Nie ufaj kotom i pracownikom najemnym, czyli piszę, bo nie mogę chodzić

“Here I stand, all alone

have my mind turned to stone

have my heart filled up with ice

to avoid its breakin’ twice

Thanks to you,

my dear old friend

but you can’t help,

this is the end

of a tale that wasn’t right

I will have no sleep tonight

In my heart, in my soul

I really hate to pay this toll

should be strong, young and bold

but the only thing I feel is pain”

Fragment utworu “A Tale That Wasn’t Right” z albumu “Keeper of the Seven Keys” grupy Helloween, 1987 (https://www.youtube.com/watch?v=uQfXw11zAK0)

To jest tak piękna ballada, że jeśli komuś podczas słuchania serce nie pęka, to albo ma siedem lat i zero zmartwień, albo jest syntetykiem. Tak, Bożena mi się śniła, i co zrobisz? Nic nie zrobisz. Serce może pękać wciąż i wciąż od nowa. Tego samego dnia rano przyleciała do nas czapla, ale nie nasza, bo nasza jest siwa, a ta była biała jak śnieg, aż w oczy raziło. Skąd się tu wzięła, nie wiem. Nigdy wcześniej nie widziałam białej czapli, a w Polsce jest ona ptakiem bardzo nielicznym. Biała jak śnieg, albo jak duch, uleciała w październikowe niebo wystraszona przez nasze psy.

A tymczasem u nas, wśród wciąż żywych…

***

Wraz z wybiciem północy dnia trzydziestego września żarty się skończyły i od razu walnął przymrozek. Rankiem pierwszego dnia października bez zbędnych namysłów wyciągnęłam z szafy ocieplane kalesony małżonka. Nie dla niego, tylko dla siebie (butów jeszcze nie wyciągam, w październiku spokojnie można boso chodzić, ale kalesony i polar, a pod nim koszulka z długim rękawem i sweter z golfem to mus). A później, o dwunastej w samo południe, znów upał, 16 stopni, i musiałam wartko ściągać wełniane gacie i te wszystkie polary, czyli jest dokładnie tak jak wiosną, z tą tylko różnicą, że wiosną człowiek nie ma ochoty skakać na główkę do studni bez wody.

Ale tak prawdę mówiąc ten pierwszy przymrozek to śmieszny był, tak może z pół stopnia poniżej zera, nawet wrażliwe na zimno ogóreczniki w ogrodzie dzielnie go przetrwały, i od tej pory nic. Cały październik bez przymrozków, i – pomijając dwa dni z ulewą i zawieruchą – na dobrą sprawę to było lato. Tak tylko piszę, na wypadek gdyby Państwo okien nie mieli i nie wychodzili z domu, a teraz Wam jeszcze napiszę, dlaczego nie można ufać kotom i pracownikom dorywczym.

Kotom to dlatego:

A tak ściślej rzecz ujmując, to może nie wszystkim kotom, ale Kupie na pewno. Kupa, znana Wam niegdyś jako Puma, to jest taka wredna wesz, co to wiecznie się przymila, pod nogami plącze i uwagi doprasza, i patrzy człowiekowi w twarz tymi wielkimi ślepiami i mówi: “No pogłaszcz mnie, podrap proszę, o zobacz, jaki mam śliczny, miękki brzuszek, a jakie delikatne, miękkie łapki…”. I gdy się człowiek da na to nabrać jak ten gołąb na zatrute suchary, gdy się mimo bólu w plecach litościwie schyli, żeby małpę pręgowaną pogłaskać, to ona go CAP! za rękę, zębami i pazurami, i trzyma jak bulterier w żelaznym uścisku, i patrzy człowiekowi w twarz tymi zmrużonymi oczami o hardym spojrzeniu i syczy: “Cooo? By się chciało pogłaskać kotka po mięciusim brzuszku, taaak? A to teraz się ma za ssssswoje”. I weź tu gadaj z kotem.

