Milczenie owiec, czyli wieczorek filmowy u Kanionka i o rosnącym poziomie zezwierzęcenia

zima w listopadzie 2 zima w listopadzie 1 zima w listopadzie

Dzień dobry zimo, dzień dobry Państwu. Jadalna zastawa stołowa od Kachny wygląda tak:

miseczki talerze miseczka

I teraz mam wyrzuty sumienia, że nie pokazałam Wam innych rzeczy, które od Was dostałam, więc nie wiem – pokazywać wszystko, czy nie pokazywać nic? Jestem w takiej akurat kwadrze księżyca, że najprostsze decyzje przychodzą mi z trudnością, albo wcale. No to Wy zdecydujcie.

Siedzimy sobie z małżonkiem w kuchni wieczorem, to znaczy ja siedzę i trzaskam orzechy laskowe dziadkiem do orzechów, który skądś wytrzasnęła moja Mama, na drugim krześle siedzi Laserek, a obok niego stoi małżonek. No więc ja siedzę, orzechy trzaskam, i w zamyśleniu patrzę na Białego Pantera, który tkwi na parapecie w pozycji na koci posążek z czasów staroegipskich, mrużąc te swoje lodowate, błękitne oczy, i tak mnie nagle naszło, że wiem, kogo mi ten kot przypomina. I mówię na głos, że ten biały kot przypomina mi taką jedną Ksymenę S., co mieszkała na siódmym piętrze i miała bardzo wyniosłą matkę, która nosiła na twarzy tapetę grubości koca przeciwpożarowego, i że jak raz przyszła do mojej Mamy bez tego koca na twarzy, a ja otworzyłam drzwi, to jej nie poznałam i nie wiedziałam, kim ona do diabła i w ogóle co za obca baba do mnie gada, jakby mnie znała, a ta jej córka Ksymena była właśnie blondynką o bardzo jasnej karnacji i miała takie piękne, kocio skrojone oczy, zimne jak głaz, i tak sobie snuję tę opowieść z gatunku “co ci przypomina widok znajomy ten”, gdy kątem oka widzę, że małżonek patrzy na Lasera, Laser na niego, i ten pierwszy już nie wyrabia z uciechy. “O co wam teraz znowu chodzi?” pytam, strącona ze szlaku wspomnień o epoce lodu, a małżonek na to, wciąż zwracając się do psa: “I widzisz, Laserku, ja CIĄGLE tego muszę słuchać, a ty już po trzech minutach wymiękłeś”, i w śmiech. Fakt, Laserek wyglądał nie za bardzo i mrużył oczy, jakby go wątroba bolała, ale to dlatego, że w kuchni było już dość zimno, a on był śpiący, i stąd ta mina pod tytułem “zabijcie mnie TERAZ”, no ale niech małżonkowi będzie, że się tak świetnie dogadali.

a Kanionek wciaz opowiada

Co ja Wam zresztą będę owijać w gównianą wełnę – wraz ze wzrostem ilości zwierząt w gospodarstwie, wzrasta nieuchronnie poziom ogólnej wesołości, a wszechobecnej frajdzie wprost nie ma końca. Wszyscy chodzimy uśmiechnięci, panuje uroczysta atmosfera intergatunkowej miłości, a mi to już w ogóle anioły wieczorem zaplatają warkocze i pitolą ckliwie na pozłacanych fletach.

I tak na przykład nudne, domowe czynności nabierają rumieńców, gdy tylko zaopatrzyć się w trzymiesięcznego kotka, który w ciągu tygodnia zdążył wyrosnąć z etapu turlania papierowej kulki, a potem zabawy w “skoczę ci na plecy i wbiję pazury, a ty się broń”, i teraz jest już duży i chce się bawić dużymi zabawkami, takimi jak odkurzacz. Tłumaczę małej Vader, że odkurzacz to jest taki Duży Kot, co takie małe szczury jak ona jada na śniadanie, ale pokażcie mi kota, który komukolwiek uwierzył na słowo. Odkurzam więc, uważając, by nie nadepnąć kociej ośmiornicy, która nagle dorobiła się osiemnastu odnóży i one są wszędzie, gdy kątem oka dostrzegam, jak mała wampirzyca – całkiem sprytnie – usiłuje odciąć Dużemu Kotu zasilanie. Tak w połowie kabla. Do tragedii nie doszło, bo zauważyłam knowania małego trolla zanim zamienił się w kocyk elektryczny, ale od teraz nie dość, że odkurzanie jest jak zawsze męczące (Mając ma piękne futerko, z którego połowę trzyma przy sobie, a połowę na wykładzinach), to czuję, jak na plecach otwiera mi się oko Saurona, które musi czuwać i pilnować ciągnącego się za mną kabla.

