Powstańcie, których dręczy drób, czyli o lotach na miotle, czarach z mleka i lucyferazie

„Czarownica – tak cię zwą

zachowałaś piętno – skarb

lepszy niż niebiański pęk

najcnotliwszych kłamstw”

Fragment utworu „Bramy żądz”, z albumu „Oddech wymarłych światów” grupy KAT, 1987
.

No i jak Wam idzie z tą telepatią? Bo słyszę w uszach różne szumy, a czasem taki jednostajny, wysoki dźwięk, ale nie wiem, czy to Wy próbujecie coś odebrać, czy może Kosmos do mnie nadać. Jeśli to Wy, to pokręćcie gałką odbiornika, bo te szumy są uciążliwe, a jeśli Kosmos, to mówię jasno i wyraźnie: NIC NIE ZROZUMIAŁAM. STOP. NIE WIEM JAK OCALIĆ PLANETĘ. STOP. ZDEJMIJCIE GWIZDEK Z CZAJNIKA, BO OSZALEĆ MOŻNA. OVER.

A tymczasem u nas na Ziemi…

.

–  Wynocha! Poszły precz! Wynocha z koziarni, do widzenia, ja was tu nie zapraszałam, sępy, pijawki, padalce! – wrzeszczę wymachując miotłą jak obłąkany cieć. Kozy w te pędy zabierają się z koziarni, do której – tradycyjnie – wtargnęły hurtem wbrew mojej woli, a chciałam wziąć tylko jedną na przegląd kopytek.   – Jesteście wredne, podłe małpy! Zachłanne baby z Radomia! Ja was wszystkie sprzedam! NIE, ja was osobiście przerobię na konserwy! – kończę swoją szaleńczą tyradę, zatrzaskuję z impetem drzwi, aż cała obora stęknęła, po czym siadam w kucki pod ścianą i płaczę. Ze zmęczenia, z frustracji, z żalu do samej siebie, że tak sobie te kozy wychowałam, że żadna mnie nie słucha, za to każda mi chętnie wejdzie na łeb, i że to nie ich wina, i że one nie rozumieją, o co teraz pretensje, i że, i że, i że… No po prostu pękł mi zaworek i ryczę jak ten ranny łoś. Stado zbiło się w zwartą grupkę i trzyma się jakieś bezpieczne 5 metrów ode mnie.

–   Ty, co jej jest? – Irena trąca Bożenę nosem.
–  Nie wiem, może głodna? – Bożena jest w sumie zawsze głodna i zawsze na kogoś zła, więc takie uzasadnienie wydaje jej się całkiem logiczne.
–  Ja jej swoich ziarek nie oddam – stroszy się naburmuszona jak zawsze Herbata.
–  No ty to jej na pewno nie oddasz. Ty to byś jej jeszcze zabrała – mówi kwaśno Irena, a pod nosem cicho dodaje: „gruba Berta”. Tak cicho, że pół stada parska śmiechem.
–  Się śmiejcie, chude wywłoki. Zobaczymy, kto się będzie śmiał ostatni, na przykład w styczniu!
–  BUUUUU! Buuu hu hu hu huuuu! – kolejny niepohamowany wybuch płaczu wyrywa mi się z głębi trzewi i uderza w zachodnią ścianę lasu.
–  A może się szaleju najadła? – zakłopotana Czesio dłubie w uchu świeżo skorygowanym kopytkiem.
–  Szaleju? A to u nas rośnie? – pyta zdziwiona Ela.
–  A bo ja wiem? Taboreta trza by spytać, ona wygląda, jakby nic innego nie jadła.
–  Hi hi hi hi hi – tym razem emituję zduszony, szatański chichot, bo faktycznie, Tabo jest trochę w dekiel trzaśnięta i szaleństwo wyziera jej z oczu.
–  Co by nie było, trzeba ją jakoś pocieszyć – wyrokuje Bożena. – Tylko jak? Może ugryzę ją w ucho? Zawsze tak robię i nigdy jeszcze za miotłę nie złapała.
–  Albo nadepnąć na stopę! – wyrywa się Ziokołek. – Jak jej wczoraj nadepnęłam, to powiedziała: „Jezu słodki lukrowany, z jednorożcem w niebiesiech tańcujący”. To chyba dobrze, co nie?
–  No nie wiem… – szepcze nieśmiało Raszik. – Jak ja jej kiedyś nadepnęłam, to powiedziała: „kurwa mać”.
–  A bo ty za lekka jesteś, chuchro takie, to nawet nadepnąć porządnie nie umiesz – prycha lekceważąco Wielka Krycha.
–  Można ją jeszcze kopnąć – oferuje Pocztówka, która miewa coś do powiedzenia tylko wtedy, gdy stoi u boku matki. – Tak wiecie, na zachętę. Może w plecy?
–  Ja pierdolę… – chowam twarz w dłoniach, otarłszy najpierw smarki rękawem.
–  Co ona mówi? Co ona mówi? – szepcze zaaferowane stado.
–  Nie wiem, nie dosłyszałam. Chyba coś, że nie soli..?
–  Bez soli? Bez sensu – prycha Herbata. – Z solą wszystko smakuje lepiej.
–  Tobie to wszystko smakuje, kropka.
–  A wypchajcie się sianem, suche bździągwy, ja idę skubnąć trochę pokrzywy.

