Dziesięć w skali Ziokołka, czyli o kozich zaprzęgach i kurzej klątwie

A bosman tylko zapiął płaszcz

i westchnął: ech, do czorta!

Nie daję łajbie żadnych szans…

HEJŻE GLUJŻE! (buhahaha!)

Jeśli ktoś z Was się tam jeszcze biczuje w temacie “co ja robię ze swoim życiem”, to powiem Wam tyle: różne można obrać ścieżki kariery. Można, jak my, zapierdalać od świtu do nocy w kółko, jak nakręcany karaluch, a można też LEŻEĆ GODZINAMI i czekać, aż krecik wyjdzie z norki:

czekajac na krecika

I nazywać to pracą. Gamoń mówi, że jeśli wyrobimy mu wizytówki o treści: “Pan Gamoń – deratyzator i strażnik twojego ogrodu”, to on zarobi fuj pieniążków, usamodzielni się, kupi sobie eleganckie, małe kondo lub inne atelier, i będziemy go mogli cmoknąć w suchą karmę. Majka mówi, że jakoś słabo to widzi, ale ja mu zrobię z pięć wizytówek na próbę – a nuż faktycznie uda nam się go pozbyć? I jeszcze kartkę na święta wyśle, żeby w grudniu było coś prócz śniegu w skrzynce na listy? Niech mi jeszcze wolno będzie zauważyć, że dwie godziny później sytuacja wyglądała tak:

nadal czekajac na krecika

I trzy godziny później podobnie, ale uznałam, że dwa zdjęcia do portfolio deratyzatora wystarczą.

Tymczasem wczoraj z wieczora doznałam szoku, bo otóż spojrzałam niechcący w kuchenne okno, i co mi tam pokazało moje niegdyś szlachetne odbicie? Starcze ramiona! To znaczy owszem, jakieś mięso na nich jest, w końcu praca fizyczna robi swoje, ale jakoś tak bardziej po bokach wiszą mi takie miękkie fafle, jak u spaniela. Czysta zgroza i kara z zaskoczenia, bo niby jak to – w środku jestem wciąż taka sama, jak zawsze, a na zewnątrz SPANIEL? Stary, śliniący się, cały w wiszących faflach, sfafluniały Fafnucy? No ale potem przypomniałam sobie, że niedawno kupiłam w Lidlu trzypak skarpetek CHŁOPIĘCYCH, i one na mnie idealnie pasują, więc może tylko w ramionach się starzeję. Tego w każdym razie wolę się trzymać, a w okna po zmroku więcej nie patrzeć.

A teraz czytajcie uważnie, bo powiadam ku Waszej przestrodze. Nigdy, PRZENIGDY, nie przechwalajcie się przed żadną kurą, że jesteście w stanie wysiedzieć więcej jajek, niż ona. Żadna bowiem szanująca się kwoka nie puści takiej zniewagi płazem i wierzcie mi – zrobi wszystko, żebyście przegrali w tym konkursie. Żebym ja to wcześniej wiedziała, tobym sobie kaptur w usta wetknęła i jeszcze butem dopchnęła, a nie chlapała chełpliwym ozorem przy matce kurce, a tak – mam co chciałam. Z dwudziestu czterech jajek grillowanych w ulepszonym inkubatorze mam… dziewięć kurczaków. Dokładnie tyle, co kwoka za psią budą, ale to najprawdopodobniej jeszcze nie ostatnie kwocze słowo, bo dwa z tych dziewięciu kurczaków cherlawe jakieś, jakby wypisz wymaluj porządną klątwą w łeb dostały.

I teraz kwoka przechadza się po swoich włościach, wodząc za sobą dziewięć radosnych okazów zdrowia, i łypie na mnie okiem starej wiedźmy, zapewne śmiejąc się w głębi siebie do rozpuku, bo na zewnątrz kury się nie śmieją, a ja wiszę nad różową zagrodą, w której Siedmiu Wspaniałych i te dwa cherlawe poklątwia co chwilę domagają się nowej porcji żarcia, i na wszelki wypadek pasjami odmawiam kurzańce (kurzaniec to taki różaniec, tylko adresowany do kurzych bogów), bo mamy koniec sezonu i więcej inkubacji nie będzie.

