Put on your green shoes and dance the blues, czyli o szczęściu, kiełbasie i niechcący

(…)

If you say run, I’ll run with you
If you say hide, we’ll hide
Because my love for you
would break my heart in two

(…)

Let’s dance

For fear your grace should fall
Let’s dance
For fear tonight is all
(…)”

Fragment utworu “Let’s Dance” z albumu “Let’s Dance”, David Bowie, 1983.

Baju baju, i po maju. Tak się jakoś ostatnio zastanawiałam – czy ja jestem szczęśliwa? Oczywiście, że NIE. Kto jest? Kto z Was budzi się co rano myśląc: “Omójboże, jak zajebiście”? I mam tu na myśli KAŻDEGO RANKA, a nie w sytuacji, że szef dał trzy dni urlopu, bo pogrzeb teściowej, albo że w końcu przestał nas boleć ten ząb, z którym od kilku miesięcy wybieramy się do dentysty. Mówię o szczęściu trwałym, jak leczenie kanałowe. Albo jak znicz olimpijski, co to nie zgaśnie nawet gdy z nim iść pod wiatr, albo na niego nasikać (chociaż nie jestem pewna, czy testowali ten znicz pod kątem sikania).

No więc ja to sobie wszystko gruntownie przemyślałam i zaprawdę powiadam Wam – kto jest szczęśliwy, niech pierwszy rzuci kamień. Owinięty w papierek z czytelnie wypisaną receptą na szczęście (przy czym od razu zaznaczam, że nie interesuje mnie szczęście wiekuiste, szczęście które sprzyja lodożercom, ani szczęście z gatunku: “stary, takeś w to drzewo wyjebał, że masz szczęście, że żyjesz”). Ludzie lubią sobie powtarzać różne złote myśli i inne gładko przez gardło przechodzące banały. Na przykład: żeby być szczęśliwym, trzeba robić to, co się lubi. Ja już pomijam oczywistą prawdę, że gdyby każdy mógł robić to, co lubi, większość mieszkańców planety nie robiłaby nic. No i jeszcze jakieś 5% zbierałoby znaczki. Ale żeby ktoś mógł zbierać znaczki, ktoś inny musi je robić, co nie? A weźcie mi pokażcie człowieka, który lubi robić znaczki. Całe życie. Siedzi i robi te znaczki, i myśli sobie: “o kurwa, jak zajebiście, dziś robię znaczki z kaczką krzyżówką, Anas platyrhynchos, jebnę pińcet, będzie bosko”. No BARDZO Was proszę.

No więc ja niby robię to, co lubię, a jednak jakby nie. Bo tak: to jest oczywiste, że kocham moje kozy, z których każda jest najpiękniejsza. I każda ma najśliczniusie uszka, i najkochaną mordkę, i najkosmiczne oczy z poziomą źrenicą, i najzgrabniejsze kopytko, i każda merda do mnie ogonkiem, i W OGÓLE. Kocham je tak bardzo, że patrzę w ich oczy i słyszę ich myśli. I nawet to przeklęte ręczne dojenie w sumie lubię, bo to jest dobra okazja, żeby z każdą kozą pogadać, skomplementować rzeczone kopytko, poklepać po pustym łbie (to dotyczy tylko kozłów; kozłów nie doję, ale raz na jakiś czas wepchną mi się do warsztatu), wetknąć w pyszczek kawałek suchego chlebka i posłuchać, jak chrupie w kozich zębach. Lubię też, kiedy jest ciepło i zielono, dzień ma więcej niż kilka godzin, a wszystkie zwierzęta korzystają swobodnie z dostępu do słońca, ziemi, wody i różnorodności żarcia, ciesząc moje oko.

Czego NIE LUBIĘ, a mogłabym długo wymieniać, więc podam tylko kilka przykładów: nie lubię zmywać, gotować, sprzątać, szarpać się z napalonymi kozłami, kosić trawy w upał, rąbać drewna, nosić węgla, nosić wody w wiadrach, sprzątać, sprzątać, sprzątać po wszystkich, i zmywać i gotować i znowu zmywać, nie lubię gdy Mając karczuje mi krzaki, a koty dewastują uprawę majeranku (zamorduję, przysięgam, że zamorduję), Laser kradnie jajka, Pimpacy włazi do kurnika i robi tam jajecznicę na piórach, nie lubię pisać do urzędników i wyjaśniać, co bym im zrobiła, gdyby to nie było karalne, nie lubię gdy jest minus dwadzieścia i woda wszystkim zamarza, nie lubię, gdy raz na miesiąc siadam na kamieniu filozoficznym nad stawem, żeby choć trzy myśli złapać na smycz świętego spokoju, a z całej okolicy ściągają kozy i koty, żeby mi: obsikać poduszkę, albo nogi, wbić pazury w bark, wspiąć na moje plecy i dać kopytkiem w lampę, BO TAK, wyciągnąć z kieszeni rękawiczkę, pół wkręta, zapalarkę do gazu lub rękawiczkę, obgryźć włosy na Iggy Pop rocznik 1982, nadepnąć kopytkiem na mały palec, duży palec, albo któryś z trzech pomiędzy, a poza tym: sprzątać, gotować, zmywać i wywozić taczką gnój. No ale nie ma róży bez gnoju, i jeszcze się taka koza nie urodziła, która by srała sadzonkami fijołków, więc – skracając tę długą historię – rozumiecie chyba, że po prostu nie mogę być szczęśliwa. I w ogóle, moim skromnym zdaniem, szczęśliwym to się trzeba urodzić. To musi być jakiś gen, kawałek makaronu DNA, spuścizna przodków, przeznaczenie (jak alergia na gluten), czy coś. Nie można się tego nauczyć, jak funkcji trygonometrycznych, albo dzielenia pod kreską. Zresztą, gdyby szczęście miało cokolwiek wspólnego z matematyką, to byłabym nieszczęśliwa Z WYBORU.

A teraz dość tych filozoficznych bzdur, czas odkopać kozę Roman. Roman się jeszcze nie okociła, nic jej w brzuchu nie skacze, ani nie wali kopytkiem w szybkę piekarnika (a piekarnik zdaje się rosnąć), więc chyba czas uznać, że Roman nie jest kozą ciężarną, tylko zwyczajnie tłustą larwą, choć nie tak ją matka Irena wychowała. Matka Irena to szkielet w łaciatej kurtce, i choć kurtkę ma piękną, błyszczącą, oko bystre, śluzówki różowe, a mleka daje ponad dwa litry, to przytyć nie zamierza ani grama, i tak jest od dwóch prawie lat, więc to raczej tak, jak ze szczęściem – kwestia genów. Krówko, córka Ireny i siostra Roman, szkieletem może nie jest, ale do tłustej larwy też jej daleko (jest przepiękna, kształtna, łaciata, błyszcząca i ma najzgrabniejsze kopytka). No więc Roman urwała się Rubensowi z obrazka i ja już na małe Romaniątka nie czekam. Chyba. No bo jednak trochę jeszcze czekam.