.

I gdybym nie trzymała twarzy w dłoniach, to bym zauważyła, że oto zbliża się do mnie Komitet Pocieszycielski, bo musicie wiedzieć, że kozy nie zasypiają sera w popiele, tylko jak coś uradzą, to zaraz wprowadzają w życie, no ale byłam nieostrożna, i gdy poczułam na prawym uchu gorący oddech Bożeny, to już było za późno – zostałam ugryziona, na plecach już miałam Pocztówkę, a Ziokołek kombinowała jak tu nadepnąć mi na stopę, co było o tyle skomplikowane, że wciąż jeszcze tkwiłam w pozycji w kucki.

.

Zrywam się do pionu.

– Ha! Widzicie? Mówiłam, że to pomoże. Momentalnie postawiło ją na nogi! – puszy się Ziokołek.
–  Przecież nawet nie zdążyłaś jej nadepnąć – stwierdza trzeźwo Bożena.
–  Widać czasem wystarczą same szczere chęci – Ziokołek to wcielenie skromności.
–  Ja was wszystkie… – cedzę przez zaciśnięte zęby.
–  …bardzo kocham? – kończy usłużnie Bożena.
–  No tak, tak, bardzo kocham, tylko czasem, NIE WIEDZIEĆ CZEMU, całkiem o tym zapominam.
–  A to tym się nie przejmuj – macha kopytkiem Bożena, odporna na sarkazm jak ja na ibuprom (serio, mogę to jeść garściami i zero efektu). – Ja też jestem już stara i czasem o czymś zapomnę, na przykład żeby w łeb komuś dać.
–  No tak, zauważy… AŁA! – znów wrzeszczę, tym razem z bólu.
–  I po co żeś ją teraz nadepnęła?! – gromi Ziokołka Irena.
–  A bo chciałam się upewnić, że jej się PERMANENTNIE polepszy.

.

Tak, tak, zdecydowanie mi się poprawiło. Tak bardzo, że porzuciłam idiotyczny pomysł na kozie konserwy. Zrobię z nich wszystkich porządne, wędzone, kozie kiełbasy.

.

Aha, być może zauważyli Państwo, że pojawiła się nowa bohaterka tego koziego serialu i zachodzicie w głowę, kim u diabła jest Pocztówka. No więc nikim nowym, bo to Małgosia, córka Bożeny z jesieni ubiegłego roku, tylko dostała ksywę „Pocztówka”, bo przez bardzo, bardzo długi czas była całkiem płaska. Na długość i wysokość całkiem w porządku, ale gdyby ją chcieć przekroić wzdłuż na pół, to na bank nie miałaby drugiej połówki, taka była cienka. No i w ogóle trochę się zmieniła, obecnie jest praktycznie cała czarna:

.

