Przez twą otyłość gaśnie nasza miłość, czyli o Jasiu i Małgosi

A przez kalectwo Kanionka gaśnie wizja ukończenia pastucha przed nadejściem listopada, ale o tym później.

Po czym poznać, że samiec jest gotowy do rozpłodu? Po tym, że chodzi za człowiekiem i mówi: „A Kanionek też by mógł mieć takiego małego Kanionka. I by tak sobie z nim wszędzie chodził, i by sobie opowiadali te wszystkie dziwne historie, i łapką grzebuską by sobie robili tak o -”, i tu pokazuje gest do złudzenia przypominający grzebanie w śmietniku, co zresztą mnie nie dziwi, bo niby z czego ja bym miała utrzymać tego małego Kanionka, skoro do jednego to się nawet pięćset plus nie należy? Poza tym jestem za stara, a przecież planujemy jeszcze konika polskiego, i tu się już po prostu nikt więcej nie zmieści.

Bożena za to zdaje się nie mieć żadnych trosk materialnych i zupełnie nie bierze sobie do głowy, że przecież jest praktycznie W MOIM WIEKU, bo ledwie jej świeżo z betoniarki wypuszczone dzieci skończyły dwa tygodnie, a Bożena już suszy zęby do Pacanka, już merda zachęcająco ogonkiem, a nawet ryczy ochryple i nagląco. Już kilka razy dałam się nabrać, że coś się stało dzieciakom, i leciałam jak durna z trwogą w sercu, że może któreś się w drut pastucha zaplątało, albo do stawu niechcący wskoczyło, albo cokolwiek, a się okazało, że dzieci całe i zdrowe, tylko starej na umyśle coraz gorzej. A tak przy okazji – prawomocnym wyrokiem wydanym przez córkę Beci, najmłodsza córka Bożeny nazywa się Małgosia, a jej brat, naturalną rzeczy koleją, Jaś. Pokazałabym Wam, jak pulchne już mają odnóża, ale ciągle pada i nie robiłam zdjęć w plenerze.

A tymczasem… Z Dzienniczka Dzielnego Berfutera: „14 października 2016. Szron jest zły i gryzie w stopy. To znaczy – żebyśmy się źle nie zrozumieli – na początku jest bardzo fajnie, bo trawa chrupie pod nogami. Po kilku minutach jednak już nie wiadomo, czy chrupie, bo nic nie czuć. Oprócz potwornego zimna”. Tak więc pierwszy spacer po przymrozku minus cztery mamy za sobą, i bardzo jestem z siebie dumna, tym bardziej, że nawet naturalni berfuterzy wymiękli i izolowali się od podłoża studwudziestocentymetrową warstwą słomy:

mi-tez zimno

A okna brudne, bo szyby noszą ślady dramatycznych wydarzeń, to jest prób dostania się do środka przez pięć wkurzonych kotów (Szczurokocię spało w domu i przymrozek onego nie zaskoczył). Za to zakupy i załatwianie spraw w mieście przy trzech stopniach na plusie to pikuś – miejskie chodniki są dziwnie ciepłe, nawet o tej porze roku, a poza tym co chwilę się wchodzi do ogrzewanych biur i sklepów, a później do samochodu, więc naprawdę. Zmarzłam lekko jedynie na okoliczność kupowania kapusty i buraków, które musieliśmy sami pakować w worki, a pani je bardzo długo ważyła, na wadze po którą najpierw musiała gdzieś pójść, a my w tym czasie poznaliśmy Pusię, czyli pieska dwa razy mniejszego od naszej Pusi, czyli w sumie taką Półpusię. Półpusia też była bosa, goła i wesoła, i tak się razem trzęsłyśmy z zimna na tej betonowej posadzce warzywnego magazynu, w oczekiwaniu na elektroniczną wagę, która miała być bardziej dokładna, niż zwykła na odważniki. Po marchew pojedziemy innym razem, bo małżonek mówi, że więcej niż 150 kg plus nas dwoje to Gwiazdolot mógłby już nie zdzierżyć. No i tak sobie myślę, że do pierwszego śniegu spokojnie dojdę boso, a później to nie wiem – mokasyny sobie z Lucka uszyję, czy coś.

No i taka byłam super i ekstra, dumna z siebie jak polska szynka na eksporcie, a już dziewiętnastego piździernika, czyli w środę wieczorem, leżałam grzecznie i cierpiałam, opłakując moją lewą nogę, do której zdążyłam się w ciągu tych czterdziestu dwóch lat przyzwyczaić, a tu nagle ból z centrum lewego pośladka, promieniujący przez udo do kolana, i nieodparte wrażenie, że noga gnije i zaraz odpadnie, a za ścianą małżonek oglądał film o BOBRACH ZOMBIE, i też płakał, tyle że ze śmiechu, bo właśnie bóbr zombie urżnął komuś nogę w pachwinie. Taka znieczulica. No więc sprawdziłam, bo bez doświadczenia nie ma pewności, czy przypadkiem nalewka orzechowa od Moniki nie pomaga w przypadku utraty nogi, no i nie pomaga, ale za to świetnie leczy ból samotności po dwunastu latach małżeństwa (małżonek twierdzi, że bobry leczą lepiej, ale on zawsze miał dziwny gust, co najlepiej widać po jego certyfikacie małżeństwa). A jeszcze tego samego dnia, zaledwie kilka godzin wcześniej, było tak:


