Roman córka Ireny, czyli kozi wieczorek i masakra przy dwóch świerkach

Z pozdrowieniami dla Margaret :)

“Umarł Maciek, umarł
już leży na desce
gdyby mu zagrali
podskoczyłby jeszcze”

Piosenka biesiadna

Jak sobie wyszukałam cały tekst tej przaśnej piosenki, to się nawet nie zdziwiłam, że z pozoru taka niby o tańcach i mazurskiej duszy skocznej, a tak naprawdę jak zawsze chodzi o seks, i na końcu MUSIAŁA być zwrotka o dziurkach i co to Maciek z nimi nie robił. Żywot człowieka poczciwego kręci się bowiem wokół chleba, dziurki i igrzysk, a gdybyście się zastanawiali, kto w moich okolicach jest mistrzem ars amandi, to oczywiście, że pan J. Na jaki temat byście nie zagaili rozmowy, i tak na końcu dowiecie się, kogo pan J. i kiedy, a jeśli nieroztropnie nie oddalicie się w te pędy precz, to będziecie nawet wiedzieli JAK. No ale miało być o umarłych, co to lubią sobie podskoczyć jeszcze. Otóż więc żmija z poprzedniego odcinka, martwa jak przepisy ustawy o zakazie przemocy w rodzinie, leżała sobie całkiem spokojnie na trawie, oddawszy swego ducha jakiejś przyszłej ważnej pani z urzędu. Leżała, jak się okazuje, zupełnie bez sensu, bo mogła raz jeszcze zaszaleć i zatańczyć wężyka. Żeby się więc całkiem dobra żmija nie zmarnowała, Gonzales wziął ją w obroty, ale ja Wam o tym od końca opowiadam, a to było tak:

Próbując złożyć do kupy moją wierzbową ławkę, gmerałam niemrawo łopatką i machałam młotkiem w ogródku, gdy nagle, kątem ucha złowiłam i mimookiem dostrzegłam rozgrywającą się nieopodal scenę walki niczym z “Kill Bill”. Agresywny i napastliwy czarny wąż rzucał się zaciekle na niewinnego, puszystego kotka. Obydwaj co chwilę wzbijali się w powietrze, przy czym wąż opadał wijąc się w paroksyzmach krwiożerczego szału, puszysty zaś kotek odpierając atak wroga majtającymi w powietrzu białymi, puszystymi łapkami. Natenczas obudziła się we mnie rycząca Walkiria, skrzypnęły prostujące się do biegu kolana, i już byłam w półrozpędzie na ratunek i odsiecz, gdy inny obrazek ze zgrzytem zaciągnął mi ręczny hamulec. Oto małżonek, zmierzający do drewutni po opał, ominął scenę jak z kasowej produkcji Tarantino niezbyt szerokim łukiem, i – nie mrugnąwszy nawet palcem – poszedł dalej. “Zwyrodnialec!” – zawyła dziko Walkiria, już odblokowana i sunąca wartko przez zwały słomianej ściółki, by zatłuc żmiję młotkiem. “Co proszę?” – przystanął zaskoczony małżonek. “No jak co? Jak co?!” – pieniła się Walkiria – “to nie widzisz, że Gamoń tam, że z wężem że?!”.

Przez skórę na czole małżonka widziałam, jak kręcą się kółka zębate jego zdezorientowanych myśli, bo ON JUŻ WIEDZIAŁ, ale nie wiedział, że ja jeszcze nie wiem. W końcu kółka się zazębiły, małżonek puknął się w czoło i rzekł tylko, bardzo wyraźnie i powoli: “Ale to jest GAMOŃ, rozumiesz?”. No i ten. Jak podeszłam, to zrozumiałam. Pamiętacie te fajne, oślizgłe i klejące się lekko, czarne pająki ze sklepu “1001 drobiazgów” z czasów PRL-u? Gdy się nimi rzuciło o ścianę, to one po niej schodziły, i z daleka wyglądały całkiem jak żywe. No i podobnie Gonzales ze żmii martwej uczynił animowaną – zahaczał o zewłok pazurem, podrzucał trupka w górę, a trupek opadał w esach-floresach, bo węże już tak mają, że nawet podziurawione i martwe trzymają krój i fason, a gdy opadał, wtedy Gonzales “się bronił”, nierzadko sam wyskakując w górę na spotkanie adwersarza. I naprawdę – z daleka to wyglądało BARDZO przekonująco. No to może wróćmy do ławki, jako i ja wtedy wróciłam.