Wracając zaś do tej łajby, co jej bosman nie dawał żadnych szans, to jestem już prawie pewna, że czas zacząć układać kozy do pracy w zaprzęgu. W poniedziałek 15 września pojechaliśmy z Wąskim na zastrzyk (przy okazji – Wąski jednak nie boi się weterynarza, tylko kafli. Zastrzyku znów nawet nie zauważył, ale po korytarzu wyłożonym kaflami trzeba go było przesuwać, bo przywarł do podłogi całym podwoziem i zesztywniał na kształt tych naszych betonowych lwów), a zaraz po zastrzyku na pocztę, nadać przesyłkę z serem. W dalszych planach mieliśmy cotygodniowe zakupy oraz przeczołganie Wąskiego po mieście, żeby nabrał ogłady i nowych horyzontów (oswajanie z nowymi bodźcami ma na celu uzmysłowienie Wąskiemu, że świat jest całkiem duży, wiele się w nim dzieje, a Wąski nie musi się koniecznie tym wszystkim zajmować), ale Gwiazdolot miał plany całkiem odmienne, i gdy tylko ruszyliśmy spod poczty, plany swe zrealizował.

Mówiąc krótko – ledwośmy się włączyli do ruchu, gdy na środku skrzyżowania dupnęło, pizgło, i koniec jazdy. No prawie koniec, bo rozpędem zdążyliśmy jeszcze wjechać w boczną uliczkę, a w bezpieczne miejsce postoju pomógł nam dopchać Gwiazdolota przygodnie napotkany osobnik w dresie. Jak się później okazało, pizgnęła tylna półośka, a że Gwiazdolot ma napęd na tylne koła i do tego wynalazek zwany dyferencjałem, to się skończyło przeniesienie napędu i nasze zakupy. Do domu wracaliśmy furą zaprzyjaźnionego mechanika wioskowego, co to naprawia różne stare i ciężkie sprzęty – ja z Wąskim z tyłu, podziwiając wystrój wnętrza (m.in.: podeszwa od dziecięcego sandałka, skrzynka po piwie, niedojedzony pączek, rozmaite torby foliowe, urwana klamka, i przede wszystkim – urocza choinka zapachowa zawieszona na lusterku, a na choince mazakiem wyryty napis: JOLU-NIA. Przeniesiony, bo się cały w jednej linijce nie zmieścił. I pod napisem narysowane serce), a małżonek za sterami holowanego Gwiazdolota.

Wąski dyszał mi w twarz i chrzcił obficie śliną moje przedostatnie czyste spodnie, JOLU-NIA huśtała się wesoło przed moimi oczyma, gdy sprowadzony z Anglii gratobus równie wesoło podskakiwał na wybojach lokalnej, niezbyt szerokiej drogi (kierowca z jakichś powodów nie chciał ryzykować spotkania z Policją, więc trzymał się dróg tak przez świat zapomnianych, że drzewa rosnące w skrajni jezdni układały sobie na niej pasjansa z liści łopianu), aż tu nagle znów – pizd, bum i brzdęk! Urwał się hak holowniczy w Gwiazduniu, aż mu z wrażenia tablica rejestracyjna odpadła, porywając za sobą kawałek wiernego zderzaka. Śmy się zatrzymali, Wąski wetknął mi ogon w oko i zaplątał się w linkę, a JOLU-NIA tylko się śmiała, i śmiała, i śmiała, mało jej serce z mazaka nie pękło. Nie wiem, do czego panowie ostatecznie przyczepili linkę holowniczą, aleśmy w końcu ruszyli, do końca podróży jadąc już tak wolno, że daję słowo – widziałam, jak na drzewach liście żółkną.

No i miało być krótko, ale na wspomnienie tej podróży tak się wzruszyłam, że nawet w tej chwili mam ochotę iść i łyknąć ze dwie Solpy, choć mnie akurat teraz głowa nie boli. Odruch Pawłowa chyba. No w każdym razie chodzi o to, że Gwiazdolot zaczyna wyglądać gorzej, niż moje fafle, i niechybnie zbliża się kres jego świetności, czyli żywota. Bo Gwiazdoloty są świetne przez CAŁE życie, a na końcu jest od razu zgon, bez etapów przejściowych. I w związku z tym co mi pozostanie, jak nie kozie zaprzęgi? Tak się zaś świetnie składa, że kozy już teraz mają okazję potrenować biegi długodystansowe, a wszystko dzięki Wąskiemu.

