Czekając na sobotę, czyli portret artysty jako młodego mężczyzny

“Ogień wolno gasł, wiatr w kominie mielił dym.
Czarodziejski dom mówi do mnie…
Za oknami chłód
Starodawnych duchów nocy.
Nie otwieraj drzwi…
Nie otwieraj, nie otwieraj…
Nie otwieraj bramy mroku!

Lodowaty cień mojej dłoni zmieniał kształt.
Czasem owcą był, czasem wilkiem.
Odwróciłem twarz na srebrzystobiały księżyc.
Biały księżyc! Biały księżyc!

(…)
W srebrnej poświacie szła…
Dziewczęcy duch Bogini Ziemi”

Fragment utworu “Legenda wyśniona” z albumu “Ballady” grupy KAT, 1994.

Do posłuchania tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=k1D-jnw0MSM

Dość często serwuję Wam urywki twórczości Romana Kostrzewskiego (wokalista grupy KAT, autor wielu kompozycji i większości tekstów), choć nigdy nie namawiam do słuchania, prawda? Tym razem jednak zrobię wyjątek i będę namawiać, bo “Legenda wyśniona” to nastrojowa ballada, a ballady, nawet metalowe, są bezpieczne dla większości przedstawicieli gatunku ludzkiego (czyli nie rozerwie Wam głowy na tysiąc rozedrganych kawałków, ani nie zasieje w sercach ziarna kultu Szatana; nie zaczniecie po jednokrotnym przesłuchaniu palić, gwałcić ani mordować, więc zróbcie mi tę przyjemność i posłuchajcie).

I co? Ładnie pan Roman śpiewa, prawda? Jeszcze przyjemniej się tego słucha wieczorem, w starym domu, gdy za oknem czarna, rozgwieżdżona noc, w piecu huczy, a puszczyk śmieje się jak pijany do tego srebrzystego księżyca. Jak wygląda “dziewczęcy duch bogini ziemi” to możemy sobie tylko powyobrażać, za to jak wygląda duch starego człowieka z półpaścem to już Wam pokazuję:

pan z taczka pan z weglem

Jak widzicie, nie dla mnie srebrne poświaty i inne święte insygnia. Zdarza mi się co prawda występować w towarzystwie srebrzystoszarego obłoczka wirującego pyłu, ale to tylko w słoneczne dni, gdy opróżniam wiaderko z popiołem, a wiatr niespodziewanie zmieni kierunek na wmordewind. Jaka bogini, taki mistycyzm. I naprawdę nie ma sensu się ładnie ubierać, gdy ma się pod opieką drób, psy, koty, kozy i piec centralnego ogrzewania karmiony węglem.

piec

Okazuje się zresztą, że nie mam po co się ładnie ubierać nawet poza gospodarstwem, czego dowiodła mi elegancka pani z dzieckiem w Biedronce. To było tego dnia, gdy urodził się Wirus, a ja miałam zaplanowany spacer z półpaścem do przychodni, a ponieważ kozie porody są dla mnie ważniejsze niż wyględność mojego pyska, wolałam sapać razem z Tradycją, zamiast rysować sobie brwi i usta, których nie mam. Innymi słowy – zabrakło mi czasu na próżność i pojechałam do miasta bez makijażu. No i zaraz po tym, jak musiałam się obnażyć przed skonfundowanym chirurgiem, wpadliśmy do apteki, a później jeszcze do Biedronki po cokolwiek do jedzenia.

W sklepie rozdzieliliśmy się, to znaczy ja praktycznie stałam w miejscu, tocząc wokół mętnym wzrokiem i używając wózka na zakupy jak balkonika rehabilitacyjnego, a małżonek miotał się gdzieś pomiędzy nabiałem a mrożonkami. Gdy już powrzucał co trzeba do mojego balkonika i ruszył po coś tam, co miało być ostatnie, pomyślałam, że przemieszczę się może w kierunku kasy i zajmę kolejkę, to będzie szybciej. Zapewne wiecie jak to jest w godzinach szczytu lawirować z tą wielką landarą pomiędzy regałami, w alejkach wypełnionych ludźmi. Tuż przed upatrzonym ogonkiem kolejki, na drodze mojego balkonika wyrosło jakieś dziecko, skutecznie blokując ruch kołowy. I już chciałam wyartykułować wątłe “przepraszam”, albo inne osłabione gorączką “ekhem”, gdy wystrojona i wypachniona matka dziecięcia dostrzegła moją smętnie zwisającą z koszyka postać, i szarpnąwszy potomka za rękaw kurtki wypowiedziała te znamienne słowa: “No uważaj, odsuń się, BO CIĘ PAN KOSZYKIEM ROZJEDZIE”.

Na wszystkie srebrzyste boginie ziemi przysięgam, że po raz pierwszy od przynajmniej tygodnia się roześmiałam. Nie no, nie żeby zaraz tak ekstrawertycznie, na głos, bo nawet gdy nie jestem osłabiona półpaścem rzadko pozwalam sobie na niekontrolowane wybuchy radości w miejscach publicznych; jestem raczej jak Kłapouchy i zawsze ostrożnie zakładam, że i tak będzie padał deszcz, więc z czego tu się śmiać, prawda. No więc tak tylko w sobie się uśmiałam, bo rozumiecie, to już drugi raz w moim życiu, choć za pierwszym razem przyszło mi być “młodzieńcem”, no ale teraz wiadomo, się POSTARZAŁEM. No ale ja tu odgrzewam jakieś stare historie, a wszyscy czekają na najnowsze owieczki, więc przejdźmy do tytułowej soboty.

