Kozy włoskie, czyli Niezidentyfikowany Obiekt Przerażający

Patrzę sobie przez okno w kuchni, a nad stawem maluje się iście biblijny obrazek. Siedem zastygłych żon Lota plus Andrzej (owce profilaktycznie daleko z tyłu), wszyscy stoją jak rażeni piorunem i wpatrują się w COŚ na środku stawu. COŚ jest dla mnie nieosiągalne wzrokiem, ale najwyraźniej powoli się przemieszcza, bo żony Lota plus Andrzej, a nawet rozbrykane zwykle kozie bachory, śledzą owo COŚ czujnym okiem, jednako z miejsca się nie ruszając ani o pół kopytka. Ki diabeł? Oczywiście wylatuję w te pędy, bo co – może ruski płetwonurek-zwiadowca z kuszą, albo inne nieszczęście? Więc lecę przez te pół podwórka, Irena ma włos na grzbiecie zjeżony, nikt mnie nawet nie zauważa, bo wszyscy wpatrzeni w to COŚ.

Docieram na brzeg stawu, a tam… La la laaa, środkiem bajorka płynie sobie niespiesznie zielone wiaderko, co żem je dnia poprzedniego nad stawem porzuciła, a wiatr miał ochotę się nim pobawić. Popychane leniwą bryzą z zachodu, przechylone lekko na jedną stronę, gdyż już nieco wody nabrało, przemierza filozoficznie ten cichy przestwór śródleśnego oceanu, mrożąc krew w kozich żyłach i odrywając mnie od garów. Poczekałam spokojnie, aż Straszne Niebezpieczeństwo dopłynie do wschodniego brzegu, wyciągnęłam wiaderko, okrążyłam staw i podetknęłam zielonego wroga kozom pod nos, przemawiając do nich łagodnie, że przecież zobaczcie głupole, to tylko wiaderko, i przecież je znacie, bo tym wiaderkiem Kanionek wodę ze stawu gęsiom do wanny nosi. Irena, nadal nieufna, nawet wiaderka z bliska oglądać nie chciała, i tylko splunęła trzy razy przez lewy bok, zabierając dzieciaki z tego miejsca rojącego się od niebezpieczeństw i rozmaitego plugastwa, a Bożena prychnęła pogardliwie, że PFF, ona przecież DOBRZE WIEDZIAŁA, że to tylko głupie wiaderko, ale co było WE WIADERKU, to już wiedzieć nie mogła (a może żmija, hę?), i wiesz Kanionek, lepiej uważać, bo nigdy nic nie wiadomo.

NOP

No i tak to właśnie kozy potrafią Kanionka przestraszyć na darmo (albo może Bożena ma rację i wcale nie? A bo to wiadomo, co Cebulacki do stawu nawrzucał przez te wszystkie lata i jakie straszliwe zmiany genetyczne mogły zajść w tamtejszej faunie i florze? Równie dobrze zamiast zielonego wiaderka mógł przez staw przepływać wielki jak bałtycki gazociąg, zmutowany węgorz z głową Angeli Merkel, a czegoś takiego to każdy by się wystraszył, prawda?), a niemądre kozły wcale nie są lepsze.

Co ja się mam z tymi kozłami… WSZYSTKIE chodzą napalone, bo Kachna wymyśliła sobie ruję poporodową, jakby jej mało w życiu było problemów, a że one się z Pippi nie lubią, to Pippi Kachnie na złość i babską konkurencję też weszła w ruję, no i teraz mam wielki cyrk żyrandoli, małych i dużych, a do tego jest jeszcze Pacanek, czyli zawszony kozioł włoski, może i bezrożny, ale równie co reszta napalony. No więc wypasanie zmianowe zaczyna przypominać grafik z kopalni węgla, gdzie się robi na cztery zmiany plus koń, a Pacanka z rogatymi trzymać nie mogę, bo dostaje regularny wpierdol, a nie chcę, żeby skończył z czyimś żyrandolem w trzewiach. Lucek z kolei umie jakimś cudem wyskoczyć z porodówki, zapewne ryzykując życiem lub zdrowiem, a zresztą zamknięty gdziekolwiek drze się jak opętany, więc w końcu wymyśliłam, że on i Pacanek będą (na zmianę, oczywiście) regulować przyrost naturalny trawnika na podwórku, i z góry pogodziłam się z niechybną utratą porzeczek i borówek. W sumie łatwo mi przyszło, bo i tak nic z tych krzaków nie mam – w porze dojrzewania są oblepione kurczakami, które siedzą na gałęziach i tylko czekają, aż któraś porzeczka zrobi się prawie czarna, a borówki to wpierniczają nawet różowe.

No i wszystko fajnie, problem rozwiązany, no chyba że jednak nie. Panowie kozłowie zbyt wiele nie żarli (a takie piękne, dorodne chwasty już rosną po stronie południowej!), tylko snuli się wzdłuż ogrodzenia, wypatrując smętnie koziego stada, tudzież becząc głosem pełnym żalu i pretensji, co zresztą doprowadzało mnie na skraj tej przepaści, nad którą stoi słupek z tabliczką “tylko dla samobójców”. Ale do diabła ze mną, bowiem co się okazało. Na drugi dzień po pierwszym podwórkowym wypasie (na noc Pacanek zamknięty w izolatce, Lucek w pokoiku dziecięcym), obaj panowie się pięknie porzygali. Obrzygane ściany, obrzygane drzwi, narzygane do wody, zapaskudzona ściółka, no jedno (w sumie dwa) wielkie rzygowisko. Żesz jasny szlag! Wujek Google szarpany za kurtkę uparcie twierdził, że jeśli “goat vomiting”, to tylko z powodu “poisoning”, i łeb sobie łamałam nad zagadką, czym oni się niby mogli struć? Obejrzałam rododendron – nietknięty. Z trawnikowych chwastów nic toksycznego dla kóz u mnie nie rośnie. Oblazłam wszystko jak stonka ziemniaki i w końcu znalazłam – takie jakieś coś, jak ligustr, tylko że listki ma żółto-zielone. Cebulacka se nasadziła w Zakątku Amorka (taki niby ogródek skalny z mnóstwem iglaków, pośród których trzymała sikającego, pozłacanego chłopczyka), a to coś się rozrosło i owszem, wygląda, jakby je kozi ząb szarpnął tu i ówdzie. NORMALNE kozy by tego nie tknęły, ale kozłom najwyraźniej hormony mózg zalały i nie wiedzieli, co czynią.