Jakiś tydzień z okładem wstecz, sterczę sobie w kuchni robiąc coś tam, czy może coś tam, odruchowo spoglądam przez okno i widzę, że kozy lecą z zachodu na wschód, ścieżką wzdłuż stawu. Szybko lecą, jakby przed czymś uciekały, co trochę mnie dziwi, bo one boją się tylko helikoptera, a akurat nic nie słychać. No nic, myślę sobie, i wracam do garów. Za chwilę SŁYSZĘ, jak lecą, wyglądam przez okno, i faktycznie – lecą na złamanie karku, tym razem ze wschodu na zachód, aż im się za tyłkami kurzy. NO NIC, myślę znów, pewnie sobie jakąś nową zabawę wymyśliły, po tym, jak już doszczętnie wykończyły pomost nad stawem i piękny żywopłot z tych żółtych krzaków od wschodu. Kiedy usłyszałam tętent racic i ujrzałam kolorowy kalejdoskop przemykających za płotem kóz po raz trzeci, dotarło do mnie, że coś jednak jest nie bardzo i wybiegłam z domu nad staw. Dokładnie w tej samej chwili, biegnąc od północnej ściany lasu, dotarł nad staw zdyszany małżonek, a chwilę później – tak, zgadli Państwo, zdyszany tabun zawracających już kóz i – tego już mogliście nie przewidzieć – Wąski! (i jak ja mam żyć bez paracetamolu? JAK?)

Co się okazało. Małżonek, który zabrał Wąskiego na spacer do lasu, postanowił zrobić pieseczkowi takie małe święto, na okoliczność że pieseczek zrobił się bardziej kontaktowy i zaczął sprawiać wrażenie takiego, co to wraca na zawołanie. Spuścił więc Wąskiego ze smyczy, i w tej samej chwili wrażenie w zakresie wracania na zawołanie prysło, a wraz z nim prysnął i Wąski. Prościutko do domu, a raczej w okolice domu, gdzie dokładnie wiedział, czego szukać, i oczywiście znalazł. Najpierw więc próbowalismy złapać Wąskiego. HA, HA, HAHAHAHAHA. Później dotarło do nas, że Wąski TEŻ ma problem, bo co mu się wydaje, że już, już prawie dogonił cel, to cel mu się nagle rozmienia na drobne i rozbiega w różnych kierunkach! Obserwowaliśmy przez chwilę zmagania Wąskiego z kozią odmianą szrapnela, rozprawiając jednocześnie o tym, że w końcu to jest owczarek, on ma to w genach, i że być może właśnie tego mu trzeba do rozładowania baterii, i kto wie – może właśnie w ten sposób oswoi się z kozami i z biegiem czasu nie będzie na ich widok reagował emocjonalnie. No i że może kozom też się przyda trochę sportu, żeby się wyrobiły na wypadek realnego zagrożenia (Wąski był jednak w kagańcu, a my w pogotowiu, więc teoretycznie sytuacja była pod kontrolą), i że nigdy nie wiadomo, kiedy te parę dodatkowych mięśni im się przyda. No i my tak sobie gdybaliśmy, a oni tak sobie biegali:

eksperyment eksperyment2 eksperyment4 eksperyment3

I wyobraźcie sobie, że kozy zaczęły po kilku minutach zdradzać wyraźne oznaki zmęczenia, a Wąski wydawał się prawie jak nowy! Owszem, z jego płuc dobywała się niepokojąca muzyka, jak ze źle nastrojonej harmonii, a gdy udało nam się go w końcu przechwycić, walenie jego serca można było wyczuć trzymając go tylko za obrożę, ale tak poza tym Wąski był gotowy biec dalej i przypuszczam, że biegłby tak długo, aż dotarłby do mety z napisem “Koniec i nagła śmierć”. Nie wiem, ludzie twierdzą, że owczarki są inteligentne. NO NIE WIEM. Uziemiliśmy naszego inteligenta na chwilę, i można mu było zrobić takie urocze zdjęcie:

przerwa

A gdy kozy doszły do siebie, poszliśmy za ciosem i postanowiliśmy dokończyć eksperyment. Chcieliśmy, nie – pragnęliśmy w końcu zobaczyć Wąskiego spokojnego i pogodzonego z tym, że odtąd będzie żył wśród innych zwierząt. Chcieliśmy wreszcie zobaczyć, jak sam odpuszcza, kładzie się na trawie i odpoczywa, jak normalny pies, bo do tej pory nie widzieliśmy Wąskiego inaczej, jak tylko w ciągłym napięciu i gotowości do ataku, Wąskiego skaczącego, wijącego się, skamlącego, walczącego z kagańcem itd.