Starożytni mieli różne w dechę powiedzonka, których genezy często nie sposób dociec, ale można przynajmniej próbować. I tak na przykład, zważywszy moje ostatnie doświadczenia, kto mi zabroni ostrożnie założyć, iż autorem maksymy facile dictu, difficile factu, był ogrodnik boskiego Cezara? Przy równie ostrożnym założeniu, iż Gajusz Juliusz zapragnął mieć w ogrodzie żywą ławkę wierzbową. No w każdym bądź razie mi się wydawało, że ta ławka to tak zwane nic prostszego, a okazało się, że nic z tych rzeczy. Witki maczane w wiadrze długo nie mogły się zdecydować, ale ostatecznie puściły korzonki:

korzonki

A rusztowanie pod ławkę zrobiłam takie (z gałęzi wierzbowych, co to je kozy pracowicie całą zimę obdzierały ze smakowitej kory, i których mam jeszcze z pięćdziesiąt razy tyle):

rusztowanie pod ławkę

No i bardzo byłam z siebie zadowolona, że o proszę – tylko dziesięć minut i jakie piękne rusztowanie, i przystąpiłam do formowania ławki właściwej z tych żywych witek, i wtedy zaczęły się schody. Po pierwsze, te witki wcale nie są tak giętkie i zwinne, jak martwa żmija, i to mi pokrzyżowało szyki już na wstępie. Po drugie, im dłuższa witka, tym grubsza, i tym bardziej nie jak żmija. A te długie zamierzałam wykorzystać na tak kluczowe elementy ławki, jak np. tylna krawędź siedziska, albo fantazyjnie gięte oparcie, no i świetnie by się nadawały, gdyby jednym końcem nie musiały tkwić w ziemi. Może powiem wprost: gruba witka, której ramiona tworzą kąt prosty, to witka złamana. Koniec końców nawbijałam witek w ziemię jak parówek w mięsnego jeża, zużyłam sznurka jak snopowiązałka na pełnym etacie, a efekt przypomina koszmar z ulicy więzów. I podejrzewam, że nawet jeśli wierzba której użyłam nie była z gatunku płaczących, to teraz już jest.

ławka pod jabłonką

ławka pod jabłonką 4

ławka pod jabłonką 3

ławka pod jabłonką 2

Na pocieszenie mam dla Państwa wieczorek z kozami w wersji wideo, oraz taką informację, że przez te Wasze propozycje co do imion koziołków, całkiem mi się poszła czesać wizja nazywania ich od pierwszej litery imienia matki. A zwłaszcza Roman nie chciał się ode mnie odczepić, i PROSZĘ BARDZO. Ta popielata kózka to Roman, córka Ireny. A na filmie wszystko lata i się trzęsie, bo najpierw Andrzej, a potem Kachna i Lucek, ale to się chyba da wywnioskować z uwag komentatora.

Się urwało, ale się spostrzegłam i jedziemy dalej:

Dziesięć światów… Tymczasem pod południową ścianą domu zakwitły już pokrzywy (a figę! jak słusznie zauważyła Leloop, to nie jest żadna pokrzywa, tylko JASNOTA BIAŁA. Gupi Kanionek.):

zakwitły pokrzywy

Czosnek w ogrodzie otrząsnął się z kurzej traumy i umacnia swe pozycje, nawet tam, gdzie wcale nie był wysiany:

wyłazi czosnek

więcej czosnku

A melisa wygląda tak:

odrodzenie melisy

I dosłownie z dnia na dzień wystrzeliły spod ziemi kwiaty mniszka. W poniedziałek termometr obwieścił 20 stopni w cieniu, zwabione zapachem kwiatów pszczoły odlatywały obładowane pomarańczowym pyłkiem, a potem przyszedł Kanionek z nożyczkami i ściął pięćset przewidzianych przepisem główek. Miód z mniszka lekarskiego ma z miodem tyle wspólnego, co pszczoła z młynkiem do kawy – niby i jedno, i drugie brzęczy, ale spróbujcie młynkiem zapylić czereśnie. Jednakowoż mieszkać na łonie natury i NIE ZROBIĆ miodu z mniszka to podobno obciach, więc zrobiłam. I w sumie dobrze, bo już następnego dnia przyszła jesień, deszcz i zawierucha, ocalałe z rzezi kwiaty zwinęły się w smutne trąbki, a pszczoły pewnie musiały napalić w kominku, bo ziąb taki że trutnia nie wypędzisz. No to co? To jeszcze po koziołku, i byle do wiosny!

tygodniowe maluchy Irenki

rodzeństwo

na spacerku

Lucek

kozy wszędzie

koziołek z czterema głowami

kozie przedszkole

kozie przedszkole 3

kozie przedszkole 4

kozie przedszkole 2

Irenka w jeżynach

Irena z dziećmi

Irena z dziećmi 2

buszująca w trawie

Bożena z dziećmi

Bożena z dziećmi 2

ręce pełne koziołków

Ciąg dalszy nastąpi. No chyba, że zaginę w lesie podczas poszukiwań czosnku niedźwiedziego (coś ty znowu wymyślił, Kanionek), to wtedy nie nastąpi.

PS. Projekt “kwoka” został doprowadzony do końca. Mały wybieg zamknięty. Małe okienko dla kurczaków zrobione. Nawet drabinkę do okienka im małżonek zmajstrował, po której wchodzą kolejno nabożnym krokiem, jak te babulinki po komunię świętą. Buda wymoszczona słomą i siankiem została wtargana na nowe miejsce. I co? I znowu jajko. Jaja w budzie wysiaduje Gonzales, i to bynajmniej nie kurze. Małżonek więc zaczął już lutować jakieś druciki, że niby inkubator zrobimy i sami wyprodukujemy te cholerne kurczaki. Ja tak sobie myślę, że jak już lutownica i druciki i znowu kupa zachodu, to już bardziej by nam się przydał paralizator. Na zmianę byśmy przy budzie siedzieli, i wszystko co się zbliży, a nie jest kurą, CYK! i leży. Jak wstanie i będzie chciało wejść do budy – CYK! i już nie wejdzie. A jak kury nie będą chciały wysiadywać tych jajek, to się jedną CYK!, podrzuci nieprzytomną do budy, i już na jajach leży. Bo w życiu trzeba szukać prostych rozwiązań.

Jak kurczaki kupiły sobie rowerek, czyli gdzie jest mój batyskaf

“She got the big guns pointed at my heart
Bang, bang, shooting like a firing squad
Big guns, she blew me away
And I went down in flames”
Fragment utworu “Big Guns” grupy Skid Row, z albumu “Skid Row”, 1989

Ja może na samym początku nadmienię, że bardzo Państwa przepraszam za długie przerwy i brak nawet głupiej reklamy, ale zarobiona jestem, a do tego, wbrew kłamliwemu porzekadłu, właśnie że BOLI MNIE głowa od przybytku. I nogi. I ręce. I dupa. Czemu dupa to już całkiem nie wiem, bo z wyglądu nie podejrzewałabym jej o jakiekolwiek mięśnie, ale na pewno nie od siedzenia. A teraz przejdźmy do następnego akapitu.

Odkąd wyprowadziliśmy się z miasta do lasu, nasze marzenia zaczęły zmieniać kształt i rozmiary, tudzież niepokojąco obniżać wysokość lotów. Teraz już w ogóle zresztą nie latają, a w tych nielicznych chwilach, gdy nie wloką się na piechotę, przed sobą pchając pełną gruzu taczkę, a za sobą ciągnąc pełen drewna wózek, leżą plackiem i nie chce im się nawet po zardzewiałą żyletkę sięgnąć, by skrócić swe męczarnie.