Trzy dni sprzątania zarzyganych izolatek (o tak, trzy dni, bo po co wszystko wyrzygać od razu, skoro można na raty, żeby się stajenny nie nudził), pojenia idiotów papką z węgla aktywowanego i na trzeci dzień wodą z drożdżami (bo jak już wyrzygali wszystko, to im bakterie zdechły i w żwaczu tylko echo grało), panowie wyglądali jak dwa strachy na wróble (Pacanek dodatkowo całą brodę miał czarną od węgla, bo NIGDY nie wciśniesz kozie tego, czego ona nie chce, bez strat materiałowych widocznych na kozie i jej najbliższej okolicy), ale ku mojej uldze i uciesze zaczęli skubać sianko. Wypuściłam ich na próbę razem z całym stadem i co Państwo powiecie – żarcie całkiem wyleciało im z głowy, i tylko DUPA, DUPA, DUPA, oraz WPIERDOL, WPIERDOL, WPIERDOL (w sensie, że cytat z Lucka: “to wszystko są MOJE dupy, a ty, zawszona przybłędo, zaraz dostaniesz wpierdol”). No i ja już obłędu dostaję, ale do diabła ze mną.

Żebyście Państwo nie myśleli, że kozy to moja jedyna rozrywka, to już Wam serwuję coś na kształt “Opowieści z krypty”. Jak już wiecie, Pimpacy ma coś do kurczaków. Nie wiem co dokładnie, ale wygląda na to, że po prostu denerwuje go, że one są ciągle i wbrew jego woli żywe. No i razu pewnego, podczas ostatniego pobytu u nas mojej Mamy, Pimpacy omal nie zrealizował jednej szesnastej swojego planu zagłady. Jakoś tak już się miało ku zmierzchowi, myśleliśmy że wszystkie kury śpią w kurniku, więc pieski biegały luzem po podwórku, aż Mama zauważyła, że Pimpacy coś kitra w krzakach i łypie na boki złodziejskim okiem, więc poleciała sprawdzić. Wróciła z kurą w objęciach i łzami w oczach – Pimpacy obdarł ze skóry całe kurze podwozie i… odgryzł jedno skrzydło, i tylko kawałek kości z kurzego kadłubka wystawał, jeśli nie liczyć strzępów innych tkanek. Najgorsze jednak było to, że kura wciąż żyła! I nie zrozumcie mnie źle; po prostu gdyby szubrawiec najpierw ją zamordował, a potem sobie odgryzał po kawałku, to byłoby tylko pół koszmaru, ale tak na żywca…?! No i pozostawało pytanie: CO DO DIABŁA TERAZ Z TĄ KURĄ?

Małżonek zawyrokował od razu, że taka kura to bez sensu, bo nawet jeśli przeżyje to zawsze będzie słabsza, a reszta klanu jej nie przepuści i w końcu ją zadziobią, więc rosół. Ja z kolei spojrzałam w bystre, kurze oko, któremu daleko było do wypatrywania światła w tunelu, zwizualizowałam sobie odrąbywanie łba siekierą, parzenie piór i inne takie okołorosołowe atrakcje, i jakoś ochota na zupę mnie nie dopadła. Poza tym – to byłoby już świństwo, co nie? Uratować kurę z psich szczęk tylko po to, żeby ją zaraz zamordować. No więc wykąpałam biedaczkę w słabym roztworze nadmanganianu potasu (podwozie miała naprawdę obdarte ze skóry, nie tylko z piór), ona cały czas darła mordę i próbowała mi odgryźć rękę (co tym bardziej utwierdzało mnie w przekonaniu, że nietęskno jej iść w zaświaty, bo jak się kurze ma na umarcie, to kura nie kąsa jak wściekły struś, tylko siedzi i odmawia kurzańce przed Ostatnią Drogą, prawda?), i ulokowałam ją w Różowej Zagrodzie w Różowym Pokoju. Przez kilka dni Mama ofiarnie zbierała i siekała dla niej zielsko, zmieniała wodę (i donosiła mi, ile kura zjadła zielska, a ile ziarek), a ja wpadałam raz dziennie żeby ją powąchać. Się nie śmiejcie – węszyłam za oznakami rozkładu tkanek; w końcu dupa goła do żywego mięsa i kość wystająca z kadłubka! Ale kura nie śmierdziała, żarła, piła, i tylko na dupie siedzieć nie chciała, więc spała na stojąco.

Minął jakiś tydzień, Mama już dawno pojechała do siebie, kura wyglądała całkiem kurzo i w dechę (to znaczy łysa była i skrzydło jej nie odrosło, ale poza tym – całkiem dobra kura), łypała na mnie złym okiem i ogólnie zdradzała oznaki wkurwienia tym przedłużającym się wzięciem w różowy jasyr, więc postanowiłam przywrócić ją naturze. Ledwie jej noga, wystająca z łysej dupy, dotknęła ziemi małego wybiegu, kura już była w korytku z ziarkami, już wodą popiła, się z różowego kurzu otrzepała i jęła rozglądać po okolicy (“no no, dawno mnie tu nie było, patrzcie państwo ile się zmieniło, ko kooo”). No ale musiałam jeszcze sprawdzić, jak ją przyjmie plemię Kurokezów, które pamięć ma krótką, obcych nie lubi, a łysa kura z jednym skrzydłem przecież nigdy tu nie mieszkała, co nie? No i jako pierwszy zwąchał coś Rafał. Podszedł do inwalidki, popatrzył, i tak na próbę dał jej w łeb. Już się miałam załamać, bo jeśli Rosół bije potencjalną małżonkę, to znaczy że małżonek miał rację (a kto lubi, gdy małżonek ma rację, co nie?), ale nic z tego, mili Państwo. Kura inwalidka nie marnowała czasu na smutki i załamywanie skrzydła, tylko od razu Rafałowi oddała, aż ten podkulił kolorowy ogon i uciekł za psią budę. No to wtedy podeszła do niej inna kura, również z zamiarem w łeb dawania, i cóż – musiała spieprzać z krzykiem pełnym oburzenia (“atak zombie! atak zombie!), a moja dzielna rekonwalescentka napuszyła się cała, mało z dumy nie pękła, no i ja trochę też, choć człowiek nie umie się puszyć i może co najwyżej wydąć policzki aż mu żyłki w oczach popękają. No w każdym razie kura zombie żyje, już ciężko ją od reszty odróżnić, i w ziarka sobie napluć nie da.

(a małżonek teraz chodzi cały dumny, jakby sam tę kurę zaprojektował i zrobił, i powtarza, że on zawsze powtarzał, że tylko zielononóżka, bo to jest rasa typu “szklana pułapka”, i że dlatego właśnie nigdy się nie zgadzał na jakieś nieogarnięte mieszańce, jak te u Żozefin, co nawet głupiej maliny z głupiego krzaka nie potrafią zerwać. Teraz taki mądry, a jeszcze niedawno pierwszy krzyczał “rosół! rosół!”. Judasz).

