Opowieści gorejących krzewów, czyli o kicie i o tym, jak mi lawenda zabiła ćwieka

Na dzień dobry miód z mniszka:

miód z mniszka

I pies w mniszkach:

a czasem leżę i kwitnę

A nawet kot w budzie:

Kotek na jajach

Dawno, dawno temu, bo dwudziestego czwartego kwietnia, nagrałam dla Was wideo spontaniczne, o tym jak mi się sprawdził eksperyment ze słomą. Czasem byle co mnie kręci i zaraz mi się wydaje, że wszyscy chcieliby się o tym dowiedzieć. Tak było i tym razem, więc czy Was to interesuje czy nie, oto entuzjastyczne grzebanie w ściółce i eureka na moim poziomie:

Nie musicie nawet krytykować, że oko kamery patrzy zupełnie nie tam, gdzie ja coś pokazuję, albo że narrator powinien się wybrać na lekcje dykcji, składni i ogólnego ogaru, bo ja to wszystko wiem. Niestety – wystąpienia publiczne nigdy nie były moim forte, wstyd mnie było pokazywać na szkolnych apelach, a rozmowy kwalifikacyjne w sprawie pracy zawsze wyglądały z mojej strony tak, że płonąc szkarłatnym pąsem podsuwałam pracodawcy swoje CV, pukając palcem w odpowiednie miejsce z sugestią: o, widzi pan, tu jest napisane, co ja umiem i co robiłam. Tak, naprawdę zdarzył się już ktoś, kto mi zapłacił. Coś więcej czy mogę powiedzieć? Yyyy, eeee, no bo…

Ale Wam powiem coś więcej, bo znów długo czekaliście, aż wyjdę spod tej słomy. No to…

Ktoś wybił szybkę w jednym z wieloszybkowych okienek w koziarni (może Andrzej, może przeciąg, może kura, a może paranormal activity), a że pozostałe szybki też były popękane i trzymały się ramy ostatnim, rozchwianym zębem wiekowego kitu, to zapadła decyzja o całkowitej renowacji otworu szklonego. Małżonek dociął nowe szybki, oczyścił i pomalował metalową ramę, po czym projekt uległ zahamowaniu, gdyż ostatnia tuba silikonu budowlanego zastygła w uroczy, giętki walec. A ponieważ przez dziurawe okienko wlatywały do środka jaskółki (srają na ściany i do misek z wodą) oraz kurczaki (podobno żółtko dobre na włosy, ale kozy nie doczytały, że jednak po jakimś czasie trzeba spłukać), to Kanionek zaciepał okienko tym, czym umiał i mógł, czyli oczywiście że kartonem, no ale nawet ja wiem, że jak długo to wytrzyma.

I w sklepie dziś będąc udałam się na dział “farby, kleje, toksyczne wyziewy dinozaura” i wypatrzyłam kit szklarski. Kit szklarski pokostowy oraz kit szklarski miniowy, każdy w swoim plastikowym wiadereczku, a co jeden to ładniejszy. I bądź tu człowieku mądry. Przez wąską, powietrzem wypełnioną część regału dostrzegłam po drugiej stronie pracownika sklepu i zagaiłam zalotnie: “Panie dobry, a ten kit to czym się różni jeden od drugiego? Oprócz koloru?”. Pracownik zdębiał (być może dlatego, że mój głos zdał mu się dobiegać znikąd i być pozbawionym namacalnego ciała emitującego, a kto by nie zdębiał na taką sztuczkę, a może dlatego, że on tam jakieś deski podłogowe, czy inną boazerię z kąta w kąt przestawiał).

