Zapraszamy do reklamy, czyli kto jest bez wina i co się komu uroiło

Another party’s over
And I’m left cold sober
My baby left me for somebody new
I don’t wanna talk about it
Want to forget about it
Wanna be intoxicated with that special brew

So come and get me
Let me
Get in that sinking feeling
That says my heart is on an all time low – so

Don’t expect me
To behave perfectly
And wear that sunny smile
My guess is I’m in for a cloudy and overcast
Don’t try and stop me
‚Cause I’m heading for that stormy weather soon

I’m causing a mild sensation
With this new occupation
I’m permanently glued
To this extraordinary mood, so now move over
And let me take over
With my melancholy blues

(…)”

Fragment utworu “My Melancholy Blues”, z albumu “News Of The World” grupy Queen, 1977

(Proszę sobie za dużo nie wyczytywać z tego tekstu – nie było żadnej imprezy, a małżonek mnie nie opuszcza, choć prawdopodobnie tylko z lenistwa – musiałby spakować te wszystkie gitary i wzmacniacze, a nie mamy nawet aż tak dużej walizki. Wystarczy skupić się na “don’t expect me to behave perfectly” oraz “melancholy blues”. Tak przy okazji polecam posłuchać: https://www.youtube.com/watch?v=nB6VaIPZSkE – to jeden z moich ulubionych kawałków Queen. No ale ja z utworami grupy Queen mam tak, jak z kozami – wszystkie są najwspanialsze na świecie).

Zgadnijcie, kto nie wytrzymał i się nażarł wiśni na noc, a potem obudził rano z siekierą w żołądku? Tak, Wasza pozostająca z poważaniem. Wiśnie czyściutkie, zbierane zaraz po burzy, eko-sreko niepryskane, bo z mojego drzewa (tam zaraz drzewo – chuda pęcinka i trzy gałązki na krzyż. Cały kilogram tych wiśni zebrałam), a poza tym to taka odmiana, że składa się głównie z pestki obleczonej wiśniową skórką, więc tyle tego było, co się Gamoń w życiu nabiegał, czyli prawie nic. No więc skąd mogłam wiedzieć, że mi zaszkodzi taka śmieszna ilość, prawda? To nie moja wina, ani wiśni, tylko głupiego żołądka. Jak się pieski opiją serwatki, aż im z oczu cieknie, to poleżą godzinkę i już są jak nowe, a człowiek to jakiś taki…

Człowiek w ogóle ostatnio jakiś taki. Nic mu się nie chce, więc robi z musu, wszystko go denerwuje i nic nie śmieszy, jest brzydki, stary i zły, a na dodatek wina brak. Jeżynowy Karambol nadal tkwi w tym wielkim słoju, a ja w martwym punkcie, bo co z tego, że mam butelki, wężyk gumowy i korki z korka, skoro nie mam korkownicy, która jest podobno niezbędnie do korkowania potrzebna, a przecież nie będę kupować jakiejś specjalistycznie wyuzdanej machiny po to, by zakorkować marne pięć butelek, prawda? No więc mam do Was pytanie, drodzy panowie i drogie panie – jak korkujecie wino? Bo ja to widzę tak, że pozostaje mi tylko młotkiem (omatko, no pewnie, że gumowym!), ale trochę się boję.

Zupełnie się już za to nie boję chodzić (i jeździć) wszędzie boso, bo się okazuje, że nikogo to nic nie obchodzi. Byłam już w dwóch miastach, większym i mniejszym, oblazłam WSZYSTKO – sklepy, punkty świadczenia usług, placówki pocztowe, apteki, urzędy, przychodnie lekarskie, I NIC. Nikt mnie nie zaczepiał, nie wyrzucał, nie pałał świętym oburzeniem, nie żądał okazania zaświadczenia o nienadszarpniętym zdrowiu psychicznym, ani w ogóle. NO WIECIE CO?! A – jak zwykle zapobiegliwa – już wydałam pieniądze na takie cichobiegi awaryjne, co to się mieszczą zwinięte w tylnej kieszeni dżinsów, i co to je miałam wyciągać jak królika z kapelusza na wypadek afrontu:

cichobiegi awaryjne

Inna sprawa, że jadąc ostatnio do miasta zapomniałam zabrać tak kapcie, jak i moje minimalistyczne buty do biegania, więc na wypadek wspomnianego afrontu mogłabym się w gołą piętę cmoknąć, no ale jak już pisałam – nikt i nic. W ogóle. Tylko jeden pan z obsługi sklepu budowlano-ogrodniczego zapytał, czy się Cejrowskiego za dużo naoglądałam, ale ja nie mam telewizji, a z Cejrowskiego pamiętam tylko jakieś koszule w kwiatki, więc powiedziałam panu, że nie, a chodzę boso bo buty mam tylko do kościoła. Przynajmniej się pośmiał i puścił do mnie oczko, więc troszeczkę jestem usatysfakcjonowana.

No i co Wam mogę powiedzieć – boso po mieście jest bardzo wygodnie, przyjemnie i bezpiecznie. Po czteromiesięcznej zaprawie niestraszne mi już poszarpane chodniki, a w przeciwieństwie do mojego podwórka w mieście nie ma pokrzyw i ostów. Jest za to sporo nowych, ciekawych doznań. Przejście dla pieszych w słoneczny dzień: czarne pasy gorące, białe tylko ciepłe. Asfalt gorący, chodnik z polbruku do wytrzymania, kafle na sklepowych podłogach przyjemnie gładkie i chłodne. Miejski trawnik to mięciutka trawa, nie jakieś badyle i wyrośnięte po kolana krwawniki i babki, a jeśli chodzi o szkło, to wierzcie mi – najprędzej wdepniecie w nie we własnym domu.

Owszem, wdepnęłam. Stłukłam słoik w warsztacie przy dojalnicy (zdajam do słoika pierwsze kilka strzyknięć z każdego koziego cycka, bo tak podobno trzeba), co większe kawałki zebrałam i wyrzuciłam, i miałam zaraz wrócić i wszystko dokładnie pozamiatać, a nawet poodkurzać, ale oczywiście zapomniałam. Na drugi dzień wdepnęłam, a jakże. Niewielki, cienki jak żyletka i ostry jak brzytwa kawałek szkła musiał być ustawiony na sztorc, zapewne dzięki nierównościom betonowej posadzki, i tylko na kretynkę czekał, a gdy kretynka wdepnęła, wbił się w piętę na głębokość kilku milimetrów. Owszem, trochę się wściekłam, bo szkiełko było malutkie jak okruszek z dna torebki po czipsach, a broczyłam posoką jak dziurawy worek transfuzyjny, no i musiałam odroczyć dojenie o jakieś pół godziny i iść do domu opatrywać rany, a że zaraz dostałam wizji jak to leżę w szpitalu z ryjem wykrzywionym neurotoksyną tężca, to musiałam zadbać o to, żeby rana była doskonale dotleniona, prawda. Czyli owszem, grzebałam przy niej, wlewałam do środka różne specyfiki (woda utleniona, jodyna, octenisept), jeden po drugim, bo nigdy nie wiadomo co lepiej zadziała, a gdy już wysyczałam z siebie zapas przekleństw na kolejny rok, nakleiłam “plaster z oddychającym opatrunkiem” na pół pięty, wzięłam odkurzacz i poszłam porządnie posprzątać. Aha, i podczas chodzenia już nic nie bolało, a na tężec to się nic nie martwcie, chwilowo nie umrę, bo to było już ze dwa tygodnie temu, i cała zgroza się przeterminowała.

