Opowieści gorejących krzewów, czyli o kicie i o tym, jak mi lawenda zabiła ćwieka

Na dzień dobry miód z mniszka:

miód z mniszka

I pies w mniszkach:

a czasem leżę i kwitnę

A nawet kot w budzie:

Kotek na jajach

Dawno, dawno temu, bo dwudziestego czwartego kwietnia, nagrałam dla Was wideo spontaniczne, o tym jak mi się sprawdził eksperyment ze słomą. Czasem byle co mnie kręci i zaraz mi się wydaje, że wszyscy chcieliby się o tym dowiedzieć. Tak było i tym razem, więc czy Was to interesuje czy nie, oto entuzjastyczne grzebanie w ściółce i eureka na moim poziomie:

Nie musicie nawet krytykować, że oko kamery patrzy zupełnie nie tam, gdzie ja coś pokazuję, albo że narrator powinien się wybrać na lekcje dykcji, składni i ogólnego ogaru, bo ja to wszystko wiem. Niestety – wystąpienia publiczne nigdy nie były moim forte, wstyd mnie było pokazywać na szkolnych apelach, a rozmowy kwalifikacyjne w sprawie pracy zawsze wyglądały z mojej strony tak, że płonąc szkarłatnym pąsem podsuwałam pracodawcy swoje CV, pukając palcem w odpowiednie miejsce z sugestią: o, widzi pan, tu jest napisane, co ja umiem i co robiłam. Tak, naprawdę zdarzył się już ktoś, kto mi zapłacił. Coś więcej czy mogę powiedzieć? Yyyy, eeee, no bo…

Ale Wam powiem coś więcej, bo znów długo czekaliście, aż wyjdę spod tej słomy. No to…

Ktoś wybił szybkę w jednym z wieloszybkowych okienek w koziarni (może Andrzej, może przeciąg, może kura, a może paranormal activity), a że pozostałe szybki też były popękane i trzymały się ramy ostatnim, rozchwianym zębem wiekowego kitu, to zapadła decyzja o całkowitej renowacji otworu szklonego. Małżonek dociął nowe szybki, oczyścił i pomalował metalową ramę, po czym projekt uległ zahamowaniu, gdyż ostatnia tuba silikonu budowlanego zastygła w uroczy, giętki walec. A ponieważ przez dziurawe okienko wlatywały do środka jaskółki (srają na ściany i do misek z wodą) oraz kurczaki (podobno żółtko dobre na włosy, ale kozy nie doczytały, że jednak po jakimś czasie trzeba spłukać), to Kanionek zaciepał okienko tym, czym umiał i mógł, czyli oczywiście że kartonem, no ale nawet ja wiem, że jak długo to wytrzyma.

I w sklepie dziś będąc udałam się na dział “farby, kleje, toksyczne wyziewy dinozaura” i wypatrzyłam kit szklarski. Kit szklarski pokostowy oraz kit szklarski miniowy, każdy w swoim plastikowym wiadereczku, a co jeden to ładniejszy. I bądź tu człowieku mądry. Przez wąską, powietrzem wypełnioną część regału dostrzegłam po drugiej stronie pracownika sklepu i zagaiłam zalotnie: “Panie dobry, a ten kit to czym się różni jeden od drugiego? Oprócz koloru?”. Pracownik zdębiał (być może dlatego, że mój głos zdał mu się dobiegać znikąd i być pozbawionym namacalnego ciała emitującego, a kto by nie zdębiał na taką sztuczkę, a może dlatego, że on tam jakieś deski podłogowe, czy inną boazerię z kąta w kąt przestawiał).

“Ale jak czym się różni?” zapytał ostrożnie w przestrzeń, ewidentnie grając na zwłokę. Zwłoka natychmiast wyrecytowała uprzejmie z naklejki: “No bo jest pokostowy, taki brzydki żółty, i miniowy, taki ładny, brązowy, albo może raczej czekoladowy z domieszką czerwieni buraczanej, i czym one się różnią, prócz koloru, bo obawiam się, że jednak zastosowaniem”. No dobrze, tego wszystkiego nie było na naklejce, ale chciałam mu jasno wyklarować, o co mi się rozbiega, a poza tym zapewnić na tyle długą emisję fal dźwiękowych, by mógł mnie namierzyć, jak Policja numer telefonu seryjnego mordercy. “A wie pani, że mi pani teraz zabiła ćwieka?” zdębiały ożył, a ćwieki, gwoździe i śruby motylkowe dla odmiany zamarły w swych przegródkach z płyty OSB, no bo jak to – zabić ćwieka? A niby za co?!

“Czyli pan po prostu nie wie, i nie będzie mi pan wciskał kitu?” – błysnęłam dowcipem na poziomie fotela ginekologicznego. Pan jednak musiał docenić moje zaangażowanie w tę do kitu konwersację, bo – pokonując slalomem zawiłości regałów – przyszedł, stanął obok mnie i zapatrzył się w wiaderka z kitem. Bez kitu – stał tak i patrzył, czytając na głos: “pokostowy, miniowy”. Wziął dwa różne wiaderka i przyjrzał im się z bliska, być może próbując w tym czekoladowym dostrzec czerwień buraka. “Hm.” – ostatni jego wkład w wymianę naszych myśli wniósł ożywczy powiew niczego szczególnego. “To może ja wezmę ten czekoladowy, bo przynajmniej ładny, nie uważa pan? No bo na coś się trzeba w końcu zdecydować, i raz kozie śmierć.” Drobne elementy metalowe odetchnęły z ulgą, że widmo śmierci oddaliwszy się od ćwieków poszło spoglądać w oczy jakiejś tam kozie, a ja z wiaderkiem czekoladowego szklarskiego oddaliłam się w kierunku kasy.