Ludzkie nieszczęścia często biorą się z niewiedzy. Na przykład: nie wiesz, że opary benzyny są łatwopalne, więc zaglądasz do kanistra przyświecając sobie zapałką, i bum! Już cię nie ma. Straszna tragedia. Albo na przykład nie wiesz, że twoje owce rodzą tylko w soboty, więc gdy jedna już urodziła, a druga nie, to chodzisz nerwowa cały tydzień, zaglądając owcy pod ogon (ale bez zapałki) i wymyślając tysiąc straszliwych powodów, dla których ona jeszcze nie urodziła, podczas gdy prawdziwy powód jest tylko jeden: twoje owce rodzą w soboty. I gdy już wyhodowałaś sobie kilka nowych wrzodów w żołądku i napędziłaś strachu ludziom niewinnym (to o Was), nadchodzi sobota i twoja owca oczywiście rodzi, i wszystko dobrze się kończy, choć ty jesteś wykończona.

I tak właśnie w sobotę trzynastego lutego Doktor Ekspert urodziła dwie śliskie makrelki:

take brzydke to nie moje dobra jednak moje Misery Moira i Misery

Tak, wyglądały okropnie. Teraz są już bardziej podobne do jagniąt, ale nie mam aktualnych zdjęć, ponieważ pogoda jest pod zdechłym śledziem (mży, ziębi, niebo zasnute chmurami, wszystko zimne i oślizgłe) i zdjęcia wychodzą rozmazane z powodu braku światła. Mam za to garść filmów krótkometrażowych (mój aparat żyje własnym życiem i wyłącza się, kiedy mu się żywnie podoba), też sprzed tygodnia:



Wracając zaś do starego człowieka z półpaścem – kilka dni temu poczułam się dobrze. Wręcz świetnie. Pamiętacie, jaki sposób na dobre samopoczucie miał Al Bundy? Założyć rano za ciasne buty, a wieczorem je zdjąć i poczuć się po prostu cudownie. Z chorowaniem jest podobnie (no może minus fakt, że nie możemy sami zdecydować, kiedy zdejmiemy te cholerne buty z gorączką, bólem i ogólnym wkurwem), czyli najpierw czujemy się paskudnie i wydaje nam się, że to trwa całe wieki i na pewno już NIGDY nie będzie nam dobrze, po czym nadchodzi ten dzień, gdy czujemy się lepiej i porywa nas fala optymizmu i nadziei na przyszłość. No więc właśnie taka fala porwała mnie kilka dni temu i wyrzuciła u progu łazienki, którą poczułam się w obowiązku gruntownie wyszorować, odkurzyć ściany ze starych pajęczyn, zrobić kilka pralek prania i zajrzeć we wszystkie obrzydliwe zakamarki, które najczęściej udaję, że nie istnieją. Wczoraj, na fali tego samego przypływu optymizmu, poodkurzałam chatę, umyłam podłogę w kuchni, wyszorowałam kuchenkę i zrobiłam małe porządki w spiżarce, i jeszcze coś tam, a później coś tam, zwierzaki, palenie w piecu, podwiązałam też w kilku miejscach rynnę zbierającą wodę z dachu drewutni, bo blaszane uchwyty się wzięły i odłamały, więc woda ściekała na kupkę niepociętego jeszcze drewna, a na koniec załatałam dziury wyszarpane przez Pimpacego i Mająca w siatce małego wybiegu i… Coś mi się skończyło w dolnym odcinku pleców po prawej stronie. Może ten optymizm, albo inna delikatna tkanka.

No więc mam bardzo czystą łazienkę, do której ledwie jestem w stanie dojść, a oprócz tego stan podgorączkowy i szumy we łbie. Mówię Wam, większość ludzkich nieszczęść bierze się z braku wiedzy, a reszta z popierdolonych wybuchów entuzjazmu i chorych ambicji. Przy pomocy szmaty, odkurzacza i kawałka stalowego drutu otworzyłam bramę mroku, i znów widzę tylko ciemność. I ani śladu skrzydlatych węży – serio, ilość kodeiny zawarta w Solpadeinie jest jak dla mnie po prostu zbyt mała.

PS. Och, zgadnijcie. Budzę się dzisiaj i coś pulsuje na mojej górnej wardze. Piękna, wiosenna opryszczka. To by tłumaczyło wczorajszy stan podgorączkowy – zawsze mam objawy przeziębienia przed opryszczką. Podsumujmy: lewa pięta, lewy łokieć i dogorywający półpasiec (ale jeszcze potrafi zdrowo kopnąć), z prawej strony: ból w dole pleców (z gatunku “nie ruszaj nogą, bo odpadnie ci głowa”), no i opryszczka. Serio, co do nędzy?! To tak, jakby organizm chciał mi coś powiedzieć. Coś jakby: weź się w końcu w garść i umrzyj, bo przynosisz wstyd gatunkowi. (Dobra, poczekam jeszcze trochę, ale przysięgam, jeśli coś mi zgnije, albo ODPADNIE, to bujam się stąd).

to ja lece

1 2