I bardzo mądra i odważna, to jest dopóki matka nie zniknie z widoku, bo jak Pocztówka zostaje sama to zaraz w bek i kitra się w kącie. Bożena ją trochę zbyt długo niańczy, no ale ja ją rozumiem…

A w ciągu dalszym poprzedniego wpisu uprzejmie informuję, że mamy trochę nowości i trochę starości (tak, to głównie o mnie). Nowości są takie, że jedna kura poza naszą wiedzą i wbrew naszej woli przesiedziała prawie miesiąc na strychu obory i wyprodukowała nowych Kurokezów:

.

Kura jest dzika i zachowuje się na tym strychu jak ja w sklepie, gdy ekspedientka zapyta, czy mi w czymś pomóc, czyli ucieka do kąta, stroszy pióra i robi minę pod tytułem: „ja niczego od ciebie nie chcę, nie chciej i ty ode mnie”. To się oczywiście świetnie składa, że WCALE nie muszę zaiwaniać po drabinie każdego dnia, żeby im zanieść żarcie i wodę. Wcale też nie musimy tropić pisklaków, które chciały nauczyć się fruwać i spadły na podwórko, a później włazić z nimi po drabinie na strych, żeby mogły, całe zestrachane, nasrać nam do ręki i polecieć się poskarżyć mamusi na straszny i zły świat.

.

I w ogóle ciarki mnie po plecach przechodzą gdy pomyślę, jak niewiele brakowało, żeby oni tam wszyscy padli z głodu i pragnienia, a przecież takie pisklaki przeżyłyby na diecie z kurzu i pająków najwyżej dwa dni od wyklucia, więc naprawdę mieli szczęście, że dnia pewnego, podczas dojenia kóz, usłyszałam nad głową cosik znajome „piu, piu, piu” i zaczęłam się na głos zastanawiać, czy to u jaskółek, których gniazd mamy tu co roku pełno, czy może u państwa Rudzików spod dziewiątki:

.

Bo oni też co roku zajmują ten sam lokal, wiszący akurat parę metrów od dojalnicy. A gdy godzinę później skończyliśmy dojenie i wyszliśmy na zewnątrz obory, coś mi kazało spojrzeć w górę, i w oknie strychu obory ujrzałam wkurzoną matkę kurkę i podskakujących żwawo Kurokezów. „Gdzie jest drabina, ja się pytam?!” – nastroszyła się matka kurka. „A co za różnica? Dzieci w zębach po tej drabinie byś zniosła, czy może wodę w dzióbku im nosiła, co?” – pytam wkurzona ja. Ona oczywiście do tej pory nie przyznała, że nie przemyślała tego swojego jajcarskiego przedsięwzięcia, bo to może nie są zbyt mądre kurczaki, ale dumę to mają napompowaną jak biały chleb ze sklepu, a ja dygam do nich codziennie z obiadkami po drabinie, i jeszcze za każdym razem ochrzan dostaję, że za mało robaków.

.

A skoro jesteśmy przy kurczakach i nowościach, to proszę, Państwo sobie zobaczą, jaki piękny, nowy lokal im małżonek wyrychtował:

.

Stary kurnik był malutki, wieczne w nim były bijatyki o kawałek miejsca na grzędzie, a poza tym teraz całą oborę zajmują kozy, więc małżonek się postarał i przerobił na nowy kurnik tę szopkę, co przylega do garażu, i nazywała się kiedyś „szopką na siano”. Jest kilka razy większa od starego kurnika, małżonek zrobił w niej okienka i wywietrznik z tyłu, zrobił okienko wejściowe z eleganckimi drzwiczkami, nastrugał grzęd jak dla stada strusi, nasklecał drabinek (do wejścia, do wyjścia, do wejścia na grzędę…), i przetargał samotrzeć całą tę szafę na jajka:

.