A teraz opowiem Wam, jak przesadzałam seler… No dobra, żartowałam. Ale Was przetrzymałam, co? Nic nie bójcie, oto nadchodzą Kozy Włoskie, legalni imigranci z Postnuklearnych Przedmieść Elbląga. Dziś już nie są zawszone, choć nadal nieco wyleniałe, ciut matowe i jeszcze nie do końca wierzą w moje dobre intencje. Koziołek ma około roku (wszystkie zęby nadal mleczne), nazwany został Pacankiem, ma bardzo wesołe usposobienie, jako jedyny się mnie nie obawia i chyba będą z niego ludzie. Koza koloru kawy, nazwana prozaicznie Kawką, niańczy mały, biały pomiot z kremowymi różkami, płci żeńskiej, nazywany roboczo “Małym Złem”. Ostatnia z bohaterek nowego serialu to Tereska. Koza ciut mniejsza od Kawki, koloru bliżej nieokreślonego. Wygląda trochę tak, jakby kiedyś była prawie biała, ale ktoś się zakrztusił i na nią naparskał herbatą (albo wywarem ze szlugów) – takie rudawo-herbaciano-kremowe niewiadomoco. Jest ze wszystkich najdziksza, nadal nieufna, jak również najbardziej wyłysiała, ale spoko, to się jeszcze wyrychtuje. I zanim puszczę Wam te wszystkie filmy, chcę podziękować osobom, które wrzuciły datki do koziego koszyczka z intencją “na kozy zawszone” – niechaj będą Wam wielkie dzięki, Wasze dary wpływają na kozie wdzięki! (i dziękuję też wszystkim tym, co wrzucają „dla piesków”, „dla kotków”, „dla Kanionka na waciki”, i tym, co zamawiają sery, z których żyją moje kozy; chciałam Wam zrobić bukiecik podziękowalny z pierwszych mniszków, ale Pacanek wyżarł kwiatki, więc mam tylko zdjęcie małej, dzikiej pszczółki [CHYBA pszczółki] i żółtych kwiatków o nieznanej mi nazwie).

pczolka

Kozy włoskie są na urozmaiconej diecie dla rekonwalescentów (“a co to te WITAMINY? Zresztą nieważne; jeśli jest tak smaczne jak to białe na robaki, to biorę każdą ilość”), zostały odwszone i odrobaczone, dostały nowe obróżki (ale narwany Pacanek już swoją zgubił i za karę donasza starą obrożę po Irenie) i specjalnie dla nich zakupioną gęstą szczotkę (Małe Zło wiło się w dzikich konwulsjach, bo nie chciało być uczesane, tylko bezecnie rozczochrane; reszta z godnością przyjęła swój nowy, uczesany los).

dieta dla zawszonych

Wszystkie filmy są z pierwszego tygodnia pobytu u nas kóz włoskich, i każdy kończy się tam, gdzie mój aparat uznał za najbardziej stosowne. Ja już nawet nie przepraszam, bo co ja mogę? Wszyscy tu robią ze mną co chcą.

Z nowych włoskich przybytków mam jeszcze kilka foremek do serów (musiałam dokupić, ale są solidne i wystarczą mi do końca życia), a z nowych indyjskich… dwa nowe biegusy. Po części znacie już tę historię – deszczowy poranek, znajoma wyskakująca z samochodu pod bramą (słała mi esemesy, że jedzie z kaczkami, ale sieć komórkowa uparła się, że w taką pogodę nie będzie pracować, więc nic nie wiedziałam), pod pachą karton, a w kartonie ONI:

nowe biegusy 3 nowe biegusy 2 pani biegusowa 2 pani biegusowa pan biegus pan biegus 2 nowe biegusy

A dzisiaj poznałam całą historię zakupu biegusów. Po tym, jak znajoma nie znalazła na targu gąsiora dla moich dwóch Melin (“no bo szkoda by było tych jajek, a tak to byś miała małe gąski”), trafiła na gościa, co miał w kartonie dwie kaczki, i one tak sobie w tym kartonie leżały. I ta znajoma mówi do męża: “ooo, jakie ładne kaczki, może weźmiemy dla Ani, bo ta jej kaczka taka samotna?”. A małżonek znajomej na to, że spoko, tylko jakieś chude te kaczki. A ona mu na to, że “no chude, bo pewnie jeszcze młode, ale się u Ani odpasą”. Po drodze nawet przez chwilę rozważali taką możliwość, że te kaczki to biegusy, ale małżonek znajomej przypomniał sobie, że przecież biegusy stoją na baczność i są długie wzwyż, a te to chyba jednak takie zwykłe. No i po wypuszczeniu “chudych, młodych kaczek” na wybieg obydwie byłyśmy zachwycone, i tylko małżonek znajomej siedział twardo w samochodzie, bo on ma obawy, że oni kiedyś dostaną po głowie za to podrzucanie mi zwierząt (w planach podobno mieli jeszcze zakup uli z ŻYWYMI PSZCZOŁAMI, a że chwilowo nie mają gdzie ich postawić, to pomyśleli, że może u mnie…?). No ale jak tu w łeb dać za takie cuda, prawda?

A propos cudów – usiłuję wprowadzić biegusy do ogrodu, dla ich i mojego dobra. One miałyby swój własny grajdołek, pełen roślin, ślimaków i wszelkiego robactwa (i przede wszystkim Meliny, Kaczka i Kurokezi nie wtrącaliby się w ich sprawy), a ja – ochronę przed szkodnikami. Ale weźcie złapcie biegusa! Kilka dni temu nadarzyła się okazja doskonała – cała czwórka wlazła mi do warsztatu, kwacząc sobie wesoło pod nosem, że “TUTAJ łachudra trzyma teraz ziarka”, więc ja szybko zamknęłam drzwi, kwacząc sobie wesoło pod nosem, że “mam was w końcu, nicponie”, i przygotowałam ten kontenerek od Moniki. Jakieś pół godziny biegów przełajowych przez graty później miałam już trójkę cwaniaków w kontenerku, a zaraz po próbie dorzucenia ostatniego kaczorka – zero biegusów w kontenerku, a kaczorka w mrocznym tunelu starego, końskiego żłobu, zawalonego taflami styropianu, deskami, kartonami, zwojem zardzewiałego drutu i starym kloszem od lampy.

Nie wiem jakim cudem udało mi się w końcu załadować wszystkich z powrotem, ale trwało to na tyle długo, że zebrane w trakcie nurkowania w zakamarki warsztatu pająki zdążyły już upleść mi z włosów warkocze. Nie wiem też, jakim cudem w dziesięć minut po przeprowadzce do ogrodu biegusy były już z powrotem na małym wybiegu, leżąc sobie w kółeczku na stercie koziego obornika i kwacząc wesolutko pod nosem: “dziwne ma pomysły łachudra, piórka mi zmierzwiła w tej szamotaninie, no ale nie ma tego złego, ziarek jednak rzuciła, i tak dalej, panie Janku, dobra nasza, a pani się tak nie martwi, pani Krysiu, jesteśmy już na starych śmieciach”. Musiały przeleźć przez oczka siatki leśnej, wąskie kanalie. Planuję montaż stosownego zabezpieczenia zanim znów je tam wpuszczę (czyli przekonam przemocą), i nie będzie mi wąska kaczka pluła w twarz, ku uciesze pająków w warkoczach (no ale dzisiaj tak się spieszyłam z wiadrem serwatki dla drobiu, żem się na kaczym gównie poślizgnęła, wiadro się rozbujało i nalało mi serwatki do kalosza, więc jak na razie 2:0 dla kaczek).