sypialnia w kartonie z siatkami sypialnia w kapturze zabawy z odkurzaczem

A jeśli chodzi o Pantera (pan tera tu nasra, a Kanionek posprząta), to owszem, coraz piękniejszy. Futerko mu odrasta na tym wyczochranym grzbiecie, całkiem białe, aż się odróżnia na tle lekko żółtawej reszty, przestało mu cieknąć z ryja i w ogóle bardzo wyględny jest, ale co z tego, skoro wprost proporcjonalnie do poziomu piękności rośnie poziom jego skurwysyństwa. Bo jak inaczej określić fakt, iż Panter sra do kuwety, tylko NIE ZAWSZE? A nie sika do kuwety NIGDY? Po tym, jak odkryłam kałużę wielkości Oceanu Spokojnego za butlą z gazem i okolicznościową kupę w szafie, chodzę z latarką po chałupie i szukam skarbów w mrocznych chałupy zakamarkach. I, niestety, znajduję. Zastawiłam przestrzeń między kuchenką a butlą gazową – Panter poszedł niby do kuwety, po czym minąwszy obydwie ostentacyjnie nasikał za nimi. No i przy tej okazji chciałam Wam powiedzieć, że owszem, kupiłam ów polecany przez Was pellet opałowy, by go używać w charakterze kociego żwirku, tylko kupiłam go stanowczo za mało, bo ledwie 30 kilogramów, a żeby pokryć całą powierzchnię podłóg w domu warstwą minimum 10 cm, potrzebuję pewnie około dwóch ton.

kto  sie skurwlem urodzil kanarkiem nie zdechnie

Pimpacy nadal ma drajwa na kurczaki, bo my nie mamy czasu go szkolić, więc na razie również dorobił się kagańca, który – o dziwo – zaakceptował bez protestów. Ten pies ma po prostu ważniejsze sprawy na głowie, niż jakiś tam durny kaganiec, a zresztą biega w nim góra kwadrans, gdy nie mam czasu nad nimi wszystkimi czuwać, a po szesnastej, gdy kurczaki już grzeją ławy w kurniku, szajka kurożerców i reszta biegają swobodnie. I już, już prawie możnaby powiedzieć, że Pimpacy jest bezproblemowy… Gdy oto w czwartek wracam sobie z podwórka do kuchni, dopijam zimną kawę z dna kubka, na co wchodzi małżonek i mówi: “Aha, nie pij tej swojej kawy, bo Pimpacy już się nią poczęstował”. No tak mi się coś wydawało, że kawy powinno być więcej, a ponieważ Laser z Atosem i Mającem byli na zewnątrz, to zostawiłam kubek na stole. No i mam teraz dwóch amatorów kawki z mleczkiem, a do tego obydwa (i jedyne) krzesła w kuchni notorycznie zajęte, a przestrzeń wokół krzeseł i pod stołem obleganą przez Atosa i Mająca, którzy polują na nowe koty.

Baśki tymczasem nadal milczą jak zaklęte. Ja do nich gadam, długo i czule jak dziad do obrazu, a owce do mnie ni razu. We wtorek uznałam, że czas zacząć je wypuszczać na wybieg (bo o wypasie przy takiej pokrywie śnieżnej to nie było mowy), bo zanim się doczekam pierwszych oznak oswojenia z ich strony, to one zapuszczą korzenie na tej porodówce. No i tak. Najpierw wcale nie chciały wyjść, bo na porodówce czuły się już “u siebie” i bezpiecznie, a tu masz – znowu jakieś zmiany. Zaszłam je powolutku od tyłu, one w końcu ruszyły z kopyta, i… I żałuję, że nie miałam aparatu foto przy sobie, bo dwie inteligentki, biegnąc łeb w łeb, wpadły razem w otwór wyjściowy i się w nim skutecznie zaklinowały. I choć pracowicie przebierały nogami, z łbami wyciągniętymi przed siebie, jak dwa robocze woły zaprzęgnięte do wozu, to cóż, wóz jakoś nie chciał ruszyć i zrobił nam się mały impasik. Znając moc rażenia owiec nie zdecydowałam się podejść bliżej, bo gdyby zaczęły się wycofywać, wpadłyby na mnie i moje stare nogi ze skrzypiącymi kolanami, które przy takim obrocie spraw mogłyby zacząć się wyginać jak u Barbie, czyli również w tę niewłaściwą stronę, więc po prostu stałam i pielęgnowałam w sobie niedowierzanie oraz zalążki złośliwego chichotu. TAKIE z nich mądrale, a tak się dały zrobić w wołu.

Gdy jedna z owiec zaczęła w końcu myśleć i wymyśliła, że cofnie się troszkę, druga wystrzeliła w przód jak korek z butelki szampana, i poo-szły! obie na mały wybieg dla kurczaków, bo na całkiem wolny wybieg, czyli tylnymi drzwiami koziarni, jeszcze nie miałam odwagi ich puścić. Z małego wybiegu “pomogłam” im wyjść na podwórko, a pomoc ta ograniczyła się do zrobienia kilku kroków naprzód. Owce wyskoczyły jak oparzone z małego wybiegu i mogłam już sobie iść i dać im święty spokój. Rzuciłam im jeszcze kilka jabłek (radzą sobie z całymi jabłkami lepiej, niż kozy, bo mają wielkie paszcze) i kupkę siana, żeby się nie nudziły, i poszłam do kuchni, podglądać przez okno jak sobie radzą. Za jakąś godzinkę po drugiej stronie furtki północnej pojawiła się Roman, chwilę później Krówko, Irena i reszta. Owce podeszły do furtki, obwąchały się z Roman, reszta kóz nie zwracała na nie uwagi, a i same owce wydawały się towarzystwem kóz zupełnie niewzruszone. “Raz kozie śmierć”, pomyślałam, i poszłam dać owcom wolność.

