Pół człowiek, pół pasiec, czyli o salcesonie i mojej krwawicy

Nie wiem co tam u Państwa, bo niewiele piszecie (serio – nawet temat niemieckich naturystów popylających goło na rowerach nie chwycił?), więc domniemywam, że to samo co u mnie – bryndza z nędzą i kiszone wodorosty.

Najpierw przyszło wielkie ocieplenie, i cały ten zakichany śnieg topił się przez kilka długich dni, zamieniając podwórko w grząskie bagno, a Mająca w Jožina z bažin, bo Mając miał niedokończone wykopki na podwórku, których musiał zaniechać na czas zlodowacenia, a teraz kopie mu się wręcz wybornie. Z uwagi na długą, gęstą i miękką sierść Mając nasiąka błotem tak trwale i intensywnie, że przed Wielkanocą wystarczy Mająca obrzucić kilkoma garściami nasion rzeżuchy i będę miała chodzący stroik świąteczny.

Po wielkim ociepleniu przyszły wielkie wichry, niosąc w darze bóle głowy i żołądka, oraz napady arytmii. Oczywiście niosły tylko i specjalnie dla mnie, bo inni chyba nie zasługiwali. Dziś mamy jeden stopień na plusie i marznący chwilami deszcz, co rżnie bezlitośnie po pysku, choć już na szczęście nie mnie. Bo ja sobie zepsułam przyczep ścięgna Achillesa, odcięłam kawałek kciuka i założyłam hodowlę półpaśca, więc jestem trochę zajęta poszukiwaniem najdogodniejszej pozycji do zapadnięcia w spokojną, niczym nieprzerywaną śmierć.

Z kciukiem to było tak, że dwa dni temu przygotowywałam sałatkę warzywną dla kóz i owiec, i została mi do pokrojenia już tylko kapusta, którą szatkuję na zwykłej szatkownicy, ponieważ tak się najszybciej kroi kapustę w małe, wygodne do mieszania z resztą warzyw kawałki. Se szatkowałam szybko i sprawnie, do momentu gdy małżonek zapytał, czy to jest aby na pewno dobry pomysł z tym szatkowaniem i czy sobie aby na pewno palca nie utnę. Odpowiedziałam z wyższością, że no bardzo cię proszę, ale ja to robię już po raz zgoła i nader pięćsetny, i jak dotąd tylko raz sobie kawałek palca odcięłam, więc bicz pliz, ajem de master of szatkownica, i właśnie wtedy, gdy poczułam potrzebę dorzucić istotną informację o tym, że ostrza szatkownicy już nie są takie ostre jak kiedyś, ta stara, złośliwa małpa wycięła mi numer i czubek kciuka.

Przez kilka minut siedziałam sobie spokojnie, nasączając posoką drugi listek ręcznika papierowego i przyglądając się z dziwną satysfakcją, jak małżonek miota się przed szafką z artykułami pierwszej pomocy przedmedycznej (“tu przecież kiedyś był plaster opatrunkowy”, “my w ogóle mamy jakieś bandaże w tym domu?!”), otwierając i zamykając drzwiczki, jakby po każdym ponownym ich otwarciu spodziewał się, że plastry i bandaże same wyskoczą mu na spotkanie, z radosnym “ha ha! TU jesteśmy!”. Jednak po kilku minutach skończyła się endorfinowa promocja, kciuk zapłonął żywym ogniem, i poczułam się zmuszona podpowiedzieć małżonkowi, że to wszystko na nic, i że musi jednak wyjąć ten plastikowy pojemnik i osobiście w nim pogrzebać, żeby znaleźć plaster i bandaże, które OCZYWIŚCIE że tam są, wraz z całym asortymentem środków odkażających.

Przemywania Rivanolem odmówiłam, bo nie spodziewam się złapać niczego złośliwego od poczciwej kapusty, i już po chwili zamiast prawego kciuka miałam zgrabną, białą bagietkę, wykonaną drżącymi dłońmi małżonka z opaski dzianej podtrzymującej, 4 m x 10 cm. No i nie wiem, czy muszę wspominać o tym, że “szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie” i tak dalej? I że dopiero, gdy kciuk się zepsuje, człowiek boleśnie uświadamia sobie, iż właściwie jedyną życiową aktywnością, w której kciuk nie bierze czynnego udziału, jest dłubanie w nosie? Oraz i tudzież, że im bardziej bolesną odniesie kontuzję, tym częściej trafiał będzie w futryny i obijał się o wszystkie dostępne, twarde przedmioty? To może powiem tylko, że nie umiem zdjąć szkieł kontaktowych lewą dłonią, a gmeranie w oku bagietką z bandaża grozi utratą ostatniej pary soczewek, jakie mam na stanie, więc radzę sobie palcem wskazującym i środkowym, co przypomina wycinanie rogówki nożycami krawieckimi i nie nosi żadnych znamion precyzji.