Pamiętam emocje towarzyszące zakupowi pierwszej taczki i niewymowną radość z możliwości przewiezienia kupki gruzu z miejsca A do miejsca B. Przed zakupem taczki bowiem, wszelki transport materiałów w naszym gospodarstwie odbywał się wiadrami lub w objęciach, czyli całkiem nieefektywnie, i za długo, i za ciężko. Za to zwykłe kółko, proszę Państwa, to jest wynalazek wszech czasów, i przy kółku chowa się każdy ajpad i ajfon. Bez kółka… To może przejdę od razu do naszego najnowszego marzenia, snutego już od kilku miesięcy, o DWÓCH kółkach. Co dwa kółka, to nie jedno, i po tym, jak już doznaliśmy wszelkich form ekstazy z taczką, przyszła kolej na wózek. Taki zwykły wózek złomiarza nam się śni, którym możnaby przewieźć większą ilość drewna, albo worków z liśćmi z lasu, albo butelek z wodą, albo co tam jeszcze rzuci los, i który nie wywracałby się jak taczka, gdy się do niego źle albo za dużo towaru załaduje (bo ci mówiłem, Kanionek, żebyś bardziej na środku kładł).

I uparliśmy się, że taki wózek można sobie zrobić, tylko potrzebne są mu kółka, temu wózku, najlepiej od dziecięcego rowerka ze starych, dobrych czasów, gdy jeszcze rowerki nie rozpadały się przy pierwszym lepszym wyrżnięciu w krawężnik, a kółka trzymały formę nawet wtedy, gdy tatuś z nadwagą zajumał dziecku rowerek, by skoczyć do Społem po flaszkę i Sporty. Szukaliśmy więc tych kółek od Pelikana, po dawnych znajomych i rodzinie, ale okazuje się, że nikt już w piwnicy reliktów przeszłości nie przechowuje, a piwnice w blokach w ogóle podobno przestały spełniać swoją dawną rolę przechowalni kompotów i Pelikanów, co napawa nas nostalgicznym smutkiem, no ale panta rhei.

No i we wtorek 14 kwietnia, oddając w punkcie skupu złomu różne takie z ziemi wygrzebane, zobaczyli my (ja! ja zobaczyłam, ja Kanionek!) obiekt naszych poszukiwań. Może nie od razu Pelikan, raczej jakiś kaczy pomiot, stał sobie oparty o zdezelowaną lodówkę bez drzwi – rowerek dziecięcy prawie niezardzewiały, z kółkami na klapniętych oponkach i jedną krzywą szprychą, brzydki jak noc na wysypisku, i w sam raz dla nas. Zapytaliśmy więc o możliwość adopcji zaznaczając od razu, iż kacza tuszka nam zbędna, i że najchętniej kupilibyśmy tylko te kółka, i czy pan Zbynio mógłby je dla nas odkręcić, to my po załatwieniu spraw i sprawunków po te kółka byśmy wpadli. Pan Zbynio nie widział przeszkód i wycenił wartość adopcji na jedyne 10 złotych (o radości, iskro bogów!) i obiecał odczepić kółka od metalizowanego błękitu brzydkiego kaczątka, po czym natychmiast o nas zapomniał i gdy wróciliśmy trzy godziny później, musieliśmy sobie sami odkręcać, co nie wpłynęło na wartość transakcji, choć jednak kosztowało nas trochę czasu, bo znaleźć płaską trzynastkę na złomowisku to nie jest takie hop-siup.

Ale do czego ja zmierzam. Gdy już przyszło do wywalenia forsy na stół, a dokładniej na spracowaną dłoń małżonki Zbynia Złomiarza, sięgnęłam do kieszeni i wydobyłam z niej TĘ DYCHĘ. Tę dychę, którą dwie godziny wcześniej przyjęłam z rąk sympatycznej pani prowadzącej sklepik ze zdrową żywnością w miasteczku B., w zamian za jajka od naszych kurczaków. Jajek “na próbę” sprzedaliśmy ledwie dwadzieścia, gdyż pani uprzedziła, że klient małomiejski, nieuświadomiony w zakresie cudownych właściwości jajek zielononóżki, może nie zechcieć rzucić się na nie zachłannie, jak student na parówki, a jajka wszak dłużej niż miesiąc nie poleżą. Ale czy to ważne? Grunt, że kurczaki kupiły sobie rowerek, a zachęcone pierwszym sukcesem już składają jajka akonto jednoosiowej przyczepki do Gwiazdolotu. To znaczy najpierw chciały składać na jedenaście par odlotowych wrotek, ale przekonałam je, że balot słomy na wrotkach do nich nie przyjedzie, a na przyczepce jak najbardziej.