biegusy w akcji 2 biegusy w akcji zadowoleni

I być może pomyślicie sobie: “jak to dobrze, że chociaż z kozami nie ma problemów”, i jeśli tak pomyślicie, to się pomylicie. Pamiętacie jeszcze historię Zielonego Wiaderka z początku tego odcinka? No to wiedzcie, że zmiana papieru ściernego, którym obity jest podbieg na dojalnicę, z koloru ciemny brąz na jasnoszary, też jest przerażająca. Kozom zwyczajnie nie umknie żaden szczegół, żadna zmiana w ich otoczeniu, i niemalże każda zmiana jest ZŁĄ ZMIANĄ, wcześniej było lepiej itd. (“ja na TO nie wejdę. To jest podejrzane. Było brązowe, teraz jest szare. To zło w czystej postaci, dziękuję, wychodzę, pieprzę twoje ziarenka Kanionek”). Niestety krótko po wymianie papieru ściernego musiałam wyrzucić stary dywanik, którym obita była platforma dojalnicy – a bo to się czasem mleko wylało (“wsadzę ci kopytko w pojemnik, okej? Już wsadziłam, nie ma sprawy, nie dziękuj”), albo się komuś siku zachciało… No i dywanik skończył na śmietniku i został zastąpiony kawałkiem porządnej, grubej tektury, którą łatwo będzie zastąpić innym kawałkiem porządnej, grubej tektury. No i tego już było za wiele. Ledwie się kozy oswoiły z szarym papierem na podbiegu, a tu TAKIE COŚ. No i stawały jak wryte u progu platformy, ostrożnie macając tekturę kopytkiem, jakby się kurde spodziewały, że tuż pod nią umieściłam gruz, szkło i pinezki, bo przecież po Kanionku się można wszystkiego spodziewać, a zwłaszcza strasznej krzywdy nie do pomyślenia. Tylko Bożena nie macała i nie zawracała z raz obranej drogi, bo Bożena, żeby w ogóle wejść na dojalnicę, musi wziąć solidny rozbieg, no i raz rozpędzona nie może się już zatrzymać, ale nie powiem, szczęśliwa nie była (“jakoś dziwnie się na tym stoi, Kanionek. Gdzie nasz stary, obesrany dywanik? Ja nie wiem, czy mi teraz będą ziarka smakować. A co to jest – JĘCZMIEŃ?! A gdzie owies? Dlaczego ty się ciągle wtrącasz w nasze życie, Kanionek?”). Wrrrr!

PS. Zeroerha – wysiałam Kiełbasę i muszę Cię ostrzec, że pieski i kotki narobiły sobie co do niej pewnych nadziei. Obiecałam im, że jeśli kiełbasa nie urośnie, mają prawo Cię szukać aż znajdą (wiem, że chciałaś oszukać przeznaczenie nie podając adresu zwrotnego na kopercie z nasionkami, ale chyba nie doceniasz Mająca. Mając znajdzie Cię nawet pod ziemią. W sumie ZWŁASZCZA pod ziemią, bo Mając specjalizuje się w robotach ziemnych. No więc Mając będzie do Ciebie zapieprzał podziemnym tunelem, Laser spadnie na Ciebie z góry jak Jaszczomp, a Pimpacy obgryzie Ci łydki do kości. W każdym razie tak kazali przekazać. Aha, Atos jest stacjonarny, ale nic nie bój – już pisze pocztówki z pogróżkami i zamierza wysłać Kaczką. Kaczka i tak się nudzi, to niech się przeleci).

kielbasen

Dopiero jedno nasionko wykiełkowało, więc nie wiem – zamontuj sobie jakiś monitoring.

PPS. Sceny z życia małżeńskiego, czyli trochę inaczej niż u Gretkowskiej i Pietuchy: wróciliśmy w czwartek wieczorem z polowania na owies (tak, owies; jęczmień był w środę). Cztery worki po czterdzieści kilo, okupione ciężką pracą małżonka (wdrapywanie się na strych bardzo wysokiej stodoły, po bardzo stromej drabinie, i schodzenie w dół – z duszą na ramieniu i ciężkim workiem w dłoni), od bardzo miłego dziadunia z Krainy Bocianów, ale to temat na osobną opowieść. No i trzeba było te worki przenieść z bagażnika do warsztatu, więc ja podstawiałam taczkę, a małżonek ładował, zawoził i zrzucał worki w warsztacie. Patrząc, jak mocuje się z czterdziestokilowym bagażem rzuciłam uwagę, że “uuu, to Kanionka przez próg już byś dzisiaj nie przeniósł, co?”. Małżonek postawił worek na ziemi, wyprostował się, pomyślał chwilę i odpowiedział: “Wiesz co? To, na jaki wysiłek stać człowieka, często zależy nie tylko od siły, ale i motywacji. Więc odpowiedź na pytanie, czy ja bym dzisiaj przeniósł Kanionka przez próg brzmi: TO ZALEŻY W KTÓRĄ STRONĘ”. No i teraz nie wiem co o tym myśleć, ale obiecałam się nad tym zastanowić i uprzedziłam, że może lepiej niech sobie małżonek kupi ze dwa obiady w słoiku.

bitwa pod Rosolowem bitwa pod Rosolowem 2 bitwa pod Rosolowem 3 bitwa pod Rosolowem 4 bitwa pod Rosolowem 5 bitwa pod Rosolowem 6

PSS Społem: A kto zgadnie, co to jest?

czoto

czoto 2

czoto 3

Wyprodukowane w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, w Szwecji. Nówka blaszka nieśmigana. Prototyp pionierski w swej dziedzinie. Mitenki jest wyłączona z konkursu, ponieważ może się domyślić na podstawie przecieku z ubiegłego roku.

Melina niewysiadujaca Melina siedzaca

„Cała jego ciężka praca, wszystko było *uja warte”, czyli Wielki Zły Tydzień

Dzięki, Panie!
Za cudowny show, święte wojny, chytry kler.
Ty? No chyba że nie Ty.
Dzięki, Panie!
Za rozbieżny zez, HIV-a, raka, i za świerzb.
ALLELUJA, ALLELUJA!
Ja nie skamlę,
Nie – ja pluję w twarz.
Jestem śmieszny Czort, wiec śmieję się,
Ja nie skamlę,
Nie – ja pluję w twarz.
Jestem śmieszny Czort, wiec śmieję się;
Dzięki za ból, dzięki za trąd, dzięki za wszy i wielki garb,
Dzięki za śmierć!
(…)”

Fragment utworu “Odi profanum vulgus”, z albumu “Róże miłości najchętniej przyjmują się na grobach” grupy KAT, 1996.

 

No cóż. Ja się nie śmiałam. I niestety skamlałam, a napluć w twarz nie było komu, bo winny zbrodni się nie znalazł, ale o tym później.

Natura ma swoje mroczne prawa i odwieczne porządki, w które nie warto ingerować; ma też tajemne rytuały, których być może nigdy nie będzie nam dane zrozumieć. Jednym z takich rytuałów są wiosenne gonitwy Rosołów, a jedno z mrocznych praw brzmi: “Nigdy nie próbuj zrozumieć Żozefin. Nie pytaj, nie wnikaj, nie kwestionuj. Po usłyszeniu natychmiast zapomnij”.

