Pół człowiek, pół pasiec, czyli o salcesonie i mojej krwawicy

Nie wiem co tam u Państwa, bo niewiele piszecie (serio – nawet temat niemieckich naturystów popylających goło na rowerach nie chwycił?), więc domniemywam, że to samo co u mnie – bryndza z nędzą i kiszone wodorosty.

Najpierw przyszło wielkie ocieplenie, i cały ten zakichany śnieg topił się przez kilka długich dni, zamieniając podwórko w grząskie bagno, a Mająca w Jožina z bažin, bo Mając miał niedokończone wykopki na podwórku, których musiał zaniechać na czas zlodowacenia, a teraz kopie mu się wręcz wybornie. Z uwagi na długą, gęstą i miękką sierść Mając nasiąka błotem tak trwale i intensywnie, że przed Wielkanocą wystarczy Mająca obrzucić kilkoma garściami nasion rzeżuchy i będę miała chodzący stroik świąteczny.

Po wielkim ociepleniu przyszły wielkie wichry, niosąc w darze bóle głowy i żołądka, oraz napady arytmii. Oczywiście niosły tylko i specjalnie dla mnie, bo inni chyba nie zasługiwali. Dziś mamy jeden stopień na plusie i marznący chwilami deszcz, co rżnie bezlitośnie po pysku, choć już na szczęście nie mnie. Bo ja sobie zepsułam przyczep ścięgna Achillesa, odcięłam kawałek kciuka i założyłam hodowlę półpaśca, więc jestem trochę zajęta poszukiwaniem najdogodniejszej pozycji do zapadnięcia w spokojną, niczym nieprzerywaną śmierć.

Z kciukiem to było tak, że dwa dni temu przygotowywałam sałatkę warzywną dla kóz i owiec, i została mi do pokrojenia już tylko kapusta, którą szatkuję na zwykłej szatkownicy, ponieważ tak się najszybciej kroi kapustę w małe, wygodne do mieszania z resztą warzyw kawałki. Se szatkowałam szybko i sprawnie, do momentu gdy małżonek zapytał, czy to jest aby na pewno dobry pomysł z tym szatkowaniem i czy sobie aby na pewno palca nie utnę. Odpowiedziałam z wyższością, że no bardzo cię proszę, ale ja to robię już po raz zgoła i nader pięćsetny, i jak dotąd tylko raz sobie kawałek palca odcięłam, więc bicz pliz, ajem de master of szatkownica, i właśnie wtedy, gdy poczułam potrzebę dorzucić istotną informację o tym, że ostrza szatkownicy już nie są takie ostre jak kiedyś, ta stara, złośliwa małpa wycięła mi numer i czubek kciuka.

Przez kilka minut siedziałam sobie spokojnie, nasączając posoką drugi listek ręcznika papierowego i przyglądając się z dziwną satysfakcją, jak małżonek miota się przed szafką z artykułami pierwszej pomocy przedmedycznej (“tu przecież kiedyś był plaster opatrunkowy”, “my w ogóle mamy jakieś bandaże w tym domu?!”), otwierając i zamykając drzwiczki, jakby po każdym ponownym ich otwarciu spodziewał się, że plastry i bandaże same wyskoczą mu na spotkanie, z radosnym “ha ha! TU jesteśmy!”. Jednak po kilku minutach skończyła się endorfinowa promocja, kciuk zapłonął żywym ogniem, i poczułam się zmuszona podpowiedzieć małżonkowi, że to wszystko na nic, i że musi jednak wyjąć ten plastikowy pojemnik i osobiście w nim pogrzebać, żeby znaleźć plaster i bandaże, które OCZYWIŚCIE że tam są, wraz z całym asortymentem środków odkażających.

Przemywania Rivanolem odmówiłam, bo nie spodziewam się złapać niczego złośliwego od poczciwej kapusty, i już po chwili zamiast prawego kciuka miałam zgrabną, białą bagietkę, wykonaną drżącymi dłońmi małżonka z opaski dzianej podtrzymującej, 4 m x 10 cm. No i nie wiem, czy muszę wspominać o tym, że “szlachetne zdrowie, nikt się nie dowie” i tak dalej? I że dopiero, gdy kciuk się zepsuje, człowiek boleśnie uświadamia sobie, iż właściwie jedyną życiową aktywnością, w której kciuk nie bierze czynnego udziału, jest dłubanie w nosie? Oraz i tudzież, że im bardziej bolesną odniesie kontuzję, tym częściej trafiał będzie w futryny i obijał się o wszystkie dostępne, twarde przedmioty? To może powiem tylko, że nie umiem zdjąć szkieł kontaktowych lewą dłonią, a gmeranie w oku bagietką z bandaża grozi utratą ostatniej pary soczewek, jakie mam na stanie, więc radzę sobie palcem wskazującym i środkowym, co przypomina wycinanie rogówki nożycami krawieckimi i nie nosi żadnych znamion precyzji.

Ale co tam paluszek i główka, a nawet wrzody i arytmia (to przecież stare i już nikogo nie kręci), gdy można sobie dosypać soli do otwartej rany i wyhodować okazałego półpaśca. Jak Państwo wiedzą, Kanionek ma talent i rękę do hodowli, wszystko mu samo rośnie i pięknie się rozwija, czasem nawet nieproszone. Dla niezorientowanych – półpasiec to ostra choroba zakaźna, którą nie można się zarazić. Można go sobie jednak wyhodować, gdy się w dzieciństwie przebyło ospę wietrzną, ale to też wcale nie jest takie proste, bo zaszczytu zachorowania dostępuje jedynie około dwudziestu procent populacji uprzednio chorej na ospę.