No więc mamy piękny, nowy kurnik, i od miesiąca kurczaki śpią… na drzewach.

.

Albo w krzakach. A te, co się nie zmieściły na drzewach i w krzakach, to śpią w koziarni, na tym drążku Sylwestra Stallone:

.

I żeby nie było, że my od nich oczekiwaliśmy, że się same zorientują gdzie jest ich nowy kwadrat, nie. My się poświęciliśmy już pierwszego wieczoru i z latarką w zębach łapaliśmy te kurczaki (bo dziką kurę złapać to tylko po ciemku i z zaskoczenia), i przenosiliśmy do nowego kurnika. Ja to je chciałam do środka przez okienko wrzucać jak ziemniaki, ale małżonek się uparł, że ładnie je musimy na grzędach porozsadzać, żeby o wschodzie słońca, gdy ślepa kura zaczyna coś widzieć i może nawet cokolwiek rozumieć, no to żeby one wtedy załapały, jaki mają czadowy kurnik, wygodne grzędy i miejsca jak na stado strusi i w ogóle, więc żeśmy sadzali te niewdzięczne, dziobiące i drapiące po rękach kreatury na tych cholernych grzędach, choć mnie to już nogi z tyłka wychodziły, i zostawiliśmy im drzwiczki otwarte, i rano wylecieliśmy tacy ciekawi, jak wyglądają uśmiechnięte kury, które są nam tak bardzo wdzięczne za poprawę warunków bytowych, i co? I jajco. Wszystkie emancypantki i dwóch inteligentów siedzieli w tym nowym kurniku, waląc się dziobami po łbach i wzbijając tumany kurzu skrzydłami, bo nie wiedzieli jak wyjść!

.

Małżonek tylko pokiwał smutno głową i poszedł się całkiem załamać (on bardzo lubi te kurczaki i bardzo się dla nich starał z tym kurnikiem), ja jeszcze próbowałam udzielać kurczakom wskazówek przez szparę w drzwiach („idź w stronę światła, cziken, W STRONĘ ŚWIATŁA” – bo rozumiecie, w relatywnie ciemnym pomieszczemiu, jakim jest szopka na siano, kurczaki widziały jasny, słoneczny kwadrat otworu wyjściowego, do którego prowadziła wielce wymowna drabinka), no ale dupa, nic z tego nie zrozumiały. Wstawiłam im do środka wodę, żeby nie mieć wyrzutów sumienia, i uznałam, że jak zgłodnieją, to zmysły im się wyostrzą i w końcu załapią, że drabinka, jasny kwadracik, za nim wolne ptaszki i motylki… Po kilku godzinach skapitulowaliśmy, otworzyliśmy drzwi do kurnika – całe towarzystwo, lekko zmierzwione i zakurzone wysypało się na zewnątrz, i od tamtej pory kurczaki śpią w krzakach. Kilka kur składa jajka w szafie z gniazdami, reszta – po krzakach. Psy są więcej niż zadowolone, my trochę mniej, bo kto miał okazję spać z pięcioma psami, co się nażarły surowych jaj, ten wie – atmosfera jest gęsta i lepiej nie krzesać iskier, bo można wylecieć w kosmos z tapczanem i wykładziną. Tak sobie teraz dumam, na kolejnym myśli marginesie, że Ruscy to mogli sporo zaoszczędzić na tym locie kosmicznym Łajki – zamiast budować pancerne rakiety, wystarczyło Łajce dać kopę kurzych jaj, a później pod zadek podetknąć zapałkę…

.