Gdy więc kozy trochę odpoczęły i znów zbiły się w stado, puściliśmy Wąskiego wolno, choć nadal w kagańcu. I wtedy właśnie Tradycja rzuciła mi spojrzenie, które mówiło: “wiesz co, Kanionek? Ze wszystkich twoich głupich pomysłów ten jest najgłupszy, i otrzymuje dziesięć punktów w pięciostopniowej skali”. Ja jej na to rzuciłam spojrzenie mówiące, że to jest bez sensu, te dziesięć punktów, jeśli skala ma tylko pięć stopni, a ona mi znowu, że tu bardziej chodzi o “sensu”, niż “stricto”, a ja jej, że to tym bardziej, a nawet stricte bez sensu, i tak byśmy sobie żonglowały dalej tą łaciną, gdyby nie to, że Irena wpadła na bardzo oryginalny pomysł. Mianowicie ubzdurała sobie, że kozy szybciej podróżują wodą, niż lądem, i – czując na plecach oddech Wąskiego – salwowała się ucieczką do stawu. No i cóż ja mogę Państwu powiedzieć, a potwierdzi to sama Irena – kozy nie są wybornymi pływakami.

Nastała chwila grozy. Wąskiemu może też nie było zbyt łatwo, bo dogonił Irenę pośród bujnej, wodnej roślinności, w której jednak plączą się łapy, ale mimo wszystko Irena na chwilę znalazła się pod wodą. Chwila grozy trwała może sekundę, bo małżonek nie zastanawiał się zbyt długo – błyskawicznie zrzucił spodnie, buty i koszulę, i rzucił się w odmęty, odciągając Wąskiego na brzeg, a ja już tylko pomogłam wyjść Irenie. I choć nikomu nic się nie stało, to Tradycja miała rację i eksperyment, oznaczony etykietką “do dupy”, nie został już więcej powtórzony. A Irena dość szybko wyschła i – na pozór – zapomniała o całej sprawie, choć nie spodziewam się, by kiedykolwiek miała się zaprzyjaźnić z Wąskim.

A tak a propos odporności Wąskiego na przemoc bezpośrednią i wrzeszczane środki perswazji: wczoraj wieczorem stoczyłam z Wąskim walkę na kompostowniku, powykręcałam sobie palce, zmokłam, upieprzyłam spodnie i bluzę w błocie i gnoju, i obiecałam Wąskiemu, że skończy w bigosie, bo jest zwykłą świnią. A od początku to było tak: wieczorem, już po zmierzchu, poszłam ostatni raz wydoić Ziokołka i pozamykać kozy. Atos, Laser i Majka w domu. Kury dawno w kurnikach. Gąski i kaczka zamknięte na małym wybiegu. Wąski w kagańcu psychopaty biegał luzem po podwórku. Ciemno, zimno, mżawka. Ledwie skończyłam doić, koza jeszcze na szafocie dojadała ostatnie ziarenka owsa, gdy na małym wybiegu rozpętało się piekło, a dokładniej – usłyszałam paniczne wrzaski gęsi i kwakanie kaczki, łopot skrzydeł i dyszenie naszego osobistego H. Lectera. Nie wiem, jak wlazł na ten wybieg, z wrażenia nie złapałam nawet latarki, i tylko po odgłosach walki trafiłam między żywopłot a kompostownik, gdzie Wąski już zdążył przydusić gęś do ziemi i próbował ją całkiem rozmontować, tylko kaganiec mu przeszkadzał. Złapałam go za wszarz i siłą woli wspomaganą adrenaliną (bo przecież nie tymi faflami!) wytargałam opierającego się gnojka zza kompostownika, a ponieważ gnojek chciał natychmiast wracać i dokończyć dzieła – rzuciłam go na ziemię i na nim usiadłam, bo nie umiem podejmować racjonalnych decyzji w chwili stresu i zagrożenia. Siedząc na Wąskim i wbijając mu pazury w kark, tłumaczyłam pieseczkowi, że jest ostatnią mendą, a pieseczek w dupie miał tak moje na nim siedzenie, jak i całą rozprawę o dobrym wychowaniu, i tylko łypał na drepczącą nieopodal kaczkę, która też była w szoku i nie bardzo wiedziała, co ze sobą zrobić. Łypał i dyszał żądzą zniszczenia, a ja czułam, jak zimne błoto z kompostownika przesiąka przez materiał spodni i zaczyna mi lizać golenie. Po kilku minutach wstałam i wyprowadziłam wciąż szarpiącego się Wąskiego poza teren małego wybiegu, bo Ziokołek zaczynała już smętnie pobekiwać na dojalnicy. Zamknęłam za sobą furtkę, rzuciłam Wąskiemu kilka miłych obietnic na odchodne, i poszłam odprowadzić Tradycję do koziarni.