(Więzadła czy sprawdzam? Roman jest tak tłustą larwą, że nawet więzadeł nie jestem w stanie u niej wymacać!).

Matka Irena:

matka Irena z baniakami

Larwa:

larwa Roman larwa Roman 2

Kozy Zawszone to już nie te same kozy, co kiedyś. Kurtka Kawki zaczyna połyskiwać w słońcu jak tłuste ziarno dobrze upalonej kawy, a Herbatka zarasta nową sierścią. O, to co miała łyse na szyi już wygląda pięknie:

zarosnieta szyja

Obie się ładnie zaokrągliły i – najważniejsze – już można do nich podejść bez ryzyka, że wyskoczą oknem, albo do sąsiedniej wsi po relanium. Herbatka ma dzwonki – takie dzyndzały pod szyją, i nawet nie wiedziałam, że one też mogą przytyć! Gdy Kozy Zawszone do nas przyjechały, dzwoneczki Herbaty były jak dwa zabiedzone, suszone liście herbaty, a teraz są puszyste i tłuściutkie, jak dwie larwy chrabąszcza majowego.

herbaciane dyndaly

To znaczy larwa nie jest puszysta, wiem, ale chrabąszcz już tak (a przynajmniej nogi ma owłosione; dopiszcie chrabąszcze majowe na listę rzeczy, których nie lubię. Nie, wpiszcie je w rubrykę: NIENAWIDZĘ). A Małe Zło (córka Kawki), świetnie sobie radzi, takie chude, na długich nogach, rogate i rozczochrane, i uczy się od Małejbożenki fryzjerskiego fachu. Serio, jak mnie w ubiegły poniedziałek dopadły na kamieniu nad stawem, to mi chyba pół szczypioru z cebulkami wyrwały z głowy.

Male Zlo Male Zlo 4 Male Zlo 3 Male Zlo 2 Male Zlo 5

I jeszcze matka Kawka:

Kawka

Najgrzeczniejszy z młodzieży jest Sylwuniu, synek Kachny. Mały, kochaniutki, kojarzy mnie z butelką mleka i zawsze do mnie przychodzi, i nie mam problemu ze złapaniem go na wieczór, gdy wszystkie dzieci idą do ciupy, żebym rano miała mleko na sery. Za to Trzej Muszkieterowie Ireny… Ubzdurali sobie, że jestem złą wiedźmą, która chce im żywcem obgryźć żeberka (jestem pewna, że to Bożena ich wkręciła – stara, złośliwa zołza), i każdego wieczora ganiam za nimi po całej koziarni, choć już mi nogi z rzyci wyłażą, odstawiając jakieś wygibasy (“wejdę do żłobu, to mnie wiedźma nie dopadnie”), skoki przez owce (“schowam się za tym dużym, wełnianym, to mnie wiedźma nie zobaczy”), loty półślizgiem po świeżym gównie… A Bożena, podła jej baryła mać, leży rozwalona pod żłobem i rechocze jak stara ropucha, wodząc za mną spojrzeniem wyłupiastego oka i na uszko tłumacząc Małejbożence, że szczęście polega na tym, żeby umieć się pośmiać z nieszczęścia innych.

Tymczasem małżonek zrobił w koziarni takie o, okienko uchylne:

okienko uchylne

A Kanionek w warsztacie, nad dojalnicą, taki wydajnik do ręczników papierowych:

wydajnik recznikow wydajnik recznikow 2

Cóż. Jaki inżynier, taka technologia, więc mój dyspenser jest oczywiście z kartonu, sklejony taśmą i zawieszony na sznurkach. Po prostu taki ze mnie majster niebrutalny, że nie stosuję twardych połączeń wymagających użycia siły, i żeby nie było – wydajnik papieru działa już od miesiąca z hakiem i jestem z niego bardzo zadowolona. A małżonkowi udało mi się zaimponować w innej dziedzinie.

Doję sobie kozy w ubiegłą niedzielę, wyrzucam z warsztatu Ziokołka i wychodzę na zewnątrz, żeby wziąć Pippi na dojalnicę. Na zewnątrz, na tyłach koziarni, sterczy sobie małżonek, montując wspomniane wcześniej okienko. Wszystkie kozy poszły fpizdu, więc wołam w nieokreśloną przestrzeń: “Piiiippi! Chodź się wydoić!”

Małżonek patrzy na mnie jak na ofiarę fluoryzacji wody pitnej (bo wiecie, nadmiar fluoru otępia i teraz się uważa, że pasta do zębów bez jest lepsza), i mówi krótkie, a wymowne: “TAJASNE”.

“No co?” – odpowiadam i znów wołam: “Pippi! Pippi chodź tu, bo nie mam czasu na ciebie czekać!”.

Słyszę, jak Pippi beczy rozdzierająco gdzieś ze środka łąki północnej, i wiem już, że do mnie biegnie, choć oczywiście jej nie widzę. “No chodź, chodź, do ciebie mówię!” – znów krzyczę w przestrzeń, a małżonek, dla którego każde kozie beczenie brzmi tak samo, aż rzucił swoją robotę i powiada: “Jeśli tu przyjdzie Pippi, i żadna inna koza, to mi trzecia noga wyrośnie”.

I co Państwo powiecie? I CO? I za chwilę zza rogu obory wybiega Pippi i leci do mnie truchcikiem, a reszta stada została tam, gdzie była. Małżonek robi minę pod tytułem: “Apage, demonie”, a ja wciąż czekam, aż mu ta trzecia noga wyrośnie. Tyle razy mu mówiłam, że moje kozy dobrze wiedzą, jak się która nazywa (no okej, każdej nowej kozie zajmuje chwilę, żeby się nauczyć co ma w dowodzie osobistym, ale po kilku miesiącach już wiedzą), a to, że czasem nie chcą przyjść na zawołanie, wynika tylko i wyłącznie z koziej niezależności (albo złośliwości, jeśli mówimy o Bożenie), ale WIEDZĄ DOSKONALE, kogo wołam. O, a z rzeczy niekozich, to ostatnio zaimponował mi jeden facet:

http://www.tvp.info/25461363/wlamal-sie-do-domu-i-ugotowal-rosol-policja-zatrzymala-przestepce-zarloka

I taką postawę rozumiem i szanuję. Pokłócił się z żoną, i WIEDZĄC, że nie ma racji, postanowił w ramach pokuty jechać dwa dni na rowerze, zamiast siedzieć żonie na widoku, drapiąc się w stopę i denerwując ją samym swoim istnieniem. Co więcej – wyżywił się sam, poza domem, oszczędzając żonie wysiłku gotowania i zmywania, więc za to dodatkowe punkty. Policja powinna dać mu medal, a potem może tydzień aresztu, bo to zawsze kilka dni więcej wyżywienia poza domem i świętego spokoju dla małżonki.