I co powiecie? Jednak czasem warto wybrać ładniejszego, bo jak czytam w poradniku budowlanym, kit pokostowy ma zastosowanie przy szkleniu ram drewnianych, a ten mój, miniowy, ram metalowych. O metalowych malowanych niebieską farbą nic nie było, więc pozostaje żywić nadzieję, że się nie pogryzą. Jeszcze trochę poczytam o technologii i jutro mam pretensję sobie poużywać. Kitu poużywać, dodam tytułem wyjaśnień, na wypadek gdyby Wasza wyobraźnia wciąż krążyła wokół tego giętkiego, silikonowego walca.

A teraz pozwólcie, że spuszczę z frywolnego tonu i wrócę tam, skąd przyszłam, czyli do kapusty. Kapustą straszyłam Was w ubiegłym roku nie raz, ale nie pamiętam, żebym groźby zrealizowała. Jednak co się odwlecze, to się i tak z powrotem przypałęta, więc proszę, tak wyglądała kapusta w słomie:

kapusta pod firanką2

A tu namiot z firanek, który wraz z moją Mamą szyłyśmy przez kilka godzin:

kapusta pod firanką1

Namiot stanowił ochronę przed motylami, a raczej ich żarłocznym pomiotem, i sprawdził się doskonale. Między rzędami świeżo wkopanych sadzonek kapusty rzuciłam niedbale pół opakowania nasion rzodkiewki, naciągnęłam namiot, i oczywiście o rzodkiewce natychmiast zapomniałam, bo tak mam po Babci. Babcia nigdy nie pamięta, co gdzie posiała i taka to już widać nasza rodzinna tradycja, że wśród ogórków wychodzi nam znienacka marchewka, a buraki kwitną nagietkiem. Rzodkiewka jednak jest jak miłość, i nawet w towarzystwie kapuścianego głąba jest w stanie wiele wybaczyć, więc i moja wybaczyła:

rzodkiewka spod kapusty

rzodkiewka spod kapusty3

rzodkiewka spod kapusty2

Myślicie, że była stara, gorzka i zdrewniała, jak ja? Figulasa z makulasem – była soczysta, jędrna i lekko pikantna (czyli jak ja, tylko że dawno temu).

Skoro kapustę mamy już z kamiennej głowy, to teraz cebula. Cebuli nie sieję, bo to jakieś nieporozumienie jest, co zrozumiałam dopiero po wielu próbach i bezowocnym wyczekiwaniu złocistych kul z moim imieniem na łusce. Ale jak mówi stare porzekadło, człowiek sieje, a Pan Bóg cebule wynosi. Moich wyniósł na tyle dużo, że zmieniłam wiarę i teraz sadzę cebulę z dymki. Dymka to – dla ogrodowych ateistów – taka mała cebulka z poprzedniego roku, która w roku następnym w ziemię wsadzona urośnie duża i ładna, jak ja. Tak, jak ja KIEDYŚ, ale już przecież to wyjaśniałam.

[A wiecie, że teraz podczas pisania używam już DWÓCH klawiatur? Ta laptopowa od dawna zepsuta, więc podpinam tę od peceta. Ale czasem zapominam, że można na niej capslock włączyć, za to wyłączyć już nie. Wypinam więc tę i podpinam tamtę, co ją kupiłam w markecie, silikonową, i bez sztywnej podkładki nie da się na niej pisać, ale można nią wyłączyć capslock. Potem wypinam giętką i podpinam sztywną. Jezu słodki lukrowany, czy widzisz bezmiar mojego sprytu tudzież poświęcenia dla dobra ludzkości? Jeśli tak, to bądź łaskaw zesłać w zamian trochę deszczu, bo mi się deszczówka znowu skończyła.]

Co to ja jeszcze chciałam z tą cebulą? Już wiem. Odchwaszczanie cebuli to jest droga przez kolczastą mękę, bo czasem z chwastem się wyrwie cebulę, a przecież nie o to chodzi. Wyjutubowałam więc sobie z internetowego rożka obfitości taką babeczkę amerykańską, co skleja gazety, wycina w nich dziurki, rozkłada te wycinanki na ziemi i w dziurki wtyka cebulki. I to był strzał jak w samo serce karczocha. Gazety skleja się brzegami, nietoksycznym klejem roślinnym. Faktem jest, że lepiej użyć gazet czarno-białych, a najlepiej niebielonego kartonu, bo gazetki reklamowe z marketów, kolorowe jak Maryli jarmarki, zawierają zapewne dużo szkodliwych substancji, ale kartony mi się skończyły (i wszystkim marketom w okolicy, znacie już tę historię), a doświadczenie się samo nie przeprowadzi, więc jednak użyłam tych kolorowych. I nawet jeśli wraz z cebulą spożyłam nieco farby drukarskiej, to mi nie zaszkodziła, bo ja generalnie dość dobrze znoszę kontakt ze słowem drukowanym, a w ubiegłym roku miałam niedobory. No to sobie cebulą wyrównałam, prawda. A cebula w gazetowych sidłach wyglądała tak:

cebula na gazecie z bliska

cebula na gazecie

A po zbiorach tak:

cebula z gazety

Gazety nie rozdzielamy na pojedyncze warstwy, tylko kleimy rozłożone jak do czytania, no chyba że Wasze gazety mają po kilkadziesiąt stron. Dawno nie kupowałam gazety, więc nie wiem co się dzisiaj na tym polu wyrabia, ale świat dziwnieje z dnia na dzień, więc jakby co – płachta gazety powinna mieć jakieś cztery do pięciu warstw papieru. Co to w ogóle daje? Zero chwastów. Gazetę pomiędzy cebulami można dla ładniejszego efektu obsypać ściółką.

