Put on your green shoes and dance the blues, czyli o szczęściu, kiełbasie i niechcący

(…)

If you say run, I’ll run with you
If you say hide, we’ll hide
Because my love for you
would break my heart in two

(…)

Let’s dance

For fear your grace should fall
Let’s dance
For fear tonight is all
(…)”

Fragment utworu “Let’s Dance” z albumu “Let’s Dance”, David Bowie, 1983.

Baju baju, i po maju. Tak się jakoś ostatnio zastanawiałam – czy ja jestem szczęśliwa? Oczywiście, że NIE. Kto jest? Kto z Was budzi się co rano myśląc: “Omójboże, jak zajebiście”? I mam tu na myśli KAŻDEGO RANKA, a nie w sytuacji, że szef dał trzy dni urlopu, bo pogrzeb teściowej, albo że w końcu przestał nas boleć ten ząb, z którym od kilku miesięcy wybieramy się do dentysty. Mówię o szczęściu trwałym, jak leczenie kanałowe. Albo jak znicz olimpijski, co to nie zgaśnie nawet gdy z nim iść pod wiatr, albo na niego nasikać (chociaż nie jestem pewna, czy testowali ten znicz pod kątem sikania).

No więc ja to sobie wszystko gruntownie przemyślałam i zaprawdę powiadam Wam – kto jest szczęśliwy, niech pierwszy rzuci kamień. Owinięty w papierek z czytelnie wypisaną receptą na szczęście (przy czym od razu zaznaczam, że nie interesuje mnie szczęście wiekuiste, szczęście które sprzyja lodożercom, ani szczęście z gatunku: “stary, takeś w to drzewo wyjebał, że masz szczęście, że żyjesz”). Ludzie lubią sobie powtarzać różne złote myśli i inne gładko przez gardło przechodzące banały. Na przykład: żeby być szczęśliwym, trzeba robić to, co się lubi. Ja już pomijam oczywistą prawdę, że gdyby każdy mógł robić to, co lubi, większość mieszkańców planety nie robiłaby nic. No i jeszcze jakieś 5% zbierałoby znaczki. Ale żeby ktoś mógł zbierać znaczki, ktoś inny musi je robić, co nie? A weźcie mi pokażcie człowieka, który lubi robić znaczki. Całe życie. Siedzi i robi te znaczki, i myśli sobie: “o kurwa, jak zajebiście, dziś robię znaczki z kaczką krzyżówką, Anas platyrhynchos, jebnę pińcet, będzie bosko”. No BARDZO Was proszę.

No więc ja niby robię to, co lubię, a jednak jakby nie. Bo tak: to jest oczywiste, że kocham moje kozy, z których każda jest najpiękniejsza. I każda ma najśliczniusie uszka, i najkochaną mordkę, i najkosmiczne oczy z poziomą źrenicą, i najzgrabniejsze kopytko, i każda merda do mnie ogonkiem, i W OGÓLE. Kocham je tak bardzo, że patrzę w ich oczy i słyszę ich myśli. I nawet to przeklęte ręczne dojenie w sumie lubię, bo to jest dobra okazja, żeby z każdą kozą pogadać, skomplementować rzeczone kopytko, poklepać po pustym łbie (to dotyczy tylko kozłów; kozłów nie doję, ale raz na jakiś czas wepchną mi się do warsztatu), wetknąć w pyszczek kawałek suchego chlebka i posłuchać, jak chrupie w kozich zębach. Lubię też, kiedy jest ciepło i zielono, dzień ma więcej niż kilka godzin, a wszystkie zwierzęta korzystają swobodnie z dostępu do słońca, ziemi, wody i różnorodności żarcia, ciesząc moje oko.