(jakiś czas temu:
–  O, Kanionek, a co to się stało, żeś się tak wystroił?
–  A tak jakoś, z okazji że do miasta jedziemy. Bo widzisz, wewnątrz każdego Kanionka kryje się dziewczyna w sukience, tylko ona musi mieć czas i sposobność, żeby z Kanionka wyjść na świat.
– Aha. Ale siniaki na nogach to ta dziewczyna ma całkiem jak Kanionek (Małabożenka, kurde!). O, a tu sobie łydki nie dogoliłaś…

No i chyba też muszę się nauczyć w lampę dawać, a jeśli kiedyś zobaczycie czterdziestoletniego deathmetalowca popylającego przez Polskę na starym, bordowym rowerze, to niech Was ręka boska broni dawać mu jakiś rosół!) (a sukienkę założyłam, bo ciepło jak diabli, a w Gwiazdolocie nie da się wyłączyć ogrzewania, a poza tym raz na rok każdy ma ochotę założyć sukienkę i pomalować paznokcie, co mógłby potwierdzić David Bowie, gdyby akurat ostatnio nie umarł)

No i tak to. Jest ciepło, pomidory rosną, w ogródku szaleją ślimaki (już Wam pisałam, że biegusy trzeba było ewakuować z powodu powrotu Rudego Ryja, i ktoś pisał w komentarzach, że może fosa i chiński mur, i powiem Wam tyle: ładnie by to nie wyglądało, ale w końcu byłby spokój i legendarna sielanka. Tylko skąd tyle wody na fosę i kamieni na mur to już nie wiem), a u pani Żozefin to, co zwykle:

–  Dzień dobry, pani Żozefin, dziękuję za sadzonki pomidorów, choć swoich mam chyba ze trzysta i nie wiem, gdzie je wszystkie pomieszczę. A te od pani, to co to za odmiana?
–  Pani Aniu! Ta odmiana to są pomidory angielskie!
–  Yyy… Znaczy, że córka pani nasionka z Anglii przysłała, tak? I nie wie pani, jaka to odmiana? – próbuję, jak zwykle naiwna, dowiedzieć się co wyrośnie z tych kilkucentymetrowych roślinek.
–  ANGIELSKIE, pani Aniu, i one wcale nie mają wody! Ani trochę!

Bogom niech będą dzięki. Nareszcie ktoś wpadł na wyhodowanie odmiany, która rodzi od razu suszone pomidory, bo to mi odejmie całą masę roboty jesienią.

Aha, i tu miał być koniec wpisu, ale małżonek przyszedł i mówi: “Zrobiłem zdjęcie Stefanowi, będziesz miała na bloga”. Kim, u diabła, jest Stefan, zapytacie, jako i ja zapytałam. Ano o:

Stefan Stefan 2 Stefan 3 Stefan 4

Ale tak serio – kim u diabła jest Stefan? Może ktoś z Was kocha robaki i będzie wiedział.

PS. I jakoś tak niechcący kupiliśmy dziesięć kurczaków. Bo małżonek wysłał mi esemesa, że widział Rudego Ryja pod furtką, a ja mu odpisałam: “no to praktycznie po kurczakach”, a on to zrozumiał tak, że właśnie odnalazłam dziewięć martwych, kurzych tuszek, i postanowił nie zasypiać kurczaków w popiele, tylko działać szybko i zdecydowanie. No i się umówił na odbiór dziesięciu zielononóżek gdzieś pod Pieniężnem jeszcze tego samego dnia. Wszystko się wyjaśniło na kilka godzin przed umówionym odbiorem, ale doszliśmy do wniosku, że nie będziemy tego odkręcać, bo jeśli nie weźmiemy tych kurczaków, to nasze łyse szczęście już się dobrze postara, żeby “no to mamy po kurczakach” się rychło ziściło. Pojechaliśmy zatem, błądząc po polskich bezdrożach, a gdy dotarliśmy do popegeerowskiego osiedla małżonek wyraził rosnące zwątpienie słowami: “co ten facet, na balkonie te kury trzyma?”. No i wiele się nie pomylił, bo choć nie na balkonie, to w garażu facet te kury trzymał. W dużym, betonowym garażu, w ustawionych jedna na drugiej, aż pod sufit, plastikowych skrzynkach, z których wystawały tu i ówdzie kurze głowy różnych ras. Się bowiem okazało, że facet hoduje te kury gdzieś na Mazowszu (“panie, ja tego w tysiącach sprzedaję”), i z powodów, w które nie chcieliśmy wnikać, przywozi je tutaj w skrzynkach i sprzedaje z garażu. Nie chcieliśmy wnikać, bo okolica nieciekawa, na każdym rogu bujał się lokalny Seba w sportowym rynsztunku, a i sam sprzedawca jakiś taki z mordy niewyględny i pomagier jego takoż, więc choć na końcu języka miałam pytanie, jak on te kury w skrzynkach karmi i poi, to się w język ugryzłam, spakowaliśmy dziesięć bladych, kurzych twarzy do samochodu i w nogi.

Kurczaki, jak kurczaki:

nowe kurczaki 2 nowe kurczaki

Najgorsze, że one chyba nigdy po trawie nie chodziły, ani słońca nie widziały, bo od dwóch dni kitrają się gdzieś po krzakach małego wybiegu, albo pod ścianą obory, najczęściej wszystkie w jednej kupce, a jak raz czwórka z nich wyszła poza wybieg, to trzymała się siatki ogrodzenia i nie odeszła od niej dalej, niż na metr. Ale one się jeszcze wyrobią. Już wiedzą, że pszenicę można zjeść. Piasku nażarły się jak struś, nauczyły się pić wodę z miski, to i robaka w końcu odkryją, a za kilka tygodni będą biegać po lesie, na swoją zgubę i moich nerwów zszarpanie. Ach, no i jeszcze Meliny wysiadują solidarnie kilka kurzych jaj:

dwie Meliny siedzace

(aktualizacja na dzień opublikowania wpisu: Meliny wysiadują już tylko dwa jajka, bo resztę zgniotły, ale siedzą ofiarnie i nawet na cotygodniową kąpiel w stawie nie bardzo chciały się wybrać)

A dzień po przybyciu nowych kurczaków na jajkach zasiadła również jedna z naszych “starych” kur, więc kto wie? To jeszcze może być Rok Kurczaka.