W tym roku jakoś nie znalazłam czasu ni chęci na te robótki ręczne, więc cebulki powtykałam bezpośrednio w słomę i jak na razie wszystko idzie zgodnie z planem, zielonym do góry. Z ilością słomy w niektórych miejscach ogrodu grubo przesadziłam (żal mi było tyle dobrego gówna z koziarni marnować), i żeby dokopać się do powierzchni ziemi trzeba rękę po łokieć władować w oślizłe pod spodem warstwy gnijącej materii, ale nie ma zmartwienia. Większość sadzonek dyni zeżarł przymrozek, na selerze siedzi mszyca, a ogórki wykiełkowały w doniczkach dwa tygodnie temu i zatrzymały się na etapie dwóch liścieni. Ta ziemia, co ją w worku kupiłam, to jednak zła ziemia była. Nasiona albo wcale nie kiełkują, albo – gdy już coś tam łeb na światło wystawi – roślina stoi w miejscu i po jakimś czasie marnieje. Ale z tym też nie ma zmartwienia, bo i tak nie mam tyle czasu na ogród, co w ubiegłym roku, więc patrzcie Państwo, jak mi się to wszystko pięknie składa. Do jednej, wielkiej kupy.

I jeszcze Wam podpowiem, gdybyście chcieli ściółkować ogród słomą i mieli dostęp do rolnika, że najlepiej pytać o taką ciętą. Bo słoma w długim źdźble jest mniej przewiewna, się ciągnie i wszetecznie zaplata, i w takich warunkach roślinom trudniej się do góry przebić (za wyjątkiem pokrzywy i podagrycznika – one się przebiją nawet przez gruz, asfalt i chiński mur).

A w ogóle NAJLEPIEJ (gupi Kanionek, wypiąć, podpiąć, wypiąć, podpiąć) użyć nie słomy, tylko zrębek drewnianych. Nie kory, nie preparowanego, ozdobnego drewienka w eleganckich, barwionych kawałkach, tylko zrębek powstałych podczas mielenia “odpadów” drzewnych, czyli czegoś co w Polsce jeszcze mało gdzie występuje, i najprawdopodobniej nie jest za darmo. A w USA jest, i to aż za dużo, i służby porządkowe oddają chętnym za darmo i jeszcze w rękę całują. Chodzi o takie zmielone wraz z liśćmi i korą gałęzie, pozostałe np. po wycince drzew, przycinaniu krzewów itp.

Ubiegłej zimy napaliłam się na te zrębki jak dziadek na orzechy, a wszystko przez gościa imieniem Paul Gautschi:

http://www.backtoedenfilm.com/

Tam na dole jest film, który trwa prawie dwie godziny, i jest do obejrzenia za darmo. Gość jest co prawda nawiedzony religijnie i rozmawia z Bogiem, ale mi to zupełnie nie przeszkadza. Ja rozmawiam z kozami, a czasem sama ze sobą, i dochodzę do wniosku, że nieważne z kim, ważne żeby się dogadać. No więc on się świetnie z Bogiem dogaduje, a Bóg mu podpowiada co lubią rośliny (przy okazji – kozy podpowiadają jedynie JAKIE rośliny lubią i niewiele z tego pożytku) i powiem Wam, że po roślinach tego gościa wnoszę, iż Bóg nie wiedzie go na manowce, nie wpuszcza w maliny, ani inne płonące krzaki. A cały sekret w tych zrębkach! Zrobiłam więc krótkie rozeznanie w okolicy i oczywiście dowiedziałam się, że nikt o niczym takim nie słyszał, a za każdy odpad drewniany, nawet jakieś mokre ochłapy kory z tartaku, trzeba zapłacić. A że raz nakręconej szajby nie da się tak po prostu zatrzymać, to się zawzięłam i podróbę zrębek sama sobie zrobiłam.

Przez prawie dwa zimowe miesiące, nierzadko brnąc przez śnieg i odmrażając sobie palce u rąk, zabierałam do lasu rower i Lasera, i szukałam spróchniałych kawałków drewna. Im większe, tym lepsze, bo ładowałam je na rower i przypinałam do ramy i bagażnika takimi elastycznymi linkami do mocowania bagażu. Oczywiście wszystko chyłkiem i w partyzanckim przyczajeniu, bo ubzdurałam sobie, że jak mnie leśniczy przyłapie, to z miejsca zastrzeli. Do tej pory nie wiem, czy wynoszenie próchna z lasu jest legalne, ale czymże jest nagła śmierć i zardzewiała kulka w łeb, w obliczu szajby na tle eksperymentu? Musiałam, MUSIAŁAM się przekonać, czy to naprawdę działa, czy może Paweł G. z Ameryki jest kolejnym medialnym kaznodzieją łapiącym naiwnych na lep zrębkowej propagandy. Wracając zaś do próchna. Próchno zamarznięte na kość trzymało się kupy i roweru, a po dotarciu do domu zrzucałam je w kącie śpiącego zimowym snem ogrodu. W marcu lub kwietniu, gdy tylko puścił mróz, zaatakowałam próchno siekierą, rozdrabniając je na kawałki różnej wielkości, ale generalnie na drobne. Po kilku dniach nakurwiania siekierką skończył mi się nadgarstek, ale znów – czym jest ból fizyczny w obliczu nadchodzącej ekstazy eksperymentu?

produkcja zrębek

zrębki 2

zrębki

Narąbałam tych nibyzrębek kilka metrów kwadratowych powierzchni, przy grubości warstwy około 10 cm. I jeszcze takie kółeczko na sałatę:

sałata na zrębkach

Siew sałaty wyglądał tak, że na gołą ziemię wysypałam nasiona, zasypałam warstwą zrębek, i tyle. Zrębek na zdjęciu prawie nie widać, musicie mi wierzyć na słowo, a dookoła eksperymentalnego kółka zrębkowego jest wyłożona słoma. Słomy mam pod dostatkiem.