Ledwie zgasiłam światło i zamknęłam za sobą drzwi – znów to samo! Wrzask gęsi, kaczka odbijająca się z łomotem od siatki ogrodzeniowej, i kotłowanina za kompostownikiem. Deża wu, kurwa jego wąska mać. Tym razem byłam już z latarką, chwyconą podczas przelotu przez warsztat, więc przynajmniej nie musiałam się martwić, że rozdepczę spanikowaną kaczkę. No i tym razem jak pieprznęłam Wąskim o ziemię, to ziemia aż jęknęła (wiem, gniew jest złym doradcą, a złość piękności szkodzi, ale mnie ten Wąski NAPRAWDĘ już wtedy wyprowadził z równowagi), poświeciłam mu latarką w oczy, jak na porządnym przesłuchaniu, i obiecałam, że skończy w bigosie. Bardzo, NIEZWYKLE wręcz się tym przejął, obiecał przeprosić kaczkę, a gąsce nazbierać bukiecik stokrotek. W moich snach! Wąski jest z zawodu mordercą, koniec, kropka, i bigos na wąskiej golonce. No i tak to. Jemu z tej przygody pozostało uczucie lekkiego niedosytu, mi – mokre i brudne ciuchy, drżące jeszcze przez kilka minut ręce i świadomość porażki.

I tak się wyczerpałam emocjonalnie samym nawet pisaniem o Wąskim, że już więcej kasa nie wyda, więc na koniec zaserwuję Wam tylko kilka zdjęć. Parę dni temu udało mi się wyrwać wolną godzinkę z harmonogramu robót i jeszcze przed zmierzchem zabrałam kozy na soczystą koniczynę:

kozy na łące 1 kozy na łące 2 kozy na łące 3 kozy na łące 4 kozy na łące 8 kozy na łące 7 kozy na łące 6 kozy na łące 5 kozy na lace - Lucek kozy na lace - fajne chmurki na lace kozy na lace - zmierzch

Lucek wygląda jak rasowy Lucyfer i aż trudno uwierzyć, że na początku swego żywota był bardziej biały, niż czarny. A tak poza tym – raczej bez zmian.

Bozena filozofuje pomidorki ratatouille Pan Kotek

PS. A z listonoszem ucięliśmy sobie ostatnio miłą pogawędkę połączoną z tournée wokół jego samochodu – zostały mi pokazane wszystkie odpryski, wgniecenia i zarysowania, przy czym tylko jedno powstało wskutek cofania na parkingu (“jakiś kretyn mnie zastawił”), a piętnaście pozostałych zrobiły pieseczki. Kochane, wsiowe burki. Za co psy tak nienawidzą listonoszy? Najbardziej zaimponowały mi dziury po kłach w zderzaku, a listonoszowi – Laser, który potrafi podskoczyć tak wysoko, że jest w stanie przejąć kopertę podawaną ponad skrzydłem bramy.

Tytułem wstępu do kolejnego wpisu, czyli jak zrozumieć Kanionka

Moi drodzy. Mam godzinę na to, żeby Wam napisać, dlaczego nie ma kolejnego wpisu (a mam już z tego powodu straszne, STRASZNE wyrzuty sumienia) i dlaczego ten nazywa się “wstępem do kolejnego wpisu”. Więc otóż. W niedzielę skończyła się woda. W poniedziałek wieczorem miałam już stertę garów do mycia, więc chcąc nie chcąc zmywałam jeszcze przed północą, jak zwykle w takich przypadkach klęcząc przed wanną (a w wannie garnek z ciepłą wodą i płynem do mycia naczyń, obok niego układane gary już umyte, a po umyciu spłukiwane czystą wodą z butelki i odkładane do suszarki postawionej na dwóch kartonach z rzeczami do prania, tuż obok dwóch wielkich koszy z rzeczami do prania). Poszłam spać nie tylko jak zwykle zmęczona, ale i sfrustrowana do granic możliwości. Wtorek. Wstaję, człapię do kuchni zrobić pierwszą kawę. Odpalam gaz, palnik na chwilę rozbłyska niebieskim płomieniem, po czym robi “pfrrt-pum” i… gaz się skończył. Na kuchence stoi gar z trzynastoma litrami zsiadłego mleka, które dziś muszę podgrzać na twaróg. Oprócz niego stoi też gar z pomidorami, które wczoraj już tylko zagotowałam, żeby się nie zepsuły. Małżonek mówi: “no dobra, to ja lecę z Wąskim do lasu, a gdy wrócę i zjem śniadanie, to pojadę po ten gaz”. I tu mała dygresja na marginesie: owszem, powinniśmy mieć w zapasie pełną butlę z gazem, i zawsze tak właśnie było. Na każdej butli naklejam sobie karteczkę z datą odpalenia, i wiem z dokładnością co do tygodnia, kiedy gaz mi się skończy. Tym razem jednak zaskoczyły nas grzyby, których zebraliśmy w dwa dni tyle, że już nie było gdzie ich suszyć, więc naprędce zrobiliśmy ramkę z rurek pcv i kawałka firanki i staropolską metodą “na odpierdol” zainstalowaliśmy nad kuchenką gazową. Grzyby, nać selera, ziarno słonecznika i nać pietruszki suszyły się na zmianę przez jakieś trzy dni z przerwami, no i co ja Państwu powiem ciekawego – gaz się skończył, a w garażu druga, pusta butla.