Cały dzień trzymały się w miarę blisko stada kóz, choć gdy kozy oddalały się w sobie tylko znane miejsca w lesie, owce wolały trzymać się blisko ogrodzenia. Jeszcze przed zapadnięciem zmierzchu postanowiłam pozamykać towarzystwo, bo choć często pozwalam kozom patrzeć w gwiazdy, to ze względu na dzikie owce wolałam wziąć się z problemem za bary jeszcze za jasnego. Nie wiem, czy Was to interesuje, ale i tak Wam powiem: w zależności od pogody tylne drzwi koziarni, wychodzące na zachód i nieograniczony wybieg, trzymam za dnia otwarte lub zamknięte. Gdy jest ciepło, albo pada deszcz, są otwarte i kozy mogą wchodzić i wychodzić kiedy chcą. Gdy jest mróz drzwi po wypuszczeniu kóz zamykam, żeby nie wychładzać im chaty. Zimą “wypas” i tak trwa krótko, w porównaniu z latem, gdy jasno robi się o trzeciej nad ranem, a ciemno po dwudziestej drugiej. Tego dnia jednak zostawiłam owe drzwi otwarte, choć na zewnątrz było minus jeden, łudząc się, że owce same wrócą na porodówkę, idąc za kozami.

Gdy weszłam do koziarni, drzwiami od strony podwórka, w środku była chyba tylko Tradycja. Reszta stada marudziła na zewnątrz, bawiąc się w “popatrz jakie mam rogi, zaraz ci przypierniczę” oraz “mój jest ten kawałek betonowego murka, a ty tu nie stałaś” i tym podobne. To trochę tak, jak z dziećmi podczas zimowych ferii. Nawet gdy nie ma śniegu i nic do roboty na podwórku, dzieciaki i tak wolą sterczeć pod trzepakiem, ocierając gile brudną rękawiczką, niż iść do domu, gdzie już w ogóle NIC się nie dzieje (no tak, wiem, to są wspomnienia starego człowieka, a dzisiejsze dzieci siedzą całe ferie przed kompem i grają w symulator sanek). No więc z kozami jest tak samo, wolą stać na zewnątrz i podpierać ścianę obory, niż wejść do środka, choć na mój widok jednak wchodzą, łudząc się nadzieją na chlebek lub kawałek ziemniaczka.

No i tego dnia też zaczęły powoli pakować się do koziarni, poszturchując się i przepychając, wchodząc i wychodząc, stając w poprzek wejścia i utrudniając wejście innym itd., czyli wszystko w normie. A OWCE NIC. Stały jakieś dwadzieścia metrów w linii prostej od wejścia i patrzyły na nas wszystkich jak sroka w gnat. Wołałam “Baśka”, czyniłam zapraszające gesty dłonią (do dupy pomysł – zapraszające gesty uznały za próbę dosięgnięcia ich na odległość i ukręcenia im łbów, więc wycofały się jeszcze głębiej w las), wszystko na nic i o kant graniastosłupowej owczej dupy rozbić. No cóż. Zamknęłam kozy, sama zostając na zewnątrz, i wtedy Baśki mnie zaskoczyły. Ruszyły oto w stronę furtki północnej i stanęły przed nią jak milczący dwugłaz, i tak stały, mamrocząc być może pod nosem jakieś zaklęcia, co miały tę furtkę otworzyć, ale pewna nie jestem, bo przecież musiałam trzymać się z dala, żeby ich znów nie wprawić w owczy pęd. Państwo pozwolą, że im przypomnę – furtka północna to ta, którą owce WYSZŁY na wolność, i najwyraźniej uważały, że skoro tamtędy wyszły, to właśnie że tamtędy wrócą i nie inaczej, i weź się wypchaj Kanionek.

