Milczenie owiec, czyli wieczorek filmowy u Kanionka i o rosnącym poziomie zezwierzęcenia

zima w listopadzie 2 zima w listopadzie 1 zima w listopadzie

Dzień dobry zimo, dzień dobry Państwu. Jadalna zastawa stołowa od Kachny wygląda tak:

miseczki talerze miseczka

I teraz mam wyrzuty sumienia, że nie pokazałam Wam innych rzeczy, które od Was dostałam, więc nie wiem – pokazywać wszystko, czy nie pokazywać nic? Jestem w takiej akurat kwadrze księżyca, że najprostsze decyzje przychodzą mi z trudnością, albo wcale. No to Wy zdecydujcie.

Siedzimy sobie z małżonkiem w kuchni wieczorem, to znaczy ja siedzę i trzaskam orzechy laskowe dziadkiem do orzechów, który skądś wytrzasnęła moja Mama, na drugim krześle siedzi Laserek, a obok niego stoi małżonek. No więc ja siedzę, orzechy trzaskam, i w zamyśleniu patrzę na Białego Pantera, który tkwi na parapecie w pozycji na koci posążek z czasów staroegipskich, mrużąc te swoje lodowate, błękitne oczy, i tak mnie nagle naszło, że wiem, kogo mi ten kot przypomina. I mówię na głos, że ten biały kot przypomina mi taką jedną Ksymenę S., co mieszkała na siódmym piętrze i miała bardzo wyniosłą matkę, która nosiła na twarzy tapetę grubości koca przeciwpożarowego, i że jak raz przyszła do mojej Mamy bez tego koca na twarzy, a ja otworzyłam drzwi, to jej nie poznałam i nie wiedziałam, kim ona do diabła i w ogóle co za obca baba do mnie gada, jakby mnie znała, a ta jej córka Ksymena była właśnie blondynką o bardzo jasnej karnacji i miała takie piękne, kocio skrojone oczy, zimne jak głaz, i tak sobie snuję tę opowieść z gatunku “co ci przypomina widok znajomy ten”, gdy kątem oka widzę, że małżonek patrzy na Lasera, Laser na niego, i ten pierwszy już nie wyrabia z uciechy. “O co wam teraz znowu chodzi?” pytam, strącona ze szlaku wspomnień o epoce lodu, a małżonek na to, wciąż zwracając się do psa: “I widzisz, Laserku, ja CIĄGLE tego muszę słuchać, a ty już po trzech minutach wymiękłeś”, i w śmiech. Fakt, Laserek wyglądał nie za bardzo i mrużył oczy, jakby go wątroba bolała, ale to dlatego, że w kuchni było już dość zimno, a on był śpiący, i stąd ta mina pod tytułem “zabijcie mnie TERAZ”, no ale niech małżonkowi będzie, że się tak świetnie dogadali.

a Kanionek wciaz opowiada

Co ja Wam zresztą będę owijać w gównianą wełnę – wraz ze wzrostem ilości zwierząt w gospodarstwie, wzrasta nieuchronnie poziom ogólnej wesołości, a wszechobecnej frajdzie wprost nie ma końca. Wszyscy chodzimy uśmiechnięci, panuje uroczysta atmosfera intergatunkowej miłości, a mi to już w ogóle anioły wieczorem zaplatają warkocze i pitolą ckliwie na pozłacanych fletach.

I tak na przykład nudne, domowe czynności nabierają rumieńców, gdy tylko zaopatrzyć się w trzymiesięcznego kotka, który w ciągu tygodnia zdążył wyrosnąć z etapu turlania papierowej kulki, a potem zabawy w “skoczę ci na plecy i wbiję pazury, a ty się broń”, i teraz jest już duży i chce się bawić dużymi zabawkami, takimi jak odkurzacz. Tłumaczę małej Vader, że odkurzacz to jest taki Duży Kot, co takie małe szczury jak ona jada na śniadanie, ale pokażcie mi kota, który komukolwiek uwierzył na słowo. Odkurzam więc, uważając, by nie nadepnąć kociej ośmiornicy, która nagle dorobiła się osiemnastu odnóży i one są wszędzie, gdy kątem oka dostrzegam, jak mała wampirzyca – całkiem sprytnie – usiłuje odciąć Dużemu Kotu zasilanie. Tak w połowie kabla. Do tragedii nie doszło, bo zauważyłam knowania małego trolla zanim zamienił się w kocyk elektryczny, ale od teraz nie dość, że odkurzanie jest jak zawsze męczące (Mając ma piękne futerko, z którego połowę trzyma przy sobie, a połowę na wykładzinach), to czuję, jak na plecach otwiera mi się oko Saurona, które musi czuwać i pilnować ciągnącego się za mną kabla.