I może od razu powiem, że to nie jest prawidłowa technika koszenia, ale taką trzeba przyjąć, gdy się ma do czynienia z ugorem niekoszonym przez kilka lat, na którym krety i dziki urządziły sobie park rozrywki, a do tego jest późny piździernik, badyle suche i twarde, a najniższą warstwę poszycia stanowią mokre dywany traw poległych. No więc takie coś kosi się tak, jak pokazałam, czyli na dobrą sprawę się te zarośla szlachtuje, obowiązkowo z zaciętą miną rzeźnika-psychopaty. Zamordowaliśmy w ten sposób już 450 metrów bieżących pasa pod epastucha, o szerokości około dwóch metrów, a jadalny urobek woziliśmy taczką na tę drugą, już ogrodzoną łąkę, z której kozy już wyjadły co lepsze, a nawet i co gorsze, i każdą taczkę zielonego z zagranicy przyjmują z wdzięcznością godną obozu uchodźców, a zamiast smartfonów dostają dynię:

dynia-z-hydroforem

To brzydkie niebieskie obok dyni to nasz stary hydrofor, który wcale nie jest stary, bo ma dopiero trzy lata i już raz o nim pisałam, gdy mu puścił worek, no ale teraz jest stary, bo zastąpił go nowy, który nie sika wodą przez dziurkę w przerdzewiałym kołnierzu, a stary sikał i zdążył zalać połowę podłogi w piwnicy, zanim się zorientowaliśmy. O, jak się naprawdę dobrze przyjrzycie, to zobaczycie, jak sika:

neptun-naszej-piwnicy

Całkiem jak ten facet na gdańskiej starówce. Chociaż nie, Neptun chyba nie sika z kołnierza.

Nowy hydrofor jest tak ze trzy razy mniejszy, bo jak małżonek zaczął szukać części zamiennych do tego starego, to się okazało, że taniej wyjdzie kupić mniejszy hydrofor, a jeśli one mają się psuć co trzy lata, to z małym zawsze wygodniej wyjść z piwnicy, niż z taką beczką jak na zdjęciu.

No ale wróćmy do mojej nogi, bo wszystko wszystkim, ale wiadomo, że Was najbardziej interesuje CO ZE MNĄ. No więc ze środy na czwartek prawie wcale nie spałam, trochę z bólu, ale bardziej z tych nerwów, że co to będzie, jak ja rano w ogóle nie wstanę? I – na przykład – nie będę tak dalej wstawać, może nawet przez tydzień? Na szczęście się okazało, że wstać mogę, tylko siedzieć nie. No więc sobie na stojąco, przy kawie, oceniłam status quo i skupiłam się na pozytywach, bo tak podobno trzeba, żeby nie zwariować. No więc pozytyw pierwszy jest taki, że dobrze, że to noga, a nie ręka, bo przynajmniej kozy mogę doić i ser zrobić. I bardzo dobrze, że mogę stać, bo kozy wydoję, ser zrobię, i nawet coś do żarcia ugotuję (nie no, ja nie mówię, że małżonek źle gotuje. JEMU smakuje, a to już przecież cała połowa sukcesu). Trzeciego pozytywu nie znalazłam, i mam do Was jeszcze takie pytanie, bo może ktoś wie, jak z rwą kulszową skorzystać z toalety tak, żeby się nie spocić jak mysz w pułapce, i przekląć mniej, niż trzysta razy?

I wyczytałam jeszcze w poradnikach internetowych, że wcale nie jest dobrze za dużo leżeć z rwą kulszową, tylko trzeba spacerować, więc spacerowałam, lewą nogą ostrożnie powłócząc, z kuchni do łazienki, i do pokoju, i znowu do kuchni, a małżonek powiedział, że jak ja mam się tak włóczyć bez sensu, to może pojedziemy obejrzeć to siano, co nam w stadninie koni polecali. Rozumiecie, taki dłuższy spacer, samochodem. No to ułożyłam sobie poduszkę na fotelu pasażera, po czym dziesięć minut wsiadałam, no i pojechaliśmy. I ludzie kochani, to był błąd. Bo wszystko fajnie, wysiadałam już tylko pięć minut, ale najgorsze było dopiero przede mną! W ogromnej, drewnianej stodole młodego rolnika (no może przesadzam, w naszym wieku był), piętrzyły się od podłogi po sufit KOSTKI SIANA. Kostki. Wygodne w obsłudze, można przenieść w jednej ręce, można układać pod sufit bez użycia ciągnika z widelcem, ale to jeszcze nic. To były kostki zielonego siana. Pachnącego siana. SUCHEGO siana. To były kostki moich marzeń, jak złoto dla poszukiwaczy złota i robaki dla Beara Gryllsa. Nie, wcale nie płaczę, gdy o tym piszę, i powiem Wam tyle – to było siano, z którym poszłabym do łóżka, a ono śpiewałoby mi kołysanki na dobranoc i masowało moją rwę kulszową, takie było dobre.

No i tak się rozemocjonowałam, że już chciałam tego rolnika po gumowcach całować i krzyczeć, że oto moja Mekka, i że już szukać dalej nie muszę, i że deszcze niespokojne już nie będą szarpać pogmatwanych krzaków moich myśli, które to krzaki nie przynoszą żadnych owoców, i że w ogóle kocham pana, no i wtedy tak dla porządku zapytaliśmy o cenę, i ona się okazała rynkowa, czyli 5 złotych za kostkę, a jeśli wezmę co najmniej 500 kostek, to wtedy 4,50 zł. No to ja uradowana mówię, przeliczając szybko w głowie kostki na baloty, że nam to minimum 500 kostek potrzeba, a najlepiej 800, tylko transport by trzeba zorganizować, a małżonek mnie trąca w łokieć i mówi, że ty Krzysiek zaczekaj, bo 500 kostek to jest dwa tysiące dwieście pięćdziesiąt wyrażone w złotych, a 800 to nawet trzy tysiące sześćset. No i właśnie wtedy umarłam, a z nosa pociekł mi smętny gil rozpaczy i rozczarowania. No bo tak, wszystko się zgadza, prócz pieniędzy. W balotach po prostu wychodzi taniej. Nawet jeśli balot waży tylko 250 kg, i niech tylko 200 kg się z niego nadaje do spożycia, to przy cenie 40 zł za balot, kostka wyszłaby po 2 złote.