Albo z takim pracownikiem najemnym. Jakoś tak wyszło, że Kanionek przesadził w tańcu z widłami i z jazdą na taczce, i odcinek lędźwiowy kręgosłupa odmówił mu dalszej współpracy. I to tak dość długo trwa, że już prawie z tym do lekarza poszłam, bo będzie już ze trzy tygodnie bólu bez przerwy, a ściółka w koziarniach woła o pomstę do nieba, a wiadomo, że jeśli małżonek sam się za sprzątanie weźmie, to na drugi dzień już oboje będziemy na czworakach chodzić, więc Kanionek, mądra głowa, udał się do Pacanowa, i wymyślił taki sprytny plan, że się komuś zapłaci i ktoś nam to zrobi, bo pal diabli pieniądze, zdrowie ważniejsze. No i tak się nadarzyło, że przedwczoraj dzwonił do mnie taki lokalny klient w sprawie czy są już gotowe sery dla niego, więc go Kanionek zapytał, czy tam u nich w tej sąsiedniej wsi nie ma może kogoś młodego i silnego, kto chciałby sobie te pół grosza za posprzątanie w koziarniach przytulić. I że gdyby się znalazł ktoś taki, to niech aby najpierw do mnie zadzwoni, to się umówimy na stosowny dzień i godzinę.

Rankiem dnia następnego, o godzinie 7:40, gdy właśnie szykowałam się do spaceru z pieskami po lesie (z nadzieją, że może choć jednego grzyba w tym roku jeszcze znajdę, bo Żozefin akurat do szpitala pojechała na zdjęcie szwów po nagłym ubytku woreczka żółciowego, więc cały las byłby dla mnie), usłyszałam psi jazgot pod bramą. Zajrzałam w nasze lusterko zamontowane we wnęce kuchennego okna, i oczom mym ukazała się kompletnie mi nieznana postać z rowerem, stojąca pod bramą tak, jakby tam właśnie i nie gdzie indziej stać miała, dokładnie tego dnia i o tej z minutami godzinie. Wyszłam przeto i zapytałam, czym mogę panu służyć, a pan na to, szczerze i bez totamto, że on przyjechał ten gnój wywalić. No i co zrobisz? No nic nie zrobisz, i szlag trafił mojego podgrzybka, ale mniejsza z tym.

Pan na oko był po pięćdziesiątce, a w rzeczywistości przed siedemdziesiątką, ale to też mniejsza z tym. Rower marki Jubilat zaparkowaliśmy przed bramą, zaprowadziłam pana do koziarni, pokazałam na czym zadanie polega, że tu widły takie i owakie, że koziarnie są dwie, a ściółkę trzeba wynieść aż dziesięć metrów za budynek. I wątpliwość ostrożnie wyraziłam, że nie wiem, czy pan dobry da sobie radę. “Opani, nie takie rzeczy się za komuuuny! TuwPicimpulkach, zeszwagrem, ten wiepanitorf na wagony, TONAMI się ładowało. Notoja będę zaczynał”. No i zdjął kurtkę i zaczął. I jeszcze co do zapłaty się dogadaliśmy, to znaczy on powiedział ile chce za każdą koziarnię, a ja się zgodziłam.

Co pół godziny do niego zaglądałam, czy aby żyje jeszcze, ale muszę przyznać, że tego wiepanitorfu to oni faktycznie ze szwagrem sporo przerzucić musieli, bo pan Zbyniu dziarsko zasuwał z widłami i przez całe cztery godziny tylko dwie fajki wyjarał i jedną szklankę wody wypił. Na koniec stwierdził, że drugą koziarnię to on na drugi dzień zrobi, żeby do domu po ciemku nie wracać (może Jubilat zgubił dynamo, a może raczej chodziło o to, że panu Zbyniowi już trochę z nosa kapało, czemu ja się wcale nie dziwię, bo wiem jaka to ciężka robota), na co z małżonkiem zgodnie wyraziliśmy wątpliwość, czy pan dobry w ogóle z łóżka wstanie nazajutrz, albowiem my po takim sprzątaniu jednej koziarni we dwoje, to na drugi dzień się resztek tapety na ścianie przytrzymujemy, żeby do kuchni jakoś dojść, a pan dobry na to, że ha ha, on nie tylko wstanie, ale jeszcze przyjdzie i w ogóle nie ma problemu. No to uiściliśmy umówioną kwotę w nowiutkim, zielonym banknocie, pan się grzecznie pożegnał, cmoknął na Jubilata i odpłynął w lasu toń.