Pamiętacie filmik “Dej pięć złotych” o tym, jak Rosół ganiał Rosoła, mało obaj nie padli? No to w tym roku, dokładnie we wtorek po świętach i dokładnie w tym samym stylu, Krzysiek leciał za Rafałem, z tą tylko różnicą, że latali po podwórku. Wiem, bo akurat okna myłam, gdyż – wbrew powszechnie panującym trendom – PRZED świętami umyłam drzwi. I przy pierwszym oknie, gdy Krzysiek z Rafałem pojawiali się i znikali z pola mojego widzenia, zastanawiałam się czy wyjść i ich zatrzymać. Przy drugim oknie byli już porządnie zmęczeni, dystans pomiędzy nimi wynosił półtorej długości koguta, i wyglądali jak dwóch szaleńców na tandemie, co to nie zauważyli, że ktoś im rower zajumał, a ja doszłam do wniosku, że nie. W końcu muszę się dowiedzieć, o co chodzi z tym corocznym maratonem, bo fakty dają wiedzę, a domniemania jedynie dręczącą niepewność. W połowie trzeciego okna Rafał pękł i wszystko się pięknie wyjaśniło – oczywiście chodziło o to, że Krzysiek chciał Rafałowi dać w lampę, a Rafał nie chciał dostać, ale Krzyśkowi bardzo zależało, bo chował urazę od ubiegłego roku. No więc gdy już dogonił Rafała to dał mu w lampę, ale powiem Wam szczerze – słabe to było i wcale się nie dziwię. Przeróżne i przedziwne mamy dzisiaj dyscypliny sportu, ale maratonu z ustawką na mecie nikt jeszcze nie zorganizował, bo jak tu się zdrowo naparzać, gdy nogi się same pod dupą składają, a płuca leżą obok wyplute? Podyszeli, ponadymali się, Krzychu chciał Rafałowi efektownie dać po łbie, ale się prawie sam przy tym przewrócił, i było po zawodach.

Tego samego dnia zadzwoniła do mnie rozemocjonowana Żozefin, czy ja bym nie chciała kury, która siedzi na jajkach. No to ja jej na to, że pewnie, że bym chciała, bo bym tej kurze kilka gęsich jaj podrzuciła, a kury są najlepszymi matkami zastępczymi dla gęsich jaj. Na to Żozefin, że to fajnie, bo u niej jedna taka siedzi już od kilku dni, i żebym po tę kurę przyjechała. No to ja znowu na to, że może lepiej będzie, jak z jajkami przyjadę i się tej kurze jajka podrzuci, bo taka kura ze stresu związanego z podróżą mogłaby się wkurzyć i trzasnąć to siedzenie w pierony. No ale Żozefin się uparła, że ona chce mi tę kurę dać, bo inne kury też składają jajka do tego gniazda, a ona przecież jajka chce sprzedawać, a nie magazynować pod kurą, a koguta ma tylko jednego na ponad czterdzieści kur i jajka pewnie niezalężone, i w ogóle “bierz pani ta kura” i nie ma gadania. No to w zamian za wypożyczenie kwoki siedzącej zaproponowałam jej koguta, albo nawet dwa, i umówiłyśmy się na odbiór kwoki w środę.

W środę przed południem zadzwoniłam, żeby się upewnić, czy umowa jest aktualna, bo z panią Żozefin różnie bywa, no i szło to mniej więcej tak:

–  Dzień dobry, pani Żozefin, czy ta kwoka nadal siedzi?
–  A skąd! Pani Aniu! Jest dokładnie tak, jak pani mówiła! Ja jej dzisiaj wszystkie te jajka zabrałam, i ona już nie siedzi!
–  (……………..) (czyli dłuższa chwila milczenia z powodu otępienia, osłupienia i niedowierzania)
–  Pani Aniu! Jest pani tam?
–  No jestem… Ale jak to – WSZYSTKIE jajka jej pani zabrała?
–  No tak! Bo ja się boję, że one mi te jajka pogniotą, te kury, bo one tam grzebią. No i ona gdzieś poszła i już nie siedzi, wie pani?
–  No teraz już wiem… Ale pani Żozefin… Skoro pani jej wszystkie jajka zabrała, to NA CZYM ona ma siedzieć?
–  No… na gnieździe!

Niech mi ktoś zrobi lobotomię. Ze zwykłej, ludzkiej litości.

Post Scriptum. BARDZO Post Scriptum. Się niedawno okazało, że to wszystko i tak bez znaczenia, bo obydwie moje gęsi składają jajka (miałam szczęście i WIDZIAŁAM). A ta mniejsza, brana z początku za Melinę, a od niedawna za Menela, nadal posuwa tę większą. Nawet się nie zastanawiajcie, kto tu zwariował – ja, czy one. Wszyscy jesteśmy po*ebani i stałych czytelników tego bloga nie powinno to ani trochę zaskakiwać, prawda, a jeśli macie niedosyt wrażeń, to proszę: Rosół Rafał, który przegrał wiosenny maraton, dostał od Kurokezów zakaz wstępu do kurnika, więc śpi w psiej budzie, a za dnia czai się w krzakach i posuwa gęsi z zaskoczenia. Niby w lampę dostał słabo, ale jednak wystarczyło, i teraz on też zasługuje na lobotomię, a gęsi to nawet na liposukcję, bo są tak tłuste, że nie dają rady zanurkować w stawie i mogą się tylko kiwać na wodzie jak dwa wielkie, białe spławiki.

A teraz musimy się cofnąć w czasie aż do dwudziestego trzeciego marca, bo przecież mamy ogromne zaległości, a był to dzień słoneczny i z nieba spadały kaczki. No dobra, nie kaczki, tylko BIEGUSY, i nie z nieba, tylko od Moniki. Przywiózł je z lekka wstrząśnięty listonosz, w takim eleganckim opakowaniu (kaczki w eleganckim, bo listonosz ma służbowy sweter koloru “szkolny fiolet” z wyszywanym emblematem, i wygląda jakby się urwał z gimnazjum):

opakowanie biegusow

(przy okazji: dopiero po kilku godzinach odkryłam, że pod wiekiem kontenerka przyklejona jest koperta z dłuugim listem. A potem Monika wysłała mi filmik, który ściągnęłam i… całkiem o nim zapomniałam. Dzisiaj obejrzałam i… (znowu i…) Monika, czy Ty mi oddałaś POŁOWĘ SWOICH KACZEK?!)