sypialnia w kartonie z siatkami sypialnia w kapturze zabawy z odkurzaczem

A jeśli chodzi o Pantera (pan tera tu nasra, a Kanionek posprząta), to owszem, coraz piękniejszy. Futerko mu odrasta na tym wyczochranym grzbiecie, całkiem białe, aż się odróżnia na tle lekko żółtawej reszty, przestało mu cieknąć z ryja i w ogóle bardzo wyględny jest, ale co z tego, skoro wprost proporcjonalnie do poziomu piękności rośnie poziom jego skurwysyństwa. Bo jak inaczej określić fakt, iż Panter sra do kuwety, tylko NIE ZAWSZE? A nie sika do kuwety NIGDY? Po tym, jak odkryłam kałużę wielkości Oceanu Spokojnego za butlą z gazem i okolicznościową kupę w szafie, chodzę z latarką po chałupie i szukam skarbów w mrocznych chałupy zakamarkach. I, niestety, znajduję. Zastawiłam przestrzeń między kuchenką a butlą gazową – Panter poszedł niby do kuwety, po czym minąwszy obydwie ostentacyjnie nasikał za nimi. No i przy tej okazji chciałam Wam powiedzieć, że owszem, kupiłam ów polecany przez Was pellet opałowy, by go używać w charakterze kociego żwirku, tylko kupiłam go stanowczo za mało, bo ledwie 30 kilogramów, a żeby pokryć całą powierzchnię podłóg w domu warstwą minimum 10 cm, potrzebuję pewnie około dwóch ton.

kto  sie skurwlem urodzil kanarkiem nie zdechnie

Pimpacy nadal ma drajwa na kurczaki, bo my nie mamy czasu go szkolić, więc na razie również dorobił się kagańca, który – o dziwo – zaakceptował bez protestów. Ten pies ma po prostu ważniejsze sprawy na głowie, niż jakiś tam durny kaganiec, a zresztą biega w nim góra kwadrans, gdy nie mam czasu nad nimi wszystkimi czuwać, a po szesnastej, gdy kurczaki już grzeją ławy w kurniku, szajka kurożerców i reszta biegają swobodnie. I już, już prawie możnaby powiedzieć, że Pimpacy jest bezproblemowy… Gdy oto w czwartek wracam sobie z podwórka do kuchni, dopijam zimną kawę z dna kubka, na co wchodzi małżonek i mówi: “Aha, nie pij tej swojej kawy, bo Pimpacy już się nią poczęstował”. No tak mi się coś wydawało, że kawy powinno być więcej, a ponieważ Laser z Atosem i Mającem byli na zewnątrz, to zostawiłam kubek na stole. No i mam teraz dwóch amatorów kawki z mleczkiem, a do tego obydwa (i jedyne) krzesła w kuchni notorycznie zajęte, a przestrzeń wokół krzeseł i pod stołem obleganą przez Atosa i Mająca, którzy polują na nowe koty.

Baśki tymczasem nadal milczą jak zaklęte. Ja do nich gadam, długo i czule jak dziad do obrazu, a owce do mnie ni razu. We wtorek uznałam, że czas zacząć je wypuszczać na wybieg (bo o wypasie przy takiej pokrywie śnieżnej to nie było mowy), bo zanim się doczekam pierwszych oznak oswojenia z ich strony, to one zapuszczą korzenie na tej porodówce. No i tak. Najpierw wcale nie chciały wyjść, bo na porodówce czuły się już “u siebie” i bezpiecznie, a tu masz – znowu jakieś zmiany. Zaszłam je powolutku od tyłu, one w końcu ruszyły z kopyta, i… I żałuję, że nie miałam aparatu foto przy sobie, bo dwie inteligentki, biegnąc łeb w łeb, wpadły razem w otwór wyjściowy i się w nim skutecznie zaklinowały. I choć pracowicie przebierały nogami, z łbami wyciągniętymi przed siebie, jak dwa robocze woły zaprzęgnięte do wozu, to cóż, wóz jakoś nie chciał ruszyć i zrobił nam się mały impasik. Znając moc rażenia owiec nie zdecydowałam się podejść bliżej, bo gdyby zaczęły się wycofywać, wpadłyby na mnie i moje stare nogi ze skrzypiącymi kolanami, które przy takim obrocie spraw mogłyby zacząć się wyginać jak u Barbie, czyli również w tę niewłaściwą stronę, więc po prostu stałam i pielęgnowałam w sobie niedowierzanie oraz zalążki złośliwego chichotu. TAKIE z nich mądrale, a tak się dały zrobić w wołu.