Poleciał więc małżonek z Wąskim do lasu, i podczas gdy oni sobie sikali pod krzaki, ja wzięłam wiadro z przygotowanym dnia poprzedniego żarciem dla kurczaków dużych i małych, i ruszyłam w codzienny obchód: gęsi i kaczkę wygonić z małego wybiegu na podwórko, zmienić im wodę w dużym pojemniku, przynieść ziarna (część dla gęsi i kaczki namoczyć w małym pojemniku na podwórku, część dla dorosłych kur wysypać luzem na małym wybiegu), otworzyć kurnik z młodzieżą, dać im żreć do pojemnika i przypilnować, żeby im tego kogut nie zeżarł, potem biegiem do małych kurczaków w różowej zagrodzie, nakarmić, policzyć (bo nigdy nie wiadomo; dwa dni temu jakimś cudem Gamoń zakradł się do drugiej części domu i tylko jego wrodzone lenistwo uratowało dupę kurczakom, bo Gamoń zagrzebał się w pustych workach po owsie i uciął sobie drzemkę, a wygrzebując się z nich przyprawił mnie o osiemnasty w tym roku zawał, bo w pierwszej chwili pomyślałam, że to gigantyczny szczur – tyle narobił hałasu), wodę zmienić i choć chwilę do nich poćwierkać, bo jakieś zdziczałe są, jakby się w lesie wychowały, a nie u mnie w kartonie. Na końcu – wizyta u matki kurki z dziewięciorgiem puchatków, w psim kojcu za budą. Wchodzę, przekładam żarcie dla młodych do plastikowego pojemnika, a pszenicę dla matki kurki do miseczki, i dzierżąc obydwa naczynia w dłoniach idę za budę. Idę za budę, a tam NIE MA MATKI KURKI! Ani, gwoli ścisłości, dziewięciorga puchatków. Oblazłam cały kojec, zajrzałam w obie budy, przetrzepałam gąszcz pokrzyw, no nie ma i już. Wyprowadzili się. Nie zapłacili za czynsz i całodobowy catering, nie zostawili nawet krótkiej notatki, spakowali walizę i szukaj wiatru w polu. Zdążyłam jeszcze wysikać Atosa i przeszukać kawałek podwórka, gdy małżonek wrócił z Wąskim. Po uwiązaniu tego drugiego ruszyliśmy na dalsze poszukiwania i w kwadrans później zdybaliśmy matkę kurkę grzebiącą sobie w najlepsze, w lasku olszynowym na zachodzie. Dziewięcioro puchatków też ryło w ściółce, ćwierkając i podskakując radośnie, jakbyśmy wszyscy żyli u Pana Disneya za piecem, a Rude Ryje i jaszczompie nie istniały.

Podjęliśmy z małżonkiem decyzję, że trzeba niestety użyć przemocy i – wbrew woli matki kurki – wyłapać całe to niefrasobliwe towarzystwo i przeprowadzić na mały wybieg. I owszem, byłoby zabawnie opisać Wam nasze zmagania z waleczną kwoką i rozpryskującymi się we wszystkich kierunkach kurczakami, ale NIE MAM TYLE CZASU, więc powiem tylko tyle, że półtorej godziny później, podrapani przez osty i poparzeni pokrzywami, wrzuciliśmy na mały wybieg ostatniego Mohikanina z okiem na Kleopatrę, a kozy beczały coraz głośniej, bo przecież czekały na dojenie i puszczenie ich wszystkich na wypas. Beczeniu kóz dzielnie wtórował Wąski, skamląc i szczekając (“ja wam wyłapię te kurczaki, tylko mnie kurwa spuśćcie z tej linki!”), uwiązany do słupka i do granic rozemocjonowany wydarzeniami, na które nie miał wpływu, a bardzo chciał.