Przeleciałam się więc z powrotem przez koziarnię na podwórko, ostrożnie podeszłam do furtki północnej, owce się lekko cofnęły, ale patrzyły na mnie wyczekująco. Otworzyłam furtkę, wycofałam się o kilkanaście kroków, a one wtedy SZUUU! przeleciały idąc łeb w łeb przez rozwarte wrota, wzięły ostry zakręt w prawo, wpadły na mały wybieg dla kurczaków i… Paskudna niespodzianka – drzwi do koziarni zamknięte! A zamknięte, bo gdybym zostawiła otwarte, Bożena już by mi obgryzała żywopłot i porzeczki, a wyłapanie całego towarzystwa, rozemocjonowanego nowymi możliwościami czynienia czystego zła, zajęłoby mi pewnie resztę wieczoru. No to co teraz, Kanionek? No to zakradłam się powoli na mały wybieg, powoli zamknęłam za sobą furtę, BARDZO powoli podeszłam do drzwi koziarni (a owce, mimo całego mojego “powoli” i tak już były z powrotem przy furcie od wybiegu), otworzyłam drzwi, i zanim kozy się zorientowały co jest grane, zapędziłam owce do środka. W środku zrobiło się małe zamieszanie, bo na porodówce już urzędowali Andrzej z Ireną i Ireny córkami, a owce dokładnie wiedziały, gdzie jest ich kwadrat i bezzwłocznie tam popędziły, więc Andrzej wyleciał z porodówki z wyłupiastym okiem i powiewającą brodą, a młode Ireny prysnęły przez drzwi porodówki jak dwie iskry. Irena to nawet nie wiem, jak wyszła – może wyssał ją ciąg powietrza za uciekającym w popłochu Andrzejem.

No i tak właśnie wygląda obcowanie z dzikimi owcami, a teraz już obiecany wieczorek filmowy Kanionka. Produkcja w stylu przerywanym, czyli nic nowego. Aha, nagrane jakiś tydzień temu, ale wciąż aktualne – NIC się w ich zachowaniu nie zmieniło, i nie dajcie się zwieść pozornej sielance – one po prostu nie mają się jak rozpędzić w tej porodówce, to raz, a dwa – ja prawie cały czas kucam. Dopiero wyprostowana stwarzam śmiertelne zagrożenie.



No i skoro wieczorek filmowy, to jeszcze Wam wrzucę te stare materiały z ogródka i szklarni. Wody w Baudzie sporo upłynęło, filmików było kilka, bo albo aparat wysiadał, albo coś tam coś tam i musiałam nagrywać od nowa, więc ja już sama nie pamiętam, o co cho, i w ten sposób macie dwie części, każda nagrana innego dnia, ale czy to ważne? Mam nadzieję, że fajnie Wam się będzie oglądało pomidory pod koniec listopada.



PS. Ile razy dziennie sika kot? Bo jakoś nigdy wcześniej nie miałam potrzeby wiedzieć, a teraz, gdy znajduję w kuchni dwie kałuże to nie wiem, czy szukać gdzieś zaschniętej trzeciej? Aha, i może któraś z Was, uzdolnionych, umie zrobić elegancką, zimową czapkę z delikatnej skórki naturalnej z białym futerkiem? Na końcu ogona chciałabym mieć pompon. Oferty cenowe proszę zgłaszać pod: zamordujetegokota@kanionek.pl

po co wzielas wiecej kotkow

PPS. JA WIEM, co Was najbardziej kręci i NIE, gówna jeszcze nie porozkładałam. Ono wrażliwe jest, zwłaszcza na takie warunki atmo. Znów ma padać kilka dni, więc gówno nabiera mocy w szczelnie zamkniętych wiaderkach. Za to jak już się wezmę i je porozkładam w odpowiednich warunkach i przy sprzyjającym układzie gwiazd, to nikt, nawet leśniczy, nie odważy się przekroczyć cienkiej, gównianej linii.

a ja sie juz rozlozylam

Piątek z Pimpacym, czyli jak Wąski pojechał na płatki i jak zrobiłam Irenę w trąbę

[z Wami to jednak można góry kraść i konie przenosić, co będę miała na uwadze, gdy przyjdzie mi jakiegoś konia gdzieś przenosić. Nie pamiętam już, kto rzucił hasło “400 komciów”, a kto później bohatersko podbił do “pińcet”, ale spisałyście się na medal, a nawet mięsny medalion, i nikt nie oszukiwał, wpisując “jieu3@6g#hbzmuoa” żeby podbić wyniki. Gdybym miała talent jak Prezes na literę K., napisałabym Wam mowę z gatunku “chwała bohaterom”, ale jestem tylko Kanionkiem, więc napiszę krótko i bez patosu: dzięki za ubaw po same wąsy :)]

Obiecałam wrzucić fotkę schabu wg przepisu RozWieLidki, więc oto:

schabik

A teraz już to, co zwykle.

Małżonek instaluje oświetlenie w piwnicy, drze stare tapety, kuje rowki w tynku, wierci dziury, tnie kable, marudząc pod nosem i klnąc, na czym świat stoi. Po kilku godzinach pracy natknął się na przewód aluminiowy i zaczął szukać puszki, która okazała się być nad drzwiami w korytarzu. Wytargał puszkę z tynku, rozłożył na części, coś tam znów pomarudził, że lepiej wszystko sprawdzić, bo nigdy nie wiadomo, ile to już lat w tej ścianie tkwi, po czym wrócił do przedpokoju z garścią śrubek i słyszę, jak znów stęka coś pod nosem. “Tak to jest, jak się człowiek w starocie wpierniczy… Stary dom… (stękanie), stary samochód… (ała, kurwa!), stara ba…”. No i ponieważ nie mamy w domu ani balustrady, ani tym bardziej balwierni, to musiałam mu przerwać i obiecać, że jeszcze pół słowa, a zamknę go w tej wciąż nieoświetlonej piwnicy z łyżką stołową, i będzie sobie musiał tunel wydrążyć, żeby z niej wyjść.