Gdy jedna z owiec zaczęła w końcu myśleć i wymyśliła, że cofnie się troszkę, druga wystrzeliła w przód jak korek z butelki szampana, i poo-szły! obie na mały wybieg dla kurczaków, bo na całkiem wolny wybieg, czyli tylnymi drzwiami koziarni, jeszcze nie miałam odwagi ich puścić. Z małego wybiegu “pomogłam” im wyjść na podwórko, a pomoc ta ograniczyła się do zrobienia kilku kroków naprzód. Owce wyskoczyły jak oparzone z małego wybiegu i mogłam już sobie iść i dać im święty spokój. Rzuciłam im jeszcze kilka jabłek (radzą sobie z całymi jabłkami lepiej, niż kozy, bo mają wielkie paszcze) i kupkę siana, żeby się nie nudziły, i poszłam do kuchni, podglądać przez okno jak sobie radzą. Za jakąś godzinkę po drugiej stronie furtki północnej pojawiła się Roman, chwilę później Krówko, Irena i reszta. Owce podeszły do furtki, obwąchały się z Roman, reszta kóz nie zwracała na nie uwagi, a i same owce wydawały się towarzystwem kóz zupełnie niewzruszone. “Raz kozie śmierć”, pomyślałam, i poszłam dać owcom wolność.

Cały dzień trzymały się w miarę blisko stada kóz, choć gdy kozy oddalały się w sobie tylko znane miejsca w lesie, owce wolały trzymać się blisko ogrodzenia. Jeszcze przed zapadnięciem zmierzchu postanowiłam pozamykać towarzystwo, bo choć często pozwalam kozom patrzeć w gwiazdy, to ze względu na dzikie owce wolałam wziąć się z problemem za bary jeszcze za jasnego. Nie wiem, czy Was to interesuje, ale i tak Wam powiem: w zależności od pogody tylne drzwi koziarni, wychodzące na zachód i nieograniczony wybieg, trzymam za dnia otwarte lub zamknięte. Gdy jest ciepło, albo pada deszcz, są otwarte i kozy mogą wchodzić i wychodzić kiedy chcą. Gdy jest mróz drzwi po wypuszczeniu kóz zamykam, żeby nie wychładzać im chaty. Zimą “wypas” i tak trwa krótko, w porównaniu z latem, gdy jasno robi się o trzeciej nad ranem, a ciemno po dwudziestej drugiej. Tego dnia jednak zostawiłam owe drzwi otwarte, choć na zewnątrz było minus jeden, łudząc się, że owce same wrócą na porodówkę, idąc za kozami.

Gdy weszłam do koziarni, drzwiami od strony podwórka, w środku była chyba tylko Tradycja. Reszta stada marudziła na zewnątrz, bawiąc się w “popatrz jakie mam rogi, zaraz ci przypierniczę” oraz “mój jest ten kawałek betonowego murka, a ty tu nie stałaś” i tym podobne. To trochę tak, jak z dziećmi podczas zimowych ferii. Nawet gdy nie ma śniegu i nic do roboty na podwórku, dzieciaki i tak wolą sterczeć pod trzepakiem, ocierając gile brudną rękawiczką, niż iść do domu, gdzie już w ogóle NIC się nie dzieje (no tak, wiem, to są wspomnienia starego człowieka, a dzisiejsze dzieci siedzą całe ferie przed kompem i grają w symulator sanek). No więc z kozami jest tak samo, wolą stać na zewnątrz i podpierać ścianę obory, niż wejść do środka, choć na mój widok jednak wchodzą, łudząc się nadzieją na chlebek lub kawałek ziemniaczka.

No i tego dnia też zaczęły powoli pakować się do koziarni, poszturchując się i przepychając, wchodząc i wychodząc, stając w poprzek wejścia i utrudniając wejście innym itd., czyli wszystko w normie. A OWCE NIC. Stały jakieś dwadzieścia metrów w linii prostej od wejścia i patrzyły na nas wszystkich jak sroka w gnat. Wołałam “Baśka”, czyniłam zapraszające gesty dłonią (do dupy pomysł – zapraszające gesty uznały za próbę dosięgnięcia ich na odległość i ukręcenia im łbów, więc wycofały się jeszcze głębiej w las), wszystko na nic i o kant graniastosłupowej owczej dupy rozbić. No cóż. Zamknęłam kozy, sama zostając na zewnątrz, i wtedy Baśki mnie zaskoczyły. Ruszyły oto w stronę furtki północnej i stanęły przed nią jak milczący dwugłaz, i tak stały, mamrocząc być może pod nosem jakieś zaklęcia, co miały tę furtkę otworzyć, ale pewna nie jestem, bo przecież musiałam trzymać się z dala, żeby ich znów nie wprawić w owczy pęd. Państwo pozwolą, że im przypomnę – furtka północna to ta, którą owce WYSZŁY na wolność, i najwyraźniej uważały, że skoro tamtędy wyszły, to właśnie że tamtędy wrócą i nie inaczej, i weź się wypchaj Kanionek.