I co ja będę długo opowiadać, jakie słodkie, śliczne, kochane i cudowne. Sami zobaczcie:

To były ich pierwsze chwile na nowej drodze życia, a dzisiaj są już starymi wyjadaczami podwórkowej trawy i robaków:

biegusy

I trzymają się z kumplami “po płetwie”:

czas na podryw

w grupie

razniej

czasem spia

Długo czekałam, by im zrobić zdjęcie w stanie spoczynku – te kaczki są niezmordowane! Ciągle muszą gdzieś lecieć, i za każdym razem, gdy wyglądam przez okno lub przechodzę przez podwórko, biegusy akurat dokądś się spieszą, kwacząc sobie pod nosem, że “jeszcze tu, jeszcze tam, jeszcze tyle dzisiaj spraw do załatwienia, widziałem wczoraj żabę, więc może na południowej stronie podwórka są już jakieś muchy, wzięłaś klucze?, nie zapomnij torebki, co to ja jeszcze chciałem, cioci Krysi trzeba wysłać widokówkę…”, i już znikają mi z oczu. Kochane, pracowite maleństwa. Kaczorek to ten biały, ma zakręcony kuperek i chyba jest trochę nieśmiały, bo jak trzeba komuś napyskować, to oddaje głos małżonce. Oboje są szczupli i zgrabni, jak na długodystansowców przystało, a Prezes Kaczka jest całkiem rozdarty. Już się pogodził z tym, że ma nieślubne dzieci z kurczakami, i że po godzinach musi tyrać przy gnieździe dwóch Melin, bo tam niechlujstwo, nieład i czysta patologia, a tu ni stąd, ni z kacząd, taka długonoga, smukła piękność się pojawiła na podwórku, la petite cane, bonjour mon amour, i to się przecież samo nie poderwie, a losowi trzeba pomagać. Tylko kiedy?! (ja też nie mam kiedy, więc tkwię przy małżonku już prawie dwanaście lat, święty porze jak ten czas leci)

Jeśli już mi zaczęliście zazdrościć tych ślicznych kaczuszek, to wcale się Wam nie dziwię, jednak nie tylko szczęście mnie kopie ostatnio. Ale o tym będzie zaraz po trojaczkach Ireny, bo muszę zachować porządek chronologiczny, choć to wcale nie takie łatwe, bo jestem w trakcie degustacji wina jeżynowego marki “Karambol”, o którym będzie na samym końcu, a któremu zawdzięczacie cały ten wpis, bo na trzeźwo to mi się ręce tylko do sznura wyciągają. No więc Irena.

Irena może i połknęła kajak, jak jej to złośliwie wytykała Bożena, ale urodziła trójkę uroczych koźlątek, bo koza zje wszystko i potem przerobi na mleko, albo na koźlątka. Z recyklingu kajaków wychodzą takie cuda:

leszcze troche mokre jeszcze

Urodziły się późnym wieczorem, szesnastego marca. Sprawdzałam więzadła (robię to już odruchowo, po kilka razy dziennie, u wszystkich ciężarnych), jakoś wczesnym popołudniem, i były jeszcze na tyle wyczuwalne, że niczego się nie spodziewałam, wieczorem weszłam do koziarni z kostką siana na kolację, a tam Irena, na środku sali głównej, stoi cała skupiona i produkuje pół metra śluzu grubości ręki. No to sobie westchnęłam i poleciałam do domu po torbę akuszerki, a gdy wpadłam ponownie do koziarni, Irena miała już dwie głowy! Za późno na przenosiny do porodówki, więc Irena rodziła na środku koziarni, przy wytrzeszczającym gały kozim tłumie (tylko panów zamknęłam na porodówce, bo żyrandole są nieprzewidywalne – mogliby na przykład na okoliczność narodzin zacząć się wykłócać o ojcostwo i kto ma prawo się napić wódki, a kto musi się wypchać sianem), ale Irena w ogóle nie zwracała na tłum uwagi, tylko chlup!, a potem plump!, a za chwilę ślurp! – w dwadzieścia minut wyrobiła normę za półtorej kozy, a stajenny nie nadążał tych śliskich leszczy ze śluzu wycierać. Owszem, była trochę zdziwiona, ale uwierzcie – nie tak, jak ja. Trzech Muszkieterów! Trzech Rycerzy Koziego Żyrandola. Trzech synów Lucyfera, każdy diablo uroczy. Ale jednak TRZECH, nie trzy, ani nawet ich troje. Westch.

diablatko Ireny diablatko Ireny 2 diablatko Ireny 3 diablatka Ireny 4 diablatka Ireny 3 diablatka Ireny 2

diablatka Ireny

Ale gorsze było jeszcze przede mną, a o najgorszym nie miałam bladego pojęcia.

Rankiem osiemnastego marca więzadła Kachny zniknęły. Kachna już od przynajmniej dwóch dni siedziała sobie w pokoiku dziecięcym, na świeżutkiej ściółce, otoczona siankiem i miseczkami z owsem, warzywami, i wszelakim dobrem, którego TROSZECZKĘ podjadała, tak tylko na przetrwanie, jak zatwardziała anorektyczka, a siedziała zamknięta na osobności, bo chodzenie przestało ją kręcić, a Bożena ją popychała i Kachnie plątały się nogi. Oglądałam ją z każdej strony i zaglądałam we wszystkie zakamarki (wewnętrzna strona dolnej powieki – pod kątem anemii, kopytka – pod kątem czegokolwiek, zęby i wnętrze pyszczka – pod kątem czegoś wbitego, uwierającego itp., co mogło zniechęcać do jedzenia, kozia dupa – pod kątem podejrzanych wydzielin, no i temperatury) i na chłopskie oko, ucho i przyrządy pomiarowe (termometr) to była zdrowa koza. Która jednakowoż wolała leżeć, niż chodzić, i nie jeść, niż żreć jak dzika świnia, co robią wszystkie moje kozy i robiłyby nawet podczas porodu, gdybym im pozwoliła.

Uznałam, że jest zmęczona ciążą i że podupadło jej morale, bo Bożena się na nią uwzięła, urządziłam apartament macierzyński w pokoiku dziecięcym i czekałam na rozwój sytuacji. W piątek rano, jako się rzekło, po więzadłach przyogonowych pozostało jedynie wspomnienie, a ja się ucieszyłam, że wszystko się wreszcie wyjaśni. Little did I know…

Przez cały dzień zaglądałam do niej co godzinę, wypatrując oznak porodu i naiwnie podtykając pod nos świeże warzywa, owies i siano. Kachna na tym etapie uznawała już tylko suszony chleb, a i to nie za wiele – może pół kromki naraz. Późnym wieczorem pojawił się nieśmiały glutek śluzu prawidłowego zabarwienia i pozbawiony zapachu, a stajenny miał dylemat – czekać czuwając, czy iść spać, by śnić koszmary o trudnych porodach i tym podobne.