Żarty z małżonka się jednak skończyły, gdy rzeczony powiesił w kuchni to:

krzywa Carriera

Jeśli też patrzycie w TO jak sroka w gnat, to zaraz Wam wyjaśnię, o co chodzi (tak, Zeroerha, wiem, że phi, Ty już dawno takie masz, i to w dodatku kolorowe i z podświetleniem). Chodzi o to, że zanim się otworzy okno w kuchni, albo gdziekolwiek zresztą, to najpierw trzeba to SKONSULTOWAĆ Z KRZYWĄ CARRIERA. I ona nam powie, czy – biorąc pod uwagę wilgotność powietrza i temperaturę na zewnątrz, oraz temperaturę wewnątrz domu – otworzywszy okno i nawpuszczawszy sobie jak idioci powietrza spowodujemy, że rano, gdy temperatura w domu osiągnie np. 16 stopni, zaczną nam po ścianach spływać strużki wody, czy nie. Innymi słowy chodzi o to, że powietrze, w zależności od temperatury, jest w stanie pomieścić określoną ilość wody. No i pytam małżonka, skąd weźmiemy informację o tym, jaka wilgotność panuje na zewnątrz, a on mi na to, że jak to skąd, przecież wystarczy spojrzeć na Gamonia, który zawsze jest na parapecie. Jeśli Gamoń jest mokry i rzuca nam przez szybkę wkurwione spojrzenia, to wilgotność jest bliska stu procent i wtedy lepiej okna nie otwierać. Proste.

(Do obrońców praw zwierząt: to nie do końca prawda z tym Gamoniem. Nie zawsze siedzi na parapecie, a zwłaszcza nie siedzi, gdy pada deszcz. Gdy pada deszcz, a Gamoń i Kotek nie są akurat w domu, to siedzą sobie zgodnie w swoim gejowskim gniazdku, jakie wspólnymi siłami uwili w balocie siana w garażu, gdzie jest sucho i przytulnie, i tak naprawdę z Gamonia jest taki miernik wilgotności, jak ze mnie baba z wąsem i zębem mądrości. I tak przy okazji – dziąsła mnie swędziały na koci katar! To mogło być wręcz jakieś straszne powikłanie, a Wy się ze mnie natrząsacie. Nie wolno tak kopać w dziąsło leżącego).

No więc mam krzywą, której wskazania muszę konsultować z krzywymi spojrzeniami Gamonia, a okapu jak nie było, tak nie ma, bo teraz małżonek jest zajęty studniami, zagadnieniem uzdatniania wody i jeszcze dwoma projektami elektro, a w dodatku koziołki już całkiem zepsuły uchwyt na miskę z wodą w sali głównej i też trzeba to ulepszyć, a i jeszcze drewno zwiezione porąbać, a pogoda ostatnio nie sprzyjała, więc okap się okopał w kartonie i czeka na przybycie Świętego Mikołaja, który go zainstaluje, a przy okazji i komin przeczyści.

A ponieważ teraz już pewnie zgrzytacie zębami ze złości, że ja Wam tu o krzywych i okapach, a tymczasem gdzie do diabła jest Wąski i na co właściwie go wymieniłam, to już się grzecznie spowiadam. Kilka tygodni temu wystawiliśmy Wąskiego do adopcji, w porozumieniu z lokalnym OTOZ-em (lokalny OTOZ zna Wąskiego z kilku interwencji u Pana Audi, zna też jego historię pt. “jak wy go nie weźmiecie, to go uśpię”, oraz zna nasze położenie, że tak powiem, inwentarzowe). Wąski więc przebywał u nas, ale kandydował na stanowisko Psa Kogoś Innego. Kogoś, kto będzie miał lepsze warunki, więcej czasu i mniej do stracenia. I nie wystawiliśmy go dlatego, że zamordował dwie kury (ni stąd, ni stamtąd, pękła linka, na której go prowadziłam wracając ze spaceru po lesie, a pękła, bo była już w kilku miejscach związana, bo Wąski ją przeżuwał dla hecy, a zęby i szczękę miał wyjątkowo sprawne), czy dlatego, że było nam z nim niewygodnie. No owszem, było, ale dopóki tliła się w nas nadzieja, że coś jeszcze z tego naszego umęczenia wyniknie, dopóty nie skreślaliśmy Wąskiego z listy naszych najlepszych przyjaciół.