No i nie wiedziałam, że kiedyś do tego dojdzie, ale doszło, i mam kosę z polnymi myszami. Bo nie, ja jestem cierpliwa i tolerancyjna, serce mam ze szczerego złota, małżonek też ma rozciągliwe granice cierpliwości, więc żeśmy się już dawno pogodzili z faktem, że w Gwiazdolocie mieszkają myszy, że robią sobie gniazda w bagażniku, a nawet i w kabinie (niedawno odkryłam jedno w tylnej kanapie), ale tym razem gryzonie przegięły, bo nasikały mi do butów! Wiecie, do tych awaryjnych butów, które wożę w bagażniku na wypadek, gdyby mnie skądś wyproszono z racji, że ja boso. Te buty to takie leciutkie szmaciaki, minimalistyczne buty do biegania, bardzo wygodne, a przede wszystkim już JEDYNE, w których nie obciach się gdzieś pokazać, bo czarne kalosze w lipcu to sobie mogę do koziarni zakładać, a moje stare, zielone buty za kostkę są już na mnie za małe.

.

No w każdym razie nasikano mi do butów i to wielokrotnie, a konkretnie to w sumie tylko do prawego, ale tak skutecznie, że cały był mokry, że nie wspomnę o ZAPASZKU. A odkryłam to tylko dlatego, że chciałam przy okazji kolejnej wizyty u mojego dentysty udowodnić mu, że naprawdę mam buty, no i wyobraźcie sobie, że za pięć do wizyty sięgam po te nieszczęsne buty z bagażnika, rozplątuję uszy siatki reklamówki, w którą były spakowane, i uderza mnie ten okrutny mysi odór. No i co? No i znów boso…

.

Jak już zajechaliśmy po wizycie do domu, wysiadłam z samochodu, otworzyłam bagażnik, i wrzeszczę do środka, że przebrała się miareczka, myszy won z mojego auta, bo kotem poszczuję, a tu – Państwo sobie wyobrażą – z okolic lewego kierunkowskazu dobiega mnie bezczelne: „sama sobie won z NASZEGO AUTA!”. „Waszego?!”, wrzeszczę na pół lasu, „przecież to mój samochód, ja mam na niego papiery!”. „Ale ty z niego korzystasz sporadycznie, a my tu MIESZKAMY, tu są MAŁE DZIECI, i to się nazywa nabycie praw do lokalu przez zasiedzenie”.

.

Zasiedzenie! Zasiedzenie i zaszczanie, małe ich dzieci w mysi zad kąsane. I ja mam teraz do Państwa dwa pytania: czy ja muszę ten samochód przerejestrować na myszy i płacić za nich wszystkich OC, czy może przeciwnie – wyrejestrować całkiem, za to do gminy odprowadzać kolejny podatek od nieruchomości? A za wywóz śmieci to już nie wiem, jak liczyć, bo jeśli od osoby, to Państwo rozumieją, że z torbami pójdę, bo to przecież myszy są. A drugie pytanie jest takie: jak się pozbyć tego zapaszku z prawego buta?! Moczyłam w gorącej wodzie z proszkiem do prania przez dwie godziny. Potem wyprałam. Wypłukałam. Odstawiłam w wannie do ocieknięcia. W całej łazience śmierdzi jak na zamku u Popiela. Macie jakieś sprawdzone sposoby? To znaczy ja wiem, że prawdopodobieństwo trafienia na kogoś, komu również myszy nasikały do buta jest tak samo wysokie jak to, że królowa Szwecji wyśle mi kilogram cukierków ślazowych, bo słyszała, że nigdy ich jeszcze nie jadłam, no ale może mieliście choć podobny przypadek i udało Wam się wygrać z Klątwą Niepokonanego Odoru. A swoją drogą – jak tu mieć pozytywne nastawienie do imigrantów, gdy toto chce się tylko wprowadzić na kwadrat i zdemolować lokal, wypasać dzieci na cudzej krzywdzie, i jeszcze naszczać wszystkim do butów, ha?

.