Ale co tam paluszek i główka, a nawet wrzody i arytmia (to przecież stare i już nikogo nie kręci), gdy można sobie dosypać soli do otwartej rany i wyhodować okazałego półpaśca. Jak Państwo wiedzą, Kanionek ma talent i rękę do hodowli, wszystko mu samo rośnie i pięknie się rozwija, czasem nawet nieproszone. Dla niezorientowanych – półpasiec to ostra choroba zakaźna, którą nie można się zarazić. Można go sobie jednak wyhodować, gdy się w dzieciństwie przebyło ospę wietrzną, ale to też wcale nie jest takie proste, bo zaszczytu zachorowania dostępuje jedynie około dwudziestu procent populacji uprzednio chorej na ospę.

Wirus ospy wietrznej tkwi sobie uśpiony w zakamarkach tkanki nerwowej organizmu, aż tu nagle, po kilkudziesięciu nawet latach, budzi się i wyłazi na powierzchnię w postaci bolesnej wysypki, obejmującej najczęściej tylko jedną stronę ciała. Wysypka boli, pali, piecze i swędzi jak wściekła, powoduje parestezje skóry i nerwoból, który od czasu do czasu przeszywa klatkę piersiową na wylot, całkiem udanie imitując zawał serca, i choć starego Kanionka na sztuczny zawał niełatwo nabrać, to jednak uczucie to nie zalicza się do zbioru przyjemnych i relaksujących. Moja wysypka usadowiła się z początku jedynie na plecach pod lewą łopatką, ale wczoraj wieczorem zrobiła się chciwa i agresywnie zajęła dolną połowę lewego cycka (jak pragnę zdrowia, a pragnę bardzo, nie spodziewałam się, że będę na blogu pisać o cyckach innych, niż kozie).

Osobiście uważam, że to bardzo niesprawiedliwe, bo statystyki mówią, że raz przebyty półpasiec daje odporność na całe życie, a do tego przytrafia się tylko osobnikom dorosłym. No więc nie jest sprawiedliwe, że ja już dwukrotnie wymknęłam się statystykom, bo po pierwsze – półpaśca już miałam, więc niby gdzie jest ta nabyta odporność, a po drugie – miałam go gdzieś na początku szkoły podstawowej, a wtedy na pewno nie byłam dorosła, bo nawet teraz mam wątpliwości, czy jestem, choć jeśli starość uznać za legitymację dorosłości, to chyba jestem. Bo zauważyłam ostatnio, podczas przygotowań do wyjazdu do miasta, że oto właśnie nadszedł ten okres w moim życiu, gdy bez makijażu będę już zawsze wyglądać lepiej, niż z. Przy czym “lepiej” należy tu traktować z przymrużeniem oka, a najlepiej obu.

I tu bez ogródek przejdę do podsumowania. Ojciec mój rodzony, powinowactwa z którym nie ma sensu się nawet wypierać, bo bez makijażu wyglądam kropka w kostkę jak on sam, zwykł się o mnie wyrażać nie inaczej, jak “oferma”, “ofiara”, “niedojda”, “nieudacznik”, “łamaga” i – moje ulubione – “LEBIEGA”. Ta zgrabna wiązanka czułych epitetów wzięła swój rodowód stąd, że od dziecka wykazywałam niewiarygodną zdolność łapania wszystkiego, co chorobotwórcze, z powietrza, ziemi, wody i ognia, chętnie pożyczając co ciekawsze patogeny od rówieśników w szkole i przedszkolu, a później współpasażerów i współpracowników, a łamałam się w drzazgi od byle powiewu wiosennego wiatru.

I teraz właśnie, pół leżąc, pół siedząc* na prawym półdupku, z obolałym lewym półcyckiem i sąsiednim zapleckiem, trzymając w górze okutany bandażem kciuk i podkurczając lewą stopę (cyklicznie odnawiająca się kontuzja przyczepu piętowego ścięgna Achillesa), czuję się wyjątkowo LEBIEŻNIE, a serce mi skacze trzy po trzy, jąka się i potyka o własną aortę. Tkwię tu stara, zimna i pokurczona, jak zapomniany kawałek salcesonu w lodówce. Państwo wybaczą, jeśli przez jakiś czas nie będę odpowiadać na komentarze. Po prostu – jak rękopisy nie płoną, tak stare salcesony nie mówią.

PS. Zaczęłam sobie obliczać, ile wyszłoby ze mnie mięsa dla psów, gdyby odrzucić kości, włosy i inne ciężkostrawne elementy, i wyszło mi, że nie opłaca się mnie hodować nawet na karmę. Już wiem, dlaczego tak nienawidziłam starego, a on mnie z nieustającą wzajemnością – wtedy po prostu bardzo nie lubiłam, gdy ktoś inny miał rację (i dopiero z biegiem lat zrozumiałam, że to nieuniknione – ja jestem jedna, a reszta świata liczy sobie lekką ręką jakieś pięć miliardów).