Czego NIE LUBIĘ, a mogłabym długo wymieniać, więc podam tylko kilka przykładów: nie lubię zmywać, gotować, sprzątać, szarpać się z napalonymi kozłami, kosić trawy w upał, rąbać drewna, nosić węgla, nosić wody w wiadrach, sprzątać, sprzątać, sprzątać po wszystkich, i zmywać i gotować i znowu zmywać, nie lubię gdy Mając karczuje mi krzaki, a koty dewastują uprawę majeranku (zamorduję, przysięgam, że zamorduję), Laser kradnie jajka, Pimpacy włazi do kurnika i robi tam jajecznicę na piórach, nie lubię pisać do urzędników i wyjaśniać, co bym im zrobiła, gdyby to nie było karalne, nie lubię gdy jest minus dwadzieścia i woda wszystkim zamarza, nie lubię, gdy raz na miesiąc siadam na kamieniu filozoficznym nad stawem, żeby choć trzy myśli złapać na smycz świętego spokoju, a z całej okolicy ściągają kozy i koty, żeby mi: obsikać poduszkę, albo nogi, wbić pazury w bark, wspiąć na moje plecy i dać kopytkiem w lampę, BO TAK, wyciągnąć z kieszeni rękawiczkę, pół wkręta, zapalarkę do gazu lub rękawiczkę, obgryźć włosy na Iggy Pop rocznik 1982, nadepnąć kopytkiem na mały palec, duży palec, albo któryś z trzech pomiędzy, a poza tym: sprzątać, gotować, zmywać i wywozić taczką gnój. No ale nie ma róży bez gnoju, i jeszcze się taka koza nie urodziła, która by srała sadzonkami fijołków, więc – skracając tę długą historię – rozumiecie chyba, że po prostu nie mogę być szczęśliwa. I w ogóle, moim skromnym zdaniem, szczęśliwym to się trzeba urodzić. To musi być jakiś gen, kawałek makaronu DNA, spuścizna przodków, przeznaczenie (jak alergia na gluten), czy coś. Nie można się tego nauczyć, jak funkcji trygonometrycznych, albo dzielenia pod kreską. Zresztą, gdyby szczęście miało cokolwiek wspólnego z matematyką, to byłabym nieszczęśliwa Z WYBORU.

A teraz dość tych filozoficznych bzdur, czas odkopać kozę Roman. Roman się jeszcze nie okociła, nic jej w brzuchu nie skacze, ani nie wali kopytkiem w szybkę piekarnika (a piekarnik zdaje się rosnąć), więc chyba czas uznać, że Roman nie jest kozą ciężarną, tylko zwyczajnie tłustą larwą, choć nie tak ją matka Irena wychowała. Matka Irena to szkielet w łaciatej kurtce, i choć kurtkę ma piękną, błyszczącą, oko bystre, śluzówki różowe, a mleka daje ponad dwa litry, to przytyć nie zamierza ani grama, i tak jest od dwóch prawie lat, więc to raczej tak, jak ze szczęściem – kwestia genów. Krówko, córka Ireny i siostra Roman, szkieletem może nie jest, ale do tłustej larwy też jej daleko (jest przepiękna, kształtna, łaciata, błyszcząca i ma najzgrabniejsze kopytka). No więc Roman urwała się Rubensowi z obrazka i ja już na małe Romaniątka nie czekam. Chyba. No bo jednak trochę jeszcze czekam.

(Więzadła czy sprawdzam? Roman jest tak tłustą larwą, że nawet więzadeł nie jestem w stanie u niej wymacać!).

Matka Irena:

matka Irena z baniakami

Larwa:

larwa Roman larwa Roman 2

Kozy Zawszone to już nie te same kozy, co kiedyś. Kurtka Kawki zaczyna połyskiwać w słońcu jak tłuste ziarno dobrze upalonej kawy, a Herbatka zarasta nową sierścią. O, to co miała łyse na szyi już wygląda pięknie:

zarosnieta szyja

Obie się ładnie zaokrągliły i – najważniejsze – już można do nich podejść bez ryzyka, że wyskoczą oknem, albo do sąsiedniej wsi po relanium. Herbatka ma dzwonki – takie dzyndzały pod szyją, i nawet nie wiedziałam, że one też mogą przytyć! Gdy Kozy Zawszone do nas przyjechały, dzwoneczki Herbaty były jak dwa zabiedzone, suszone liście herbaty, a teraz są puszyste i tłuściutkie, jak dwie larwy chrabąszcza majowego.