Nazajutrz przed dziewiątą przyjechał po swoje sery klient wcześniej wspomniany, i przy okazji zagaił, czy aby pan Zbyniu robotę obiecaną odwalił, na co ja mu uczciwie, że owszem i jak najbardziej, i że dzisiaj ma przyjść drugą koziarnię posprzątać, ale nie wiem czy po wczorajszym będzie w stanie na nogi wstać. Na co klient powiada, że pan Zbyniu wstał na pewno, bo już przed ósmą go we wsi widziano, jak dziarskim krokiem maszerował do spożywczego sklepu, więc ja na to, że to całe szczęście, bo się trochę o niego martwiłam, całkiem jak widać niepotrzebnie.

Jak tylko małżonek usłyszał o porannej defiladzie pana Zbynia do sklepu, to z miejsca zawyrokował, że dzisiaj go na oczy nie zobaczymy, bo niby po co on szedł do tego sklepu ze świeżozielonym banknotem, jak nie po to, by go wymienić na lokalną walutę? A ja małżonkowi na to, że gdyby miał wymieniać, toć chyba zrobiłby to wczoraj zaraz po robocie, jak każdy normalny tubylec, a dzisiaj to pewnie po mleko i bułki szedł, a z małżonka to taki pesymista i niedowiarek, że ręce opadają. “A ja ci mówię, że on tu dzisiaj nie przyjdzie”. No i co Państwo powiedzą? NIE PRZYSZEDŁ.

Ja to chyba w ogóle, wbrew głoszonym przez siebie poglądom, mam zbyt wiele zaufania do wszystkich i z góry zakładam, że są lepszymi ludźmi/zwierzętami, niż to się w rzeczywistości przedstawia. I jeśli czegoś o kimś nie wiem, to sobie dopisuję rzeczy niestworzone. Pamiętacie takie zdanie z serialu “House MD”, które podobno wbijają do głów studentom medycyny, że jak słyszysz tętent kopyt, to masz myśleć “konie”, a nie “zebry”? No więc nie z moim mózgiem takie numery. Mój mózg jak usłyszy tętent kopyt, to zaraz wrzeszczy rozemocjonowany, że zebry, ja cię kręcę, zebry na nas biegną, a za nimi jeszcze dwie różowe żyrafy, a każda w zębach trzyma tomahawk, a w tyłku ma petardę (to tak na wszelki wypadek, bo jednak mój mózg lubi się czasem spodziewać czegoś niedobrego).

I tak na przykład mam klientkę, która lubi zamawiać sery przez telefon, i kiedyś do niej dzwoniłam, ona długo nie oddzwaniała, a gdy w końcu zadzwoniła, to przepraszała, że tak późno dzwoni, ale “wie pani, pani Aniu, taki był dzisiaj ruch w galerii, że ja już nie wiedziałam gdzie mam głowę”. No spoko, nie ma sprawy, ja to przecież doskonale rozumiem, ci wszyscy ludzie ciągnący tłumnie do galerii i wyrywający sobie z rąk ostatniego Picassa, albo najnowsze dzieło sztuki jakiegoś lokalnego Banksy’ego. Tak, tak właśnie sobie pomyślał mój mózg, a kilka tygodni później się okazało, że owszem, chodziło o galerię, tyle że nie sztuki, a handlową. Proste, nie? Dla większości ludzi zapewne. Na mnie jednak wiecznie lecą zebry i kapibary, a jak mnie przez kilka dni kłuje w lewym podżebrzu, to musowo rak trzustki, albo inna niewydolność nerek. Nie no, do lekarza z takim czymś nie chodzę, bo przecież nie jestem hipochondryk, tylko zwykły nerwus z bujną wyobraźnią.

Albo na przykład jak sobie Kanionek sadził młode drzewka owocowe, takie tam czereśnie i wisienki, i gęsi mu się bacznie przyglądały, i poddawały wnikliwej inspekcji wiadra pełne kompostu, co to je sobie Kanionek przytargał, i badały stan styliska od łopaty, co to go Kanionek taśmą klejącą do łyżki przykleił, i w ogóle wykazywały niezdrowe (jak na gęsi) zainteresowanie tą ogrodniczą robotą, to co sobie pomyślał Kanionek? “Nie no, przecież krzywdy drzewkom nie zrobią, bo DLACZEGO miałyby im coś zrobić?”. I co Państwo powiedzą? ZROBIŁY. Pierwszą z brzegu czereśnię poharatały dziobami, bo chciały i mogły, więc potem latałam z kawałkami tektury i owijałam pozostałe drzewka. Tekturę też trochę poszarpały, ale na szczęście znudziło im się zanim dotarły do młodej kory sadzonek.