PPS. Zdjęć półpaśca nie będzie, bo małżonek mówi, że są jeszcze chyba jakieś granice przyzwoitości na tym blogu, a ja jestem tak obolała, że z czystej bezsilności nie zaprzeczę.

* osobno, ponieważ w dwuczłonowych wyrażeniach, w których każdy z członów zawiera informacje o połowiczności jakiegoś stanu, “pół” jest oddzielnym wyrazem, a nie przedrostkiem. Za to “półleżąc” napiszemy w takim na przykład zdaniu: “Jadł obiad półleżąc na zdezelowanym tapczanie i bezmyślnie gapił się w telewizor”. To dokładnie tak, jak z wyrażeniem “pół żartem, pół serio” i zdaniem: “Niby mówił to półżartem, ale dało się odczuć, że nie ma o niej zbyt wysokiego mniemania”. Przepraszam za ten niespodziewany atak nerwicy ortograficznej; po prostu ta wysypka naprawdę wkurwia.

Styczeń, styczeń, pokaż rogi, czyli o różnych słoikach i hydrozagadce

“Dreaming…
So quiet and peaceful
Dreaming…
Tranquil and blissful
Dreaming
There’s a kind of magic in the air
Dreaming…
What a truly magnificent view!
Dreaming…
A breathtaking scene
With the dreams of the world
In the palm of your hand”
Fragment utworu “A Winter’s Tale”, z albumu “Made in Heaven” grupy Queen, 1995

No więc jeśli życzyliście sobie śniegu tej zimy to wiedzcie, że ja teraz Wasze marzenia szuflą zgarniam. Na kupę. A mogliście sobie życzyć deszczu złotych monet, albo chociaż dużo zdrowia dla babci. Tak tylko mówię.

snow yard

eee tez snieg Atos - tyle koki jeszcze nie widzialem kto lubi zime 2 kto lubi zime sniezny Pimpacy 2 sniezny Pimpacy spacer 13 stycznia zabawa z patyczkiem

Tymczasem kilka dni temu – pół kucam, pół klęczę w piwnicy, trzymając w zgrabiałej dłoni nocną lampkę, której strumień światła kieruję na dłonie małżonka, nawijające pakuły na kolejny gwint. Nie wiem który – szósty, szesnasty? W tej zimnej, ciasnej, głuchej piwnicy czas stoi w miejscu, a najprostsze czynności idą mozolnie, opornie i ciężko, i zdają się multiplikować jak wirus na pożywce, zakażając mózg nieuchronnym szaleństwem. Na wszystko zaś patrzy nietoperz, który… “Kanionek, kurwa! Gdzie ty mi świecisz? Toż ja tu nic już nie widzę! NA NIETOPERZA PATRZYŁAŚ, TAK?!” – warczy oskarżycielsko małżonek. “Nie patrzyłam, przysięgam, po prostu ręka mi się jakoś z tą lampką zmęczyła i obsunęła…”. “Tak? A gdzie jest nietoperz?”. “No tu przecież” – macham lampką, omiatając nietoperza snopkiem światła, jakby i bez tego nie był wystarczająco poirytowany. I w tym momencie wiem, że się zdradziłam, i że on też wie, że oczywiście, że patrzyłam na nietoperza, zamiast świecić gdzie trzeba jak mi kazano. Jak ja nienawidzę tych robótek w piwnicy.

Niewiele ponad tydzień temu – siedzimy z małżonkiem w kuchni, gadamy o czymś po obiedzie, gdy naraz obydwoje, jak psy na komendę, milkniemy, nadstawiając uszu. Pompa w piwnicy zwariowała, wchodząc w fazę cyklicznego kociokwiku. Musicie Państwo wiedzieć, że pompa przy hydroforze wydaje z siebie dźwięki straszliwe i donośne, coś jak kombajn koszący stalowe pręty na gruzowisku, a dźwięki te są zwielokrotnione i pogłębione przez mroczne katakumby naszej piwnicy, ale na to nigdy nie narzekaliśmy. Dźwięki są nie do zniesienia tylko przy otwartych drzwiach do piwnicy, a te z reguły są przecież zamknięte, zaś sam fakt, że pompa głośno pracuje nie raz uratował nas przed jej spaleniem (bo kiedy skończy się woda w studni, pompa mieli powietrze i nie wyłączy się sama, bo steruje nią czujka ciśnienia w hydroforze, a choćby nie wiem ile powietrza pompa próbowała wpompować do worka wewnątrz hydroforu, pożądanego ciśnienia 2,5 bara nie osiągnie). No więc z dźwiękiem pracującej pompy zżyliśmy się i pogodzili, jak człowiek z miasta z zaokiennym hałasem, a nasze mózgi nauczyły się półświadomie czuwać nad prawidłowym przebiegiem pompowania wody, nasłuchując za każdym pompy uruchomieniem, czy franca sama się wyłączy, czy nie. Dnia więc onego, wieczoru poobiedniego, od razu wiedzieliśmy, że coś jest nie tak, gdy pompa włączała się, pracując przez około pół minuty, po czym wyłączała i za chwilę znów włączała, i tak w kółko.