“Ale jak czym się różni?” zapytał ostrożnie w przestrzeń, ewidentnie grając na zwłokę. Zwłoka natychmiast wyrecytowała uprzejmie z naklejki: “No bo jest pokostowy, taki brzydki żółty, i miniowy, taki ładny, brązowy, albo może raczej czekoladowy z domieszką czerwieni buraczanej, i czym one się różnią, prócz koloru, bo obawiam się, że jednak zastosowaniem”. No dobrze, tego wszystkiego nie było na naklejce, ale chciałam mu jasno wyklarować, o co mi się rozbiega, a poza tym zapewnić na tyle długą emisję fal dźwiękowych, by mógł mnie namierzyć, jak Policja numer telefonu seryjnego mordercy. “A wie pani, że mi pani teraz zabiła ćwieka?” zdębiały ożył, a ćwieki, gwoździe i śruby motylkowe dla odmiany zamarły w swych przegródkach z płyty OSB, no bo jak to – zabić ćwieka? A niby za co?!

“Czyli pan po prostu nie wie, i nie będzie mi pan wciskał kitu?” – błysnęłam dowcipem na poziomie fotela ginekologicznego. Pan jednak musiał docenić moje zaangażowanie w tę do kitu konwersację, bo – pokonując slalomem zawiłości regałów – przyszedł, stanął obok mnie i zapatrzył się w wiaderka z kitem. Bez kitu – stał tak i patrzył, czytając na głos: “pokostowy, miniowy”. Wziął dwa różne wiaderka i przyjrzał im się z bliska, być może próbując w tym czekoladowym dostrzec czerwień buraka. “Hm.” – ostatni jego wkład w wymianę naszych myśli wniósł ożywczy powiew niczego szczególnego. “To może ja wezmę ten czekoladowy, bo przynajmniej ładny, nie uważa pan? No bo na coś się trzeba w końcu zdecydować, i raz kozie śmierć.” Drobne elementy metalowe odetchnęły z ulgą, że widmo śmierci oddaliwszy się od ćwieków poszło spoglądać w oczy jakiejś tam kozie, a ja z wiaderkiem czekoladowego szklarskiego oddaliłam się w kierunku kasy.

I co powiecie? Jednak czasem warto wybrać ładniejszego, bo jak czytam w poradniku budowlanym, kit pokostowy ma zastosowanie przy szkleniu ram drewnianych, a ten mój, miniowy, ram metalowych. O metalowych malowanych niebieską farbą nic nie było, więc pozostaje żywić nadzieję, że się nie pogryzą. Jeszcze trochę poczytam o technologii i jutro mam pretensję sobie poużywać. Kitu poużywać, dodam tytułem wyjaśnień, na wypadek gdyby Wasza wyobraźnia wciąż krążyła wokół tego giętkiego, silikonowego walca.

A teraz pozwólcie, że spuszczę z frywolnego tonu i wrócę tam, skąd przyszłam, czyli do kapusty. Kapustą straszyłam Was w ubiegłym roku nie raz, ale nie pamiętam, żebym groźby zrealizowała. Jednak co się odwlecze, to się i tak z powrotem przypałęta, więc proszę, tak wyglądała kapusta w słomie:

kapusta pod firanką2

A tu namiot z firanek, który wraz z moją Mamą szyłyśmy przez kilka godzin:

kapusta pod firanką1

Namiot stanowił ochronę przed motylami, a raczej ich żarłocznym pomiotem, i sprawdził się doskonale. Między rzędami świeżo wkopanych sadzonek kapusty rzuciłam niedbale pół opakowania nasion rzodkiewki, naciągnęłam namiot, i oczywiście o rzodkiewce natychmiast zapomniałam, bo tak mam po Babci. Babcia nigdy nie pamięta, co gdzie posiała i taka to już widać nasza rodzinna tradycja, że wśród ogórków wychodzi nam znienacka marchewka, a buraki kwitną nagietkiem. Rzodkiewka jednak jest jak miłość, i nawet w towarzystwie kapuścianego głąba jest w stanie wiele wybaczyć, więc i moja wybaczyła:

rzodkiewka spod kapusty

rzodkiewka spod kapusty3

rzodkiewka spod kapusty2

Myślicie, że była stara, gorzka i zdrewniała, jak ja? Figulasa z makulasem – była soczysta, jędrna i lekko pikantna (czyli jak ja, tylko że dawno temu).