Potrzebuję tony siana na jeden zimowy miesiąc, czyli nawet jeśli policzę zimę od grudnia, bo teraz jeszcze jest co jeść na pastwisku i siano dajemy kozom tylko na noc, to licząc od grudnia do końca kwietnia, wychodzi mi zapotrzebowanie na pięć ton siana. Czyli około 20 – 25 balotów, zależy od jakości, czyli maks. tysiąc złotych na całą zimę. No i jeszcze słoma, ale tę już teoretycznie mamy zaklepaną we wsi obok, i owies – pięć ton, żeby do następnych żniw wystarczyło, czyli razem 4000 zł, choć nie należy zapominać o warzywach okopowych w ilości około półtorej tony. No i z tych wszystkich rachunków mi wynika, że na siano w kostkach mnie nie stać. I nie mogę tego psychicznie wytrzymieć, bo to siano to jest pewnik (kupiłam dwie kostki na miejscu, kozy się o nie zabijały), a teraz znów będziemy szukać balotów, które grom wie co mają w środku, bo czasem z zewnątrz nie wyglądają najgorzej, a w środku taka zadyma, że nie wiadomo, czy lecieć po gaśnicę, czy koszyk na grzyby. O, na zdjęciach tego nie widać, ale nawet po kolorze się Państwo pokapują, że to nie jest to, co koziołki lubią najbardziej:

siano-grzybowe siano-grzybowe-4 siano-grzybowe-2 siano-grzybowe-3

Gdy już otarłam gile i wyryczałam panu rolnikowi w rękaw, że „to my jeszcze do pana zadzwonimy”, to pojechaliśmy dalej, do Młynar, po sto kilo owsa na bieżące potrzeby i worek pszenicy dla kurczaków, i natknęliśmy się na znajomego Świadka Jehowy, ale nie tego, co przyjechał do nas rowerem, bo po tamtym wszelki słuch zaginął, jako i po jego rowerze, tylko takiego innego znajomego, który mi dwa lata temu grzecznościowo przywiózł kaczki od znajomej mojej znajomej (no teraz już wiecie, o którego chodzi, prawda?), i który na wiosnę tego roku obiecał nam sprzedać balocik siana, ale potem się sianem wykręcił, no i w tych Młynarach się okazało, że on nie ma jak do domu wrócić, więc podszedł do nas, gdy małżonek ładował pszenicę do bagażnika, i zagaił, że czy my przypadkiem nie jedziemy w stronę jego wsi, bo tablica rejestracyjna miejscowa. Nie poznał nas! A ja go od razu poznałam, choć tyle czasu minęło, bo jak się pół godziny słucha o Jezusie Zbawicielu, gdy człowieka muchy po łydkach gryzą, a niespodziankowe kaczki śmierdzą w stojącym obok kartonie, to się takie rzeczy długo pamięta, i mówię mu, że on to on, a ja to ja, i że pewnie, że go podwieziemy, nawet pod sam dom, bo przecież mieszkamy od siebie o rzut dużym beretem, na co on się bardzo ucieszył, a małżonek jakby mniej, bo facet waży chyba ze sto kilo, a my już mieliśmy na pace kilogramów sto siedemdziesiąt, plus Kanionek i małżonek, co mi zupełnie nie przyszło do durnej głowy.

No i jak facet wsiadł z tyłu po prawej, bo z lewej upchnęłam te dwie kostki siana, to Gwiazdolot tak się gibnął na prawą burtę, że już prawie wody z kałuży nabrał do kajuty, i jęczał całą drogę, że na co mu przyszło, żeby tak tysiąc atletów i tysiąc kotletów z pszenicy wozić, i na znak protestu co chwilę szorował rurą wydechową po wybojach, no ale jakoś jechaliśmy. I sobie po drodze gadaliśmy, to znaczy głównie Pan Świadek gadał, u nich to chyba choroba zawodowa, małżonek zaciskał szczęki, a ja zrobiłam się pobożna, bo ktoś z nas musiał się modlić o zdrowie Gwiazdolota, a że Pan Świadek musiał lewym przedramieniem przytrzymywać te kostki siana, co chciały się na niego rzucić i pogrzebać żywcem, to zapytał co to i skąd to, a jak mu powiedziałam, że od tygodni szukamy dobrego siana i właśnie znaleźliśmy, ale strasznie drogo, to nagle ucichł na dobre trzy minuty. Widać przypomniał sobie, skąd nas zna. I po tych kilku minutach, gdy już byliśmy prawie u celu, wyrzekł te oto słowa: „Nooo… to się wam podrzuci balocik siana, jakoś nie wiem kiedy, pewnie na dniach, bo ja potem wyjeżdżam na miesiąc, no się pomyśli”. A my wtedy z małżonkiem, że to fajnie, a jeśli siano suche, to nawet jeszcze lepiej, i że dziękujemy, a w myślach to szło mniej więcej tak: „Tajasne. SPOKO. W grudniu po południu, na świętego Nigdy, trzy dni po końskiej zarazie, czekaj tatka latka i do zobaczenia o piątej, każdy tam gdzie chce”.