Wczoraj zaś wyskoczyliśmy na grzyby na dwie godzinki, niektórzy boso (czyli ja i Pimpacy, a małżonek wolał człapać w wielkich, ciężkich, czarnych gumofilcach), no i co ja Państwu ciekawego powiem. Miałam pewne obawy, bo do tej pory chodziłam tylko po mniej lub bardziej utwardzonych lub przynajmniej równych nawierzchniach, no i po miękkim podwórku, a w lesie to wiadomo: mnóstwo zeschłych patyków, zwały gałęzi, szyszki, liście, zdradzieckie dołki, ukryte w ściółce kamienie i inne takie urozmaicenia terenu, ale obawy były nieuzasadnione – moje stopy wyszły z tego bez szwanku, a uważne patrzenie pod nogi wręcz sprzyja udanemu tropieniu grzyba, ale nie byłabym Gupim Kanionkiem, gdybym sobie jakiejś krzywdy nie zrobiła, więc nie mogąc liczyć na spektakularne okaleczenie stóp wbiłam sobie czubek noża w czubek nosa.

“Jak odwalić taką sztuczkę?”, zapytacie, a to przecież bardzo proste. Wystarczy przedzierać się przez chaszcze z nisko pochylonym tułowiem i nożykiem do grzybów dzierżonym w kurczowo zaciśniętej dłoni, natrafić pyskiem na zwieszającą się do ziemi ciężką gałąź świerku, po czym zamaszystym ruchem unieść tę gałąź dokładnie tą ręką, w której trzyma się nóż, i gotowe. Nie no, nie wraziłam go sobie tak całkiem po rękojeść, ale bolało, a to zawsze coś. Jak więc widać wyraźnie na moim przykładzie, chodzenie bez butów nie jest szkodliwe dla zdrowia, za to chodzenie bez głowy i owszem. (I jeszcze dopisek z czwartku: cały dzień padało bez przerwy, więc skoro dzień był i tak stracony pod kątem robót fizycznych na zewnątrz, pojechaliśmy do miasta uzupełnić zapasy żywności i drutu naciągowego do siatek ogrodzeniowych. Boso podczas deszczu jest tak samo przyjemnie, jak w porze suchej, a dziecięcą wręcz radość sprawił mi fakt, że nie musiałam przeskakiwać przez rozlane na całą szerokość chodnika kałuże, ani kombinować, jak tu ominąć jeziora na nierównych parkingach, bo mogłam zwyczajnie, jak znany wszystkim Jezus, chodzić po wodzie. Stopy nieobute błyskawicznie wysychają, czego nie można powiedzieć o stopach w przemoczonych adidasach – w końcu temperatura przeciętnego człowieka to prawie 37 stopni Celsjusza, a i swobodny przepływ powietrza jest tu nie bez znaczenia). A grzyby piękne, tylko niestety w przytłaczającej większości robaczywe:

grzyby lipcowe kurki lipcowe

Ale na śniadanie grzybiarza wystarczyło:

sniadanie grzybiarzy

A i do suszenia trochę zostało. A tu jeszcze grzyby czerwcowe, nic nie bójcie, też robaczywe:

grzyby czerwcowe

A teraz nagła zmiana tematu i pierwszy z obiecanych Wam filmów.

Kozy w ogóle nie były zainteresowane złożami waleriany, za to wszystkie koty jeszcze przez kilka dni przychodziły nad staw, żeby czochrać się o wysychające bryły korzeniowe kozłka. Dla każdego coś innego, przy czym dla mnie jak zwykle tylko kupa roboty. A skoro już o kotach, to małe jagody Jałowca nadal są małe, coś już tam niby widzą, ale wciąż zajmują się głównie jedzeniem, spaniem i darciem paszczy, gdy tylko matka opuści gniazdo. Drą się również wtedy, gdy biorę je na ręce, więc się nad nimi nie znęcam i zrobiłam Wam tylko jedną fotkę:

kociek

Z kotów mam jeszcze Gamonia testującego olfaktorycznie napar z koszyczków rumianku bezpromieniowego:

napar z Gamoniem

Gamonia pilnującego, żeby się rumianek dobrze suszył:

pilnowanie rumianku

A suszył się na zasłonkach rozwieszonych na linkach do wieszania prania:

suszenie rumianku

Znudzonego Kotka:

Kotek

Znudzoną Pumę:

Puma

Oraz Pumę marzącą o tym, że uda jej się złapać jaskółkę:

puma na jaskolkach

A teraz film drugi, po którym przejdziemy do Roman.