A skoro jesteśmy w sferze aromatów: zrobiłam w końcu pierwsze sery pleśniowe z popiołem. Całe dwa. Zalatują camembertem, ale to pewnie dlatego, że biała pleśń ma swój specyficzny zapach, a to jest zupełnie inny ser. Coś bardziej w stylu francuskiego, miękkiego chèvre. Ser jest delikatny (nie prasuje się go, ani nawet nie kroi i nie podgrzewa skrzepu, tylko delikatnie, łyżeczką, przekłada kawałki skrzepu do formy i pozostawia działaniu grawitacji), wymaga sporego nakładu pracy, no i ma swoje pretensje względem warunków dojrzewania: od 11 do 13 stopni (dość wąski zakres), wilgotność na poziomie 90-95%, codzienne odwracanie, co należy robić bardzo ostrożnie, bo ser jest w pierwszych dniach miękki jak kostka masła zostawiona na noc na kuchennym stole. Zanim trafi do piwnicy, trzeba się z nim cackać trzy lub cztery dni w kuchni, a pleśń (penicillium candidum) pojawia się dopiero w dniu szóstym, choć podobno bez popiołu to nawet i dwa tygodnie trzeba czekać. Zrobiłam kilka fotek z różnych etapów produkcji. Najpierw ser stoi długo w garnku, a bakterie mają używanie, ale tego nie widać, więc Wam nie pokażę. Później ser ocieka w formach:

.

Na trzeci dzień można go już delikatnie oprószyć mieszaniną soli z popiołem:

.

Dzień szósty – pierwsze, z pozoru nieśmiałe futerko penicillium candidum:

.

Z POZORU, bo dwa dni później to już ser pleśniowy pełną gębą i nawet można go zjeść, ale ja chcę poczekać, aż bardziej dojrzeje:

.

No dużo zdjęć, bo jak zrobię coś nowego, to się cieszę jak głupi do sera. Czy wygląda ślicznie? Tak. Czy pachnie obiecująco? Tak. Czy to ja jestem taka mądra i zdolna? Nie. Przepis wzięłam z amerykańskiej strony jakiegoś pasjonata serowarstwa, tylko musiałam sobie poprzeliczać miary i wagi (wiecie, te uncje, galony i inne mile) oraz wyszukać odpowiednie kultury bakterii, bo facet korzystał z gotowej torebeczki liofilizatu, w której miał już stosowną ilość właściwych kultur bakterii i podpuszczki, a ja się bawiłam w SERlocka Holmes’a. Teraz codziennie chodzę do piwnicy obracać moje śliczne, puszyste króliczki, w białych, gęstych futerkach. Moje delikatne, kremowe królewny. Niuniu-niuniu. Pewnie będą okropnie smakowały.

.

Powiem Wam jeszcze, że przez ten ser pleśniowy znów mnie zaczęło ciągnąć do serowych eksperymentów, tylko albo mleka, albo czasu brak, a sery rzadko wybaczają omyłki, za to zawsze wypomną zaniedbania w procesie produkcji lub pielęgnacji. No ale spróbowałabym sobie czegoś nowego… Znalazłam przepis na ser dojrzewający w winie! To znaczy nie, że cały czas w winie, bo tylko kilka dni, a później to już normalnie, na golasa w piwnicy przez bite dwa miesiące, i tak mnie korci, że chyba zrobię. Poświęcę jedną butelkę Jeżynowego Karambolu i zrobię ser „Pijany Ziokołek”, tylko jeszcze muszę dobrać odpowiednie kultury bakterii z tego, co jest dostępne w Polsce, a później znaleźć czas. I jeszcze inny ciekawy ser widziałam, albo sześć. I mozzarelli nigdy nie robiłam… O właśnie, gdyby ktoś miał ochotę na kozią ricottę, to zapomniałam dopisać w tej mojej pożal-się-porze ofercie (https://kanionek.pl/forum/showthread.php?tid=83&pid=1263#pid1263), że też można zamówić, przy okazji innych serów. Ricotta jest uciążliwa w wykonaniu, ale ma swoich wyznawców (małżonek twierdzi, że jest wyśmienita i ma posmak orzechowy; ja twierdzę, że w ogóle nie ma smaku i do czego to podobne?, ale ja się nie znam).