Facet wysiadł, my pojechaliśmy do siebie, a gdy wyciągałam siano z kabiny Gwiazdolota zauważyłam, że pasażer zostawił na podłodze jakąś reklamówkę. Nie wiem, co było w tej siatce, bałam się zaglądać, bo wiecie, te ich broszurki są bardzo przekonujące, i ani się człowiek obejrzy, jak jedną przeczyta, i nagle zaczyna chodzić od domu do domu i zadawać ludziom niewygodne pytania, więc po prostu zaniosłam ją do przybudówki i nazajutrz rano chciałam do faceta zadzwonić, ale się okazało, że nie wiem, który z numerów zapisanych w telefonie jako „siano” należy właśnie do niego, więc dałam sobie spokój uznając, że jak mu na siatce zależy, to sobie po nią przyjedzie, bo to tylko kilometr z kawałkiem. I co Państwo powiecie – nie wiem, czy to zasługa siatki, wdzięczności, czy może wyrzutów sumienia, ale za oknem już zmierzchało, gdy kończyłam szatkować kapustę do kiszenia, a na podwórko wtoczył się ciągnik marki Ciapek z balotem siana zatkniętym na długim, stalowym kolcu umocowanym do zadka. Pan Świadek wykręcił z fasonem, zrzucił balocik i wyszczerzył zęby do kuchennego okna, ja już się zdążyłam ubrać i wykuśtykałam na zewnątrz, chwyciwszy po drodze siatkę z przybudówki, i dokonaliśmy wymiany fantów. Mamy więc balot całkiem dobrego siana, który – sądząc po zwięzłości ciasno sprasowanego materiału – wystarczy nam na prawie dwa tygodnie, a przez ten czas musimy zorganizować kolejną dostawę.

A tu rzeczona kapusta:

kapusta-na-silowni

Machnęłam dziesięć kilo, ale pewnie trzeba będzie dorobić. Te czarne krążki w szklanej misce to ciężarki z hantli małżonka, i zarazem dowód na to, jak ważne w życiu człowieka są ćwiczenia fizyczne – nawet gdy ćwiczenia porzucamy zaraz po pierwszej próbie zrobienia czegoś tak niedorzecznego jak mostek, to przyrządy pozostają na całe życie, a takie ciężarki od hantli przydały się jeszcze przed kapustą, bo służyły również za obciążenie forem z serem dojrzewającym. Przy okazji – sery dojrzewające okazały się być smaczne już w dwa miesiące po zawoskowaniu, co sprawdziła bliżej mi nieznana mysz:

ser-z-mysia-dziura-1

A po odkrojeniu sporego kawałka z mysią dziurą trzy czwarte krążka zostało dla nas, i małżonek zawyrokował, że to jest właśnie jego ulubiony ser. No i w ten sposób jesteśmy już o trzy krążki biedniejsi, ale nie martwcie się, te z połowy sierpnia nadal dojrzewają i jeszcze będzie można sobie zamówić kawałek.

ser-z-mysia-dziura

Zakorkowałam też Jeżynowy Karambol, po roku od nastawienia wina, ale się okazuje, że to wcale nie jest za późno.

wino-po-roku

Wino jest świetne, nawet jeśli tylko ja tak mówię (małżonek wina nie lubi, więc jego nie pytajcie), a korki po namoczeniu w gorącej wodzie wciskałam o ścianę. A czego nie udało mi się wcisnąć przy wykorzystaniu naporu całego mojego ciała, to małżonek docisnął kciukiem. Tak, możecie przeczytać to zdanie jeszcze raz. Ja i napór mojego ciała (i żylaki na czole) versus małżonek i jego kciuk. Tak, można się śmiać. I najpierw butelki stały w normalnej pozycji, a po upływie doby trzeba je było położyć i znów odczekać kolejny dzień, żeby się upewnić, że korki dobrze trzymają:

wino-lezace

I już, już miałam wynosić to wino do piwnicy, gdy przypomniałam sobie, że przecież po schodach na rękach nie zejdę, więc poczytałam sobie o leżakowaniu wina czerwonego, i okazuje się, że ono wcale nie lubi za zimno! Lubi raczej tak pomiędzy 15 a 18 stopni, a w piwnicy teraz u mnie dziewięć, więc całe szczęście, że mnie ta rwa dopadła i dała chwilę na zastanowienie. W kuchni mam z rana 17 stopni, a do 20 dobija dopiero wieczorem, gdy małżonek napali w piecu, ale z dala od grzejnika to może osiemnastu nie przekroczy:

niegrzane-wino

Leżą więc sobie na piecokuchni, a do piwnicy wyniosę je latem.

I cały czas dręczy mnie to siano, i muszę jakoś dorobić brakujące na jego zakup denary, więc sobie wymyśliłam, że będę sprzedawać moją leśną herbatkę, po bardzo wygórowanej cenie, czyli wg kanonów chrześcijańskich: co łaska, ale nie mniej, niż 10 zł za porcję plus koszty wysyłki. Nie wiem jeszcze, co to będzie za porcja, bo muszę sprawdzić, ile mi w ogóle surowca zostało, ale na pewno wyjdzie o całe piekło drożej, niż w Herbapolu, no ale z drugiej strony – oni mają maszyny i zautomatyzowany proces produkcji, a do tego pewnie mielą surowiec razem z ziemią, rolnikiem i jego psem, a ja to wiadomo, najdelikatniejsze listki z samego czubka krzewu, suszone na ekologicznie czystym słońcu, wzbogacone najwyższą troską i niewykluczone, że nawet im śpiewałam. Założę się, że w Herbapolu nikt suszonym liściom nie śpiewa, a przecież jakość przede wszystkim.

Mam też taki plan, że jak już będę mogła chodzić po schodach, schylać się i kucać, to wyciągnę ze strychu i spod polowego łóżka w Różowym Pokoju te sterty książek po angielsku, co to je z nudów w delegacji czytałam, a teraz mogę je sprzedać po pińć złotych, bo i tak nie mam czasu czytać drugi raz. Zamawiałam średnio 15 na miesiąc, i nie mówię, że wszystkie są fajne, bo brałam je na chybił-trafił, wróżąc z tytułu i okładki, i w ogóle już nie pamiętam, która o czym jest, ale na bank nadają się na lekturę w autobusie, w poczekalni u dentysty lub w kolejce po lepsze jutro, czyli w te dni, gdy łóżko wytwarza tak silne pole grawitacyjne, że choćby nie wiem jak się chciało, to i tak nie da się wstać. Dziesięć książek to dziesięć kostek siana, pod warunkiem, że tych książek myszy nie zjadły, no ale to się okaże dopiero, gdy znów będę gibka i zwrotna jak Pusikonik.