I choć on sam robił postępy, powolne i szlifujące naszą cierpliwość i wyrozumiałość, to nasze pozostałe psy nie znosiły już nie tylko jego widoku, ale nawet samej świadomości, że on GDZIEŚ TAM JEST. Majka szczekała na drzwi, za którymi zamknięty był Wąski, gdy pozostała trójka biegała luzem, a gdy próbowaliśmy kolejnych kontrolowanych konfrontacji (smycze, kagańce, wzmożona czujność), Atos odmawiał zabawy w “poznajmy się”, mówiąc nam wyraźnie, że on już tego gościa poznał bardzo dobrze, i szczerzył zęby na sam jego widok. I było coraz bardziej jasne, że nawet gdyby kiedyś udało nam się doprowadzić do tego, żeby wszystkie psy chodziły razem po podwórku, to w razie najdrobniejszego między nimi nieporozumienia nasza upośledzona na różne sposoby trójka nie miałaby z Wąskim żadnych szans. A przed Wąskim jest przecież jeszcze całe życie, i prawdę mówiąc było nam go często żal – izolowany od reszty, wyprowadzany na smyczy, z rzadka puszczany luzem (tylko po zmroku, gdy kury w kurniku, gęsi i kaczka na małym wybiegu, a reszta psów w domu), czuł się zapewne tylko trochę mniej “uwięziony”, niż kiedy gnił na łańcuchu u Pana Audi.

Daliśmy mu tyle, ile mogliśmy, polubiliśmy, mimo tego pierdolca na zabijanie, ale to nie było życie – ani dla nas, ani dla niego. No i czasem dzwonił telefon, a po drugiej stronie sami ludzie niepiśmienni, bo choć zaznaczyliśmy w ogłoszeniu, że Wąski nie nadaje się do trzymania z innymi zwierzętami, potrzebuje dużo ruchu i ogólnie trudny z niego facet, to na niedoszłych opiekunów zgłaszali się: właściciele gospodarstw z mnogością żywego inwentarza, ojcowie małoletnich synów, którzy chcieli mieć “prawdziwego psa, nie jakiegoś małego”, albo miłe panie, mieszkające w kawalerce w środku miasta i spędzające 10 godzin poza domem. Gdy już dzwonili, cierpliwie tłumaczyłam im, kim jest Wąski, i wyciągałam z nich informacje, bo czasem np. obecna już w domu starzejąca się suka Labradora lub drugi owczarek niemiecki wypływały dopiero w trakcie wnikliwego śledztwa, a innym, jak panu od synka, co to chce mieć prawdziwego psa i trzymać go w zagrodzie z królikiem i gołębiarnią, mówiłam, że “może innym razem”. Bo choć byliśmy zmęczeni i wiedzieliśmy, że z każdym dniem ryzykujemy utratą któregoś z naszych podopiecznych, to przecież nie wpuścilibyśmy Wąskiego w kanał, ani z deszczu pod rynnę, bo cała nasza nad nim praca i poświęcenie poszłyby na marne.

Aż tu wreszcie któregoś dnia zadzwonił telefon, a po drugiej stronie był człowiek. Normalny. 35 lat, spokojny, bez problemów z logiką i składnią, z posiadłością ziemską, ale nie rolnik. W dodatku zrozumiał treść ogłoszenia i zaznaczył, że choć sam cudotwórcą nie jest, to ma dobrego kolegę, który układa psy (albo, jeśli wolicie, szkoli lub trenuje), i z którym ów pan już rozmawiał i są gotowi popracować z Wąskim, jak również zapewnić mu nieskrępowany wybieg i w ogóle. Bardzo poważnie podszedł do kwestii transportu (posiadłość leży sobie gdzieś pod Toruniem), obiecując zadzwonić i umówić się na odbiór psa dopiero wtedy, gdy znajdzie odpowiednio dużą klatkę, bo to jednak spora odległość, a pies szalejący z nudów po samochodzie to nie jest jakość i wygoda transportu. I telefon zamilkł na kilka dni, aż zadzwonił znowu – klatka jest, umawiamy się na piątek. Przyjechali (bo pan był z kolegą, ale nie tym od szkoleń), przywieźli siatkę marchewki dla koziołków, pogadaliśmy chwilę w obecności Wąskiego, wszyscy się wszystkim spodobali, a Wąski na pożegnanie wyciął numer w swoim stylu – podczas próby załadunku do klatki wymsknął się z objęć obroży i poooszeeedł! Prosto do koziołków, oczywiście. Troje dorosłych facetów i Kanionek ganiało za śmiejącym się do rozpuku Wąskim, a Bożenka mało płuc nie wypluła.

I w końcu odjechali. Wąski nie oglądał się za nami, ale to po prostu taki typ psa: zbyt krótko związany z jakimkolwiek człowiekiem nie przywiązuje się od pierwszego wejrzenia. Oby ten spokojny człowiek spod Torunia został tym jedynym, na zawsze. Trzymaj się, Wąski, i niech ci się w życiu wreszcie poszczęści!