Po wszystkim małżonek poszedł sobie zrobić szybkie śniadanie i ruszył po gaz i gips do bieżących napraw ubytków w ścianach domu, a ja wzięłam utensylia dojarki i załatwiłam sprawę kozią. Ponieważ w garnku, w którym zawsze robię ser, stoi sobie i czeka na podgrzanie zsiadłe mleko na twaróg (jutrzejsze zamówienie), a ja muszę jeszcze zrobić półtora kilograma sera, to trzeba jednak przelać pomidory z drugiego dużego gara do dwóch innych, mniejszych garnków, żeby tamten duży zwolnić na jeden ser. Ubrudzę jeszcze jeden, średni garnek, i podołam zamówieniu. Garnek po pomidorach trzeba było oczywiście umyć, więc zmarnowałam jeszcze trochę wody ze sklepu (w sumie wczorajsze i dzisiejsze zmywanie kosztowało mnie 8 zł, czyli osiem jajek, gdybym miała jakieś jajka na sprzedaż).

Muszę dziś jeszcze: skończyć sery i twaróg na jutro (jeśli nic nie spieprzę w tym pośpiechu, to zarobię 120 zł. Akurat na dwie butle gazu, kilka butelek wody i nowy termometr do serów, bo obecnie używany właśnie dokonuje żywota), zrobić jakiś obiad dla ludzi, ugotować kaszę, makaron i ziemniaki dla kurczaków na dwa dni, a do tego gotowanego posiekać, utrzeć i wkroić różne warzywne dodatki, skończyć wreszcie z tymi pomidorami, I SELEREM, który się w końcu weźmie i uschnie w lodówce. A ponieważ przy serach, twarogu i pomidorach ubrudzę cztery garnki (to już prawie wszystkie, jakie mam), dwie formy i tacę do odcieku serwatki, dwie chusty serowarskie, łyżkę do cedzenia skrzepu i komu by sie chciało pisać co jeszcze, to jednak trzeba będzie się zdusić, wybrać z naszych wielokrotnie używanych butelek te najczystsze (glony na ściankach, no nie poradzisz), zapakować do bagażnika, podłączyć akumulator (odłączamy po każdej jeździe, bo stary jest i gubi prąd na byle pierdoły), pojechać do Żozefin, napełnić ze dwadzieścia butelek, pokonwersować towarzysko, żeby nie wyszło głupio, że my tylko po wodę i chodu, więc zejdzie nam przynajmniej godzina, no i gdzieś około północy pozmywać ten cały kram, klęcząc przed wanną. A przedtem jeszcze wydoić Ziokołka, nakarmić drugi raz kurczaki, zagonić gęsi i kaczkę na mały wybieg, wybiegać Wąskiego w lesie, przerzucić naręcza melisy, suszonej, z braku miejsca, w samochodzie (w tym drugim, niejeżdżącym samochodzie), wybiegać resztę piesków i wysikać Atosa, wieczorem sprawdzić, czy wszyscy są na swoich miejscach, itede, itepe. A przed zaśnięciem przypomnieć sobie, że omatko jeszcze kapusta w garażu, i dynie, i cukinie…

I nie, nie chodzi o to, że chcę sobie ponarzekać. Owszem, jestem zmęczona, wkurwiona, i mam ochotę załamać ręce, albo je sobie wręcz wyłamać i odłożyć na bok, żeby już nic nigdy nie musiały robić. I tak, wiem, że sami sobie zgotowaliśmy ten los. I że na kiego sromotnika w ciapki był nam jeszcze ten Wąski, skoro i tak niemalże nie ma dnia bez niespodzianek lub czegoś zepsutego, czym trzeba się zająć (jak na przykład Gwiazdolot, który zepsuł nam się w ubiegły poniedziałek, w środku miasta na literę B., 20 km od domu, a my z Wąskim i bez szans na zrobienie cotygodniowych zakupów) albo czegoś zabraknie, na przykład prądu, wody, gazu, internetu, lub wszystkiego naraz. Wszystko wiem, ale jest jak jest i trzeba się ogarnąć, i hejże glujże do przodu.

Napisałam to wszystko tylko po to, żebyście wiedzieli, dlaczego jeszcze nie ma kolejnego wpisu. I postarali się zrozumieć Kanionka, choć małżonek twierdzi, że to jest zadanie z gatunku “nikomu na świecie się jeszcze nie udało”. A skąd wzięłam czas na to, żeby zaserwować Wam ten chaotyczny bełkot? Miałam całą godzinę pomiędzy zadaniem podpuszczki do podgrzanego mleka, a kolejnym etapem robienia sera, czyli krojeniem skrzepu. Mogłam założyć gumowe rękawice, wziąć łopatkę ogrodową i iść zakopać tę połowę naszego rurociągu do odprowadzania deszczówki, która jeszcze pozostała do zakopania, ale wybrałam co widać. Moja godzina właśnie się skończyła, wracam do garów, a wpis wrzucę na serwer dopiero wieczorem.