O, albo jak Majączek już kilka razy opitolił Kanionkowi krzak białego bzu do samej ziemi, to co sobie pomyślał Kanionek, gdy w tym roku w pocie czoła wykopywał starą odmianę róży, żeby ją przesadzić w takie miejsce, gdzie nie będzie nikomu wadziła, stojąc na przykład na trasie przewozu siana? No pomyślał sobie, że “niee, no przecież Majączek róży nie ruszy, bo to kolec na kolcu, tu nawet nie ma za co złapać, żeby sobie mięsa nie rozciąć do kości”. I co Państwo powiedzą? RUSZYŁ. Tak ruszył, że krzak wraz z bryłą korzeniową przeprowadził się o kilka metrów od miejsca posadzenia. I to DWA MIESIĄCE po przesadzeniu, gdy już zdążyłam się ucieszyć, że – wbrew trwającej suszy i mojej kompletnej ignorancji w dziedzinie roślin ozdobnych – róża się przyjęła i wypuściła młode listki. Teraz krzaczek jest w ogrodzie i może coś jeszcze z tego będzie, no chyba żeby nie spodobał się kaczkom…

Mogłabym mnożyć przykłady swojej naiwności, i tylko kurczakom to ja już zdecydowanie nie ufam, spodziewam się po nich wszystkiego najgorszego, i w związku z tym hoduję właśnie w szklarni pięć pisklaków zielononóżki wraz z matką kurką. No bo sytuacja wyszła taka, że jedna kura zdecydowała się na późne macierzyństwo, i sobie nawet pomyślałam, że na szczęście w kurniku te jajka wysiadywała, więc dzieciom będzie sucho, czysto i bezpiecznie, no ale się okazało, że wcale nie było, bo gdy zgraja młodych kurokezów ukończyła tydzień życia, do kurnika podkopał się szczur i ukradł sobie kilka młodych na kolację. No to sami Państwo rozumieją, że ja kurczaków mogę nie cierpieć jak stonki i wiadra kleszczy, ale przecież nie pozwolę, żeby szczur te ledwo opierzone piłeczki żywcem pożerał, więc kurza rodzina (jej mać) zamieszkała w szklarni. Już mi opędzlowały wciąż dojrzewające papryki i wydarły z ziemi ostatnie dżdżownice, ale niech im będzie. Jak młode podrosną i będą umiały siedzieć na grzędzie, to wszyscy won do kurnika, a widmo rosołu niechaj im w oczy świeci, czy coś.

Ale bywa, że się pomylę w drugą stronę…

Przyjechał raz do nas człowiek w wieku na oko nieokreślonym (przedział od 50 do 150 lat), typowy ZAGORZAŁY amator płynnej diety, z zawodu konserwator wnętrza (własnego). Przybył maszyną rolniczą z epoki bardzo minionej (to taki ciągnik po przejściach, gdzie wiecie, jeden reflektor wisi na sznurku, a w drugim gniazdują sikorki, zaś silnik pracuje na węgiel i wytłoki z buraków) i podtelepał się pod samą bramę. Nie wyłączył silnika, bo maszyny napędzane wytłokami z buraków mają przykry nawyk nieodpalania po raz drugi tego samego dnia. Zauważywszy mnie pośród balotów siana, jął wymachiwać żylastymi rękami jak jakiś prorok na pudle, a gdy podeszłam do bramy i, wytężywszy słuch, odfiltrowałam gruźliczy kaszel ciągnika, dotarło do mnie, że człowiek ten przemawia w obcym języku. Ani chybi. Bo nic nie zrozumiałam.

Osobnik ów zdecydowanie się zdenerwował, że ma do czynienia z kretynką, której trzeba proste słowa na migi literować, i sepleniąc przez dziąsła zasilane jednym zębem wycharczał powoli i prawie wyraźnie, że chodzi mu o dwie kozy. Kupić. Teraz. On przyjechał, ja mu złapię, on zapłaci i po sprawie. On ma sznurek. Kozy dwie. Pani złapie.

PO MOIM TRUPIE.