herbaciane dyndaly

To znaczy larwa nie jest puszysta, wiem, ale chrabąszcz już tak (a przynajmniej nogi ma owłosione; dopiszcie chrabąszcze majowe na listę rzeczy, których nie lubię. Nie, wpiszcie je w rubrykę: NIENAWIDZĘ). A Małe Zło (córka Kawki), świetnie sobie radzi, takie chude, na długich nogach, rogate i rozczochrane, i uczy się od Małejbożenki fryzjerskiego fachu. Serio, jak mnie w ubiegły poniedziałek dopadły na kamieniu nad stawem, to mi chyba pół szczypioru z cebulkami wyrwały z głowy.

Male Zlo Male Zlo 4 Male Zlo 3 Male Zlo 2 Male Zlo 5

I jeszcze matka Kawka:

Kawka

Najgrzeczniejszy z młodzieży jest Sylwuniu, synek Kachny. Mały, kochaniutki, kojarzy mnie z butelką mleka i zawsze do mnie przychodzi, i nie mam problemu ze złapaniem go na wieczór, gdy wszystkie dzieci idą do ciupy, żebym rano miała mleko na sery. Za to Trzej Muszkieterowie Ireny… Ubzdurali sobie, że jestem złą wiedźmą, która chce im żywcem obgryźć żeberka (jestem pewna, że to Bożena ich wkręciła – stara, złośliwa zołza), i każdego wieczora ganiam za nimi po całej koziarni, choć już mi nogi z rzyci wyłażą, odstawiając jakieś wygibasy (“wejdę do żłobu, to mnie wiedźma nie dopadnie”), skoki przez owce (“schowam się za tym dużym, wełnianym, to mnie wiedźma nie zobaczy”), loty półślizgiem po świeżym gównie… A Bożena, podła jej baryła mać, leży rozwalona pod żłobem i rechocze jak stara ropucha, wodząc za mną spojrzeniem wyłupiastego oka i na uszko tłumacząc Małejbożence, że szczęście polega na tym, żeby umieć się pośmiać z nieszczęścia innych.

Tymczasem małżonek zrobił w koziarni takie o, okienko uchylne:

okienko uchylne

A Kanionek w warsztacie, nad dojalnicą, taki wydajnik do ręczników papierowych:

wydajnik recznikow wydajnik recznikow 2

Cóż. Jaki inżynier, taka technologia, więc mój dyspenser jest oczywiście z kartonu, sklejony taśmą i zawieszony na sznurkach. Po prostu taki ze mnie majster niebrutalny, że nie stosuję twardych połączeń wymagających użycia siły, i żeby nie było – wydajnik papieru działa już od miesiąca z hakiem i jestem z niego bardzo zadowolona. A małżonkowi udało mi się zaimponować w innej dziedzinie.

Doję sobie kozy w ubiegłą niedzielę, wyrzucam z warsztatu Ziokołka i wychodzę na zewnątrz, żeby wziąć Pippi na dojalnicę. Na zewnątrz, na tyłach koziarni, sterczy sobie małżonek, montując wspomniane wcześniej okienko. Wszystkie kozy poszły fpizdu, więc wołam w nieokreśloną przestrzeń: “Piiiippi! Chodź się wydoić!”

Małżonek patrzy na mnie jak na ofiarę fluoryzacji wody pitnej (bo wiecie, nadmiar fluoru otępia i teraz się uważa, że pasta do zębów bez jest lepsza), i mówi krótkie, a wymowne: “TAJASNE”.

“No co?” – odpowiadam i znów wołam: “Pippi! Pippi chodź tu, bo nie mam czasu na ciebie czekać!”.

Słyszę, jak Pippi beczy rozdzierająco gdzieś ze środka łąki północnej, i wiem już, że do mnie biegnie, choć oczywiście jej nie widzę. “No chodź, chodź, do ciebie mówię!” – znów krzyczę w przestrzeń, a małżonek, dla którego każde kozie beczenie brzmi tak samo, aż rzucił swoją robotę i powiada: “Jeśli tu przyjdzie Pippi, i żadna inna koza, to mi trzecia noga wyrośnie”.