[Wtorek to był jednak Dzień Kurczaka. Wraz z nadejściem zmierzchu matka kurka weszła sobie do kurnika, gdacząc wesolutko, a za nią siedem puszystych piłeczek. Tak, siedem, bo dwie pozostałe piłeczki się pogubiły w tym całym trafianiu w okienko i gdy reszta stada zniknęła im z oczu wpadły w popłoch, biegając w kółko i pipcząc wniebogłosy. Myśleliśmy, że mamuśka pospieszy im na ratunek, ale gdzie tam! Siedziała w kurniku cała zadowolona, siedem piłeczek pod pachą, i już przymykała oko szykując się do wieczornej drzemki. Czy kury potrafią liczyć? No w każdym razie tamtych dwoje rozbitków mogło liczyć już tylko na nas, dwóch zmęczonych idiotów, i cała zabawa w chowanego w pokrzywach i ciernistych krzewach zaczęła się od nowa. A jakby tego było mało, w pokoju własnym już będąc usłyszałam rozpaczliwe piu-piu-piu-piu-piu! za ścianą, czyli dochodzące z różowego pokoju, więc znów musiałam się przelecieć dookoła domu, żeby dostać się do jego drugiej połowy, i tam oczywiście okazało się, że jeden z moich kartonowych kurczaków pokonał wszystkie zasieki, wydostał się z kartonowej zagrody, i wlazł… do zamrażarki. Ale nie żeby do komory chłodniczej, bo przecież drzwiczki zamknięte, tylko tak od zaplecza, wiecie, tam z tyłu, gdzie większość dużych, wolnostojących urządzeń ma specjalnie dla kurczaków zaprojektowaną wnękę, a w niej pełno kabelków i innych elektrycznych flaków. No więc on tam sobie właśnie wlazł i postanowił zamieszkać. Stukanie w obudowę ani przemawianie po dobroci nic nie dały – trzeba było czekać, aż mu się znudzi i sam wyjdzie. A potem jeszcze go złapać. Czy ja już wspominałam, że ta druga partia kurczaków jakaś zdziczała jest?]

PS. Aha, umieszczenie Wąskiego w wolnym obecnie kojcu nie ma sensu. Wąski wspina się po siatce jak Spiderman i w trzy sekundy jest na zewnątrz. To nie jest pies, tylko komandos – przypuszczam, że w pojedynkę załatwiłby problem niechcianych uchodźców, i to w całej Europie. Ma ocean motywacji, jest nieustannie niewyżyty, nie istnieją dla niego bariery nie do pokonania, a raz namierzywszy cel nie spocznie, póki go nie dopadnie. Nie musi jeść, nie musi spać, i sam się nakręca. Polecam każdemu, kto chce zostać sam. Zupełnie sam. W promieniu stu kilometrów. (uchodźców należałoby jednak najpierw wysmarować smołą i wytarzać w pierzu, ewentualnie koziej sierści, i najlepiej by było, gdyby uciekając darli się co sił w płucach, co na widok Wąskiego powinno im przyjść naturalnie)

PPS. I oczywiście, że mam pół tony zdjęć i zrobię dla Was kolejny wpis, tylko dajcie mi jeszcze chwilkę, albo dwie. Niech tylko przerobię, co mi zostało do przerobienia, albo pierwszy przymrozek zwolni mnie z przerabiania reszty. I musimy, MUSIMY zebrać jeszcze trochę grzybów, bo cały lipiec, sierpień i połowa września, które normalnie na to przeznaczamy i zbieramy sobie po troszku, od niechcenia, susząc zbiory przy użyciu zwykłej energii słonecznej, były bezgrzybowe dzięki trwającej suszy, a teraz nagle powyłaziły borowiki jak z bajki – okazałe i nierobaczywe, a do tego są prawie wszędzie (i nasza konkurencja też). Grzech nie zebrać. Grzech!

borowik borowiki

PiS. Aha, nagrałam dla Was jakieś filmy ze szklarni i ogrodu, będzie ze sto lat temu, i właśnie chciałam je Wam rzucić na pożarcie, ale nie. Nie da się. Trzy razy podchodziłam do przekonwertowania ich do mniejszego formatu, i trzy razy restartował mi się system. A on się bardzo długo restartuje i ja mówię “pas”. A nawet kilka pasów. Takich, którymi niebawem zostanę przypięta do łóżka w zakładzie dla obłąkanych. Dobranoc Państwu.

jeszcze w kojcu juz na malym wybiegu kurczaki z kartonu kurczak z kartonu

miau