PPS. Z dziesięciu nasion kiełbasy wyrosły tylko cztery sadzonki:

dla psa kielbasa

Dwie z nich już siedzą w szklarni, a dwie pozostałe chyba wetknę gdzieś w ogrodzie. No bo niby lubią ciepło (w szklarni na dodatek nie ma ślimaków, chyba że smażone), ale też podobno rosną wysokie jak koza, i w szklarni sufit może się dla nich okazać zbyt niski.

No i kwitnie bez:

kwitnie bez 2 kwitnie bez

I rodo-srodo:

kwitnie rododendron rodo

I tak na dobrą sprawę wszystko, ale wszystkiego mi się nie chciało fotografować.

PGR. No i nie napisałam nigdzie, że jestem nieszczęśliwa, tak? Jestem umiarkowanie zadowolona, jak na przeciętnego człowieka przystało. Umiarkowane zadowolenie jest gdzieś pomiędzy “omójboże, jak zajebiście”, a “ojapierdolę, jaki kanał, dno i skamieniałe szczeżuje”. A tytuł wpisu może być trochę mylący, bo w zielone buty moje stopy już nie wchodzą. Minimalistyczne biegówki też coś od tygodnia przyciasne. No cóż – weterani berfutingu ostrzegali, że stopa ma mięśnie, i one są zaprojektowane do pracy. Buty tę pracę z nich zdejmują, a że wszyscy od urodzenia nosimy obuwie, to nasze stopy po kilkudziesięciu latach są atroficzne i zwiędłe, ale wciąż pamiętają te setki tysięcy lat ewolucji, podczas których nasi przodkowie używali stóp do chodzenia, no i moje też sobie przypomniały, i gdy tylko wypuściłam je na wolność, zaczęły przybierać ciała i już nie przypominają zasuszonych kikutów mumii egipskiej. Kolejny feler chodzenia boso jest taki, że buty zaczynają wkurwiać. Konieczność ich założenia (np. do koziarni, bo jednak gdyby żelazko Ziokołka nadepnęło na moją stopę, to pal diabli stopę, ale oczy na pewno wyskoczyłyby mi z głowy), a później zdjęcia, no i temperatura wewnątrz buta. Dopiero teraz do mnie dotarło, jak idiotycznie niewygodnie, mokro i gorąco jest w butach podczas upału, a do sandałów pałam genetycznie uwarunkowaną odrazą i nic na to nie poradzę. No więc. Odwiozłam wczoraj Mamę na dworzec, i gdy tylko wróciłam do samochodu musiałam zdjąć te superwygodne buty do biegania, bo już mnie zaczynały wkurwiać. A ponieważ w drodze na dworzec zagotował mi się silnik i trzeba było czekać, aż trochę ostygnie, żeby dolać płynu do chłodnicy, to chodziłam sobie po dworcowym parkingu, testując moje nowe, neandertalskie stopy na polbruku, i to był mój miastowy coming out. Bardzo przyjemne uczucie – nawierzchnia parkingu nowiutka, równa, nagrzana majowym słońcem, nie to co żwir na podjeździe mojego własnego podwórka, że nie wspomnę o ostach i pokrzywach. No i wróciłam prowadząc Gwiazdolota też boso, i – alleluja – żadnych przykrych niespodzianek. Operowanie pedałami sprzęgła i gazu jest dalece bardziej precyzyjne, gdy robi się to kawałkiem ciała, który posiada zakończenia nerwowe, no a hamulec i tak musimy wciskać ostrożnie, bo prawa tylna tarcza hamulcowa jest krzywa i strasznie “bije” podczas ostrego hamowania. Tak więc hejże glujże, boso i do przodu! (nie, w sklepie jeszcze boso nie byłam. Trochę się boję, gdyż jestem psychicznie wrażliwa na wyprowadzanie przez ochronę, z rękami wykręconymi do tyłu, ale kto wie, może się przyzwyczaję)

klekot klekot 2 best friends forever kozy w kwiatkach kozy w kwiatkach 2 kotki trzy

Sielanka-sranka, czyli Bożena pisze memułar (a ja zbieram na kilometr ogrodzenia)

 

–  Za górami, za lasami, gdzie psy piją wodę dupami…
–  NIE! – irytuje się Irena, waląc kopytkiem w lizawkę solną.
–  Co “nie”? – Bożena otwiera oczy, wytrącona z wątku.
–  Nie można tak na początku z dupami zaraz wyskakiwać.
–  A kiedy można?
–  Nie wiem, później jakoś. Gdy się już czytelnik do nas przyzwyczai, pozna nas trochę, weźmie ze trzy nerwosole, no później trochę w każdym razie.
– Aha. Coś jak: “jestem Bożena i piszę kozi memułar, proszę się nie martwić i nie denerwować”, i wtedy już można z tą dupą…?
–  Bardzo śmieszne, Bożena. Ty niby mądra jesteś, ale e-wi-dent-nie wymagasz sprawnej i inteligentnej redakcji, i właśnie po to masz mnie.
–  A to ty sobie może sama, DROGA REDAKCJO, napisz ten memułar i nie zawracaj mi dupy, co?
–  Nie, bez sensu. O czym ja bym miała pisać, jak ja mam tylko trzy lata? Ty to co innego – masz ze trzydzieści, wyglądasz na trzysta, z niejednego podwórka stare trampki jadłaś i tak dalej. Ty będziesz opowiadać, a ja to wszystko ładnie spiszę, bo ja ładnie piszę, zrobię kopyrektę i cerratę, recenzję napisze ta nowa, rozczochrana cwaniara z miasta, będzie miała większą wiarygodność…
–  A w łeb chcesz? – pyta spokojnie Bożena.
–  …okładkę zaprojektuje Pippi, ona ma taki elegancki styl… – ciągnie z rozpędu Irena, nie zważając na ofertę Bożeny; Bożena często daje w łeb, nawet bez powodu, i wszyscy się już do tego przyzwyczaili. – Tradycja będzie naszą sekretarką, a ten jej głupek, Lucek, koziwojażerem…
–  Czym?
– No koziwojażerem, takim sprzedawcą obwoźnym, rozumiesz. Worek owsa za jeden egzemplarz memułara, to będzie nasza cena, i widzisz jak ja to wszystko mam już przemyślane – głupek będzie sprzedawał, bo tylko on jest w stanie worek owsa przytargać do koziarni. Wysoki jak koza, głupi jak brzoza, ale silny jak dąb, i się w końcu do czegoś przyda.
–  Brzozy są głupie?
–  I widzisz, I WIDZISZ, Bożena!? Ja ci przedstawiam poważny biznesplan, a ty mnie o głupoty pytasz!
–  No już dobrze, dobrze, weź sobie te trzy nerwosole, i pisz: “za górami, za lasami, gdzie psy… gdzie psy…” – Bożena zawiesza się na chwilę, mrugając nerwowo oczami.  – Ty, Irena, co jeszcze mogą robić psy na końcu świata, w środku lasu, w województwie warmińsko-mazurskim?
–  Z moich obserwacji wynika, że niewiele – zauważa z przekąsem Irena.
–  Dobra, już mam. “Za górami, za lasami, za czterema bezużytecznymi psami…”