I co Państwo powiecie? I CO? I za chwilę zza rogu obory wybiega Pippi i leci do mnie truchcikiem, a reszta stada została tam, gdzie była. Małżonek robi minę pod tytułem: “Apage, demonie”, a ja wciąż czekam, aż mu ta trzecia noga wyrośnie. Tyle razy mu mówiłam, że moje kozy dobrze wiedzą, jak się która nazywa (no okej, każdej nowej kozie zajmuje chwilę, żeby się nauczyć co ma w dowodzie osobistym, ale po kilku miesiącach już wiedzą), a to, że czasem nie chcą przyjść na zawołanie, wynika tylko i wyłącznie z koziej niezależności (albo złośliwości, jeśli mówimy o Bożenie), ale WIEDZĄ DOSKONALE, kogo wołam. O, a z rzeczy niekozich, to ostatnio zaimponował mi jeden facet:

http://www.tvp.info/25461363/wlamal-sie-do-domu-i-ugotowal-rosol-policja-zatrzymala-przestepce-zarloka

I taką postawę rozumiem i szanuję. Pokłócił się z żoną, i WIEDZĄC, że nie ma racji, postanowił w ramach pokuty jechać dwa dni na rowerze, zamiast siedzieć żonie na widoku, drapiąc się w stopę i denerwując ją samym swoim istnieniem. Co więcej – wyżywił się sam, poza domem, oszczędzając żonie wysiłku gotowania i zmywania, więc za to dodatkowe punkty. Policja powinna dać mu medal, a potem może tydzień aresztu, bo to zawsze kilka dni więcej wyżywienia poza domem i świętego spokoju dla małżonki.

(jakiś czas temu:
–  O, Kanionek, a co to się stało, żeś się tak wystroił?
–  A tak jakoś, z okazji że do miasta jedziemy. Bo widzisz, wewnątrz każdego Kanionka kryje się dziewczyna w sukience, tylko ona musi mieć czas i sposobność, żeby z Kanionka wyjść na świat.
– Aha. Ale siniaki na nogach to ta dziewczyna ma całkiem jak Kanionek (Małabożenka, kurde!). O, a tu sobie łydki nie dogoliłaś…

No i chyba też muszę się nauczyć w lampę dawać, a jeśli kiedyś zobaczycie czterdziestoletniego deathmetalowca popylającego przez Polskę na starym, bordowym rowerze, to niech Was ręka boska broni dawać mu jakiś rosół!) (a sukienkę założyłam, bo ciepło jak diabli, a w Gwiazdolocie nie da się wyłączyć ogrzewania, a poza tym raz na rok każdy ma ochotę założyć sukienkę i pomalować paznokcie, co mógłby potwierdzić David Bowie, gdyby akurat ostatnio nie umarł)

No i tak to. Jest ciepło, pomidory rosną, w ogródku szaleją ślimaki (już Wam pisałam, że biegusy trzeba było ewakuować z powodu powrotu Rudego Ryja, i ktoś pisał w komentarzach, że może fosa i chiński mur, i powiem Wam tyle: ładnie by to nie wyglądało, ale w końcu byłby spokój i legendarna sielanka. Tylko skąd tyle wody na fosę i kamieni na mur to już nie wiem), a u pani Żozefin to, co zwykle:

–  Dzień dobry, pani Żozefin, dziękuję za sadzonki pomidorów, choć swoich mam chyba ze trzysta i nie wiem, gdzie je wszystkie pomieszczę. A te od pani, to co to za odmiana?
–  Pani Aniu! Ta odmiana to są pomidory angielskie!
–  Yyy… Znaczy, że córka pani nasionka z Anglii przysłała, tak? I nie wie pani, jaka to odmiana? – próbuję, jak zwykle naiwna, dowiedzieć się co wyrośnie z tych kilkucentymetrowych roślinek.
–  ANGIELSKIE, pani Aniu, i one wcale nie mają wody! Ani trochę!