A tu cebula i rzodkiewka pędzone na zrębkach:

rzodkiewa w zrębkach

rzodkiewa w zrębkach2cebula na zrębkach

I mogę Wam powiedzieć, że polecam, że działa, i że gdybym mogła, tobym pół lasu razem z leśniczym porąbała na te zrębki. Dlaczego z leśniczym? Bo porąbany leśniczy już nie mógłby mnie zastrzelić, to chyba oczywiste. No więc to działa, ściółka świetnie utrzymuje wilgoć w glebie, a po wierzchu jest doskonale sucha. Gdy wilgoci jest zbyt dużo, ona wchłania nadmiar. Jest lekka, a gdy składa się z niedużych kawałków nie utrudnia roślinom wzrostu ku słońcu (tylko pragnę zauważyć, że nie mówimy tu o trocinach. Trociny są już zbyt drobne, będą się sklejać w gnijącą masę). Ogranicza rozrost chwastów. Estetycznie wygląda. Jest sprężysta i nie powoduje ubijania się ziemi w betonowe klepisko. A sałata nawet po deszczu nie jest oblepiona piaskiem, bo nie ma kontaktu z piaskiem! Omatko! To tyle euforii, a teraz wady ściółkowania zrębkami. Widzę jedną, ale sążnistą. Otóż trzeba rok w rok warstwę zrębek uzupełniać nowym materiałem, bo od spodu warstwa zrębek, przerabiana przez mikroorganizmy, zamienia się w żyzną ziemię. Czyli zrębek ubywa, za to jednak przybywa nam bogatej, przewiewnej gleby pod uprawy. No ale skąd te zrębki brać, skoro nawet porąbanego leśniczego nadleśnictwo szybko zastąpi nowym, a seryjne morderstwa to jednak nie moja bajka? Raz, to rozumiem, każdemu się może zdarzyć, ale żeby tak rok w rok, leśniczego siekierką, to jednak nieładnie, a i nadleśnictwo mogłoby zacząć coś podejrzewać.

No to kupiłam za grosze taki wiekowy, niemiecki sprzęcik… O którym może innym razem, bo jeszcze muszę się pochwalić tym, co dostałam od mp, a już mi się baterie w rękach wyczerpują. Czosnek niedźwiedzi kupiłam suszony, na próbę, i faktycznie jest dobrym dodatkiem do sera – nadaje mu czosnkowy, ale nienachalny posmak, no i zawsze to trochę zielonego:

ser z czosnkiem niedźwiedzim

Liczę więc na to, że z sadzonek przysłanych mi przez mp będę miała za kilka lat słuszny plon:

czosnek niedźwiedzi od mp

Na zdjęciu jeszcze w kartonie, przysypany lekko wilgotną ziemią, ale obecnie już w ogrodzie. Przygotowałam mu wedle upodobań miejsce zacienione, pomiędzy rozłożystym krzewem jeżyny bezkolcowej (i bezowocowej, jak pokazuje moje z nią czteroletnie doświadczenie) a przyciętą przez Dziadka z Energi leszczyną. Jest cień, jest wilgoć, jest obecność drzew liściastych. Tylko czosnku już nie ma, bo zgodnie z Waszymi przepowiedniami czosnek po przekwitnięciu zniknął z powierzchni ziemi :)

Mp dorzuciła mi jeszcze sadzonki pokręconej wierzby mandżurskiej:

wierzba mandżurska od mp

Oraz oregano, które trochę słabo zniosło podróż, ale posadzone na wszelki wypadek w doniczce powoli odzyskuje sprawność:

oregano od mp

Dostałam też dżemor z rabarbaru z dodatkiem imbiru (ale takim umiarkowanym dodatkiem, że nie wytrawia żołądka na skórzany portfel), który się nazywa HIRAM, i jeśli wszyscy będziemy grzeczni, to może mp poda nam w komentach, lub na forum, swój sprawdzony przepis? Dżemor ma bowiem smak oryginalny, ale nie tak oryginalny, jak szwedzkie śledzie z bitą śmietaną, czy mucha na dziko, tylko w dobrym znaczeniu oryginalny. Dziękuję, mp :)

No i patrzcie Państwo, jak mi się już kozy nie zmieszczą w tym odcinku. Zrobię dla Was film, żeby było widać jak duże już są te małe, no i podam wreszcie do wiadomości publicznej jakie imiona się do nich z czasem przykleiły, ale to już następnym razem.

PS. A wiecie, co odkryłam w szklarni? Lawendę. Nie żebym jakaś głupia była, że nie wiem, gdzie co mam (dobra, nie wiem), po prostu tej lawendy tam nie powinno być. Kupiłam w ubiegłym roku w Lidlu jedną doniczkę z lawendą. W domu doczytałam, że to jakaś delikatna, francuska odmiana, nieodporna na nasz klimat. No to trzymałam doniczkę w szklarni, a gdy sezon się skończył i ona wyglądała, jakby miało jej się ku śmierci, to ją wzięłam za fraki, wyciągnęłam z kłębem korzeni z doniczki i rzuciłam na słomę, żeby się przekompostowała, bo co się będzie dobra, francuska lawenda na śmietniku marnować. Potem słomy na wierzchu doszło po sprzątaniu kurnika, no i tak sobie minęła zima, a tu patrzę – lawenda zombie wyłazi spod słomy. Na potrzeby fotki odsłoniłam nawet kawałek tej bryłki suchej ziemi z doniczki. Na chcącego nie ma mocnych.

ocalała lawenda

PPS. A na zielone buty wylałam sobie dziś rozpuszczalnik nitro (kupiony do walki z naklejkami na słoikach) i wiecie co? Nic im nie jest. Nawet nie zbladły. Impregnowane moczem firmy Andrzej & Sons stawią czoło (i noski) każdemu wyzwaniu, przeżyją właścicielkę i kto wie, może kiedyś polecą w kosmos. A tymczasem – ktoś chętny kupić buteleczkę impregnatu? Odrobina magicznego płynu wtarta w karoserię samochodu małżonka zapewni pojazdowi wielkomiejski glans, odporność na korozję, 100 kóz mechanicznych pod maską i tarczę chroniącą przed muchy sraniem.