PS. A na dwa dni przed atakiem rwy kulszowej byliśmy w lesie wyrabiać słupki do pastucha:

slupki

Udało nam się szybko załatwić asygnatę i jeszcze w tym samym tygodniu zwieźć drewno na podwórko, to znaczy małżonek sam zwoził, Gwiazdolotem, na cztery rundy, bo ja już leżałam. Gotowe, proste i okorowane słupki ze sklepu kosztowałyby nas 400 zł, a tak zapłaciliśmy złotych dwadzieścia plus kilka godzin pracy. I jeszcze kilka godzin pracy nas czeka, bo trzeba z drewna zedrzeć korę. I chyba się nie wyrobimy do końca października z tym drugim pastuchem, bo wszystko, w czym mogłabym małżonkowi pomagać, teraz musi robić sam, a do tego pomagać mi w tym, co do tej pory robiłam sama, i tak to się właśnie żyje na tej wsi, że zawsze co najmniej dwóch dodatkowych miesięcy w kalendarzu brakuje, żeby się ze wszystkim wyrobić.

PPS. A tak jeszcze w kwestii różnicy pomiędzy zielem suszonym z ogrodu, a tym z paczuszki oznaczonej logiem wiodącej marki, to mogę Wam ją pokazać na wielu przykładach, ale że na wielu mi się nie chce, to pokażę na przykładzie tymianku. Tu mamy tymianek z ogrodu, już ususzony:

tymianek-z-ogrodu

A tu tymianek ze sklepu, nie jakiś zleżały, czy wymieciony zza kuchenki gazowej, tylko prosto z paczki:

tymianek-ze-sklepu

I porównanie obu na tacy:

kupki-porownawcze

I w słoiczkach:

w-sloiczkach

Zdjęcia kiepskie, bo moje, ale i tak widać o co chodzi.

Psst. Nie wiem, co słychać u gąsiora Żozefin, bo Żozefin nabrała czarniny w usta i nie dzwoni, nie pisze, nie daje znaku życia, a ja się wolę nie wtrącać, ale NASZ pan Gąś chyba jest samcem, bo syczy na nas jak przekłuta dętka od Stara, a gdy Meliny zbudują kolejne gniazdo (tak, wciąż budują gniazda i w nich siedzą, w październiku!), to stoi przy nim dumny jak pomnik i pilnuje:

pan-gas

Wiem, że się gubicie w moich zeznaniach. Pan Gąś to ten, którego kupiliśmy z głupia frant po drodze, gdy wracaliśmy do domu po nieudanym zakupie tego gąsiora, którego Żozefin zamierza przerobić na zupę. Albo może lepiej już nic nie będę wyjaśniać.

O piniacie w warsztacie i wywijaniu polskich orłów, czyli jak małżonek zabił Internet

Czwartek szóstego piździernika – od rana wieje, mży i robi zimno. Wzięliśmy kosy i poszliśmy karczować bujne chaszcze od zachodu, pod kolejną nitkę pastucha, który do końca miesiąca – tak sobie założyliśmy – ma już obejmować całą naszą dzierżawioną posiadłość ziemską. Kozy patrzyły na nas jak na idiotów, którymi jesteśmy, bo zaiste cudownie się pracuje w taką pogodę, zwłaszcza na odcinku zabałaganionym przez pilarzy, którzy prześwietlając lasek olszynowy rzucali gałęzie i kilkumetrowe pnie drzew jak popadło, ale małżonek obejrzał ostatnio całą serię „Rocky” i mówi, że jak Sylvester Stallone mógł od zera do bohatera, to my też możemy, a ja mu mówię, że Rocky to był Balboa, a ja jestem zwykła pierdoła, i ze mnie takie szarpanie olchy spod bujnego (i mokrego!) dywanu ostów nie robi bohatera, tylko zwykłego męczennika z kolcami w dłoniach, a małżonek na to, że jeśli chodzi o dłonie, to ja jeszcze nie wiem wszystkiego, bo jak tylko skończymy z tym kawałkiem ugoru, to on wiesza drążek w warsztacie, i będziemy się na nim podciągać! Codziennie!

drazek-bohaterow

Ile razy się podciągnęłam? Pół. Muszę się trochę oszczędzać, żeby mieć siłę udusić małżonka.

Jak już skończyliśmy z dawką bohaterozy na czwartek, to małżonek usiadł przed kompem i zabił Internet. To znaczy on twierdzi, że to wszystko wina piesków, bo on akurat restartował ruter, grzebał w ustawieniach, coś tam coś tam kluczowy moment, a wtedy przybiegły pieski i narobiły rumoru, i wtedy on się zdenerwował i kliknął niewłaściwy plik, i straciliśmy łączność z ruterem, czyli w sumie z całym światem. Ruter ogłuchł i oniemiał, a małżonek stwierdził ze skruchą, że kompletnie nie ma pojęcia, jak się teraz z nim skomunikować. Jeśli więc kiedyś przeczytacie w porannej prasie, że jakiś zdolny haker polskiego pochodzenia zablokował serwery banku centralnego, to spokojnie możecie dopijać kawę i zagryzać ciasteczkiem, nie idziemy do więzienia, bo to nie mój mąż. No chyba, żeby niechcący kliknął w niewłaściwy plik.