.

No i tak poza tym to wszystko po staremu. Chleby rosną:

.

[A przy okazji chleba: małżonek pojechał do młyna po otręby pszenne dla kóz, i przywiózł trzy kilogramy mąki żytniej razowej typ 2000. Typ 2000 to, jeśli nie wiecie, taka mąka, w której prawie nie ma mąki, tylko same „śmieci”. O, tak wygląda:

.

Jak mnie przez telefon pytał czy brać, to powiedziałam że brać, bo nigdzie nie mogę znaleźć mąki z Młynomagu, na której chleb żytni razowy wychodził mi zawsze najlepiej, a i zakwas ją sobie chwalił i rósł na niej jak stopa bezrobocia w moim województwie, czyli szybko i bez umiaru.

.

Gdy tę makę zobaczyłam, to trochę zwątpiłam, ale niepotrzebnie – zakwas ją kocha, a chleb zwany tatterowcem odkryliśmy na nowo (na lepsze nowo!)]

.

Ławka wierzbowa się kołtuni:

.

[No wiem, ławki nie widać, bo ją jakieś wierzbowe krzaki zasłaniają. Ale kiedyś się za nią wezmę.]

.

Mleczne eksperymenty w słoikach trwają, niczym znana wszystkim telewizja, i nie chcą się zepsuć:

[I jeśli to nie są czary, to ja nie wiem co. Przecież te słoiki tak stoją już chyba dwa lata. Ani nie pasteryzowane, ani nie solone…]

.

Czapla przylatuje i pasie brzuch na naszych karasiach:

.

[Foty robione z kuchni, przez zamknięte okno. Bo czapla już się do ujadających zza płota psów przyzwyczaiła, ale widoku człowieka nadal nie znosi, i ja ją w sumie rozumiem.]

.

A przeszczepiona w ubiegłym roku gałązka jabłoni „strzelającej” ma w tym roku jeden owoc!

.

[I to jeszcze nie wszystko w kwestii jabłonek. Pamiętacie jak pisałam, że Lasy Państwowe wycięły „moją” leśną jabłonkę? Tę o żółtych, aromatycznych jabłuszkach, które dodawałam do dżemu z jarzębiny. No to wiosną tego roku małżonek, umęczony moim jęczeniem, że „nigdzie takiej jabłonki już nie znajdziesz, i po co oni to wycięli, takie smaczne jabłka”, pomógł mi w kupie poplątanych gałęzi na poboczu leśnej drogi odnaleźć te, które – jak sądziliśmy – należały do „mojej” jabłonki. Nie było łatwo, ale…

.

Z ośmiu przeszczepów przyjęły się aż dwa, i wiem, że każdy szanujący się działkowicz wyśmiałby to „aż”, ale ja te dwie rachityczne gałązki poczytuję sobie za sukces, mój i taśmy izolacyjnej Atosa, i co mi kto może zrobić.]

.

Mając kopie doły i karczuje krzaki, a Pasztefon zżera świetliki. Serio, coraz mniej świetlików widujemy na podwórku i myślałam, że to wina biegusów, bo one wiadomo, pazerne na mięso, aż tu któregoś wieczoru wracamy sobie z małżonkiem z koziarni i widzimy, jak Pasztedzik biega chaotycznym zygzakiem i kłapie paszczą, jakby się z nim Taboret zapasami szaleju podzielił. Wytrzeszczyliśmy oczy i się okazało, że on za tą zielonkawą latarenką tak lata, co świetlikowi z tyłka wystaje, i co kłapnie paszczą, to światełko gaśnie.

.

A skoro świetliki i lucyferaza, to może jeszcze fotka z Luckiem?