Kobieta bez zęba na przedzie, czyli gulasz z Archimedesa

“We want information, information, information…
Who are you?
The new number 2.
Who is number 1?
You are number 6.
I am not a number, I am a free man!
HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA!”

 

“Chcemy informacji, informacji, informacji…
Kim jesteś?
Nowym numerem dwa.
Kto jest numerem jeden?
Ty jesteś numer sześć.
Nie jestem numerem, jestem wolnym człowiekiem!
HA HA HA HA HA HA HA HA HA HA!”
Iron Maiden, utwór “The Prisoner” z albumu “The Number of the Beast”, 1982

 

Ha. HA!

Co Wam powiem, to Wam powiem. Może co bardziej wnikliwi zauważyli, że Kanionek jest niepoważnym człowiekiem, który niezwykle poważnie podchodzi do życia. To wcale nie jest paradoks – każdy błazen ma skórę podszytą melancholią, a niejeden w zaciszu swego umysłu troskliwie wysiaduje jajo autodestrukcji, ale nie o tym chciałam. Z uwagi na to poważne podejście oraz z powodu nieumiejętności zajmowania się czymś, na czym się nie znam, zgłębiam sobie od dłuższego czasu temat serów i serowarstwa, temat rzekę, temat pełen zawiłych meandrów i szeptanych tajemnic, że nie wspomnę o łacińskich nazwach szczepów bakterii. I mam dla Was taki cytat, pochodzący z książki “Praktyczne serowarstwo” Jana Licznerskiego, książki wydanej w roku 1951 i liczącej sobie ładnych kilkaset stron. Autor powiada:

“Mleko kozie jest bielsze od krowiego i często z powodu nieodpowiednich warunków stajennych posiada osobliwy smak i zapach, który łagodnieje lub zupełnie zanika, gdy zwierzę pasie się na wolności. Z koziego mleka można wyrabiać znakomite sery o wybitnych właściwościach (specjały cenione już w starożytności u Greków i Rzymian).”

Z powyższego wynikałoby, że aby uzyskać mleko śmierdzące kozą (nie dotyczy serów, bo te nabierają aromatu w drodze dojrzewania), musiałabym zamknąć moje gwiazdy w koziarni, jak ogórki kiszone w beczce (to się nazywa alkierzowy system hodowli), i na wszelki wypadek dać sobie spokój ze zmianą ściółki. Czy muszę w tym miejscu dodawać, że prędzej zapekluję i zeżrę własny tyłek? Moje kozy to wolni ludzie, i choć unijna brać upiera się nazywać je po numerach, one zawsze będą miały osobowość, wiatr we włosach i mordy pachnące żywicą. Nawet jeśli ta żywica akurat zalicza się do minusów wolnowybiegowej hodowli kóz i w przypadku takiego Andrzeja doprowadza mnie do szaleństwa, a Andrzeja do nożyczek i golarki.

Rzekłszy powyższe wyjaśniam, co się stało z pięknym, długim futrem Andrzeja. Otóż niedługo po tym, jak kozy opierniczyły korę ze wszystkich drzew iglastych wokół naszego obejścia, drzewa zrobiły to, co zawsze robią w takich sytuacjach – zalały się żywicą. Jest to mechanizm obronny, całkiem skuteczny zresztą, jako iż żywica ma właściwości antybakteryjne i antygrzybicze, a jej lepka natura zabezpiecza pozbawione kory miejsca przed atakiem szkodliwego robactwa. Żywica więc doskonale sprawdza się na powierzchni pni drzew, za to zupełnie nie polecam jej do stosowania na powierzchni kóz, no ale co zrobić, gdy ma się stado osobistości wolnych, które robią co chcą. I tak właśnie Andrzej, nie pytając nikogo o zdanie, przywdział tej wiosny Żywiczny Pancerz Rycerza Kołtunów. Pod pancerzem, rzecz jasna, miał grubą i nieprzewiewną podszewkę z zimowego podszerstka, mocno już wysezonowanego i pozbijanego w sfilcowane kulki, sam pancerz zaś wabił i przytulał chętnie wszystko, co się w jego zasięg napatoczyło: rzepy, patyki, zeschłe liście, owady jakieś, kurz, piasek, i zapewne wiele innych, ciekawych form życia. I nadal z lubością przechadzał się pomiędzy zalanymi żywicą świerkami, jakby zapragnął zostać pierwszym na świecie koziołkiem zatopionym w bursztynie.

Nie było innego wyjścia, jak tylko zaprosić Andrzeja na gościnne występy na dojalnicy, gdzie zresztą i tak od dawna chciał się dostać, całkiem słusznie podejrzewając, że jego trzy małżonki nie pchają się tam bez powodu. I podczas gdy on z lubością zatapiał głowę w wiadrze z owsem, stajenny ciął go w ząbek, gdyż inaczej nie potrafi. Przy okazji, w ramach jednej usługi balwierskiej, Andrzej otrzymał również wiosenny pedicure, i tu muszę przyznać, że nie doceniłam potęgi jego wykopu, zaliczając jeden cios z kopytka w brzuch, a przy drugim omal nie żegnając się z przednimi zębami. I teraz się zastanawiam, czy Tradycja świeci dziurą w uzębieniu dlatego, że wymienia mleczną jedynkę na stałą, czy może też oberwała.