Waski w mieszkaniu Waski daje lape

No ale jednak było nam trochę smutno. Lżej, łatwiej, spokojniej, ale jednak nam kogoś ubyło i znacie mnie już trochę, więc wiecie, że nie napiszę: “Wąski zabrał ze sobą kawałek naszego serca, a niezabliźniona rana krwawiła” ani nic w tym stylu, ale brak tego pustego łba i dwóch ciężkich łap na plecach, jak również myśl, czy aby na pewno dobrze postąpiliśmy, kładły się cieniem na cholernym nieboskłonie naszej świadomości, że tak powiem. Bla, bla. No po prostu musieliśmy zrobić dobrze innemu psu, żeby było sprawiedliwie, albo to ja tak sobie tłumaczę, a jak wiecie, w zooschronisku w B. zostało jeszcze kilka nieszczęść na stanie. Zooschronisko po sezonie jest zamknięte dla zwiedzających, obsługa idzie do domu o szesnastej, jest ciemno, zimno, pustawo i smutno, nawet fikuśne kurczaki zostały gdzieś przeniesione, no i te kilka ciapków, wyjących zapewne do księżyca, musi sobie myśleć, że pewnie właśnie po prostu skończył się świat. Bla, bla, bla, i w ten oto sposób przed Państwem Pimpacy:

Pimpacy Pimpacy i Majac Pimpacy 5 Pimpacy 3 Pimpacy 4 Pimpacy i gaski Pimpacy i ja

Pimpacy to jest kolega Mająca z pudła. Mieszkali razem w tej samej celi, i to przez podobny okres czasu – Pimpacy trafił do schroniska jako półroczne szczenię i siedział w pudle całe dwa lata, bo – jak Państwo sami widzą na zdjęciach – należy do rasy psów niewidzialnych. Ot, małe, bylejakie, bez znaków szczególnych zwierzątko, które mija się jak klomb, czy inny nudny żywopłot. W dodatku nazywał się “Gabryś” (ale ja jestem na 99% pewna, że każdy pies trafiający do tamtego kojca nazywa się “Gabryś”, bo tam wiszą takie ładne, duże, zalaminowane etykiety z imionami mieszkańców, i kto by robił co chwilę nowe, a gdy zabieraliśmy Majkę ze schroniska to dam sobie łeb obciąć, że Gabrysiem był taki bardzo młody, zwariowany, dziesięć razy większy od Pimpacego mieszaniec). A TAK NAPRAWDĘ to wcale nieprawda. Pimpacy nie jest nudnym klombem, ani żadnym nijakim “Gabrysiem”, tylko całuśnym, przymilnym, skaczącym jak piłka i pełnym radosnej energii psem Pimpacym. On i Laser zakumplowali się praktycznie od razu (on i LASER, powtarzam Państwu), kozy się go nie boją (dostał już z bańki od Bożeny, bo ją denerwowało, że biega w kółko wokół stada robiąc setne okrążenie, i żesz kurwa zjeść sobie spokojnie nie można), i w ogóle przez pierwszy tydzień nie było z nim żadnych problemów – sama słodycz, Laserek pozwolił mu nawet spać obok siebie na łóżku, a ja miałam co wieczór sumiennie wylizaną szyję.

Majka Atos Laser i Gabrys

Niestety jednak ze znajomościami z pudła już tak jest, że niosą ze sobą ryzyko różnych procederów, i jak sobie Mając z Pimpacym dłużej powspominali stare dzieje, to się dogadali w sprawie kurczaków. Pimpacy w tej zorganizowanej grupie przestępczej robi za naganiacza, a Mając za ostatecznego oprawcę. I dlatego mogę już Wam pokazać, jak wygląda rosół z koguta:

rosolek z Rosola

I powiem tylko, że nie było fajowo, a więcej szczegółów można odnaleźć w komentarzach pod poprzednim wpisem. No więc znów mamy taką małą życiową uciążliwość, że Pimpacy nie może swobodnie biegać z resztą swojego stada, bo nakłania innych do złego. Gdy go nie ma, Atos, Mając i Laser są wcieleniem dobra i kwintesencją podwórkowej nudy. Gdy Pimpacy wkracza do akcji, nagle wszyscy stają się zawodowymi łowcami kurczaków, a że Mając ma ich wszystkich pod pantoflem, to właśnie jej przypada w udziale szarpanie tuszki i darcie pierza. Pimpacy chadza więc na spacery na smyczy, a tak zwane międzyczasy spędza skacząc jak piłka po mieszkaniu i wkurwiając koty.

O tym, że nabawiłam się nowych kotów, z tego samego schroniska, też można poczytać w komentarzach, fotki obejrzeć na Forum, a teraz dodam już tylko tyle, że obesraniec nauczył się korzystać z kuwety, a obsmarkaniec ma się po prostu bombowo. Obesraniec (Panter) trwale przylgnął do mojej Mamy, która wpadła na weekend:

Panter u Mamy Panter Panter 2

A obsmarkaniec (Vader) wyciera z kurzu zakamarki za szafą i zmienia miejsca noclegu jak rękawiczki:

statek kosmiczny Vadera

Myślę, że jeszcze będą z nich ludzie.

tulam no baw sie ze mna

I jeszcze z podwórkowych wieści: tyle deszczu napadało, że nareszcie mogłam napełnić osiemdziesięciolitrową wannę dla Prezesa i gąsek. Kto się mianował Prezesem, to chyba widać wyraźnie na zdjęciach:

Prezes w kapieli ochrona pilnuje czy woda odpowiednio ciepla panie Prezesie

PS. W sobotę wieczorem wpuszczam kozy na noc do koziarni, jak zwykle. Ale dziś nic nie jest “jak zwykle”! Irena wskakuje na ławkę, zagląda do porodówki, a tam… Szok i niedowierzanie! Grom z jasnego nieba i balot bulwersacji! Granda i skandal, podłość ludzka nie zna granic i tym podobne Judasze.