No więc Roman zrobiła mnie w trąbę. Czekałam na te jej koźlątka, co to się miały pojawić w połowie czerwca, najdalej pod koniec, ale jak wiecie moja nadzieja gasła z dnia na dzień – więzadła bez zmian, brzuch spory, ale zawartość nieruchliwa, i tylko cycki kazały mi wciąż wierzyć, że może a jednak, no bo koza ma cycki nie od parady, a te Romanowe choć niewielkie, to przecież jednak były, a w końcu Krówko miała nawet mniejsze jeszcze w kilka dni po porodzie, no więc patrzyłam na Roman jak na chodzącą zagadkę. No i jakoś tak na samiuśkim początku lipca, dnia pewnego całkiem zwyczajnego, małżonek poszedł rano otworzyć koziarnię, a gdy wrócił zapytałam go jak tam koziołki, czy wszystko w porządku i tak dalej, na co małżonek odrzekł że tak, wszystko spoko i jak zwykle. No ale wcale nie było jak zwykle, a bujać to kozy mogą małżonka, ale nie mnie. Poszłam z wiadrami do warsztatu, i gdy tylko otworzyłam tylne drzwi celem zaproszenia pierwszej z dam na dojalnicę, w oczy rzuciła mi się oczywista oczywistość. Mianowicie taka, że z Roman ubyło jakąś jedną czwartą kozy.

Stałam jako ten słup soli, wytrzeszczając gały na brykającą beztrosko Roman, i próbowałam tak dodać dwa do dwóch, żeby mi piętnaście nie wychodziło. Roman całe portki i ogonek miała mokre, ale ani śladu krwi. “Bez sensu. Do stawu wlazła i sobie usiadła?” rozmyślałam (bo już w ubiegłym roku byłam pewna, że Roman wyrośnie na kozę ekscentryczną), a Roman w tym czasie siłowała się na durne łby z Kachną. Złapałam tłustą niegdyś larwę i zajrzałam jej pod ogon. Okolica, że tak powiem, dziewiczo nietknięta, więzadła sztywne, napięte i trzymające się blisko kości ogonowej. No nie ma cudów – nikt się w ciągu ostatnich kilku godzin tamtędy nie przeciskał, no chyba, że Roman miała romans z zaskrońcem. Jednak oblazłam całą koziarnię w poszukiwaniu CZEGOKOLWIEK, co mogłoby mnie naprowadzić na jakiś trop, i niczego nie znalazłam. KI DIABEŁ? Zawołałam małżonka, żeby też sobie popatrzył na chodzącą zagadkę i małżonek potwierdził, że no faktycznie, Roman wyraźnie schudła i ma cały tyłek mokry. No i w końcu trybiki w mojej głowie zaskoczyły: cycki, brzuch, brak ruchliwych płodów i – na dobrą sprawę – brak porodu, a jednak jakieś tam rozwiązanie nastąpiło, z dnia na dzień koza schudła o dobrych parę kilo, czyli jedyna możliwość to ciąża rzekoma, zwana też urojoną.

Małżonek poleciał wertować internety, ja przystąpiłam w końcu do dojenia, a gdy skończyłam miałam już gotowy przegląd prasy fachowej na temat ciąży rzekomej u kóz. Wychodzi na to, że to wcale nie taka rzadka przypadłość, że w każdym większym stadzie się raz na jakiś czas zdarza, i że koza, która wywinęła taki numer wcale nie musi go powtarzać, czyli jest nadzieja, że kiedyś jeszcze się dzieci od Roman doczekam. No i “poród” w takich przypadkach jest całkiem niespektakularny – z kozy wylatuje galon wód płodowych, i to by było na tyle – żadnego wysiłku, żadnego zmartwienia. Roman w każdym razie na zmartwioną nie wygląda – zamiast użerać się z bachorami uczepionymi cycków może brykać sobie jak panna wciąż na wydaniu, a co sobie zimą ziarek zeżarła z tytułu “bycia w ciąży” to jej. Aha, i w kilka dni po całym zajściu cycki jej tak urosły, że musiałam ją wydoić, a dzisiaj Roman produkuje już prawie litr mleka dziennie, i ma idealne strzyki – równiutkie, mięciutkie, i całkiem sensownej pod kątem dojenia wielkości.

