jak kwiaty lawendy, których przed epoką sera marki „Ziokołek” nie miałam okazji jeść, no w każdym razie jest to smak intrygujący i wniósł ożywczy powiew czegoś nowego do moich nudnych kanapek.

.

Ach tak, obiecałam że zrobię coś w rodzaju oferty, że napiszę jakie robię sery i dlaczego właśnie moje są najlepsze na świecie, no ale jeszcze nie zdążyłam, bo jeszcze wielu innych rzeczy nie zdążyłam, bo jestem w ciągłym biegu i mentalnym kociokwiku, i gdy mówię do małżonka, że ja muszę jeszcze to i tamto, więc czy on mógłby wyrzucić pranie i wywiesić śmieci, to on nawet nie pyta czy ze mną wszystko w porządku, tylko idzie zrobić to co mówię, a raczej dokładnie na odwrót. Choć czasem jednak nie nadąża, jak wtedy gdy wróciłam zdyszana z garażu, w którym przez godzinę oddzielałam ziarno od plew (a dokładniej: wybierałam z owsa kamienie, więc jednak mam coś wspólnego z Kopciuszkiem), i mówię do małżonka:

.

– Słuchaj, weź packę albo siekierę, czy coś, i idź do garażu, bo tam się wielki skorpion kręci, coś tam maca po deskach i pewnie będzie chciał gniazdo zakładać, a ja się tego świństwa brzydzę i boję.
–  Skorpion?
–  Co?
–  Ja-ki skor-pion? – małżonek pyta wymawiając słowa powoli i wyraźnie.
–  Jaki kurde skorpion!?
–  No powiedziałaś, że skorpion w garażu gniazdo robi.
–  Nie no, jaki skorpion, przecież mówię, że świerszcz. Wielki. Znaczy SZERSZEŃ, przecież to oczywiste, że szerszeń!

Faceci to jednak naprawdę są niedomyślni.

A teraz Państwo wybaczą, ale zbliża się północ i muszę znikać (czyżby jednak Kopciuszek?), i tu nawet nie chodzi o to, że gary mam jeszcze niepozmywane, a ser dojrzewający w piwnicy sam się na plecy nie przewróci, nie. Tu chodzi o statystyki, bo po północy będzie już pierwszy dzień lipca, no i jak to będzie wyglądało, że w czerwcu ani jednego wpisu, prawda? No więc całą resztę opowiem Wam w lipcu – o kurach, kurniku i małych kurczakach, o ławce wierzbowej, o Taborecie i jego cyckach, i o tym co oprócz sera dla Was uwarzyłam.