.

No i z Pacankiem:

.

I kawałek ogródka, i ja nie mówię, że wszystko co tam jest zielone to chwasty, ale większość to niestety tak.

.

I topinambur, co to kłącza dostałam w prezencie na jesieni, całe wiadro ich było, a wylazło może z osiem roślin, i to głównie te poza ogrodem (choć to może i lepiej); wyrósł wyższy ode mnie, ale jeszcze nie zakwitł – może to wina chłodnego lata:

.

Może kilka serów, tak dla draki:

.

I na koniec krótki film o alternatywnych formach komunikacji:

.

[Tak, powiedziałam „jej mama”, zamiast „jego mama” – zmęczenie, starość i krzywe zęby. A Tabo w trakcie kręcenia filmu była na dojalnicy, żarła owies po przeglądzie kopytek, więc się nie odzywała. Ta koza ma jasne priorytety.]

.

Przy okazji Taboreta – o tajemniczym teście na zapalenie wymienia u kóz (i krów pewnie też) to może napiszę na Forum, żeby w razie czego łatwo było znaleźć (w razie czego? No w razie takiego przypadku, że wszyscy postradacie rozum, kupicie sobie kozy i będziecie potrzebowali tego testu, proste).

.

PS. I Państwo sobie teraz nie myślą, że uff, to już koniec, i że mi napiszecie w komentarzu: „no to super, Kanionku! Wszystko mi się podobało, pa!”, i sobie pójdziecie popijać drinka z parasolką, o nie. Teraz proszę poświęcić pięć minut na rozmyślania „ile mamusię to mleczko kosztowało”, bo Wy nie wiecie, ale już Wam mówię: ja sobie już dawno temu obiecałam, że gdy nadejdzie taki piękny dzień, że akurat nie będę musiała robić sera, i akurat dokładnie tego samego dnia będzie padał deszcz, i akurat wyjątkowo nic nie pie*dolnie nagłą niespodzianką wymagającą natychmiastowej reakcji, TO JA SOBIE POSPRZĄTAM. Tudzież poskładam do szafek to pranie, co je zrobiłam w kwietniu. I wyszoruję łazienkę, a nawet podłogę. No i właśnie nadszedł ten dzień, i co? I nic z tych rzeczy nie zrobiłam (no dobra, podłogę trochę musnęłam szmatą), tylko dla Was ten wpis napisałam, przejrzawszy uprzednio półtora gigabajta zdjęć. Proszę więc o chwilę zadumy nad moją wspaniałomyślnością i wyartykułowanie stosownych wniosków w komentarzu. Dziękuję.

.

PPS. Aha, a ostatnio byliśmy tak głodni, ale to TAK GŁODNI od tego niejedzenia obiadów tygodniami, że małżonek otworzył lodówkę, a tam akurat leciał ten program „Zrób sobie coś z niczego”, no i zrobiliśmy sobie zapiekankę z ziemniaków i cebuli, i jakiejś kiełbasy z zamrażarki, i koziego sera, i zielonego groszku z ogrodu, i leśnych grzybów, po które ofiarnie wyskoczył małżonek, gdy ja wydłubywałam groszek z łupinek. W przedsięwzięciu udział wzięły również: cząber i tymianek, bazylia i odrobina majeranku, słodka i ostra papryka, no i trochę przecieru pomidorowego. Tak to wyglądało podczas układania kolejnych warstw na blasze:

.

A tak po upieczeniu:

.

I była do tego jeszcze mizeria, ze świeżych ogóreczków i gęstej śmietany, i pewnie sobie teraz myślicie, że nie, nie pokażę zdjęcia z mizerią, bo przecież mam litość w swym sercu, ale właśnie, że figę. Nie mam. Bo ja mam nadal nieposprzątane, a Wy za to macie przeczytane, więc przykro mi bardzo, ale oto nakurwiam fotę z mizerią:

.

Ha, ha, ha, ha!