Bogom niech będą dzięki. Nareszcie ktoś wpadł na wyhodowanie odmiany, która rodzi od razu suszone pomidory, bo to mi odejmie całą masę roboty jesienią.

Aha, i tu miał być koniec wpisu, ale małżonek przyszedł i mówi: “Zrobiłem zdjęcie Stefanowi, będziesz miała na bloga”. Kim, u diabła, jest Stefan, zapytacie, jako i ja zapytałam. Ano o:

Stefan Stefan 2 Stefan 3 Stefan 4

Ale tak serio – kim u diabła jest Stefan? Może ktoś z Was kocha robaki i będzie wiedział.

PS. I jakoś tak niechcący kupiliśmy dziesięć kurczaków. Bo małżonek wysłał mi esemesa, że widział Rudego Ryja pod furtką, a ja mu odpisałam: “no to praktycznie po kurczakach”, a on to zrozumiał tak, że właśnie odnalazłam dziewięć martwych, kurzych tuszek, i postanowił nie zasypiać kurczaków w popiele, tylko działać szybko i zdecydowanie. No i się umówił na odbiór dziesięciu zielononóżek gdzieś pod Pieniężnem jeszcze tego samego dnia. Wszystko się wyjaśniło na kilka godzin przed umówionym odbiorem, ale doszliśmy do wniosku, że nie będziemy tego odkręcać, bo jeśli nie weźmiemy tych kurczaków, to nasze łyse szczęście już się dobrze postara, żeby “no to mamy po kurczakach” się rychło ziściło. Pojechaliśmy zatem, błądząc po polskich bezdrożach, a gdy dotarliśmy do popegeerowskiego osiedla małżonek wyraził rosnące zwątpienie słowami: “co ten facet, na balkonie te kury trzyma?”. No i wiele się nie pomylił, bo choć nie na balkonie, to w garażu facet te kury trzymał. W dużym, betonowym garażu, w ustawionych jedna na drugiej, aż pod sufit, plastikowych skrzynkach, z których wystawały tu i ówdzie kurze głowy różnych ras. Się bowiem okazało, że facet hoduje te kury gdzieś na Mazowszu (“panie, ja tego w tysiącach sprzedaję”), i z powodów, w które nie chcieliśmy wnikać, przywozi je tutaj w skrzynkach i sprzedaje z garażu. Nie chcieliśmy wnikać, bo okolica nieciekawa, na każdym rogu bujał się lokalny Seba w sportowym rynsztunku, a i sam sprzedawca jakiś taki z mordy niewyględny i pomagier jego takoż, więc choć na końcu języka miałam pytanie, jak on te kury w skrzynkach karmi i poi, to się w język ugryzłam, spakowaliśmy dziesięć bladych, kurzych twarzy do samochodu i w nogi.

Kurczaki, jak kurczaki:

nowe kurczaki 2 nowe kurczaki

Najgorsze, że one chyba nigdy po trawie nie chodziły, ani słońca nie widziały, bo od dwóch dni kitrają się gdzieś po krzakach małego wybiegu, albo pod ścianą obory, najczęściej wszystkie w jednej kupce, a jak raz czwórka z nich wyszła poza wybieg, to trzymała się siatki ogrodzenia i nie odeszła od niej dalej, niż na metr. Ale one się jeszcze wyrobią. Już wiedzą, że pszenicę można zjeść. Piasku nażarły się jak struś, nauczyły się pić wodę z miski, to i robaka w końcu odkryją, a za kilka tygodni będą biegać po lesie, na swoją zgubę i moich nerwów zszarpanie. Ach, no i jeszcze Meliny wysiadują solidarnie kilka kurzych jaj:

dwie Meliny siedzace

(aktualizacja na dzień opublikowania wpisu: Meliny wysiadują już tylko dwa jajka, bo resztę zgniotły, ale siedzą ofiarnie i nawet na cotygodniową kąpiel w stawie nie bardzo chciały się wybrać)

A dzień po przybyciu nowych kurczaków na jajkach zasiadła również jedna z naszych “starych” kur, więc kto wie? To jeszcze może być Rok Kurczaka.