No i w tym momencie wypada mi z dłoni zszywacz tapicerski, z którym wdrapałam się na strych obory, żeby przybić w okienku siatkę zabezpieczającą strych przed kurami. Niewiele brakowało, a spadłby Irenie na głowę, bo okienko jest tuż obok takiego otworu zrzutowego na siano, a otwór dokładnie nad żłobem w koziarni. Otwór ten na zimę zakrywamy deskami, kocem i sianem, żeby się koziarnia nie wyziębiała, a latem odkrywamy i jest z niego piękny wywietrznik. No więc ciężki zszywacz upadł, narobił hałasu, i za pół sekundy Irena była już w żłobie i teraz twardo patrzy mi w oczy przez otwór zrzutowy na siano.

–  PODSŁUCHIWAAAAAŁAŚ! – wyje oskarżycielsko Irena, jakby nie była małą, łaciatą kozą, tylko co najmniej syreną okrętową.
–  Nie podsłuchiwałam, tylko przyszłam tu przybić, o takie  –  macham na usprawiedliwienie firanką i zszywaczem, i wymyślam naprędce pytanie, które ma odwrócić uwagę Ireny od mojego niechwalebnego postępku.  –  A dlaczego Tradycja ma być waszą sekretarką?
–  Bo jest blondynką i ma duże cycki, to chyba jasne!  –  odwarkuje Irena, wciąż zadzierając łeb i przeszywając mnie sztyletem spojrzenia z gatunku potępiających.
–  Ale wiesz, że to tylko taki stereotyp? Ja nie jestem blondynką i na dobrą sprawę nie mam cycków, a kiedyś byłam sekretarką.
–  Tajasne!  –  prycha lekceważąco Irena.  – I niby kto wtedy opiekował się twoimi kozami?
–  Och, to było bardzo dawno temu, i wtedy nie miałam jeszcze kóz.

Spojrzenie Ireny zmienia się z potępiającego w niedowierzające, jakby nie mieściło jej się w głowie, że ktoś może nie mieć kóz.
–  No co tak patrzysz? – śmieję się z jej głupiej miny. – Po prostu mieszkałam w mieście i nie miałam żadnych kóz.
–  I ten… I jak ci się żyło bez kóz? – Irena patrzy w dół, grzebiąc kopytkiem w sianie.
–  Całkiem do dupy  –  odpowiadam zgodnie z najprawdziwszą prawdą.
–  No! To rozumiem,  –  rozpromienia się błyskawicznie Irena  –  bez kóz musi być całkiem, ale to całkiem do dupy!
–  Z kim wy tu tak gadacie?  –  Doktor Ekspert ostrożnie wchodzi do koziarni, i widząc w otworze sufitu moją twarz milknie nagle, przerażona, wybałuszając wielkie, owcze oczy.
–  Wyluzuj, dziewczyno,  –  śmieje się Irena  –  ONA WIE.
Doktor Ekspert nadal stoi jak wcementowana w podłogę i rzuca cicho, jakby półgębkiem: – CO wie?
–  No wie, że jak chcemy, to gadamy ICH językiem.
–  O Boże…  –  Doktor Ekspert robi w tył zwrot i wypada w te pędy z koziarni, by jak najszybciej donieść o wszystkim Baśce.
–  Jeeezu  –  wywraca oczami Irena  –  ale te owce są dur… – i urywa w pół słowa, zgromiona ostrzegawczym chrząknięciem Bożeny.
–  To już NIC nie można teraz powiedzieć?!  –  buntuje się Irena, ale widać, że jednak jest jej trochę głupio. –  No wiem, wiem. Przykra sprawa z tymi jagniętami, i Kocykiem, i tamtymi… PRZEPRASZAM, Bożena, no naprawdę  –  Irena podchodzi do starszej koleżanki i pojednawczo trąca ją nosem.  – Przepraszam.
–  Dobra, masz wybaczone, ale na przyszłość pilnuj trochę ten swój niewyparzony jęzor. A Tradycji już mówiłaś, że będzie naszą sekretarką? Bo nie wydaje mi się, żeby ona się zgodziła.
–  Ja też to słabo raczej widzę  –  dorzucam swoje trzy grosze z okienka.
–  Phiii! Co wy wiecie o rekrutacji!  –  pręży chudą pierś Irena, z powrotem w swoim żywiole.  – Ja to tak załatwię, że Tradycja sama do mnie przyjdzie BŁAGAĆ o tę robotę!
–  Aha  –  z trudem zachowuję kamienną twarz.  – A właściwie co wam strzeliło do głowy z tym… tym memułarem?  –  zwracam się do Bożeny.
–  Ja tam się nie znam i nie wypowiadam. Mądralę zapytaj  –  Bożena wzdycha ciężko, układa się wygodnie na ściółce pod żłobem i ruchem głowy wskazuje na Irenę.
–  No bo tak! Bo tu się różne rzeczy dzieją, skończyła się sielanka-sranka, ciągle jakieś zmiany, i my tu nie znamy dnia ani godziny, a przecież to wszystko nie może się tak ZMARNOWAĆ. My tu nie jesteśmy jakieś byle kto, my tu mamy prawdziwe życie i wiele do powiedzenia, i po nas musi zostać jakiś ślad!
–  Masz na myśli coś więcej, niż obgryzione drzewa, wytłuczone szyby, rozwalone drzwi i kozia ławka rozniesiona w drzazgi?  –  pytam drwiąco.
–  Ojezu,  –  Irena znowu wywraca oczami  –  po pierwsze, to nie my, tylko ONI. Faceci. Po drugie, to nie MY tu sprowadziłyśmy tego białego pokundla, który Luckowi gra na nerwach, co nie? A skoro już jesteśmy przy sprowadzaniu, to może powiesz nam, KTO tu przywlókł kolejne trzy ofermy jakieś, hę?