No to skoro nie mogę Wam pokazać słodkich i uroczych koźlątek Roman, to popatrzcie sobie na Małe Zło:

I może jeszcze na małe kurczaki?

Gdy przyjrzycie się uważnie, to zobaczycie, że jedna z tych kur nie ma prawego skrzydła. Tak, to ta, którą Pimpacy próbował zjeść żywcem, a która teraz została przykładną matką :)

A jeśli macie już dość filmów, to opowiem Wam o Kaczce W Rurze Siedzącej. Kaczka bieguska od Moniki siedziała w rurze na jedenastu jajkach przez jakieś trzy tygodnie, od czasu do czasu jedynie wychodząc, by popić wody lub skubnąć ziarek podczas porannego karmienia. Ja te jajka policzyłam na początku, a później się do spraw kaczki nie wtrącałam, podziwiając jedynie z daleka jej upór i poświęcenie, bo to musi być potwornie nudne, tak siedzieć w rurze przez trzy tygodnie i nie mieć pojęcia, co się na świecie dzieje. Gdzieś na początku czwartego tygodnia wysiadywania okazało się jednak, że podłe i nienażarte kurczaki wykradały matcekaczce jajka podczas tych krótkich wyjść, które kaczka przeznaczała na rozprostowanie kości, a zdradzieckie postępki kurczaków wyszły na jaw, gdy małżonek przez okno w kuchni zauważył kurę biegającą nerwowo ze skorupką kaczego jajka w zębach (a za nią dreptał żądny krwi i żółtka orszak pozostałych kurczaków).

No i wtedy właśnie matcekaczce nerwy puściły, postanowiła położyć kres tym złodziejskim praktykom i postawiła sobie taki namiot ochronny ze starej firanki:

namiot matkikaczki

A żeby nikt nie miał wątpliwości “co tu do kogo należy”, zatknęła przed namiotem taki oto maszt z flagą i stosowną informacją:

maszt kaczki

Trochę musiałam tę informację ocenzurować, bo rozumiecie, matkakaczka była naprawdę wkur… Wkaczona była, no i jej się brzydkie słowo wymskło, raz albo piętnaście. To czarne pióro na szczycie masztu należało kiedyś do nie wiadomo kogo (znaleźliśmy je na łące), a te dwa białe to lotki którejś z Melin (pierzyły się pod koniec czerwca), co Meliny natychmiast zauważyły i z wielkim oburzeniem przystąpiły do demontażu swojej własności:

demontaz

Kaczka W Rurze Siedząca machnęła na to skrzydłem, bo miała ważniejsze sprawy na głowie – w ubiegłą sobotę, dokładnie 28 dni od na jajach zasiąścia, wykluło się u niej pierwsze małe biegusiątko, w niedzielę drugie, a w poniedziałek trzecie i czwarte. Widziałam, bo średnio co trzy godziny zaglądałam nerwowo pod namiot, sprawdzałam czy jest woda i żarcie, i czy w ogóle ubywa wody i żarcia, no i wykręcając szyję na tyle, na ile mi osteofity na kręgach pozwoliły, zaglądałam do wnętrza rury, na końcu której siedziała jeszcze bardziej niż ja nerwowa matkakaczka i starała się upchać wszystkie biegusiątka pod spódnicę. No a że Wy też chcielibyście te słodkości zobaczyć, to się w środę wzięłam i poświęciłam, odchyliłam połę namiotu, zasiadłam na wiadrze i czekałam, z aparatem w pogotowiu (bo kaczątka już wychodzą z rury, gdy matkakaczka pozwoli, i sobie pływają w plastikowym pojemniku na sałatkę, do którego w związku z tym trzeba pierdyliard razy dziennie dolewać świeżej wody), i przez pierwsze pół godziny oglądałam tylko takie obrazki:

siedze i pacze

Gdy już zużyłam wszystkie dostępne patyki na próby trafienia nimi we wścibskie kurczaki, pomyślałam sobie, że nie będę tak siedzieć jak głupia na wiadrze, podczas gdy – być może – rodzina biegusów właśnie ucina sobie drzemkę, i postanowiłam im trochę w namiocie posprzątać. Wymieniłam wodę na czystą, poszłam po suchą słomę, a gdy zaczęłam ją układać na kaczym “wybiegu” matkakaczka w końcu nie wytrzymała (ta słoma jednak strasznie szeleści) i kwacząc różne takie inwektywy pod moim adresem wyprowadziła dzieci na spacer (“a jak wrócę, to mam nadzieję, że skończysz te swoje porządki, zabierzesz grabki i łopatkę i pójdziesz precz. I jedzenia nam nie zapomnij zostawić, tyle żeby jeszcze na rano wystarczyło”), więc proszę:

kaczuuuuszki kaczuszka plywajaca plywamy w kolko wiecej kaczuuuuszek

Czterodniowe biegusy są słodsze niż paczka cukru, a te żółte, gdy pływają w kółko w pojemniku na sałatkę, wyglądają dokładnie jak te gumowe kaczuszki, co to je sobie można puszczać w wannie podczas kąpieli. A gdy je matkakaczka oprowadza po wybiegu, maszerują za nią gęsiego, przebierając energicznie tymi malutkimi, wyścigowymi płetwami, i normalnie człowiek nic by w obejściu nie zrobił, tylko gapił się na te kaczki, ale na szczęście matkakaczka po kilku minutach zajęć na świeżym powietrzu zabiera słodką czeredkę do rury i koniec przedstawienia.

(tu może zróbcie sobie przerwę na kawę lub fajkę, bo jeszcze nie skończyłam)

Wieści z mięsnego są takie, że kiełbasa kwitnie i rozrasta się jak ta fasola z bajki, co urosła do nieba i tylko z nią były same problemy. Kwiatki kiełbasy wyglądają tak:

kwiat kiebasy 3 kwiat kiebasy 2 kwiat kiebasy

Mała paróweczka tak:

nieostatnia paroweczka hrabiego

A cała roślina jeszcze trzy dni temu wyglądała tak:

kielbasa

Piszę specjalnie, że trzy dni temu, gdyż ta fotka każdego dnia coraz bardziej się dezaktualizuje – kiełbasa ruszyła z kopyta i nie zamierza się zatrzymywać wcześniej, jak tuż przed Murmańskiem, a ja nie nadążam z podwiązywaniem jej pędów.

pedy kielbasy

No i skoro już o mięsie, to tak, miałyście rację, drogie Kozy – gołąbkowa lazania to jest to, i nigdy już nie będę zawijać w te sreberka (do farszu dodałam jeszcze pieczarki i suszone grzyby leśne):

golabkowa lazania

I nie pamiętam gdzie i kto podpowiedział, że do dżemu z truskawek można dodać kwiaty bzu czarnego, ale tak zrobiłam, tylko zamiast moczyć w dżemie kwiaty w worku z gazy po prostu dolałam do niego trochę syropu z tych kwiatów:

dzemor truskawkowo-kwiatowy

A tu jeszcze parę ujęć z ogrodu. Kozieradka wysiana w starej skrzynce po warzywach:

kozieradka w skrzynce

Cukinia wylegująca się na pierzynie z owczej wełny:

cukinia na welnie

Rozmaryn, któremu śpiewam wiadomą piosenkę, a on i tak nie chce się rozwijać:

rozmaryn bez perspektyw

I takie tam inne widoki z ogródka:

motylek jakis czuja miete bazylia czaber fasola nagietki co sie same wysialy gdzie chcialy zolta cukinia pomidory