PPS. Z dziesięciu nasion kiełbasy wyrosły tylko cztery sadzonki:

dla psa kielbasa

Dwie z nich już siedzą w szklarni, a dwie pozostałe chyba wetknę gdzieś w ogrodzie. No bo niby lubią ciepło (w szklarni na dodatek nie ma ślimaków, chyba że smażone), ale też podobno rosną wysokie jak koza, i w szklarni sufit może się dla nich okazać zbyt niski.

No i kwitnie bez:

kwitnie bez 2 kwitnie bez

I rodo-srodo:

kwitnie rododendron rodo

I tak na dobrą sprawę wszystko, ale wszystkiego mi się nie chciało fotografować.

PGR. No i nie napisałam nigdzie, że jestem nieszczęśliwa, tak? Jestem umiarkowanie zadowolona, jak na przeciętnego człowieka przystało. Umiarkowane zadowolenie jest gdzieś pomiędzy “omójboże, jak zajebiście”, a “ojapierdolę, jaki kanał, dno i skamieniałe szczeżuje”. A tytuł wpisu może być trochę mylący, bo w zielone buty moje stopy już nie wchodzą. Minimalistyczne biegówki też coś od tygodnia przyciasne. No cóż – weterani berfutingu ostrzegali, że stopa ma mięśnie, i one są zaprojektowane do pracy. Buty tę pracę z nich zdejmują, a że wszyscy od urodzenia nosimy obuwie, to nasze stopy po kilkudziesięciu latach są atroficzne i zwiędłe, ale wciąż pamiętają te setki tysięcy lat ewolucji, podczas których nasi przodkowie używali stóp do chodzenia, no i moje też sobie przypomniały, i gdy tylko wypuściłam je na wolność, zaczęły przybierać ciała i już nie przypominają zasuszonych kikutów mumii egipskiej. Kolejny feler chodzenia boso jest taki, że buty zaczynają wkurwiać. Konieczność ich założenia (np. do koziarni, bo jednak gdyby żelazko Ziokołka nadepnęło na moją stopę, to pal diabli stopę, ale oczy na pewno wyskoczyłyby mi z głowy), a później zdjęcia, no i temperatura wewnątrz buta. Dopiero teraz do mnie dotarło, jak idiotycznie niewygodnie, mokro i gorąco jest w butach podczas upału, a do sandałów pałam genetycznie uwarunkowaną odrazą i nic na to nie poradzę. No więc. Odwiozłam wczoraj Mamę na dworzec, i gdy tylko wróciłam do samochodu musiałam zdjąć te superwygodne buty do biegania, bo już mnie zaczynały wkurwiać. A ponieważ w drodze na dworzec zagotował mi się silnik i trzeba było czekać, aż trochę ostygnie, żeby dolać płynu do chłodnicy, to chodziłam sobie po dworcowym parkingu, testując moje nowe, neandertalskie stopy na polbruku, i to był mój miastowy coming out. Bardzo przyjemne uczucie – nawierzchnia parkingu nowiutka, równa, nagrzana majowym słońcem, nie to co żwir na podjeździe mojego własnego podwórka, że nie wspomnę o ostach i pokrzywach. No i wróciłam prowadząc Gwiazdolota też boso, i – alleluja – żadnych przykrych niespodzianek. Operowanie pedałami sprzęgła i gazu jest dalece bardziej precyzyjne, gdy robi się to kawałkiem ciała, który posiada zakończenia nerwowe, no a hamulec i tak musimy wciskać ostrożnie, bo prawa tylna tarcza hamulcowa jest krzywa i strasznie “bije” podczas ostrego hamowania. Tak więc hejże glujże, boso i do przodu! (nie, w sklepie jeszcze boso nie byłam. Trochę się boję, gdyż jestem psychicznie wrażliwa na wyprowadzanie przez ochronę, z rękami wykręconymi do tyłu, ale kto wie, może się przyzwyczaję)

klekot klekot 2 best friends forever kozy w kwiatkach kozy w kwiatkach 2 kotki trzy

1 2