Przeleciałam się więc z powrotem przez koziarnię na podwórko, ostrożnie podeszłam do furtki północnej, owce się lekko cofnęły, ale patrzyły na mnie wyczekująco. Otworzyłam furtkę, wycofałam się o kilkanaście kroków, a one wtedy SZUUU! przeleciały idąc łeb w łeb przez rozwarte wrota, wzięły ostry zakręt w prawo, wpadły na mały wybieg dla kurczaków i… Paskudna niespodzianka – drzwi do koziarni zamknięte! A zamknięte, bo gdybym zostawiła otwarte, Bożena już by mi obgryzała żywopłot i porzeczki, a wyłapanie całego towarzystwa, rozemocjonowanego nowymi możliwościami czynienia czystego zła, zajęłoby mi pewnie resztę wieczoru. No to co teraz, Kanionek? No to zakradłam się powoli na mały wybieg, powoli zamknęłam za sobą furtę, BARDZO powoli podeszłam do drzwi koziarni (a owce, mimo całego mojego “powoli” i tak już były z powrotem przy furcie od wybiegu), otworzyłam drzwi, i zanim kozy się zorientowały co jest grane, zapędziłam owce do środka. W środku zrobiło się małe zamieszanie, bo na porodówce już urzędowali Andrzej z Ireną i Ireny córkami, a owce dokładnie wiedziały, gdzie jest ich kwadrat i bezzwłocznie tam popędziły, więc Andrzej wyleciał z porodówki z wyłupiastym okiem i powiewającą brodą, a młode Ireny prysnęły przez drzwi porodówki jak dwie iskry. Irena to nawet nie wiem, jak wyszła – może wyssał ją ciąg powietrza za uciekającym w popłochu Andrzejem.

No i tak właśnie wygląda obcowanie z dzikimi owcami, a teraz już obiecany wieczorek filmowy Kanionka. Produkcja w stylu przerywanym, czyli nic nowego. Aha, nagrane jakiś tydzień temu, ale wciąż aktualne – NIC się w ich zachowaniu nie zmieniło, i nie dajcie się zwieść pozornej sielance – one po prostu nie mają się jak rozpędzić w tej porodówce, to raz, a dwa – ja prawie cały czas kucam. Dopiero wyprostowana stwarzam śmiertelne zagrożenie.



No i skoro wieczorek filmowy, to jeszcze Wam wrzucę te stare materiały z ogródka i szklarni. Wody w Baudzie sporo upłynęło, filmików było kilka, bo albo aparat wysiadał, albo coś tam coś tam i musiałam nagrywać od nowa, więc ja już sama nie pamiętam, o co cho, i w ten sposób macie dwie części, każda nagrana innego dnia, ale czy to ważne? Mam nadzieję, że fajnie Wam się będzie oglądało pomidory pod koniec listopada.



PS. Ile razy dziennie sika kot? Bo jakoś nigdy wcześniej nie miałam potrzeby wiedzieć, a teraz, gdy znajduję w kuchni dwie kałuże to nie wiem, czy szukać gdzieś zaschniętej trzeciej? Aha, i może któraś z Was, uzdolnionych, umie zrobić elegancką, zimową czapkę z delikatnej skórki naturalnej z białym futerkiem? Na końcu ogona chciałabym mieć pompon. Oferty cenowe proszę zgłaszać pod: zamordujetegokota@kanionek.pl

po co wzielas wiecej kotkow

PPS. JA WIEM, co Was najbardziej kręci i NIE, gówna jeszcze nie porozkładałam. Ono wrażliwe jest, zwłaszcza na takie warunki atmo. Znów ma padać kilka dni, więc gówno nabiera mocy w szczelnie zamkniętych wiaderkach. Za to jak już się wezmę i je porozkładam w odpowiednich warunkach i przy sprzyjającym układzie gwiazd, to nikt, nawet leśniczy, nie odważy się przekroczyć cienkiej, gównianej linii.

a ja sie juz rozlozylam

1 2 3