Skoro kapustę mamy już z kamiennej głowy, to teraz cebula. Cebuli nie sieję, bo to jakieś nieporozumienie jest, co zrozumiałam dopiero po wielu próbach i bezowocnym wyczekiwaniu złocistych kul z moim imieniem na łusce. Ale jak mówi stare porzekadło, człowiek sieje, a Pan Bóg cebule wynosi. Moich wyniósł na tyle dużo, że zmieniłam wiarę i teraz sadzę cebulę z dymki. Dymka to – dla ogrodowych ateistów – taka mała cebulka z poprzedniego roku, która w roku następnym w ziemię wsadzona urośnie duża i ładna, jak ja. Tak, jak ja KIEDYŚ, ale już przecież to wyjaśniałam.

[A wiecie, że teraz podczas pisania używam już DWÓCH klawiatur? Ta laptopowa od dawna zepsuta, więc podpinam tę od peceta. Ale czasem zapominam, że można na niej capslock włączyć, za to wyłączyć już nie. Wypinam więc tę i podpinam tamtę, co ją kupiłam w markecie, silikonową, i bez sztywnej podkładki nie da się na niej pisać, ale można nią wyłączyć capslock. Potem wypinam giętką i podpinam sztywną. Jezu słodki lukrowany, czy widzisz bezmiar mojego sprytu tudzież poświęcenia dla dobra ludzkości? Jeśli tak, to bądź łaskaw zesłać w zamian trochę deszczu, bo mi się deszczówka znowu skończyła.]

Co to ja jeszcze chciałam z tą cebulą? Już wiem. Odchwaszczanie cebuli to jest droga przez kolczastą mękę, bo czasem z chwastem się wyrwie cebulę, a przecież nie o to chodzi. Wyjutubowałam więc sobie z internetowego rożka obfitości taką babeczkę amerykańską, co skleja gazety, wycina w nich dziurki, rozkłada te wycinanki na ziemi i w dziurki wtyka cebulki. I to był strzał jak w samo serce karczocha. Gazety skleja się brzegami, nietoksycznym klejem roślinnym. Faktem jest, że lepiej użyć gazet czarno-białych, a najlepiej niebielonego kartonu, bo gazetki reklamowe z marketów, kolorowe jak Maryli jarmarki, zawierają zapewne dużo szkodliwych substancji, ale kartony mi się skończyły (i wszystkim marketom w okolicy, znacie już tę historię), a doświadczenie się samo nie przeprowadzi, więc jednak użyłam tych kolorowych. I nawet jeśli wraz z cebulą spożyłam nieco farby drukarskiej, to mi nie zaszkodziła, bo ja generalnie dość dobrze znoszę kontakt ze słowem drukowanym, a w ubiegłym roku miałam niedobory. No to sobie cebulą wyrównałam, prawda. A cebula w gazetowych sidłach wyglądała tak:

cebula na gazecie z bliska

cebula na gazecie

A po zbiorach tak:

cebula z gazety

Gazety nie rozdzielamy na pojedyncze warstwy, tylko kleimy rozłożone jak do czytania, no chyba że Wasze gazety mają po kilkadziesiąt stron. Dawno nie kupowałam gazety, więc nie wiem co się dzisiaj na tym polu wyrabia, ale świat dziwnieje z dnia na dzień, więc jakby co – płachta gazety powinna mieć jakieś cztery do pięciu warstw papieru. Co to w ogóle daje? Zero chwastów. Gazetę pomiędzy cebulami można dla ładniejszego efektu obsypać ściółką.