Po trzech takich cyklach małżonek nie wytrzymał, zerwał się z krzesła, ruszył do przedpokoju i otworzył drzwi do piwnicy, by “lepiej usłyszeć” co tam się wyrabia. Odgłosy mielenia żelbetu i koparki wraz z operatorem ochoczo wpadły do mieszkania, a małżonek słuchał i słuchał, z coraz bardziej ponurym obliczem. “Ja wiem, co on robi” (ten hydrofor) – zawyrokował cicho, a zabrzmiało to mniej więcej jak: “widzę przez okno atomowego grzyba. Jest kilka kilometrów od nas”. Państwo rozumieją, że jeśli grzyb atomowy jest kilka kilometrów od miejsca Państwa pobytu, to już nawet nie ma co się wysilać i wpadać w panikę, więc i ja nie wpadłam, tylko równie grobowym tonem zapytałam: “Co on robi?”. “Wypompowuje wodę z powrotem do studni” – pokiwał smutno głową małżonek. “A to skurwiel, nie hydrofor” – pokiwałam głową i ja. “A słuchaj, dlaczego on nam to robi?” – zapytałam, bo jednak co to za pomysł, żeby wodę do studni, jak drzewo do lasu…? “Musiał puścić zawór zwrotny” – zabrzmiał straszliwy wyrok.

No i co Państwo powiedzą – po upojnych chwilach spędzonych w piwnicy, z gardła zaworu zwrotnego małżonek wydłubał to:

co gryzie zawory Kanionka

Dzięki TEMU zawór nie mógł się zamknąć, by zapobiec wypływowi wody do studni. Woda sobie wracała do źródła, a biedna pompa usiłowała osiągnąć zadane ciśnienie, więc pompowała tę wodę z powrotem do hydroforu, ile tchu w wirniku, i co się biedaczka zatrzymała, myśląc że ma z głowy, to ta woda jej – luuu! z powrotem do studni. To coś na zdjęciu jest wynikiem wieloletnich złogów, jakie są tu w każdej zapewne rurze i takim na przykład zbiorniku z wodą nad sedesem, a wiem, bo już go czyściłam. No i myśleliśmy, że po problemie, wykopaliska zakończone, pompa zadowolona napompowała i ucichła, można iść umyć ręce, a tu… dupa! Zatkana czerwonym kamyczkiem. Z kranu nie idzie woda, ani krew (tego zmielonego operatora koparki), ani nawet lód w kostkach, no zupełnie nic! I byłaby to kolejna hydrozagadka, a mieliśmy ich kilka na przestrzeni zaledwie dwóch tygodni, ale po wykopaliskach w piwnicy nie byliśmy już tacy głupi i śmy się kapnęli, że w wyniku ucieczki wody do studni, siłą natury, co to nie znosi próżni, uciekała również woda już będąca w rurach, lecąc w kierunku dokładnie przeciwnym temu, w którym zazwyczaj woda w rurach płynie, co z kolei musiało wzruszyć do łez, a nawet oderwania się od ścianek, większą ilość czerwonego gruzu. “I on gdzieś tam teraz jest” – wyrzekł udręczonym głosem małżonek, “i jak znam nasze szczęście, to pewnie akurat zatkał rurę gdzieś pod tą podłogą z kafli i betonu”. Bo te rurki, wiecie, to nie jakieś fi czterysta, tylko cienkie takie, może ciut grubsze od makaronu penne, i zatkać toto może się byle czym, no a podłoga w łazience prawilnie zalana betonem i polukrowana terakotą w kolorze starych pistacji wypranych w orzechach i suszonych na słońcu (bladozielone takie, no).

Rozejrzałam się bezradnie po łazience, jakbym spodziewała się dostrzec w którymś z zakurzonych kątów uczynnego krasnala, albo chociaż Ryszarda Petru, który podobno jest wszędzie, więc może by nam podpowiedział co robić, bo podobno wie wszystko, i wtedy wzrok mój padł na stary trójnik pod wanną, a trójnik widać, bo kafelkowa obudowa wanny już dawno na szczęście odpadła i odsłoniła wszystko, czego nikt normalny nie chciałby oglądać (czyli plątaninę rurek, pajęczyn i mysich pamiątek), no i znów wyszło na to, że wszystko w życiu ma jakiś sens, nawet jeśli go nie widać od razu (niewykluczone, że dotyczy to również Ryszarda P.), no i zaraz powiedziałam małżonkowi, że obstawiam ten trójnik, bo jak coś jest stare i łączone, to aż się prosi o problemy, i po wymontowaniu trójnika z instalacji i wydłubaniu z niego kolejnych samorodków bliżej nieznanego nam kruszcu woda nareszcie popłynęła. To znaczy najpierw ponownie zamontowaliśmy (małżonkiem) ten trójnik, żeby nie było.