Powiedziałam mu, że dorosłych nie sprzedaję, a młode są jeszcze za młode, i w ogóle że to się nie przyjeżdża tak z głupia frant i jak Filip z buraków, tylko się trzeba umówić, a jak on chce kozy sznurkiem wiązać, to może się wcale nie umawiać, bo i tak nic z tego nie będzie. W spojrzeniu pana osobnika zobaczyłam szybki ślub gniewu z niedowierzaniem, a dzieckiem tego pięknego związku było soczyste splunięcie na ziemię. Pan osobnik dosiadł gruźliczego klekota, ryknął silnikiem, puszczając kominem złowieszczo czarną chmurę, i odpyrkotał się do swojej wsi, całe cztery kilometry stąd.

Wierzcie lub nie, za miesiąc był znów pod bramą. Tym razem stary klekot ciągnął za sobą małą przyczepkę. Na te kozy dwie. Pan osobnik przywiózł też ze sobą tłumacza (z ludzkiego na kretyńskie), którego z początku wzięłam za jego syna, ale się okazało, że to pracownik, bardzo dobrze ułożony, komunikatywny i rozgarnięty. I on mi wyjaśnił, że pan osobnik obiecał wnuczkom dwie kózki, i czy moglibyśmy je teraz złapać.

LUDZIE TRZYMAJCIE MNIE.

No to wytłumaczyłam tłumaczowi, że tłumaczyłam już panu osobnikowi, że najpierw trzeba zadzwonić i się umówić, bo w ciągu dnia to kozy sobie chodzą z dziećmi po łąkach, i nikt za nimi nie będzie ganiał (no bo przecież nie mogłam mu powiedzieć, że same przyjdą), a poza tym są wciąż za młode i jak już, to najwcześniej na koniec lipca się możemy umówić. Chłopak zapisał sobie mój numer telefonu, pan osobnik pomachał rękami (nie, zdecydowanie nie w geście uprzejmego pozdrowienia) i odjechali, a ja pomyślałam sobie, że do końca lipca muszę coś takiego wymyślić, żeby im tych kóz nie sprzedać, a oni żeby mi chaty nie spalili.

Traf chciał, że jakiś czas później byliśmy z małżonkiem we wsi pana osobnika, gdzie z już znajomym i rzetelnym człowiekiem załatwialiśmy kwestię zakupu i transportu owsa i pszenicy. I zapytałam wprost o tego pana osobnika, i czego się dowiedziałam? Że owszem, butelki z domu na mróz nie wypędzi, że prosty jest i łatwo go zdenerwować, ale jeśli chodzi o zwierzaki, to one biedy u niego nie mają i że dba o nie lepiej, niż o własne dzieci. No to mi trochę szczęka opadła, jak to się kiedyś mówiło, i gdy w połowie lipca tłumacz pana osobnika zadzwonił żeby potwierdzić, że oni pod koniec miesiąca przyjadą po dwie kozy, to go jeszcze wypytałam o warunki (szopka drewniana, słoma i siano od gospodarza, którego znam, i który zaopatruje całą wieś, i tak, wiedzą, że zimą to i marchewkę i jabłko trzeba dać, i owies od czasu do czasu, i niech się pani nie martwi, kozy będą miały dobrze), a gdy w końcu przyjechali, z przyczepką i bez sznurków, to nawet pan osobnik jakiś złagodniały był i ani razu nie splunął. Pokazałam im jeszcze jakie kostki solne kupić, to jedną wzięli ode mnie, bo akurat miałam zapas, a drugą obiecali, że dokupią.

I tak sobie myślę, że oni wiedzą, że ja znam ludzi, którzy ich znają, i że bywam w ich wiosce. I że przyjeżdżali tu trzy razy, czekali na te kozy prawie trzy miesiące, a mogli pojechać do kogoś, kto bierze forsę do ręki bez dąsów i nie pierniczy farmazonów o kostkach i marchewkach. I że wszystko będzie dobrze, a ja się pomyliłam.

A wiecie, że ludzie się niby nie zmieniają, a taka na przykład pani Żozefin poszła pod prąd i coś się w niej zmieniło? Już dawno miałam Wam o tym napisać, ale nie było okazji, a skoro dzisiaj o ludziach, zwierzętach i zaufaniu, to akurat i w sam raz.