W tym roku jakoś nie znalazłam czasu ni chęci na te robótki ręczne, więc cebulki powtykałam bezpośrednio w słomę i jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem, zielonym do góry. Z ilością słomy w niektórych miejscach ogrodu grubo przesadziłam (żal mi było tyle dobrego gówna z koziarni marnować), i żeby dokopać się do powierzchni ziemi trzeba rękę po łokieć władować w oślizłe pod spodem warstwy gnijącej materii, ale nie ma zmartwienia. Większość sadzonek dyni zeżarł przymrozek, na selerze siedzi mszyca, a ogórki wykiełkowały w doniczkach dwa tygodnie temu i zatrzymały się na etapie dwóch liścieni. Ta ziemia, co ją w worku kupiłam, to jednak zła ziemia była. Nasiona albo wcale nie kiełkują, albo – gdy już coś tam łeb na światło wystawi – roślina stoi w miejscu i po jakimś czasie marnieje. Ale z tym też nie ma zmartwienia, bo i tak nie mam tyle czasu na ogród, co w ubiegłym roku, więc patrzcie Państwo, jak mi się to wszystko pięknie składa. Do jednej, wielkiej kupy.

I jeszcze Wam podpowiem, gdybyście chcieli ściółkować ogród słomą i mieli dostęp do rolnika, że najlepiej pytać o taką ciętą. Bo słoma w długim źdźble jest mniej przewiewna, się ciągnie i wszetecznie zaplata, i w takich warunkach roślinom trudniej się do góry przebić (za wyjątkiem pokrzywy i podagrycznika – one się przebiją nawet przez gruz, asfalt i chiński mur).

A w ogóle NAJLEPIEJ (gupi Kanionek, wypiąć, podpiąć, wypiąć, podpiąć) użyć nie słomy, tylko zrębek drewnianych. Nie kory, nie preparowanego, ozdobnego drewienka w eleganckich, barwionych kawałkach, tylko zrębek powstałych podczas mielenia “odpadów” drzewnych, czyli czegoś co w Polsce jeszcze mało gdzie występuje, i najprawdopodobniej nie jest za darmo. A w USA jest, i to aż za dużo, i służby porządkowe oddają chętnym za darmo i jeszcze w rękę całują. Chodzi o takie zmielone wraz z liśćmi i korą gałęzie, pozostałe np. po wycince drzew, przycinaniu krzewów itp.

Ubiegłej zimy napaliłam się na te zrębki jak dziadek na orzechy, a wszystko przez gościa imieniem Paul Gautschi:

http://www.backtoedenfilm.com/

Tam na dole jest film, który trwa prawie dwie godziny, i jest do obejrzenia za darmo. Gość jest co prawda nawiedzony religijnie i rozmawia z Bogiem, ale mi to zupełnie nie przeszkadza. Ja rozmawiam z kozami, a czasem sama ze sobą, i dochodzę do wniosku, że nieważne z kim, ważne żeby się dogadać. No więc on się świetnie z Bogiem dogaduje, a Bóg mu podpowiada co lubią rośliny (przy okazji – kozy podpowiadają jedynie JAKIE rośliny lubią i niewiele z tego pożytku) i powiem Wam, że po roślinach tego gościa wnoszę, iż Bóg nie wiedzie go na manowce, nie wpuszcza w maliny, ani inne płonące krzaki. A cały sekret w tych zrębkach! Zrobiłam więc krótkie rozeznanie w okolicy i oczywiście dowiedziałam się, że nikt o niczym takim nie słyszał, a za każdy odpad drewniany, nawet jakieś mokre ochłapy kory z tartaku, trzeba zapłacić. A że raz nakręconej szajby nie da się tak po prostu zatrzymać, to się zawzięłam i podróbę zrębek sama sobie zrobiłam.