(i oczywiście, że wiem, iż teraz już jesteście zmęczeni i żałujecie, żeście się kiedyś urodzili, ale niech mi wolno będzie przypomnieć, że to nie ja krzyczałam “nowy wpis! nowy wpis!”, podczas gdy autor wyraźnie informował, że jest nie w formie. Proszę więc teraz ładnie przełknąć tę hydrauliczną żabkę i grzecznie czytać dalej)

Teraz więc będzie o tym, jaka zima jest zła i jak jej wszyscy nie lubimy.
Jakoś nie mogę sobie przypomnieć żadnego przysłowia o styczniu. No bo luty wiadomo, podkuj buty, w marcu jak w garncu, kwiecień to plecień, a co ze styczniem? Widać na przestrzeni dziejów nie znalazł się nikt na tyle kreatywny, by dowcipnie ująć w zgrabną klamrę słów uroki tego ważnego, bo przecież pierwszego w roku miesiąca, więc może ja spróbuję. Moja propozycja brzmi: “styczeń, styczeń, jak ty nas wszystkich wkurwiasz”. Przyznają Państwo, że krótkie i celne, przysłowie to wyczerpuje temat rozlicznych zalet stycznia.

Nie znam nikogo, kto mógłby otwarcie, z dumnie wypiętą piersią i mgiełką sentymentu powlekającą gałkę oczną powiedzieć, że kocha styczeń. Ludzie spłukani i wymęczeni magią świąt i szaleństwem sylwestrowej nocy, z debetami na kontach i złowrogą pustką w lodówce, wychodzą rano z domów skuleni, bezskutecznie usiłując odpalić skute mrozem samochody, po czym spędzają upiorne osiem godzin w sztucznym świetle swych fabryk, by znów wracać po ciemku, z soplem u nosa, do zdychającej już choinki. Z którą w dodatku trzeba jeszcze coś zrobić, a przecież nie pasuje do żadnego z pojemników na szkło, złom metalowy, czy odpadki mokre. Niby to styczeń, niby wszystko dopiero się zaczyna, a wygląda tak, jakby właśnie świat miał się skończyć, umrzeć, zamarznąć i zgasnąć na wieki (nawet w sklepach remanenty, wyprzedaże i czyszczenie magazynów, a przecież takie rzeczy się robi przed śmiercią lub inną formą ogłoszenia upadłości, prawda?). Początek roku powinien być w maju, nie sądzą Państwo?

No i ten cieplejszy oddech zimy nie trwał dłużej niż tydzień, w dodatku zima nakaszlała mi w tym czasie śniegu całkiem grubą warstwę, a od teraz znów zimno w gaciach – w sobotę rano minus osiem i prognozy na przyszłość nienajlepsze. Jedyną rzeczą (choć kto wie, może na tym etapie już bytem świadomym i niezależnym), która ma się dobrze w styczniu, jest mój eksperyment w słoiku. O, proszę, bardzo aktualne zdjęcie:

eksperymenty w sloikach

Nic się nie zmienił. Ten obok, po prawej, to jego kolega, który dołączył w październiku, i choć zapragnął podkreślić swą odmienność przyjmując inny kształt i trzymając się w kupie, w środku jest taki sam. Nie gnije, nie pleśnieje, się nie awanturuje. Po prostu siedzi tam i ma się doskonale. Wnioskując na podstawie wielomiesięcznych obserwacji śmiem twierdzić, że zawartość tych słoików jest najprawdopodobniej wieczna. Za kilka lat sprzedam je NASA, niech sobie porobią odpowiednie badania i wyprodukują, nie wiem, jakąś maść lub inny krem do wcierania dla kosmonautów, dzięki któremu będą oni mogli podróżować w kosmosie całymi latami, nie psując się, nie chorując i nie starzejąc. Albo może lepiej koncernowi kosmetycznemu? Się zobaczy.