Wirus ospy wietrznej tkwi sobie uśpiony w zakamarkach tkanki nerwowej organizmu, aż tu nagle, po kilkudziesięciu nawet latach, budzi się i wyłazi na powierzchnię w postaci bolesnej wysypki, obejmującej najczęściej tylko jedną stronę ciała. Wysypka boli, pali, piecze i swędzi jak wściekła, powoduje parestezje skóry i nerwoból, który od czasu do czasu przeszywa klatkę piersiową na wylot, całkiem udanie imitując zawał serca, i choć starego Kanionka na sztuczny zawał niełatwo nabrać, to jednak uczucie to nie zalicza się do zbioru przyjemnych i relaksujących. Moja wysypka usadowiła się z początku jedynie na plecach pod lewą łopatką, ale wczoraj wieczorem zrobiła się chciwa i agresywnie zajęła dolną połowę lewego cycka (jak pragnę zdrowia, a pragnę bardzo, nie spodziewałam się, że będę na blogu pisać o cyckach innych, niż kozie).

Osobiście uważam, że to bardzo niesprawiedliwe, bo statystyki mówią, że raz przebyty półpasiec daje odporność na całe życie, a do tego przytrafia się tylko osobnikom dorosłym. No więc nie jest sprawiedliwe, że ja już dwukrotnie wymknęłam się statystykom, bo po pierwsze – półpaśca już miałam, więc niby gdzie jest ta nabyta odporność, a po drugie – miałam go gdzieś na początku szkoły podstawowej, a wtedy na pewno nie byłam dorosła, bo nawet teraz mam wątpliwości, czy jestem, choć jeśli starość uznać za legitymację dorosłości, to chyba jestem. Bo zauważyłam ostatnio, podczas przygotowań do wyjazdu do miasta, że oto właśnie nadszedł ten okres w moim życiu, gdy bez makijażu będę już zawsze wyglądać lepiej, niż z. Przy czym “lepiej” należy tu traktować z przymrużeniem oka, a najlepiej obu.

I tu bez ogródek przejdę do podsumowania. Ojciec mój rodzony, powinowactwa z którym nie ma sensu się nawet wypierać, bo bez makijażu wyglądam kropka w kostkę jak on sam, zwykł się o mnie wyrażać nie inaczej, jak “oferma”, “ofiara”, “niedojda”, “nieudacznik”, “łamaga” i – moje ulubione – “LEBIEGA”. Ta zgrabna wiązanka czułych epitetów wzięła swój rodowód stąd, że od dziecka wykazywałam niewiarygodną zdolność łapania wszystkiego, co chorobotwórcze, z powietrza, ziemi, wody i ognia, chętnie pożyczając co ciekawsze patogeny od rówieśników w szkole i przedszkolu, a później współpasażerów i współpracowników, a łamałam się w drzazgi od byle powiewu wiosennego wiatru.

I teraz właśnie, pół leżąc, pół siedząc* na prawym półdupku, z obolałym lewym półcyckiem i sąsiednim zapleckiem, trzymając w górze okutany bandażem kciuk i podkurczając lewą stopę (cyklicznie odnawiająca się kontuzja przyczepu piętowego ścięgna Achillesa), czuję się wyjątkowo LEBIEŻNIE, a serce mi skacze trzy po trzy, jąka się i potyka o własną aortę. Tkwię tu stara, zimna i pokurczona, jak zapomniany kawałek salcesonu w lodówce. Państwo wybaczą, jeśli przez jakiś czas nie będę odpowiadać na komentarze. Po prostu – jak rękopisy nie płoną, tak stare salcesony nie mówią.

PS. Zaczęłam sobie obliczać, ile wyszłoby ze mnie mięsa dla psów, gdyby odrzucić kości, włosy i inne ciężkostrawne elementy, i wyszło mi, że nie opłaca się mnie hodować nawet na karmę. Już wiem, dlaczego tak nienawidziłam starego, a on mnie z nieustającą wzajemnością – wtedy po prostu bardzo nie lubiłam, gdy ktoś inny miał rację (i dopiero z biegiem lat zrozumiałam, że to nieuniknione – ja jestem jedna, a reszta świata liczy sobie lekką ręką jakieś pięć miliardów).

PPS. Zdjęć półpaśca nie będzie, bo małżonek mówi, że są jeszcze chyba jakieś granice przyzwoitości na tym blogu, a ja jestem tak obolała, że z czystej bezsilności nie zaprzeczę.

* osobno, ponieważ w dwuczłonowych wyrażeniach, w których każdy z członów zawiera informacje o połowiczności jakiegoś stanu, “pół” jest oddzielnym wyrazem, a nie przedrostkiem. Za to “półleżąc” napiszemy w takim na przykład zdaniu: “Jadł obiad półleżąc na zdezelowanym tapczanie i bezmyślnie gapił się w telewizor”. To dokładnie tak, jak z wyrażeniem “pół żartem, pół serio” i zdaniem: “Niby mówił to półżartem, ale dało się odczuć, że nie ma o niej zbyt wysokiego mniemania”. Przepraszam za ten niespodziewany atak nerwicy ortograficznej; po prostu ta wysypka naprawdę wkurwia.
1 2