To tyle o Andrzeju, a pedicure oczywiście dostały wszystkie dorosłe kozy. Szesnaście kopytek elegancko skorygowane, jak na przykładowym obrazku:

kopytko Ireny po pedicure

A wszystko to dzięki dojalnicy, której nie sposób przecenić. Pamiętacie jeszcze zdjęcia tego starego, zagraconego chlewika? Po uprzątnięciu, wybieleniu ścian wapnem i wstawieniu dojalnicy, wygląda on tak:

szafocik z podbiegiem

szafocik

Platforma dojalnicy została zrobiona z kawałka starych drzwi, wyściełanych starym dywanem z przedpokoju, jeszcze z czasów miejskich. Podbieg stanowi gruba i szeroka deska z nabitymi na wierzchu pasami papieru ściernego, dla lepszej przyczepności kozich kopytek. Podbieg nie stanowi integralnej części konstrukcji, więc w razie potrzeby można go odczepić i zajść kozę od tyłu, a wysokość barierek bocznych też jest regulowana, bo moje kozy różnią się wzrostem. Maksymalny udźwig platformy nie jest nam znany, ale wiemy na pewno, że utrzyma przynajmniej osiemdziesiąt kilogramów, bo małżonek robił w chlewiku dodatkowe oświetlenie i konstrukcja pod nim nawet nie zatrzeszczała. I w praktyce wygląda to tak:

Tradycja na szafocie

Tradycja na szafocie 2

Irena na szafocie

Bożena na szafocie

Po kilku dniach wspólnych zajęć na dojalnicy kozy wchodzą na nią same (a pod drzwiami na zewnątrz tworzy się kolejka, w której trwają zażarte dysputy na temat kto wchodzi następny, a kto tu w ogóle nie stał), ładują łeb w miskę z owsem, a ja przystępuję do procederu kradzieży. Jeśli w trakcie dojenia skończy się owies w misce, a Gupi Kanionek nie zauważy, to w zależności od tego, która koza jest akurat dojona, komunikat “wrzuć monetę” przybiera różne formy: miski chwyconej w zęby i ciśniętej o ścianę (Bożena), popisowego aktu kankana (Irena) lub tupania w platformę w stylu zbuntowanej, disnejowskiej księżniczki (Tradycja). A że kopytko w słoiku z mlekiem to pikuś przy ogłuszającym brzdęku stalowej miski skaczącej po betonowej posadzce, to miskę ostatecznie umocowałam na stałe. Oczywiście, że taśmą klejącą, bo już nie chciałam zawracać głowy małżonkowi.

Na zemstę Bożeny nie musiałam długo czekać. Już na następny dzień, gdy podczas dojenia skończył się owies, Bożena nie mogąc zastosować sztuczki z miską postanowiła zaprotestować werbalnie. Niby zupełnie przypadkiem dokładnie wtedy, gdy akurat treść żwacza pokonała drogę przez przełyk do gardła. Pamiątkę protestu stanowi więc ozdobny, zielonkawy chlust treści pokarmowej żwacza Bożeny, zdeponowany na ścianie świeżutko wapnem bielonej. I to pełne satysfakcji spojrzenie, jakie mi wtedy rzuciła.

Przy dojalnicy stoi sobie taki pojemnik z zapasem ziarna (owies i czarny słonecznik):

zapas ziarna przy szafocie

A na murku naprzeciw okna mogę sobie ustawić przybory: pudło chusteczek sztukmistrza (to te, z których nie da się wyciągnąć jednej, bo zaraz wyłazi druga), oliwę z oliwek lub wazelinę kosmetyczną (świetnie się sprawdziła przy suchych cyckach Ziokołka), płyn do dezynfekcji (no dobra, to zwykła wóda jest), słoik, mydło i powidło, a nawet radioodbiornik, którego jednak nie mam, a szkoda. Bo dojenie kóz, wraz z zabiegami higienicznymi i sprzątaniem po wszystkim (zużyte chusteczki rzucam na podłogę, a rozsypane ziarno zmiatam dla kurczaków) zajmuje mi od godziny do półtorej, i mogłabym w tym czasie posłuchać wiadomości albo najnowszych plastikowych hitów, a tak to tylko kur się darcie i beczenie owiec. A dokładniej Andrzeja, który uparcie stoi w kolejce za drzwiami i się awanturuje, że to jest dyskryminacja płciowa i że on też chce, żeby ktoś go ciągał za… No nieważne. Gdzieś ja kiedyś miałam odtwarzacz mp3 i muszę go odnaleźć, a tymczasem wyjaśniam, dlaczego tak długo mi to wszystko idzie:

ogromny strzyk Ireny

ogromny strzyk Bożeny

Tak, nadal doję “na trzy palce”, i na zimę będę musiała zamawiać rękawiczki szyte na miarę, albowiem mój kciuk oraz palce wskazujący i środkowy będą grubości kiełbasy grillowej za 8,99 za kilogram, a mały i serdeczny bez zmian. No ale zostawmy rozterki kobiety-mutanta na boku i skupmy się na serze, jako głównym celu tego całego dojenia.

Najpierw zainwestowałam w solidną, emaliowaną polską jakość i kupiłam taki gar, który wypełniony po brzegi mieści 17,6 litrów mleka:

garnek 17 l

I już mi Chińczyk nie będzie pluł ryżem w twarz, może spadać ze swoim krzywym pojemnikiem i się pocałować w chińskie klapki, bo teraz liczę sobie ilość mleka w garnku przy pomocy starej, dobrej ludolfiny. πr2 dna mojego garnka wynosi 706,5 i pomnożone przez wysokość słupa mleka daje mi pojęcie o tym, ile kropel podpuszczki mam dodać do konkretnej partii. Muszę jeszcze tylko kupić tę przeklętą, plastikową linijkę, bo na razie używam taśmy mierniczej, i żeby nie zanurzać jej w mleku, odliczam centymetry od poziomu mleka do krawędzi garnka. Ale co jeśli Chińczyk spartolił również linijkę?? Może lepiej zostanę przy taśmie.