Przez prawie dwa zimowe miesiące, nierzadko brnąc przez śnieg i odmrażając sobie palce u rąk, zabierałam do lasu rower i Lasera, i szukałam spróchniałych kawałków drewna. Im większe, tym lepsze, bo ładowałam je na rower i przypinałam do ramy i bagażnika takimi elastycznymi linkami do mocowania bagażu. Oczywiście wszystko chyłkiem i w partyzanckim przyczajeniu, bo ubzdurałam sobie, że jak mnie leśniczy przyłapie, to z miejsca zastrzeli. Do tej pory nie wiem, czy wynoszenie próchna z lasu jest legalne, ale czymże jest nagła śmierć i zardzewiała kulka w łeb, w obliczu szajby na tle eksperymentu? Musiałam, MUSIAŁAM się przekonać, czy to naprawdę działa, czy może Paweł G. z Ameryki jest kolejnym medialnym kaznodzieją łapiącym naiwnych na lep zrębkowej propagandy. Wracając zaś do próchna. Próchno zamarznięte na kość trzymało się kupy i roweru, a po dotarciu do domu zrzucałam je w kącie śpiącego zimowym snem ogrodu. W marcu lub kwietniu, gdy tylko puścił mróz, zaatakowałam próchno siekierą, rozdrabniając je na kawałki różnej wielkości, ale generalnie na drobne. Po kilku dniach nakurwiania siekierką skończył mi się nadgarstek, ale znów – czym jest ból fizyczny w obliczu nadchodzącej ekstazy eksperymentu?

produkcja zrębek

zrębki 2

zrębki

Narąbałam tych nibyzrębek kilka metrów kwadratowych powierzchni, przy grubości warstwy około 10 cm. I jeszcze takie kółeczko na sałatę:

sałata na zrębkach

Siew sałaty wyglądał tak, że na gołą ziemię wysypałam nasiona, zasypałam warstwą zrębek, i tyle. Zrębek na zdjęciu prawie nie widać, musicie mi wierzyć na słowo, a dookoła eksperymentalnego kółka zrębkowego jest wyłożona słoma. Słomy mam pod dostatkiem.

A tu cebula i rzodkiewka pędzone na zrębkach:

rzodkiewa w zrębkach

rzodkiewa w zrębkach2cebula na zrębkach

I mogę Wam powiedzieć, że polecam, że działa, i że gdybym mogła, tobym pół lasu razem z leśniczym porąbała na te zrębki. Dlaczego z leśniczym? Bo porąbany leśniczy już nie mógłby mnie zastrzelić, to chyba oczywiste. No więc to działa, ściółka świetnie utrzymuje wilgoć w glebie, a po wierzchu jest doskonale sucha. Gdy wilgoci jest zbyt dużo, ona wchłania nadmiar. Jest lekka, a gdy składa się z niedużych kawałków nie utrudnia roślinom wzrostu ku słońcu (tylko pragnę zauważyć, że nie mówimy tu o trocinach. Trociny są już zbyt drobne, będą się sklejać w gnijącą masę). Ogranicza rozrost chwastów. Estetycznie wygląda. Jest sprężysta i nie powoduje ubijania się ziemi w betonowe klepisko. A sałata nawet po deszczu nie jest oblepiona piaskiem, bo nie ma kontaktu z piaskiem! Omatko! To tyle euforii, a teraz wady ściółkowania zrębkami. Widzę jedną, ale sążnistą. Otóż trzeba rok w rok warstwę zrębek uzupełniać nowym materiałem, bo od spodu warstwa zrębek, przerabiana przez mikroorganizmy, zamienia się w żyzną ziemię. Czyli zrębek ubywa, za to jednak przybywa nam bogatej, przewiewnej gleby pod uprawy. No ale skąd te zrębki brać, skoro nawet porąbanego leśniczego nadleśnictwo szybko zastąpi nowym, a seryjne morderstwa to jednak nie moja bajka? Raz, to rozumiem, każdemu się może zdarzyć, ale żeby tak rok w rok, leśniczego siekierką, to jednak nieładnie, a i nadleśnictwo mogłoby zacząć coś podejrzewać.