No więc przez kilka kolejnych godzin małżonek był trochę jak komunizm – dzielnie walczył z problemami, które sam stworzył, a ja w tym czasie realizowałam założony wcześniej ambitny plan podnoszenia kwalifikacji w kuchni, to jest wymyśliłam sobie, że w ciągu sześciu godzin dam radę zrobić cztery sery, zapiekanki na obiad, i jeszcze upiekę murzynka, skoro piekarnik i tak będzie grzany. No i gdy zostało mi pół godziny do cięcia skrzepu, 10 minut do wyjęcia zapiekanek z piekarnika, a murzynek już stygł sobie ładnie na parapecie i czekał tylko na polewę, wyskoczyłam z domu na chwilę (a to się ZAWSZE źle kończy), żeby zamknąć kozy w koziarni, wpuścić płetwy z łąki na podwórko, sypnąć im owsa i przynieść ze dwa wiadra wody ze stawu, bo tyle się da zrobić w ciągu dziesięciu minut, jeśli się do tego przyłożyć i nie ociągać, POD JEDNYM WARUNKIEM. Takim mianowicie, że się nie założy na nogi kretyńskich kaloszy, które są głupie jak but i zupełnie nie czają konsystencji podłoża, które dnia onego, czwartku szóstego, było nasiąknięte wodą i śliskie jak mydło.

Pierwszą glebę zaliczyłam idąc z pustymi wiadrami wydeptaną przez kozy ścieżką, i zaklęłam szpetnie jak ten szewc, co normalnie bez butów chodzi, ale do zwierząt mu kazali zakładać. Stłukłam sobie łokieć i biodro i naciągnęłam mięśnie (głównie szczęki i języka), ale nie czas żałować łokci i róż, gdy w piekarniku już być może płoną zapiekanki, prawda. Druga gleba była o niebo ciekawsza – gramoląc się z pełnymi wiadrami na skraj straszliwego urwiska (no wiecie, chodzi o brzeg stawu), poślizgnęłam się i zjechałam spektakularnie tyłem, na wyprostowanych nogach, razem z wiadrami prosto do stawu. Zdradzieckie kalosze natychmiast wypełniły się wodą, a bawełniane spodnie ochoczo podchwyciły ten pomysł na świetną zabawę i podciągnęły wodę aż do kolan, jednym wiadrem zdzieliłam się w łeb, a drugie przytomnie puściłam, by podeprzeć się choć jedną ręką, zapewniając tym samym pierwszą pomoc przedlekarską temu dopiero co obitemu łokciowi, czyli zrobiłam mu kurewsko zimny okład z wody.

I chyba nie macie wątpliwości, co oznacza stare, polskie przysłowie, że szewc bez butów chodzi? Wcale nie to, że on biedaczek taki zarobiony, że nie ma czasu własnych butów naprawić. Już on dobrze wie, co robi! A jak myślicie, dlaczego Witkacy na bohaterów swojego dramatu wybrał właśnie szewców? Bo to jest dramat, co szewcy porządnym ludziom uczynili! Ja to widzę tak, że każdy szewc tego świata, siedząc w swojej szewskiej kanciapie, gmera w cudzym obuwiu, wbija gwoździe w podeszwy i myśli sobie tak: „lubię patrzeć, jak oni się męczą w tych butach. Jak sobie obcierają pięty i naklejają na palce plastry na odciski. Jak sobie opowiadają o halluksach, płaskostopiu i wrastających paznokciach, albo o tym, jak to odpadły im fleczki i nie mogli zatańczyć na kuzynki weselu. Ale najbardziej to lubię, jak wywijają orła na błotnistych ścieżkach, HA HA HA HA!”). Mówię Wam, buty to samo zło, a szewcy to adwokaci Diabła. Widzieliście kiedyś, na jakimkolwiek obrazie, żeby Diabeł był w butach? NO WŁAŚNIE.

Ale spoko, zapiekanki się nie sfajczyły (do domu leciałam jak somalijska sprinterka, z tą tylko różnicą, że ja rzucałam kaloszami na cztery wiatry. No w sumie na dwa, bo na cztery to mi kaloszy nie starczyło), były bardzo smaczne, jako i zresztą murzynek, tak więc – in your face, shoemakers!

mudzynek

Tak, ta brązowa, błyszcząca bryła to nie ja cała w błocie, tylko murzynek w polewie. Ja wiem, że żadne tam osiągnięcie, i w ogóle czym tu się chwalić, ale ja się przy małżonku zupełnie nie mogę rozwinąć kulinarnie, ani piekarniczo. Rodzynki „be”, owoce „be”, ciasta z kremem „a po co”, torty „nieporozumienie”, muffinki „jakiś szajs dla pensjonarek”, no to co mi zostaje? Kakaowa cegła w kakaowej lakierce. I jeszcze codziennie muszę mu przypominać, że ciasto jest w lodówce, bo on potrafi przez miesiąc chodzić i mówić, że „w sumie to bym sobie zjadł murzynka”, a jak ja w końcu zrobię tę cegłę, to on natychmiast o niej zapomina. Może mu nad tym drążkiem w warsztacie podwieszę…?

Czy w Waszych stronach dzieciaki za komuny też miały taką zabawę, w sumie to konkurs był, że się zawieszało jabłko na sznurku, i trzeba było je zjeść, ale bez używania rąk? Wiecie, ciosem z bańki wprawiało się jabłko w ruch wahadłowy, i gdy ono wracało, to się w nie wbijało zęby i odgryzało kęs, i tak w kółko, aż do ogryzka i zwycięstwa. No to tak sobie to mniej więcej z tym ciastem wyobrażam – jedno podciągnięcie na drążku – jeden kęs murzynka. Praca i nagroda, praca i nagroda, aż do zwycięstwa na tym życiowym ringu codzienności. Bo każdy naród ma swoich bohaterów i swoją piniatę, co nie?