Na pierwszy w życiu ser postanowiłam użyć przepisu pani Zwłaszczy (z serii “Zwłaszcza dla idiotów”) i zrobiłam ser podpuszczkowy à la koryciński. Zawsze lubiłam sery z dziurami, a ten właśnie takie posiada, bo robią go bakterie zawarte w kefirze. Kefiru dodaje się ledwie szklankę na dziesięć litrów mleka, więc raczej nie wpływa on na smak, za to ser prezentuje się ładnie, nawet jeśli tylko ja tak twierdzę:

pierwszy ser

ser w plastrach

ser na kanapkach

Zrobiłam też małe warianciki z przyprawami, na foremki przeznaczywszy kubki po dużych jogurtach, w których musiałam zrobić dziurki i zrobiłam – rozgrzanym gwoździem trzymanym za pomocą kombinerek nad palnikiem gazowym. Bardzo dużo dziurek w plastiku generuje bardzo dużo skomplikowanych chemicznie oparów w powietrzu, ale tuż po odzyskaniu przytomności mogłam przystąpić do formowania takich serków:

serki w foremkach

Tu moczone w solance:

kąpiel w solance

Tak sobie odciekały:

odciekanie

A tu w plasterkach:

w plasterkach

bliskie spotkanie z plastrem sera

A na przyszłość trzeba będzie pomyśleć o innych foremkach, niezagrażających zdrowiu lub życiu producenta.

Z wariancików z przyprawami, choć wszystkie były smaczne i ślad się po nich nie ostał, najlepiej wyszła wersja z pomidorami, czosnkiem i bazylią. Kolejny ser, już bez dziurek, odciekał sobie w zwykłym durszlaku i wyszedł ciut płaski:

ser bez dziurek
na kanapce

W smaku łagodny, bez soli prawdopodobnie całkiem nijaki, no ale to nie jest ser dojrzewający, za to ze szczypiorkiem, czy smażony – idealny na śniadanie. Z serwatki dwa razy zrobiłam ser typu ricotta, nie stosując żadnych przyspieszaczy wytrącania skrzepu w postaci soku z cytryny czy kwasku cytrynowego, a jedynie podgrzewając serwatkę do temperatury 95 stopni. Ser wychodzi delikatny jak bita śmietana i w smaku niczego mi nie przypomina, a małżonek mówi, że jest bardzo smaczny i ma posmak orzechowy. Zdecydowanie nie jest to twaróg, bo serwatka nie pochodzi z mleka ukwaszonego, ale nadaje się na nadzienie do naleśników albo wersję kanapkową – z solą i czym kto lubi.

Ale muszę, muszę Wam jeszcze raz napisać o tym, jak smaczne jest mleko. Teraz, gdy kozy mają zielonego po czubki uszu, no i podjadają kwiatki i listki z wszelakich drzew i krzewów (w tym moich borówek amerykańskich), mleko jest jeszcze bardziej śmietankowe. Nie ma żadnych dziwnych posmaków – słonych, kwaśnych, czy gorzkich, i jak nigdy nie lubiłam pić mleka bez kawy, tak teraz mogę litrami. A na koniec tego przynudzania o produktach pochodzenia koziego zaserwuję Wam masło:

masło kozie

Proces produkcji masła jest banalnie prosty: należy zebrać słodką śmietankę z mleka, np. do słoika, powstrzymać się przed natychmiastowym wypiciem kremówki, potrząsać słoikiem przez kilka minut, aż wytrącony tłuszcz uformuje się w jedną bryłę, odlać maślankę, przepłukać bryłkę masła zimną, czystą wodą, i już. Takie masło ze świeżego, pełnowartościowego mleka ma wyśmienity smak, ale nie to jest w nim najlepsze. Najlepsza jest mina człowieka, który potrząsając słoikiem jak szaman grzechotką zrobił pięć dekagramów masła i nie może się temu nadziwić. I wciąż wydaje mu się niepojęte, że można ot tak, masło z kozy, a przecież dotąd było tylko z Biedronki.

No i tak sobie odkrywam dawno odkryte lądy, stawiam kroki pełne euforii na mocno już udeptanym księżycu, a tymczasem, za kuchennym oknem…

wstaję

i sobie tak stoję

I znów:

albo tak

I jeszcze raz:

a czasem tak

A wszystko to pod czujnym okiem trenera:

a ja wolę tak

A teraz pchamy dalej tę taczkę z zaległościami. Ktoś z Was w komentarzu pytał, przy okazji zapowiedzi przerobienia chlewika na pomieszczenie udojowe, ile my mamy jeszcze wolnych pomieszczeń. No to tak. Nasza obora, tak jak i dom, składa się z dwóch bliźniaczych połówek. Cała liczy sobie 80 metrów kwadratowych. Każda połówka składa się z sali głównej, gdzie niegdyś były najprawdopodobniej trzymane krowy lub konie, na co wskazują długie żłoby na siano, chlewika z korytem, kurnika i jeszcze jednego pomieszczenia. Kurnik od sali głównej oddzielają normalne, pełne, drewniane drzwi, chlewik ma drzwiczki niskie (to te z harpunem na wieloryby), no i zostaje jeszcze to jedno osobne pomieszczenie, również zamykane na drzwi pełne drewniane.