No i tak. Chyba powinnam zacząć coś Państwu wyjaśniać, bo nie wszystko z tej rozmowy rozumiecie. Firanka wstrzelona w “okno” strychu obory wygląda tak:

firanka przeciw kurczakom

No krzywo jest, ale to z wrażenia tak mi wyszło. No bo weźcie – memułar? A co niby jest nie tak ze starym, dobrym pamiętnikiem? (później jeszcze o to Irenę pytałam, i ona mówi, że “pamiętnik” to jest nazwa zarezerwowana i chroniona prawem autorskim. I podobno należy do niejakiego Plastusia. No to ja też się nie znam i nie wtrącam).

A “kolejne trzy ofermy jakieś” wyglądają tak:

trzy ofermy jakies trzy ofermy jakies 2

I już spieszę z krókim słowem wyjaśnienia. No bo pojechaliśmy do znajomego koziarza, pogadać o kolczykach dla owiec. I wróciliśmy bez kolczyków, za to z trzema ofermami. Proste, nie? Ta mała biała nazywa się Kredens i od tego nie dało się uciec. Kredensem miała być Tradycja, małżonek naonczas BARDZO nalegał, ja się nie dałam, ale też wiedziałam, że co się odwlecze, to daleko nie spierdoli. Teraz przynajmniej mamy to z głowy. Ta popielata, bardzo nieśmiała kózka, to Szarik, a największa z nich, podobno rodzona we wrześniu, jak ja, będzie Tereską, bo poprzednia Tereska zmieniła imię na “Herbatka”. No i te bidne trzy ofermy są teraz na samym dnie, jeśli chodzi o hierarchię w stadzie, a dzięki nim Kozy Włoskie awansowały i nareszcie też mają kogo szturchać.

“Faceci” w koziarni porobili o, takie różne swoje porządki:

drzwiczki rozpieprzone 2 drzwiczki rozpieprzone lawka rozebrana szybka wybita

Ale trzech mam już z głowy. Wybaczcie mi, drogie matki chrzestne, ale przewaga liczebna samców nad samicami jest niezgodna z naturą, a wręcz szkodliwa i zła, o czym wiedział nawet scenarzysta “Seksmisji”, a ja się przekonałam na własnych siniakach i naciągniętych mięśniach. Po prostu NIE, nie da się utrzymać w ryzach hordy napalonych kozłów, i musiałam sobie przewalutować niektóre uczucia i poczynić zabiegi strategiczne. Docelowo w stadzie ma rządzić jeden jajeczny, od biedy dam radę utrzymać dwóch, ale wtedy będą musieli garować w ciupie na zmianę. Pacanek to “świeża krew”, nowe geny, niespokrewniony z nikim, prócz córki swej, zwanej Małym Złem. Nierogaty, więc nie będzie mi żyrandolem majstrował przy klamkach, że nie wspomnę o rozkurwianiu drewnianych elementów wystroju wnętrz. Andrzej, jako ojciec-założyciel, ma immunitet i jest chroniony prawem, więc pomimo okazałego żyrandola zostaje, i trudno. Lucek – piękny, młody, kozi bóg. Tu mamy z małżonkiem rozterkę, bo po pierwsze: Irena już go zatrudniła jako koziwojażera, a po drugie – poczciwy z niego głupek. Jest wielki, waży już pewnie tyle co ja, urodziwy i w ogóle, tylko te straszliwe rogi… Podczas nocnej bijatyki w koziarni tak pokiereszował łeb Pacankowi, że wypsikałam na ten biedny czerep resztkę octeniseptu i zastanawiam się nad kupnem beretu, który by zasłonił ten jeden, wielki strup. No więc kwestia Lucka jest wciąż otwarta, Trzej Muszkieterowie Ireny szukają domu, tako i kuzyn ich Sylwuniu, czyli syn Kachny, a tymczasem Kazik, Guzik i Wirus pojechali szczęśliwie do nowego domu.

Nowy dom też jest pod lasem, a nowym urwisów właścicielem został znajomy mojej znajomej, nie żadna patologia, tylko porządny pan w średnim wieku, który rok temu wyprowadził się z miasta i zażywa świętego spokoju na łonie natury. To znaczy mam nadzieję, że nadal zażywa, no ale to nie ja mu wcisnęłam aż trzy rącze koziołki – sam chciał. Najpierw była mowa o Kaziku i Guziku, bo oni jak dwaj bracia bliźniacy zawsze trzymali się razem, no ale gdy pan po nich przyjechał, to biegał z nimi po podwórku również Wirus, albowiem Wirus poczuł zew krwi i zabierał się za seksualną eksplorację wdzięków swojej matki (zaraz po śniadanku z cycka, rzecz jasna), więc też go musiałam od stada odseparować. No i pan popatrzył na tę trójkę i rzekł, że w sumie czemu by nie trzech? Troje? Miejsce jest, terenów zielonych mu nie brakuje, siano ma po znajomości od kolegi, bardzo dobrej jakości, bo kolega ma konie, szopka na zimę też ich pomieści, no to niech będą trzy. Troje. No i pojechali. I z jednej strony dziwnie nam było z małżonkiem, gdyśmy tak patrzyli za oddalającymi się trzema ryjkami przyklejonymi do tylnej szyby kombi, ale ze strony drugiej, nie kryję, była ulga. Trzech rogatych mniej w codziennej szarpaninie (o tak; Wirus wypuścił rogi dopiero ponad miesiąc po urodzeniu)! I pojechali w dobre miejsce, do normalnego człowieka, więc lepiej byśmy tego nie wymyślili.

Jeśli zaś chodzi o Pumę, która wkradła się w sekcję komentarzy, to…

Małżonek, jak wiecie, pracuje na czarno, w takim niedogrzanym bunkrze, i sprzedaje markowe szmaty przez internet (przy okazji – gdy następnym razem będziecie kupować jakieś drogie buty, za sześć stów lub więcej, czy inne fensi bluzy lub strój do wrestlingu, przez profesjonalnie wyglądającą stronę internetową z pięknymi zdjęciami, oraz szybką i profesjonalną obsługą, to wiedzcie, że jest wielce prawdopodobne, iż po drugiej stronie waszego monitora/telefonu/tabletu siedzą biedaki-cebulaki, w kufajach i ocieplanych kozakach, pracujący na czarno. Część z nich ma tzw. grupę inwalidzką, a część “działalność gospodarczą”, na którą są dotacje z urzędu pracy i można za nie kupić sprzęt do bunkra. Albo jeśli kupujecie coś na ibeju, czy innym amazonie, i myślicie, że kupujecie w Anglii, lub w Niemczech, to… tak, bardzo możliwe, że wciąż kupujecie w tym samym bunkrze. Nie podam nazwy firmy ani adresu sklepu/ów, ale zapewniam Was, że jak nie należy oceniać książki po okładce, tak firmy po interfejsie), no i był tam sobie taki kotek. I małżonek mówi: “Fajny kotek, trochę mi go szkoda. Całe życie w kotłowni z cieciem, na jakimś suchym kitikecie…”. No i tak sobie chodził i mówił. I czasem dodawał jeszcze, że NAPRAWDĘ BARDZO ŁADNY KOTEK. A właściwie kotka.