A skoro już jesteśmy przy śmiałych marzeniach i ambitnie wzlatujemy wysoko – być może pamiętają Państwo, jak pisałam, że Kaczka jest z zawodu prezesem i lubi przemawiać do podwładnych z podwyższenia? Ale co tam stawanie na cegle, czy jakiejś śmiesznej ławce. Kaczka zawsze pragnęła wyżyn spektakularnych i oto kilka dni temu osiągnęła cel:

Kaczka na strychu Kaczka na strychu 2 Kaczka na strychu 3

Muszą Państwo wiedzieć, że ona się tam nie dostała drogą powietrzną. Znam możliwości tej kaczki, a tych możliwości szczyty miałam okazję obserwować, gdy razu pewnego Kaczka zmuszona była salwować się ucieczką przed Wąskim. Otóż więc po pierwsze: statek powietrzny “Kaczka” wymaga długiego pasa startowego, a po drugie: maksymalny pułap, jaki jest w stanie osiągnąć, to półtora metra, bo gdy tak leciała sobie Kaczka przez pół podwórka i w końcu udało jej się wzbić w powietrze, to przelatując nad ogrodzeniem omal nie zahaczyła podwoziem o krawędź siatki, a widać było, że silniki dały z siebie wszystko. Po trzecie zaś kaczki nie latają na długich dystansach i wtedy też Kaczka nie wybrała się nad żadną rzeczkę opodal krzaczka, tylko przeleciawszy ciężko nad ogrodzeniem z ulgą uruchomiła procedurę lądowania i z gracją właściwą kaczkom rąbnęła w powierzchnię stawu. No więc jak wlazła na strych obory? Wierzcie lub nie, ale po drabinie, i owszem, ja również żałuję, że tego nie widziałam. Musiała pokonywać szczebelek za szczebelkiem, bo kacze nóżki są zbyt krótkie, żeby mogły sobie ot tak, wejść po drabinie pogwizdując pod dziobem.

No i kiedy ujrzałam Kaczkę, a Kaczka mnie, Jej Wysokość nagle stała się bardzo rozmowna, i kłaniając mi się w pas raz po raz, skrzeczała coś, że “witam sąsiadkę”, “co tam słychać U WAS NA DOLE”, “no my tu sobie z kogucikiem właśnie omawiamy ważne sprawy tego kraju” i inne takie, ale tak naprawdę to cała ta nadmiernie ożywiona gestykulacja i paplanina dawały mi wyraźnie do zrozumienia, że Kaczka zwyczajnie nie wie, jak zejść, i jest jej z tego powodu trochę głupio, zwłaszcza że gęsi patrzyły. Czy ja już kiedyś wspominałam, że podziwiam Kaczkę? Ona wie, jak utrzymać autorytet i robić dobrą minę do złej gry, a w tej grze karta jej zdecydowanie kiepsko poszła. Wiedziałam, że moje wdrapywanie się na strych nic nie da, bo Kaczka jest zbyt dumna na to, by dać się pojmać i znieść na dół pod pachą, jak jakiś za przeproszeniem kot, więc postanowiłam zmotywować Kaczkę ziarenkami i obserwować rozwój wydarzeń, będąc w pogotowiu. Poszłam do Różowego Magazynu Zbóż, a widząc mnie zbliżającą się do małego wybiegu z wiaderkiem owsa, Kaczka natychmiast porzuciła wszelki bon ton, oko jej błysnęło, mruknęła “o kurwa, ziarenka”, a widząc, że gęsi już wyciągają szyje w stronę wiaderka, wrzasnęła “po moim trupie!” i rzuciła się w przestrzeń.

Tak, mili Państwo. Okazuje się, że Jordan Radiczkow nie ściemniał we “Wróbelkach” i niektóre ptaki naprawdę potrafią latać na wstecznym biegu, i tylko dzięki tej zaawansowanej technice Kaczka nie rąbnęła popiersiem w wysokie ogrodzenie małego wybiegu. Będąc w połowie lotu z okienka zorientowała się bowiem, że masa kaczki plus przyspieszenie grawitacyjne, razy wysokość, podzielić przez czarne pióro do potęgi minus siedmiu stopni Celsjusza równa się szybki zgon, rosół z kaczki i zero ziarenek, i właśnie wtedy włączyła wsteczny bieg, lądując niby nigdy nic na kupce kompostu, tuż przed siatką ogrodzenia. Gęsiom szczęki opadły, a Kaczka tylko nastroszyła pióra, łypnęła groźnie na swoich poddanych z wyżyn kompostowej górki, po czym z dumnie uniesionym dziobem dokolebała się do wiaderka, rzucając mi tylko krótkie: “dzięki, akurat miałam ochotę coś przekąsić”. I jak tu nie podziwiać Kaczki?

Tymczasem (o tak, tymczasem, bo to jeszcze nie koniec, buhaha!) Gamoń popada w coraz głębszą, styczniową deprechę. Od kilku dni usiłuje połączyć się z miodemem:

polaczenie nie moze byc zrealizowane

i załadować na dysk jakieś ciepłe, miłe wspomnienia lata, ale widać transfer danych ma podobnej prędkości co ja, a poza tym od czasu do czasu musi przerwać połączenie i zejść do miski. I w ogóle jest na mnie obrażony, bo zepsułam mu jedyną rozrywkę, jaka mu w życiu została, czyli polowanie. A dokładniej – odebrałam mu zabawkę, którą sobie znalazł w lesie i ostrożnie przyniósł na podwórko, żeby ją sobie popuszczać, jak nakręcaną myszkę, a podły Kanionek, co niczego sobie sam nie umie upolować, zobaczył wszystko przez okno, wyleciał w klapkach i rajstopach na ten mróz, jak jakiś wariat, nawrzeszczał na porządnego kota i mu zabrał. O, takie coś:

ptaszek konkursowy 2 ptaszek konkursowy

Państwo pozwolą, że wyjaśnię: ja zazwyczaj nie trzymam ptaków w słoikach, ale ten był tak gigantycznych rozmiarów (dla porównania – pudełko zapałek obok słoja), że obawiałam się, iż jeśli uda mu się zbiec, to wejdzie w pierwszą lepszą mysią dziurę i już go nigdy nie znajdę. A chodziło tylko o to, żeby sobie ptaszyna doszła do siebie po stresującym kontakcie z Gamoniem, a później mogła wrócić na łono natury, co zresztą się stało. No i ponieważ jestem Wam coś winna za te wszystkie nudy na pudy i długi okres oczekiwania na najnowsze wypociny Kanionka, to oto taki mały konkursik. Kto pierwszy poda prawidłową nazwę tego ptaka, otrzyma drogą pocztową obrazek Diabła w buraczkach. Dokładnie ten, który pokazałam w odcinku wigilijnym, a który mam w tylu egzemplarzach, że mogę sobie pozwolić na utratę jednego. Szczęśliwy zwycięzca będzie sobie musiał do niego dokupić jedynie ramkę.

Aha, mam jeszcze jedną zagadkę, ale już bez nagród. Znajdź owcę na tym obrazku:

znajdz owce

No tu jest, obżera gałęzie świerków nad stawem:

znajdz owce 2

Oczywiście, że koziołki nauczyły. A skoro jesteśmy przy żarciu, to tu sobie obejrzyjcie wiadra z sałatką warzywno-ziołową dla kóz i owiec:

kozia salatka kozia salatka 2

Gdyby ktoś chciał przepis, to służę: wiadro marchwi, pół wiadra buraków, kilka ziemniaków, kilka jabłek, pół kilo cebuli i jedną główkę kapusty rozdrobnić. Dodać trzy chlusty oleju roślinnego, kilka łyżek kredy pastewnej, garść suszonej naci selera, wiązkę suszonego rumianku bezpromieniowego i kilka gałązek suszonej mięty lub melisy. Podawać w korycie, lub prosto z wiadra.

Na deser proponuję wiechcie suszonego wrotyczu, bylicy, mięty i melisy, dziurawca, pokrzywy, i czegoś podobnego do lucerny:

bukiet na lunch 2 bukiet na lunch

I teraz, gdy myślicie, że może to nareszcie już koniec, to ja Wam wyjadę z fetą. Zrobiłam sobie prawie kilogram “sera typu feta” i wyszedł prawie doskonały. Z fetą jest trochę więcej roboty, niż z tymi serami, które u mnie zamawiacie, a włączywszy etap moczenia sera w solonej serwatce cały proces produkcji trwa kilka dni. Tak wyglądało osączanie pociętego skrzepu na chuście:

odsaczanie skrzepu na fete

A tak blok prawie już gotowego sera:

bryla fety feta pokrojona

Po rozkrojeniu powyższego okazało się, że niezbyt poważnie potraktowałam tę część przepisu, w której była mowa o “rozcieraniu ziarna palcami”, i w strukturze sera widać wyraźnie odcinające się kawałki skrzepu, choć na smak fety to nie wpłynęło. No dobra, w ogóle nie rozcierałam, ani palcami, ani łyżką, bo ziarno wydawało mi się wystarczająco drobne, więc moja feta raczej się kruszy, niż rozmazuje jak ta ze sklepu. A tu etap moczenia w solonej serwatce – dwie łyżki gruboziarnistej soli na litr serwatki dają satysfakcjonujący poziom nasolenia tego sera:

feta w szalonej serwatce

Feta stoi w lodówce już trzy tygodnie, nadal w pełnym zanurzeniu, i wciąż smakuje tak samo dobrze, jak na początku. Będę ją tak sobie trzymać, pobierając co jakiś czas próbki do badania organoleptycznego, i w ten sposób ustalę maksymalny okres przechowywania. Musicie przyznać, że w życiu nie czytaliście nic bardziej fascynującego.