To było jakoś rok temu, gdy – jak co tydzień – wsiadłam na rower i zawiozłam paczkę kurierowi pod most, a za mną leciały trzy koty: Jałowiec i dwa Szybkotki. Tak na marginesie, to Jałowiec zawsze się wkurza, gdy Szybkotki się za nami wloką, więc często przystaje, czeka, i daje któremuś w łeb, ale Szybkotki się tym nie zrażają. No więc dotarliśmy sobie do mostu, gdzie przekazałam paczkę kierowcy, po czym zawróciłam i pojechałam do domu nie oglądając się za siebie, bo nasze koty doskonale znają drogę do domu. Godzinę później okazało się, że do domu dotarł Jałowiec i tylko jeden z Szybkotków (Szybkotków jest łącznie sztuk trzy, ale jeden jest leniwy i nigdy z nami do lasu nie chodzi), co mnie wcale nie zdziwiło, bo koty często zbaczają na łąkę lub pole przed lasem, żeby sobie dla zabawy pogonić kota myszom.

Na drugi dzień miałam jakąś sprawę do Żozefin, albo ona do mnie, co jest mało istotne, dość że musiałam do niej jechać i pojechałam. I jakież było moje zdumienie, gdy zastałam u niej Szybkotka! I miseczkę z wodą na ganku, i jakieś skrawki mięsa w miseczce obok. A Żozefin, CAŁA UŚMIECHNIĘTA, że “pani Aniu, pani zobaczy, kotek się do mnie przybłąkał”. A ja jej na to, że no widzę, i że to mój kotek, tylko musiał się wczoraj zgubić, albo mu się nie chciało do domu wracać o zmierzchu. A pani Żozefin, że czy ja jestem pewna, że to mój kotek, i już widziałam po jej twarzy, że robi jej się smutno. No to jej mówię, że na pewno mój, bo mam trzy takie, prawie identyczne, co mi się na wiosnę w ogrodzie zalęgły. I żeby jej to udowodnić wsiadłam na rower i udawałam, że odjeżdżam, a Szybkotek, rzecz jasna, poleciał za mną.

Wróciłam, Szybkotek ze mną. Pani Żozefin westchnęła, że szkoda, bo ona tego kotka już polubiła. POLUBIŁA. Myślałam, że z roweru spadnę. I co tu zrobić? Szybkotki na własnej piersi odkarmione, tłuste i zadowolone, Żozefin nigdy kota ni psa nie miała, trochę strach jej go zostawić, ale smutek w jej oczach był autentyczny. No to zapytałam, czy NA PEWNO chce tego kotka, i czy pan Dżery też go chce (no wiecie, żeby kotek któregoś dnia nie wyleciał przez okno. Zamknięte). Tak, tak, pan Dżery już się z kotkiem podzielił szynką z darów, a karmy to mogą trochę ode mnie odkupić, i w ogóle niech ten kotek zostanie, bo on taki fajny. No to się z nią umówiłam, że kotek zostanie u niej na okres próbny (dla nich i dla kotka), a gdyby coś nie bardzo, to go wezmę z powrotem do siebie. I co Państwo powiedzą? Szybkotek mieszka u nich już rok, jest czysty, zdrowy i nazywa się Kajtuś.

A wiecie, co w tym roku robiła pani Żozefin, gdy wracała z grzybów drogą koło naszej łąki? Zrywała co ładniejsze kwiatki z pobocza (wrotycz, łubin, oset i tym podobne) i przerzucała naszym kozom ponad drutami pastucha. Kozy tak się nauczyły, że teraz idą żebrać do każdej przechodzącej tędy piechotą osoby. No wiem, teraz już myślicie, że ściemniam, albo wyżarłam całą kodeinę z paracetamolu, ale naprawdę tak jest. I tym optymistycznym akcentem…

PS. Chciałam jeszcze powiedzieć, że miałam Wam tylko o białej czapli napisać, ale że akurat dzisiaj późnym popołudniem skręciłam nieco nogę w kolanie i ciężko mi chodzić, to pomyślałam, że trzeba to wykorzystać, usiąść na dupie i napisać coś więcej. O, i ser Ibores mogę Wam już pokazać:

PPS. Ja też za Tobą tęsknię, Bożena. Twój syn był dzisiaj na randce i to nawet dwa razy – z Kraszikiem i Małym Raszikiem. Nie wiem, czy to widziałaś, ale był bardzo zadowolony.