Kilka dni temu, na cztery dni przed umówionym terminem kastracji, Gamoń dał nogę, a małżonek uznał, że skoro nie ma go już trzy dni, to pewnie nie wróci, i… w poniedziałek około osiemnastej zajechał na podwórko, wytachał wielki karton z samochodu, a z kartonu małe, trzykilogramowe, wielkookie TO:

puma

I to ma być PUMA? Gdzie tu jaka puma, jak to czysty żbik.

niby puma niby zbik niby puma niby zbik 2

Nibypuma puszczona wolno po mieszkaniu bardzo szybko zapoznała się ze wszystkimi kątami, znalazła miskę z wodą, miskę z żarciem, kuwetę, moje niedojedzone kanapki, dwa gęsie jaja w koszyczku z czosnkiem, i wiele, wiele innych rzeczy, a małżonek, dumny jak paw, kiwał głową i powtarzał: “Patrz, Kanionek. To jest KOT. Prawdziwy kot, nie te jakieś twoje niedoróbki. Patrz, i ucz się, jak się zachowuje porządny kot”. No to patrzę. Dziś rano na przykład wchodzę do kuchni, patrzę, a tam krajobraz jak po imprezie studenckiej: na podłodze mozaika ze skorupek jaj (które zbieram do pudełka, potem kruszę i rozrzucam w ogrodzie), przeplatana okruszkami chleba (który suszę dla kóz), z różowym akcentem szczątków po gąbce do zmywania naczyń, że nie wspomnę o rozmaitych pudełkach i pojemnikach, tudzież siatkach na zakupy, rozwłóczonych po linoleum niczym zwłoki młodych dziewic po wspomnianej imprezie studenckiej. Imprezie studentów-satanistów. W kuchni był co prawda tej nocy również Gamoń (owszem, wrócił w przeddzień zabiegu i się nie wywinął), ale nie mam wątpliwości, że ten skorupkowy armagedon to robota PRAWDZIWEGO KOTA, bo Gamoń w dupie ma jakieś głupie skorupki, a gąbki do zmywania nawet by łapką nie dotknął, bo fuj. W kilka godzin później ten sam prawdziwy kot zrzucił z parapetu w moim pokoju plastikową miskę, w której stały, nie wadząc dotąd nikomu, doniczki z rozsadą dyni olbrzymiej. Cztery z sadzonek chyba przeżyją. Puma, być może, również.

i po dyni

Zaledwie dobę po przybyciu prawdziwy kot został wypuszczony na podwórko, bo nawet małżonkowi żyłka zaczęła pękać przy obiedzie (“aha, Kanionek, nie zdziw się, jak Puma wskoczy ci na plecy, bo jeden z pracowników nauczył ją siadania na ramieniu, jak jakąś sowę”), no i co Państwo powiecie? Ledwie zeskoczyła z parapetu, przypuściła atak na Kaczkę. Na Kaczkę! Wielką, tłustą Kaczkę, która mogłaby zabić kota po prostu na nim siadając. Kaczka chyba jednak nie zdaje sobie sprawy ze swych możliwości, bo nie zdążyła się nawet porządnie zdziwić, a już musiała zapierniczać przez podwórko na maksymalnych obrotach, ścigana przez stalowoszary pocisk o masie dziesięciu wróbli. Gęsi tak spanikowały, że prawie nauczyły się latać, i tylko biegusy nie dały się nabrać na ten sztuczny miód. Zwabione odgłosami awantury (Kurokezi oczywiście podnieśli wrzask, jakby im się w kurniku paliło), przydreptały ochoczo od południa i ruszyły prosto na prawdziwego kota, a za nimi ośmielone taką postawą kurczaki.

chodzcie zobaczyc kota 3 chodzcie zobaczyc kota 2 chodzcie zobaczyc kota 4 chodzcie zobaczyc kota

Foty strzelane przez zamknięte okno, więc trochę niewyraźne, ale widać dobrze, jakie zainteresowanie wzbudził na podwórku KOT. Bo wcześniej byli tu tylko Gamoń, Kotek, Panter i Jałowiec, a KOTA nikt tu przecież jeszcze nie widział, proszę Państwa, więc takie to było wydarzenie. No i muszę małżonkowi przyznać, że faktycznie, ładna jest, ta nibypuma.

zbik

A skoro już jesteśmy przy biegusach, to urządziłam im w ogrodzie małe Eldorado, łamane na Shawshank. Shawshank polega na tym, żeby biegusy się z ogrodu nie wydostały, a więc siatkę leśną od strony wschodniej zabezpieczyłam starą siecią rybacką, znalezioną na strychu obory podczas manipulacji przy okienku, zaś od strony północnej folią szklarniową:

folia przeciw biegusom

Eldorado, przynajmniej w moim guście, polega na tym, że oprócz nieograniczonej ilości ślimaków, dżdżownic i innego kaczego złota, biegusy mają tam teraz przytulny kącik, nadający się nawet na gniazdko:

kaczy grajdolek kaczy grajdolek 2 kaczy grajdolek 3

W którym, jak znam życie, nigdy nie zechcą siedzieć, ale ja swoje zrobiłam, tak? A oprócz kącika – basenik. W roli basenu wystąpiła stara, plastikowa wanienka dla dzieci, którą z kolei znalazłam na strychu domu, a w którą Cebulaccy łapali kiedyś wodę kapiącą przez dziury w dachu. Pod tę wanienkę musiałam wykopać podłużny dołek, bo inaczej biegusy nie dałyby rady się do niej wdrapać, pozostało mi nalać do niej wody i włala:

kacza wanienka kacza wanienka 2

Ślicznie, pięknie i w ogóle, tylko jeszcze biegusy muszę złapać, a wierzcie mi, jest taka potrzeba.

byla sobie rzodkiewka
O, tyle zostało z wysianej w kwietniu rzodkiewki. Za to ławka wierzbowa, o dziwo, przetrwała zimę, ślimaki jej niestraszne, i zazieleniła się od młodych pędów:

lawka wierzbowa 2016

Kwitną jabłonie:

kwitna jablonie kwitna jablonie 2 kwitna jablonie 3

I czosnek niedźwiedzi od Mp:

czosnek tez kwitnie

A oregano, też od Mp, pięknie odbiło po zimie:

oregano po zimie

Z zimą poradził sobie również ubiegłoroczny tymianek:

tymianek po zimie

Nagietki wysiały się same, zapewne z tych ostatnich, późnojesiennych kwiatów, których nie zerwałam, i takoż zrobił – ku mojemu zdziwieniu – ogórecznik lekarski. Zapomniałam w tym roku kupić nasiona i już machnęłam ręką na ten ogórecznik, a on sobie właśnie wyłazi z ziemi, tu i ówdzie. Zima była słaba, ale jednak parę razy dobrze przymroziło, a śniegu wtedy jeszcze nie było (i być może nie wiecie, ale rolnicy co siali zboża ozime mają w tym roku przechlapane), i takie rośliny lubię – same jadą, o drogę nie pytają.