NA ZAKOŃCZENIE (ależ oczywiście, że będzie jeszcze “PS.”) wypadałoby jakoś podsumować ubiegły rok, prawda? No to tak: w roku 2015 wydoiłam z kóz ponad tysiąc litrów mleka i ponad tysiąc razy wysikałam Atosa. Musicie przyznać, że trzeba mieć talent, by tak smakowicie łączyć wątki. Z mleka zrobiłam około stu kilogramów serów i twarogów, trochę wypiłam w kawie, trochę umoczyłam w naleśnikach i budyniu i trochę niechcący rozlałam. Odliczając koszty inwestycji, produkcji serów i higieny udoju (gar, formy, chusty, podpuszczka i bakterie, sita, łyżki z dziurami i tym podobne, ręczniki papierowe, płyn do dezynfekcji wymion, papier śniadaniowy i folię do pakowania, sól, niektóre przyprawy, gaz i prąd), a przede wszystkim koszt utrzymania stada kóz (siano, słoma, owies, warzywa okopowe, kolczykowanie, odrobaczanie), zarobiłam “na czysto” około 1300 zł, co daje oszałamiającą kwotę 108 zł na miesiąc. Czyli można powiedzieć, że mamy akcent pozytywny, bo wyszłam na plus, a przecież mogłam wyjść na minus.

A propos wychodzenia na minus… Jak się wychodzi na minus czternaście stopni na zewnątrz, a w dodatku idzie się wydoić kozę Bożenę, i się tak przy tym stoi na betonowej posadzce warsztatu, to już po dziesięciu minutach ma się ochotę wziąć siekierkę i odrąbać sobie stopy, bo tylko wkurwiają z tym swoim “zimno nam, zaraz odpadną nam palce”. A gdy się tak postoi godzinkę, bo trzeba paru kozom skorygować racice (nie planowałam tego w styczniu, ale kozy sobie wyhodowały długie paznokcie i co im pan możesz zrobić), to już i siekierki nie trzeba, bo stopy same odpadają. No i ponieważ Kanionek nie umie nic innego, jak tylko narzekać, to musiał małżonek westchnąć ciężko, że wszystko na jego głowie, i znaleźć takie obuwie zimowe dla Kanionka:

pantofelki rusalki

Wykonane ze spienionego tworzywa, nieprzemakalne, giętkie i miękkie, ważą niecałe pół kilograma (para, nie każdy z osobna) i są brzydkie jak deszczowa noc w przytułku dla ofiar epidemii syfilisu, ale… Jest w nich cudownie ciepło. I cudownie lekko. W tych butach unoszę się nad ziemią (niczym syfilityczna rusałka), a moje stopy, jak dwa aktywne wulkany, wyrzucają w krwiobieg lawę gorącej krwi, która mi się miło rozchodzi po całym organizmie. Tak, nie zdejmuję ich wcale, jedynie do spania. Rano pierwsze, co robię, to wskakuję w te buty (jak je się szybko i bezstresowo zakłada!), a dopiero później robię kawę. Serio. Muszę sprawdzić, czy nie robią z tego tworzywa aby całych ubrań dla ludzi. Kupiłabym sobie taki jednoczęściowy kombinezon, z dziurami na oczy i usta, i zima mogłaby mi skoczyć. A teraz rzucę Państwu jeszcze garść przypadkowych fotek, ściągam buty i idę spać.

radioaktywni kotki dwa co sie gapi Kazik i Guzik Guzik i Kazik Guzik i Kazik 2 Baski 2 Baski ogrod zimowy

PS. No więc w sprawie odczuwania zimna i zapotrzebowania na ciepło, to mam dla Was jeszcze taką historyjkę. Otóż jakieś półtora roku temu umówiłam się z chłopem, co mi dostarczał słomę, żeby jeden balot podrzucił pani Żozefin, bo ona ma spory kurnik i narzekała, że nie ma czym kurom ścielić. Balot wylądował przed kurnikiem, został okryty czarną folią od góry i… Jest tam do dziś. Pozazdrościć umiejętności tak oszczędnego gospodarowania surowcem. Za to dwie spore górki drewna, co je pan Dżery zwiózł z lasu dwa miesiące temu, już prawie doszczętnie stopniały, i tak się zastanawialiśmy z małżonkiem, bo chcąc nie chcąc widzimy dom pani Żozefin za każdym razem, gdy wyjeżdżamy do miasta, co też im tak szybko to drewno schodzi. No owszem, zawsze, gdy zdarzyło nam się wejść do środka, wydawało nam się podejrzanie gorąco, ale z drugiej strony – wchodzimy tam prosto z samochodu, ubrani w ciepłe kurtki, czapki i rękawice, więc może to było tylko złudzenie? Jednak ostatnim razem rzuciłam okiem na termometr wiszący na ścianie i… Musiałam spojrzeć drugi raz, żeby się upewnić. Trzydzieści sześć stopni Celsjusza! A mnie się wydawało, że jestem wymagająca i delikatna, i twarz mi sinieje, gdy zbyt długo postoję przed otwartą lodówką. Nie no, oczywiście, że to nie moja sprawa. ALE TRZYDZIEŚCI SZEŚĆ!

PPS. Moja odpowiedź na wszystkie te obrazki i filmy z koziołkami w sweterkach i świnkami w kubraczkach. Co Wy wiecie o sztuce krawieckiej?

szyk i elegancja