No ale bujać to MY (małżonka na drążku), a nie NAS – z małżonka to jest taki twardziel, jak Wam zaraz opiszę. Podchodzi małżonek do Atosa leżącego na podłodze, masuje mu tylne łapy i mówi: „kto jest moim wilkiem najwspanialszym? No kto? No pewnie, że Atośnik. Najśliczniejszy, nieustraszony, bezszelestny i niedościgniony!”. Albo siedzi w kuchni z Mającem i słyszę, jak jej szepcze czułe słówka: „Kto jest moim Majączkiem najpiękniejszym? NO PEWNIE, że ty. Nie ma drugiego takiego Majączka na świecie, i wszyscy ludzie, co Majączka wziąć ze schroniska nie chcieli, to idioci i dzisiaj żałują. No tak, Majączku, tak właśnie jest”. Albo z Laserkiem: „Kto jest najbardziej plajsticzanym pieskiem na świecie? I najczarniejszym? Plajsterek? NO PEWNIE, że Plajsterek. Plajstiko-madżiko. Jest tak gładki i opływowy, że nie stawia oporu w powietrzu, a w wodzie pływa jak PSTRONG. Tak właśnie jest, Plajsterku”. No i Pimpacy, oczywiście: „Pusia? Pusiołek? Pusiogenny Pusiozwierz? NO PEWNIE, że tak, Pusiakolepie jeden. No jaka jest Pusia – malusia? Niee, Pusia jest najgroźna. Tak właśnie jest, Puśminie”. A potem przychodzi do mnie, i mówi: „Kanionek, ty grubasie grubymi nićmi szyty, znowu zostawiłaś taczkę na deszczu?”.

A propos szycia Kanionka nićmi, to ja mam zdecydowanie szczęście do tłuczonego szkła. I założę się, że teraz wszyscy pomyśleliście o moich stopach, ale nie, tym razem niemal nie obcięłam sobie małego palca u prawej dłoni. Mianowicie było to tak, że nie chciało mi się wycierać góry naczyń, która od wieczora dnia poprzedniego kwitła sobie w suszarce, więc kolejne naczynia układałam na tej górze, dopychając w miarę potrzeby łokciem, i nie, to jeszcze nie wtedy obcięłam sobie palec. Nadszedł w końcu ten moment, gdy już nie dało się niczego więcej w suszarce upchnąć i trzeba było powycierać, a akurat miałam chwilę, bo i tak musiałam sterczeć w kuchni przy fasoli. No i tak sobie wycierałam, myśląc o petrolowych migdałach, i nie zauważyłam, że wskutek dopychania łokciem jedna szklanka nie wytrzymała tej życiowej presji i pękła, gubiąc spory kawałek swego jestestwa, i przy pierwszej próbie wytarcia szklanki ruchem okrężnym rozcięłam sobie palec. Koniec historii. Palec się jakoś wyliże, ale szklanka to ładna była, taka kwadratowa, z grubego szkła i kompletu czworga, co to go dostałam na imieniny lat temu cztery, no i teraz to już naprawdę koniec tej historii. Nie wiem co prawda, dlaczego kłamstwo ma krótkie nogi, ale lenistwo to na pewno ma krótkie ręce, bo je sobie urżnęło tłuczonym szkłem. Na koniec może dodam jeszcze, że nie wiem, czy już o tym pisałam, ale nienawidzę zmywać i wycierać.

No i tak. Od tygodnia pada i nie mam dla Was żadnych nowych, ładnych zdjęć, a przecież nie będę sobie specjalnie selfie strzelać, więc pokażę Wam rzodkiewkę, którą wysiałam pod koniec sierpnia. Nazywa się „sopel lodu”, rośnie wielka i bez przerywania, a sieję w sierpniu lub wrześniu, bo wtedy robactwo już nie atakuje, a ślimaki działają w zwolnionym tempie, i ja mam rzodkiewki, a gęsi mają liście rzodkiewek:

rzodkiewki-wieczorowa-pora sopel-lodu-z-ogrodka

No i kilka fotek z bogatego archiwum pamięci mojego fotograta. O, tak się suszyły Wasze pomidory. To znaczy niby moje, ale do Waszych serów:

suszenie-pomidorow

A po ususzeniu z ośmiu tacek zostaje jedna!

ususzone

Z kilku ocalałych kępek majeranku, surowca po ususzeniu uzyskałam tyle co kot napłakał (a płakał, bo dopiero wtedy się zorientował, ile tego majeranku zepsuł!), czyli słoiczek po przecierze pomidorowym, z którego zostało już tylko pół, bo dwa razy robiłam fasolkę po bretońsku:

suszony-majeranek suszony-majeranek-2

Cząbru było znacznie więcej, i pomna Waszych przestróg o straszliwych skutkach wdychania ziołowego pyłu dusiłam się w maseczce podczas skubania gałązek. Nie wiem, co gorsze – ziołowy pył w oskrzelach, czy bliskie spotkanie z tunelem i światełkiem z powodu niedotlenienia mózgu:

oddzial-chirurgii-zielnej skubanie-czabru

Mogę jeszcze pokazać sałatkę szwedzką, którą zrobiłam dzięki uprzejmości urodzaju na ogórki, bo ile można kisić:

salatka-szwedzka

Nie wiem, czy ona szwedzka, czy słowiańska, ale zawiera ogórki, paprykę, cebulę, marchew, czosnek, a niektóre słoiczki również żółtą cukinię. Wszystko cięłam w plasterki na szatkownicy do kapusty i szczerze polecam ten sposób, ale tylko osobom przytomnym i o dobrym wzroku, bo na szatkownicy cięcie idzie bardzo szybko, i ani się człowiek obejrzy, jak ogórek się skończy a zacznie łokieć. Jak już sobie to wszystko potniecie, w proporcjach mniej więcej takich: kilogram ogórków, dwie duże papryki, dwie średnie marchewki, trzy duże cebule, cztery ząbki czosnku, opcjonalnie – średnia cukinia, to zalewacie warzywa WRZĄCĄ zalewą: dwie szklanki wody, szklanka octu, szklanka cukru, półtorej łyżki soli, trzy kulki ziela angielskiego.