O pierwszej w nocy szłam do koziarni na ostatnich nogach, postanawiając sobie, że jeśli “nadal nic”, to idę spać. Glutek był o parę centymetrów dłuższy, a Kachna pobekiwała cichutko i smętnie. Westchnęłam, polazłam do domu po torbę akuszerki i ciepłe koce (i tutaj podziękowania dla Ewy z Łodzi, znanej nam również jako EEG, za ten cudowny koc z rękawami; Ewa ma jeszcze jedną sprawkę na koncie, która warta jest całego wpisu i owszem, ten wpis się w końcu pojawi), dwie grube czapki (bo już niestety włosy miałam umyte i całkiem mokre), zawinęłam się w gruby kokon w kąciku apartamentu Kachny i czekałam. I czekałam. A czas stanął w miejscu i słychać było tylko radosną pracę wielu żwaczy, miarowe i jednostajne przeżuwanie wielu kozich szczęk, i od czasu do czasu szelest słomy, gdy Kachna poruszyła nogą. Przy każdej najdrobniejszej zmianie pozycji wyłaziłam z kokonu i własnej skóry, żeby zobaczyć choć cień porodowego postępu, którego nie było. Trwałyśmy tak całe wieki, aż kwadrans przed trzecią obiecałam sobie, że o trzeciej idę do domu, bo jeśli nie wyjdę z koziarni, to się w niej obudzę.

No i za pięć trzecia coś ruszyło, stajenny momentalnie otrzeźwiał, otrząsnął się z sennych majaków, wystrzelił z kokonu i… Jeszcze długo czekał. Kachna rodziła prawie dwie godziny. Wody płodowe były koloru nieciekawego, a chłopiec urodził się tyłem przy lekkiej pomocy z zewnątrz. Bladym świtem wynosiłam z koziarni worki z brudną ściółką i niosłam czystą do Kachninej porodówki, choć łożysko było dopiero na początku drogi. Młode (chłopiec i dziewczynka) były prawidłowo rozwinięte, Kachna troskliwie się nimi zajmowała, choć sama chwiała się na nogach, miała trochę mleka w strzykach (sprawdziłam drożność kanałów), a ja nie miałam już siły czekać na łożysko i w końcu poszłam spać. Okazało się to wcale niegłupim pomysłem, albowiem łożysko tkwiło w Kachnie przez całą sobotę, aż zwątpiłam w to, że kiedykolwiek się z Kachną rozstanie, a i z samą świeżo upieczoną matką nie było różowo. Apetyt jak u wróbelka, inne kozy mało mi drzwi do pokoiku dziecięcego nie zeżarły z zazdrości, że tam michy z TAKIM ŻARCIEM, Kachna cichutko gadała do swoich dzieci, stojąc cierpliwie, gdy wysysały resztki mleka z jej kurczących się cycków, a wyglądała jak śmierć na chorągwi. Gdy wypełniony koziołkami brzuch się opróżnił, na wierzch wylazły wszystkie kości, a do tego ta spuszczona głowa i smutne, ciche beczenie.

Zadzwoniłam do pani weterynarz zaklinając ją w myślach, żeby odebrała, bo przecież był weekend. Odebrała. Wysłuchała (koza słaba jak trzeci napar z jednej torebki herbaty, apetyt zero, temperatura 39,6, mleko w zaniku, łożysko w dupie). Wymyśliła, że kozie trzeba podać domięśniowo antybiotyk (co dobę przez trzy dni), a i nie zaszkodzi też wapno i zastrzyk z witamin (to już była moja sugestia, bo skoro koza nie je, to chyba ma niedobory, czy coś?), ORAZ WYMYŚLIŁA, że sama mogę to zrobić. Historię Mojego Wkurwienia już znacie z komentarzy do poprzedniego wpisu, więc sobie daruję epitety. Pojechaliśmy z małżonkiem do lecznicy (ledwie 15 km), odebraliśmy od asystentki pakiet ratunkowy i wróciliśmy gdybać nad pacjentką (“gdzie tu jest jakiś mięsień? Tu jest sam kręgosłup…”, “i tak trzeba szyję ogolić, to może będzie coś widać”, “kazała wbić igłę do połowy, to ja przecież wyląduję po drugiej stronie kozy!”). To jest ten pakiet, który w ciągu trzech dni władowałam w Kachnę:

pakiet Kachny

Nie przelałam ani kropli koziej krwi, miejsca po wkłuciach się nie paprały, nie było obrzęków, ropni ani wybroczyn, nawet nieśmiałego siniaczka, ale ja swoją porcję Solpy zeżarłam, a strzępki nerwów to mi przed oczami jeszcze kilka dni latały, więc proszę Państwa – brawa, kurwa, dla Kanionka, albowiem nie wiedział co czyni, aliści nikt wskutek działań jego nie zginął. I skracając długą historię o tym, jak to Kachna odrzuciła jeszcze wiele miseczek z frykasami, jak dziobałam niczym kura na łące w poszukiwaniu zielonych źdźbeł perzu i mikropokrzywy dla niej, jak miała mnie już serdecznie dość z moimi strzykawkami, elektrolitami, drożdżami i ciągłym powtarzaniem “Kasieńko, będzie dobrze, zobacz jakie masz śliczne dzieci” i tak dalej, Kachna z wolna zaczynała dochodzić do siebie. A to zjadła trzy skrawki liścia kapusty, a to poprosiła, żeby ją wypuścić na łąkę, a to w końcu przypomniała sobie, że przecież lubi owies… Aż wreszcie wydobrzała na tyle, że dała w łeb Irenie za obwąchiwanie jej dzieci, i wtedy już wiedziałam na pewno, że będzie zdrowa.

Zanim to jednak nastąpiło, krasnale musiałam karmić z butelki, bo były cienkie jak szczypiorki i ciągle męczyły Kachnę o mleko, którego nie miała już całkiem nic. I tu przyszła nam z pomocą Bożena, która rozwiązała się półtorej doby po Kachnie, czyli w niedzielę dwudziestego marca, też wieczorem, a cycki jej pękały w szwach i mogłaby wykarmić przeciętne przedszkole wraz z przedszkolanką, a i dla pana z kotłowni zostałaby szklaneczka.

Dzieci Kachny wyglądały tak (na pierwszym planie córka):

dziecki Kachny dziecki Kachny corka z przodu

synek Kachny

coreczka Kachny przy butelce synek Kachny przy butelce

A dzieci Bożeny tak (synek na pierwszym planie):

dzieciaki Bozeny Bozena z dziecmi  Stasio syn Bozeny

Bożena nie poszła w ilość, tylko w jakość – ta dwójka to największe kozie dzieci w historii naszej koziarni i w dodatku pobiły rekord w biegu do baru, bo jeszcze nie do końca wylizane i z pałętającą się między nogami pępowiną już były u cycków, a w godzinę po porodzie, gdy sprzątałam łożysko, dzieciaki Bożeny wyszły ze mną z porodówki i zaczęły beztrosko zwiedzać koziarnię. Gdybym nie była przy porodzie powiedziałabym, że mają już kilka dni życia za sobą (powyższe zdjęcia zostały zrobione w półtorej doby po porodzie).