No to kupiłam za grosze taki wiekowy, niemiecki sprzęcik… O którym może innym razem, bo jeszcze muszę się pochwalić tym, co dostałam od mp, a już mi się baterie w rękach wyczerpują. Czosnek niedźwiedzi kupiłam suszony, na próbę, i faktycznie jest dobrym dodatkiem do sera – nadaje mu czosnkowy, ale nienachalny posmak, no i zawsze to trochę zielonego:

ser z czosnkiem niedźwiedzim

Liczę więc na to, że z sadzonek przysłanych mi przez mp będę miała za kilka lat słuszny plon:

czosnek niedźwiedzi od mp

Na zdjęciu jeszcze w kartonie, przysypany lekko wilgotną ziemią, ale obecnie już w ogrodzie. Przygotowałam mu wedle upodobań miejsce zacienione, pomiędzy rozłożystym krzewem jeżyny bezkolcowej (i bezowocowej, jak pokazuje moje z nią czteroletnie doświadczenie) a przyciętą przez Dziadka z Energi leszczyną. Jest cień, jest wilgoć, jest obecność drzew liściastych. Tylko czosnku już nie ma, bo zgodnie z Waszymi przepowiedniami czosnek po przekwitnięciu zniknął z powierzchni ziemi :)

Mp dorzuciła mi jeszcze sadzonki pokręconej wierzby mandżurskiej:

wierzba mandżurska od mp

Oraz oregano, które trochę słabo zniosło podróż, ale posadzone na wszelki wypadek w doniczce powoli odzyskuje sprawność:

oregano od mp

Dostałam też dżemor z rabarbaru z dodatkiem imbiru (ale takim umiarkowanym dodatkiem, że nie wytrawia żołądka na skórzany portfel), który się nazywa HIRAM, i jeśli wszyscy będziemy grzeczni, to może mp poda nam w komentach, lub na forum, swój sprawdzony przepis? Dżemor ma bowiem smak oryginalny, ale nie tak oryginalny, jak szwedzkie śledzie z bitą śmietaną, czy mucha na dziko, tylko w dobrym znaczeniu oryginalny. Dziękuję, mp :)

No i patrzcie Państwo, jak mi się już kozy nie zmieszczą w tym odcinku. Zrobię dla Was film, żeby było widać jak duże już są te małe, no i podam wreszcie do wiadomości publicznej jakie imiona się do nich z czasem przykleiły, ale to już następnym razem.

PS. A wiecie, co odkryłam w szklarni? Lawendę. Nie żebym jakaś głupia była, że nie wiem, gdzie co mam (dobra, nie wiem), po prostu tej lawendy tam nie powinno być. Kupiłam w ubiegłym roku w Lidlu jedną doniczkę z lawendą. W domu doczytałam, że to jakaś delikatna, francuska odmiana, nieodporna na nasz klimat. No to trzymałam doniczkę w szklarni, a gdy sezon się skończył i ona wyglądała, jakby miało jej się ku śmierci, to ją wzięłam za fraki, wyciągnęłam z kłębem korzeni z doniczki i rzuciłam na słomę, żeby się przekompostowała, bo co się będzie dobra, francuska lawenda na śmietniku marnować. Potem słomy na wierzchu doszło po sprzątaniu kurnika, no i tak sobie minęła zima, a tu patrzę – lawenda zombie wyłazi spod słomy. Na potrzeby fotki odsłoniłam nawet kawałek tej bryłki suchej ziemi z doniczki. Na chcącego nie ma mocnych.

ocalała lawenda

PPS. A na zielone buty wylałam sobie dziś rozpuszczalnik nitro (kupiony do walki z naklejkami na słoikach) i wiecie co? Nic im nie jest. Nawet nie zbladły. Impregnowane moczem firmy Andrzej & Sons stawią czoło (i noski) każdemu wyzwaniu, przeżyją właścicielkę i kto wie, może kiedyś polecą w kosmos. A tymczasem – ktoś chętny kupić buteleczkę impregnatu? Odrobina magicznego płynu wtarta w karoserię samochodu małżonka zapewni pojazdowi wielkomiejski glans, odporność na korozję, 100 kóz mechanicznych pod maską i tarczę chroniącą przed muchy sraniem.

1 2