Morza ogóreczników, jarmużowych chaszczy, czy zwykłych buraków i cebuli już Wam chyba nie będę pokazywać, bo były w ubiegłym roku, i ile można, ale kozy pożerające bukiety może jeszcze Wam się nie znudziły:

przy bukiecie przy bukiecie 2

Albo kozy na drewnie:

kozy na drewnie

I byłabym zapomniała! Ze wszystkich ośmiu, czy może dziesięciu nieudolnie zaszczepionych gałązek jabłoni, co daje strzelające jabłka, JEDNA SIĘ PRZYJĘŁA:

cudowna galazka

cudowna galazka 2

Co zakrawa na cud, jeśli wziąć pod uwagę, że nie do końca wiedziałam co robię, a zrazy pobrane były w połowie kwietnia. Teraz pewnie przyjdzie mi poczekać kilka lat na pierwsze jabłko, ale oj tam, liczy się niebywałe osiągnięcie, prawda?

No i mieliśmy niedawno zlot bocianów. Do jednego tośmy się już wszyscy przyzwyczaili, że sobie chodził nad stawem, pod bramą wjazdową, albo na tyłach koziarni (jak one wynajdują te zaskrońce? Gdy ja idę na przełaj przez łąkę, to nic nie widzę, a jak tylko bocian na niej wyląduje, to zaraz ma dziób pełen węży), ale dwa dni temu zaraz po tym “naszym” przyleciały trzy kolejne, kurczaki na pół dnia zaszyły się w krzakach ze strachu, a kozy już zaczęły wątpić, czy to jeszcze ich łąka:

my sie z nimi nie zadajemy bociany sa straszne

Tylko Tereska była na tyle odważna, żeby pójść i zapytać:

z kim tu gadac pojde zapytac przepraszam co pan tu robi]

PS. A pamiętacie, jak w ubiegłym roku pisałam o zielonym chrabąszczu, który się we mnie chyba zakochał i wciąż wracał kominem, by paść na grzbiet u mych stóp? No to w tym roku też wpadł, ale tym razem postanowił przejść ze mną na wyższy stopień zażyłości i któregoś ranka po prostu czekał na mnie w wannie. Wyrzucony precz, za godzinę był już z powrotem i lśnił zalotnie zielonkawym blaskiem, tym razem na wykładzinie tuż przy moim łóżku. No to jeśli to nie jest miłość, to co?

PPS. I jeszcze chciałam bardzo podziękować wszystkim, którzy wrzucili do koszyczka celem “napłotek”, “nasiatkę” i “na kawałek ogrodzenia”. Zebraliśmy prawie sześćset złotych, czyli potrzebujemy jeszcze dziesięć razy tyle, więc na razie pozwoliliśmy sobie przepuścić trzy stówy na siatkę i inne pierdoły niezbędne do zrobienia zagrody dla kozłów. Prace są już prawie na ukończeniu, a budowa tego ogrodzenia dała nam w kość oraz nieocenione doświadczenie, na podstawie którego stwierdzamy, że siedmiuset metrów ogrodzenia to my we dwójkę nie zrobimy, choćbyśmy mieli żyć po trzysta lat w dobrym zdrowiu. Jak to wszystko wygląda od strony łopaty i młotka opowiem następnym razem, a teraz uchylę jedynie rąbka od spódnicy:

rabek koziej spodnicy

Również następnym razem opowiem Wam, dlaczego najprawdopodobniej nigdy nie będziemy jak kotlet.tv, oraz ile trzeba zrobić mydła, żeby z tego wyżyć, jak również dlaczego nigdy nie będziemy mieć własnego siana, a także jaki mam pomysł na bezkrwawe znakowanie kóz i dlaczego on się nigdy nie przyjmie. Wspomnę też o tym, że znów rozpadł nam się Gwiazdolot i od dwóch tygodni jeździmy starą, czerwoną Szkodą pożyczoną od mechanika, a na tu i teraz pozwolę sobie wstawić obiecaną w tytule reklamę:

(a klikanie w banery to już niestety przeszłość, jak leczenie zębów kowalem i samochód na korbę, ale sprawdzamy inne opcje. POZA opcją bloga czysto komercyjnego, bo tego Wam przecież zrobić nie mogę, a nawet zresztą nie umiem. Zamierzamy za to wystartować na Patronite, o ile nas będą chcieli)

sery w dymie