–  A nie mówiłam? – Irena patrzy z góry na Bożenę. – NIE. MÓ. WIŁAM!? – stuka w ławkę wkurzonym kopytkiem. Baryła Bożena również wskakuje na ławkę, a oczy, i tak zawsze dość wyłupiaste, teraz już całkiem wyłażą jej z głowy.
–  Mówiłam przecież, że kiedyś zapałętają się tu jakieś obce, szwendobylskie owce! – Irena wrzeszczy Bożenie prosto w twarz.
–  I to jest niby moja wina? – chrypi wciąż zszokowana widokiem owiec Bożena.
–  A niby czyja? – wydziera się Irena, która lubi dużo gadać, ale podczas zajęć z logicznego myślenia najwyraźniej jarała fajki w toalecie.
–  No chyba TWOJA, – charczy Bożena – skoro WYKRAKAŁAŚ nam te owce.
Irenę zamurowało na tak wprost wyrażoną bezczelność, co szybko wykorzystuje Tradycja, dorzucając swoje trzy grosze do dyskusji. – Uspokójcie się, musimy teraz pomyśleć!
–  O masz, MYŚLĄCA się odezwała. – Irenie wróciło głos i funkcje motoryczne, więc schodzi z ławki napić się wody. Popita wodą zniewaga Bożeny spływa wartko w czeluście żwacza, choć Irena dobrze wie, że i tak wróci w postaci czkawki. Albo, co gorsza, zgagi. OWCE, psia jucha! JEJ wina, żesz jasny snopek słomiany, no!
–  A ja osobiście i moim zdaniem uważam, że mamusia ma rację, tu się nie ma co gorączkować bez sensu, tylko trzeba pomyśleć na spokojnie – rzeczowym tonem, choć wciąż piskliwym głosem, wymądrza się Kachna, żując niespiesznie świeże sianko.
–  Eeej, faaajne te ooowce… – Lucek zagląda do porodówki i już widzę, jak w rogatej głowie z zawadiacką grzywką rodzą się plany jeśli nie matrymonialne, to na pewno rozrywkowe.
–  CO!-O!-O? – a jednak czkawka, nie zgaga. – Państwo Zio-o-kołkowie, to widzę, że liberalni są, tolerancyjni, wszy-yst!-kich by przyjęli pod swój dach! A myśleć to będziemy później, ta-ak? Post owcum? Jak ten tam – o – narobi małych kozowców jak jaki głupi, tfu na spleśniałe siano urok!
–  Ty zważ Irena, że ty się o moim synu teraz plugawie wysławiasz, tak? – Tradycja stroszy grzbiet, choć i bez tego od dawna góruje nad maleńką Ireną.

Wycofuję się ostrożnie, powolutku, zanim niemądre kozy wpadną wreszcie na to, że te owce to jednak MOJA wina, odpinam haczyk przy wyjściowych drzwiach, i już mnie tam nie ma. Wracając do domu słyszę jeszcze stłumione “łup!” i “łubudu!” – najwyraźniej ktoś komuś coś w koziarni tłumaczy, ale już nie wnikam. Zmęczona jestem. A wstrętne, szwendobylskie, obce owce wyglądają tak:

lowca lowce dwie 3 lowce dwie 2 lowca 2 znajdz dwie lowce obesrane lowce dwie

PPS. I nie wiem, czy po tych wszystkich szokujących informacjach zdoła Was jeszcze zaskoczyć fakt, iż zmartwiona doniesieniami o poczynaniach Rudego Ryja, Mama przywiozła mi z gdańskiego zoo dwa wiaderka wilczego gówna? AUTOBUSEM. Wiaderka szczelnie zamknięte, owinięte folią, gazetą, i zapakowane w reklamówki, upchnięte w dużą torbę, przez całą drogę trzymała dzielnie na kolanach, tuląc pakunek do siebie i zaciągając co chwilę powietrze znad torby by sprawdzić, czy na pewno nic nie czuć.

–  A co tam pani kochanieńka tak wiezie na tych kolankach, tak tuląc do się czule?
–  A gówno! Ale nie czuć w ogóle…

Mam nadzieję, że w sposób trwały zatrułam Wam umysły tą wizją, i od teraz zawsze, gdy zobaczycie w autobusie przemiłą starszą panią z siatką na kolanach, pomyślicie: “nie dam się nabrać, to na pewno NIE JEST dżemik dla wnusia, ani pożywne kotleciki dla zięcia”.

gowno w torebce

(No i ktoś będzie musiał wziąć te wiaderka i wierną łopatkę, iść w las, i zataczając krąg wokół naszego obejścia gówno rzeczone strategicznie rozprowadzić, Rudemu Ryjowi na pohybel. CIEKAWE KTO)

slyszalam ze masz duzo gowna