W różowym pokoju znów mam rozliczne konstrukcje wzniesione z kartonów, na których stoją rozliczne doniczki, a w nich rozsady wszystkiego, o czym nie zapomniałam w tym roku, czyli pomidorów, ogórków, selera, pora, fasoli, kukurydzy, cukinii, kapusty, ziół i słonecznika. Z ziół wysiałam bazylię, cząber, tymianek, majeranek, rozmaryn i jakiś arcydzięgiel. Ten ostatni to oczywiście dla kóz, bo co ja bym z arcydzięglem robiła? O i właśnie, Paryja, czy to jest lubczyk?

lubczyk to czy nie lubczyk albo i nie

Bo mi wyrosło w ogrodzie na wiosnę, a za nic nie pamiętam, czy tam był lubczyk, czy kozłek lekarski, no i – gupia kobyła – nie odróżniam jednego od drugiego, bo pierwszy raz takie dziwy siałam.

Wysiałam też eksperymentalną partię kozieradki, tylko fotki nie zrobiłam i już mi się nie chce lecieć dookoła domu. Kozieradka, jak wyczytałam, jest ortodoksyjnym kalcyfitem, czyli lubi gleby wapienne, niezbyt zasobne w azot, a u mnie w ogrodzie jest tak jakby całkiem na odwrót, więc przygotowałam kozieradce skrzynkę, w której umieściłam ziemię z krecich kopców wymieszaną z dużą ilością kredy pastewnej, i zobaczymy, co z tego wyniknie. Kozieradka kiełkuje ochoczo i nie każe długo na siebie czekać – po kilku dniach widać już las małych, zielonych kozieradek. Jeśli ziemia z kredą będzie jej odpowiadać, w przyszłym roku przygotuję większe poletko pod “uprawę”. Mówię tu o niewielkich ilościach, ot tak, dla kóz na pocieszenie w zimowe wieczory.

Co to ja jeszcze… Aha, zrobiłam dla Was uroczy filmik o wolnowybiegowych kozach. Nastrój był, słońce świeciło, kozy się pasły, ja rozwieszałam sieci rybackie niczym stary ogrodnik w Juracie, ptaszki śpiewały i miałam tak zwaną nadzieję na przyszłość, i w ogóle było słodko, a kilka dni później ten filmik w gardle mi stanął, bo przyszedł leśniczy i kazał mi się siatką od lasu odgrodzić. A te małpy, znaczy się kozy, co to wcześniej nawet nie śniły o plądrowaniu leśnych zasobów, jak na złość właśnie po wizycie leśniczego zaczęły w ten las włazić, i to nie tylko od zachodu. Przysięgam, że one nie dla ozdoby mają takie długie uszy, tylko po to, żeby wszystko z daleka usłyszeć i człowiekowi zrobić na złość i na przekór. No więc pilarze robią przecinkę w młodej dębinie od północnego zachodu, a moje kozy w olszynach. Pilarze przesuwają się w kierunku lasu olszynowego? Nie ma sprawy, kozy idą przez łąkę na wschód, przecinają leśny trakt i już są w lesie od wschodu. Jasny szlag. W tym lesie od wschodu nie ma specjalnie czego żreć, bo tam już trzydziestoletnie świerki, kora gruba i niesmaczna, a na ziemi tylko warstwa starych igieł, ale kozy włażą i widać je tam bardzo wyraźnie, jak wieniec z chryzantem na szarym pomniku, więc nie trzeba będzie długo czekać, jak leśniczy przyjedzie urwać mi łeb. No i dlatego zbieram na kilometr ogrodzenia. Albo dwa. Jeszcze nie policzyłam dokładnie. Nie zdziwcie się, jak te koszulki ze złotymi myślami Żozefin będą po pińcet za sztukę. A skoro już jesteśmy przy pieniądzach, to polecam ser wędzony, który jest po 55 zł za kilogram, a przecież niedługo będzie po pięćset, bo ogrodzenie, leśniczy, mój łeb na kołek wbity, w tym uroczym wieńcu z chryzantem i tak dalej.

ser wedzony 2 ser wedzony

(jak to śpiewał Kazik – “rebelia się psze państwa najlepiej sprzedaje”, więc pozwolę sobie dodać, że naturalne wędzonki są w Unii nielegalne, więc macie Państwo okazję zgrzeszyć, pójść pod prąd, zagrać na nosie tłustym dygnitarzom, i takie tam inne chwyty reklamowe, bo tonący chwytów się chwyta, gdy go nawet na brzytwę nie stać, a teraz koniec bloku reklamowego, i zaraz leci film)

(uwagi post factum: tak, wiem, nie słychać co ja tam mamroczę pod nosem; nie wzięłam pod uwagę wiatru dmuchającego w mikrofon. A Pacanek spędził na łańcuchu tylko kilka godzin, bo JA dłużej nie wytrzymałam. Wróciliśmy do wypasów zmianowych – raz ze stadem biega Lucek, raz Pacanek, a jeśli Kachna i Pippi powtórzą ruję, panowie będą siedzieć w ciupie, dokarmiani sztuczną kozą)

PS. Pimpacy już PRAWIE nie zjada kurczaków. Jakieś dwa łikendy temu małżonek spędził z nim kilka godzin szkoleniowych, a w ciągu tygodnia roboczego ja dopełniam dzieła. Efekt jest taki:

I można go już nawet zostawić na podwórku bez nadzoru, ale lepiej mieć uszy wyciągnięte jak koza, bo czasem jeszcze trzeba wylecieć z domu z okrzykiem “ja ci zaraz nogi z dupy, jeśli tej kurze choćby piórko”, no ale postępy są. I w związku z tymi postępami i łagodniejącą naturą Pimpacego, małżonek zaczął na niego wołać “Pusia”, i ja nie wiem, czy to jest wobec psa sprawiedliwe.

szkolenie Pusi