Jak już większość z Was wie, tydzień później synek Bożeny, który miał się nazywać Stasiem, tak jak Bożenie obiecałam, i córeczka Kachny, jeszcze bezimienna, zaginęli bez wieści. Wiecie, że szukaliśmy. Wbrew zdrowemu rozsądkowi nawet w czwartej dobie od zaginięcia łaziłam po okolicy nasłuchując i wytrzeszczając oczy, choć niby wiedziałam, że dzieciaki nie miały szans przetrwać tak długo bez jedzenia. Nadzieja naprawdę umiera ostatnia. Ja już swoje wypłakałam i nie chcę do tego wracać. Teraz syn Kachny i córka Bożeny (od początku mówię na nią “Małabożenka” i tak jej pewnie zostanie) są najlepszymi przyjaciółmi i trzymają się razem, jakby byli rodzeństwem. Małabożenka wcale nie wygląda jak Bożena i jest dużo większa od synka Kachny, ma bardzo miłe usposobienie i nie wiem, czy Bożena jest z tego dumna, ale ma jeszcze czas nauczyć małą kilku złośliwych sztuczek. Nikogo też nie muszę karmić z butelki, bo Kachna ma teraz wystarczająco dużo mleka; wystarczyłoby i dla córeczki… Ale nie chcę do tego wracać.

Kachna z synkiem 2 Kachna z synkiem Malabozenka

co knuje Malabozenka

No i tak to. Buk dał, buk wzion. A kto daje i odbiera… Nigdy mi się nic kupy nie trzymało w tych wszystkich religiach, za to gdy słucham Kata, to mam jasność umysłu i pewność tego, że umrę, by nigdy nie powstać. A jak sami wiecie, niepewność jest najgorsza.

PS. Jeżynowy Karambol zapowiada się na bardzo dobre wino, nawet jeśli tylko ja i moja Mama tak twierdzimy. Został po raz trzeci zlany znad osadu, którego tym razem nie było już prawie wcale, i teraz wygląda tak:

gasiorek z Karambolem

Czterolitrowy słój szklany przerobiłam na gąsior do wina w ten sposób, że małżonkiem wywierciłam dziurę w blaszanej zakrętce, w dziurę wetknęłam “na ścisły wcisk” tę specjalistyczną gumkę z kolejną dziurką, a w dziurkę w gumce specjalną rurkę, która robi “bul”. Gwoli ścisłości – “bul” robi woda wlana do rurki. Słój owinęłam gazetą, żeby światło nie drażniło wina, czy coś, no i postoi sobie jeszcze trochę, zanim odważę się zlać je do butelek i zabunkrować w piwnicy.

gasiorek w opatrunku

Naprawdę bardzo dobre wino. Już jest klarowne, o głębokiej, rubinowej barwie, wytrawne, ale z nutką słodyczy na końcu, i co najważniejsze – żadnego posmaku siarki, drożdży, czy innych niepożądanych wrażeń. Nie jest ani za mocne, ani za słabe. Powiedziałabym nawet, że jest kusząco aksamitne, niepokojąco tajemnicze, i przywodzi na myśl dziki seks w jeżynowych zaroślach, skąpanych w porannym słońcu, gdy jego niesamowicie przystojna twarz rozmyta w pryzmacie tęczy igrającej wesoło na kropelce rosy zwieszającej się z dorodnego owocu co oszałamia swym ciężkim od upalnego lata aromatem i tak dalej, ale taka ze mnie Michalak, jak z koziej dupy cymbałki. W każdym razie wypiłam już trochę wina za trzy dychy z Biedronki i mogę śmiało powiedzieć, że moje mu nie ustępuje w niczym. Nie mam pojęcia jak je zrobiłam, bo to w ogóle nie miało być wino, tylko syrop jeżynowy, a zmiana kierunku przetwórczego nastąpiła bodaj dwa dni po zasypaniu owoców cukrem, zapewne pod wpływem impulsu wywołanego zakłóceniami w mózgu na tle niestabilności emocjonalnej związanej z cyklem menstruacyjnym, czyli po prostu “jebłam wino, bo tak”. I teraz nie pamiętam ile dałam cukru, ani kiedy, ani czy dosypywałam w trakcie produkcji, ani jak długo stało do pierwszego zlewania, ani w ogóle nic, bo to było pół roku temu, i nigdy już takiego samego nie zrobię, ale co tam. Mam cztery litry, sporo bigosu na tym opędzę, a skoro szczęście tak lubi sprzyjać początkującym idiotom, to następnym razem wezmę się za cydr lub pasztet z borsuka.

zdegustowany Karambol

(mamy jeszcze prawie pół litra odlane do butelki, celem dalszych badań nad tajemniczością, rosą i wpływem księżyca na życie seksualne biedronki, więc życzcie nam “na zdrowie”)

PPS. A Wielki Zły Tydzień wcale się nie skończył po świętach. Otóż dowiedzieliśmy się, że od pięciu lat jesteśmy dłużnikami telewizji kablowej, tylko nic o tym nie wiedzieliśmy. Podobno nie zapłaciliśmy jakiegoś rachunku, i z 50 zł zrobiło się 500 zł, wskutek działań sądowych i komorniczych, a “sprawa” ostatecznie trafiła do firmy zajmującej się skupowaniem i ściąganiem długów. Pamiętam, że przed przeprowadzką dopięliśmy wszystkie sprawy na ostatni guzik, wypowiedzieliśmy wszystkie umowy (telefony, internety, telewizje, prądy i gazy i co tam jeszcze) i zdaliśmy wszystkie graty, a cała sprawa mi zalatuje. Zawsze miałam nerwicę płacenia rachunków i nigdy nawet nie czekałam na wybicie terminu zapłaty, tylko płaciłam rachunki “od ręki”. Firma ściągająca długi miała nam wysłać całą dokumentację, a wysłała tylko wezwanie do zapłaty. Przez pięć lat nikt do nas nie zadzwonił, nie udało się ustalić naszego nowego adresu, i tylko licznik bił, choć oczywiście kablówkowi mieli nasz numer telefonu. Mówię Wam, że telewizja to samo zło i w ogóle dziecko Szatana, i lepiej się trzymać od niej z daleka. My się trzymamy od pięciu lat, a i tak nas dopadła!

A wczoraj trafił mnie jasny szlag na pisemko z ARiMR, ale na to już nie mam siły. Może innym razem upuszczę sobie krwi, a może i ropy, bo czuję że robią mi się czyraki na mózgu i mam ochotę odcinać ludziom głowy i robić z nich świeczniki.

PCV. I zrobiłyśmy z Mamą wiosenne śmieciobranie:

wiosenne plony wiosenne plony2

Dwie taczki z górką i cztery wiadra cebulackich dóbr. Kilka godzin zbierania, tudzież wyszarpywania z ziemi, bo czasem wystaje tylko rąbek od spódnicy (lub kalosza, koszuli, słoika, kłębu drutu).

I tak to się jakoś ostatnio układa, że jak nie grzebię w gównie lub cudzych śmieciach, to siedzę pod stołem i płaczę. I co wstanę, się otrzepię, i zbiorę siły by żyć, to jakaś nowa chujnia z grzybnią wyłazi spod kamienia. Tak poza tym – wszyscy zdrowi, przynajmniej na ciele.

przedszkole kolorowo Guzik z mamusia pomieszanie z poplataniem to wszystko nie moje sprawy

jestem kotem i co mi mozesz zrobic