W jednej połówce mamy zajęty kurnik, w sali głównej warsztat, a w chlewiku stanowisko udojowe. No i “wolne” pomieszczenie, w którym coś tam stoi, leży, albo wisi. W tej połówce, w której urzędują kozy, kurnik jest nieużywany, chlewik dorabiał za porodówkę (a obecnie odsadzam do niego młode na noc), a pomieszczenie bez przeznaczenia właśnie niedawno owo przeznaczenie zyskało. Najpierw wpychałam tam Andrzeja, razem z jego miską pełną smakołyków, żeby jadł w odosobnieniu, bo na głównej sali nie pozwolił zjeść nikomu innemu i wszyscy biegali w popłochu od jednej michy do drugiej, a Andrzej próbował każdemu przyłożyć. Jadał więc sobie w tym zamkniętym pomieszczeniu, ale że się w szybkim żarciu wyrobił, to gdy tylko skończył jeść, zaczynał walić rogami w drzwi, aż je w końcu przefasonował. I tak oto dochodzimy do zadawnionej już kwestii drzwi, które zrobił małżonek.

Drzwi z założenia miały być odporne na koziorożce, tarany i młoty udarowe, a jednocześnie nie ważyć pół tony oraz dawać rozdzielonym kozom możliwość się przez nie widzenia, co już na wstępie nadawało przedsięwzięciu klauzulę niewykonalności. Rozleźliśmy się więc po terenie gospodarstwa w poszukiwaniu pomysłów i materiałów, i znaleźliśmy: stare przęsło ogrodzenia drewnianego, zardzewiałe, ale wciąż dobre zawiasy, kawałek płyty paździerzowej z wyglądu łudząco podobnej do niczego, i jeszcze parę dupereli z gatunku “a może się przyda”. Nad stertą powyższych odpadów wtórnych małżonek zawisł w twórczej zadumie i wymyślił takie coś:

drzwi2

drzwi

łącznik narożny

zawias

zasuwka

I nie dość, że drzwi są odporne na Andrzeja, to w razie potrzeby można za nimi bezpiecznie zamknąć również kozi narybek, gdyż u dołu szczebelki są rozstawione gęściej, niż u góry. Zasuwki małżonek wykonał z jakiegoś pręta stalowego, a śrubki ułatwiające uchwyt zostały nawet zabezpieczone naciągniętą na nie gumową rurką, choć niestety ktoś się postarał i zjadł tę z dołu. I wiem, że te dwa akapity o drzwiach przeczytaliście w kilka sekund, ale wierzcie mi – ich wykonanie zajęło ładnych parę godzin. Kto próbował dopasować proste do krzywego, albo rozgiąć zawias ze stali o grubości 4 mm bez specjalnych narzędzi, ten zrozumie. A za prostowanie starych gwoździ i ponowne ich użycie powinniśmy dostać nominację do głównej nagrody w konkursie “Oszczędni do bólu dupy”.

Tymczasem wiosna nie oszczędza na niczym – narobiła kwiatków, listków, koziołków, (muchów i komarów też), rzuciła garść jaskółek i nakręciła kukułkę. Musiała też w rozpędzie zgubić kilka krzewów pigwowca japońskiego, które odkryłam na skraju młodej dąbrowy, jakieś 50 metrów od koziarni:

pigwowiec partyzant

pigwowiec kwitnący

Po przeciwnej zaś stronie, na skraju lasu świerkowego, zakwitła samotna jabłonka. I nie, to nie jest zdjęcie obrócone o 90 stopni. Ona po prostu rośnie poziomo.

pozioma jabłonka

kwitnie jabłonka

Kwitną zresztą wszystkie jabłonie, włącznie ze starą papierówką przy wschodniej ścianie domu, a także wiśnie i śliwy, ale ja się już na ten widok nie emocjonuję jak łysy na wieść o wyprzedaży brylantyny. Nawet jeśli tych kwiatów nie zetnie nagły przymrozek, jak ubiegłej wiosny, to owoce zeżrą sójki, kosy i szerszenie. A te wiszące niżej, jak borówki i porzeczki, opędzlują do zera Kuropaszcze i Rosołaki. I czy ja się tym przejmuję? Ani trochę. Ja mam swoją ławkę wierzbową i czosnek, którego nic nie tyka.

Naprawdę macie jeszcze ochotę dalej czytać? Bo ja czuję się tak, jakbym przepisała cały ubiegłoroczny rozkład jazdy pociągów i pekaesów na wszystkich trasach krajowych, wraz z legendą i instrukcją obsługi gaśnicy. To może jeszcze garść zdjęć z koziołkami i Mamą:

pierwszy spacer zbiorowy

pierwszy spacer zbiorowy 2

z Mamą na spacerze

Mama z koziołkami

Mama z koziołkami 2

Mama z koziołkami 3

młody bóg i młody głóg

A tu, napotkany podczas spaceru, odciśnięty w zaschniętym błocie wilczy trop:

wilczy trop

I jeśli odnosicie wrażenie, że wciąż czegoś tu brakuje, to macie rację.

gulasz

PS. Kontyngent pomocowy od mp już do mnie dotarł, ale fotki czosnku niedźwiedziego i pozostałych darów zamieszczę w kolejnym odcinku, który będzie o roślinach, ściółce i nasionkach, i tak, też będzie nudny jak wykład o układzie rozrodczym morświna. Takie jest ostatnio życie Kanionka i co ja Wam na to poradzę.

PPS. A ponieważ na obfite plony czosnku niedźwiedziego przyjdzie mi długo poczekać, to kupiłam nasiona szczypiorku czosnkowego, który ma aromat czosnku (nie, serio?) i łodygi o przekroju trójkątnym. Czy ktoś wreszcie będzie łaskaw zatłuc mnie młotkiem, lub chociaż zamurować żywcem w ścianie?

PKS. Jeśli coś obiecywałam, a zapomniałam o tym napisać, to mi przypomnijcie, a następnym razem wywlokę na światło dzienne. Grunt, że o gulaszu nie zapomniałam.