I po upływie dwóch godzin (to jest minimum, ale można trzymać dłużej) pakujecie do słoików i – niestety – pasteryzujecie. Ja pasteryzowałam około 10-15 minut, bo nie lubię rozgotowanej sałatki szwedzkiej, ale niektóre przepisy podają nawet pół godziny, bo to pewnie zależy od wielkości słoików. Mam termometr serowarski, więc sobie wetknęłam sondę w jeden słoik, i gdy temperatura w środku osiągnęła 80 stopni, to wyjęłam słoiki i dopiero wtedy dokręciłam porządnie wieczka. Sałatka się nie psuje, nie zmienia koloru, jest świetna na zimę i nie tylko, pasuje do obiadu i kanapki, koniec.

Obiecałam Wam jeszcze coś o pakowarce próżniowej, więc proszę. Mniejsza z tym, czy to faktycznie zdrowiej, lepiej i bardziej hipstersko pakować żywność próżniowo do zamrażania, ale na pewno takie płaskie, wyssane paczki zajmują mniej miejsca w zamrażarce, więc i ja zapragnęłam być mądra i gospodarna. I oszczędna. Nie kupiłam więc pakowarki, tylko plastikowe słomki do napojów (ale to już dawno) i woreczki do mrożenia (jakieś śmieszne pieniędze kosztują w Lidlu), i normalnie robię tak (tu na przykładzie zblanszowanej fasolki szparagowej):

Fasolkę wrzucam do woreczka, tak żeby jedna porcja na obiad wystarczyła:

fasolka-w-woreczku

Do woreczka wtykam słomkę i woreczek wokół słomki dłonią czule owijam i ściskam:

sciskam

I – jak życie z mojego małżonka – powietrze z woreczka wysysam, aż wygląda tak:

po-wyssaniu po-wyssaniu-2

To nie jest trudne – całkiem jak z paleniem papierosów, czyli trzeba jedynie pamiętać, że nie dmuchamy, tylko wciągamy. I jak już wyssiemy całe powietrze, a oczy nam się zapadną w głąb czaszki, wtedy cały czas mocno ściskając woreczek – wyciągamy słomkę, i błyskawicznie zaciskamy dłoń jeszcze mocniej, żeby woreczek nam nie zassał powietrza na powrót. Naprawdę łatwe, tylko pisze się o tym długo i zawile. Potem obracamy woreczkiem, żeby skręcić ciasno końcówkę, którą na końcu podwijamy i – nie puszczając woreczka – przyklejamy taśmą klejącą. No i to jest najtrudniejsza rzecz z tego całego pakowania. Najlepiej użyć szerokiej taśmy i przykleić do woreczka brzeg tej skręconej końcówki, a dla pewności podkleić jeszcze wyżej. Tak to wygląda:

skrecam zaklejam


Taśma klejąca jest istotą doskonałą i w zamrażarce będzie się czuła jak ryba w lodzie, czyli może ciut zesztywnieć, dlatego ostrzegam, że po udanym spakowaniu próżniowym i ulokowaniu produktów w komorze zamrażarki nie należy później co chwilę nimi szastać, przerzucając nerwowo z kąta w kąt w poszukiwaniu mrożonych paluszków z kalmara, zielonego groszku czy półtuszy wołowej, bo taśma może tego nie wytrzymać. Pakowanie próżniowe (przynajmniej to mojego pomysłu), jest dla ludzi spokojnych, życiowo ogarniętych, zdyscyplinowanych i systematycznych (czyli spytajcie mnie skąd wiem, że taśma czasem nie wyrabia).

ALBO możecie sobie kupić pakowarkę próżniową, która sama wysysa, a potem jeszcze zgrzewa woreczek, ale nie polecę Wam żadnej, bo zapomniałam wysłać setkę maili do producentów i dystrybutorów zgrzewarek, z propozycją zareklamowania ich produktu na blogu. JEŚLI JEDNAK jakiś producent lub dystrybutor mnie czyta, to OCZYWIŚCIE, że może mi wysłać taką pakowarkę, a ja wtedy napiszę na blogu, że jest najlepsza na świecie, i że nawet z nią śpię i na spacery chodzę, no bo przecież byle bubla mi nie wyślecie, prawda?

PS. I koniec z haczykami, łańcuchem, żelazną sztabą i ukrytą zapadnią. Od teraz małżonek trzyma kozy pod kluczem:

zamek-z-ksiezniczkami klucz-nad-wycieraczka

I w koziarni też jest taki sam klucz, zawieszony na gwoździu (tego jeszcze małpy nie rozpracowały), więc można sobie drzwi zamykać i otwierać z której się strony żywnie podoba. Widzieliście Państwo?

PPS. I już myślałam, że nadrobiłam wszystkie zaległości i mogę iść spać do marca, ale przecież miałam Wam jeszcze napisać, jak się robi zagrodę dla kozłów i cebulę. Szlag.

szlag

PCK. I bardzo, bardzo dziękuję dobrym ludziom, praworządnym obywatelom, co zapłacili mandaty od Ireny. Wiem, że miało być na owies, ale owsa jeszcze trochę mamy, a teraz musimy dokupić słupki i drucik do pastucha, i będzie w sam raz. I w ogóle WSZYSTKIM dziękuję, już Wy dobrze wiecie za co.