kółeczka

A teraz przejdźmy do najnowszych wydarzeń. 15 kwietnia Roku Kozy. No nie tak się umawiałyśmy, Bożena. I w czym ja mam teraz głęboko odpoczywać, kontemplując zamulone dno stawu – w TYM?!

jestę owcę

razem2

jestę UFOKIĘ

razem3

Wieczorem czternastego kwietnia zamknęłam Bożenę na porodówce. Nawet powieka jej nie drgnęła. Rano, piętnastego kwietnia, Bożena przeryła i wywróciła do góry nogami całą ściółkę, ROBIĄC GNIAZDO. Zastałam ją stojącą na samym środku słomianego pobojowiska, przeżuwającą niedbale i bardzo z siebie zadowoloną. Wyrównałam z grubsza to pożal-się-zboże gniazdo, pocmokałam z uznaniem w kierunku torebki, jaką sprawiła sobie Bożena (owszem, z frędzlami, choć tylko dwoma):

Bożena z torebką

I wróciłam na salę główną, gdzie Tradycja już stała gotowa, by sprzedać mi litr mleka za pół kilo owsa. Ćwierć litra mleka później, święty spokój szlag trafił – Bożena rozlała się na słomie jak flagowy wieloryb Greenpeace’u i zaczęła alarmująco beczeć i sapać na przemian. W kanale mojego prawego nadgarstka zapłonął olimpijski ogień, gdy w zdwojonym tempie kończyłam doić Tradycję, bo przecież Bożena ZARAZ URODZI. Jednak z uwagi na fakt, iż zaraz to taka wielka bakteria, a Bożena to wielka oszustka, ofiara całopalna z mojego nadgarstka poszła całkiem na marne. Dwie godziny siedziałam napięta w kąciku porodówki, wąchając swąd przepalonego mięśnia przywodziciela kciuka, a Bożena kładła się, wstawała, beczała, skubała sianko, wzdychała, sapała, znów kładła i – nie zgadniecie – wstawała. I przysięgam, moje powieki miały trzy razy większe rozwarcie, niż wiadomy kanał Bożeny. Jaki batyskaf? Jakie wiosło? Pagaj może by się przecisnął, ale tylko do momentu, w którym zaczyna się pióro.

Tak, to było jedno z tych doświadczeń, od których w mięśniu sercowym robią się malutkie blizny, i pięciuset lat to ja już na pewno nie dożyję. I kozy naprawdę są dziwne. Irena, drobnej budowy i dobre dziesięć kilogramów mniejsza od Bożeny, urodziła dwójkę koźlątek tak, jakby od niechcenia splunęła za siebie. Bożena, starsza, większa, i na pewno nie pierworódka, wyciskała dzieci przez dziurkę od klucza i mnie to bolało od samego patrzenia. Za to Irena po porodzie krwawiła długo i obficie jak siekana wątróbka, a u Bożeny krwi było tyle, co po zabiciu głodnego komara. Wrzaski Bożeny przyciągnęły do koziarni absolutnie wszystkich:

my przyszli tylko popatrzeć

A wrażenia z seansu najlepiej obrazuje mina Tradycji, która nieopatrznie zajrzała na porodówkę:

matko z owcą

Nawet Andrzej był skruszony i w końcu przyznał, że to wszystko jego wina:

co ja narobiłem

Za to w dzień po porodzie dla wszystkich wyjrzało słońce.

razem4

owieczka

owieczka2

kocyk

kocyk pluszowy

kocyk i owieczka4

kocyk i owieczka3

kocyk i owieczka2

kocyk i owieczka

cycki Bożeny

kocyk i owieczka5

owieczka3

kanionek z kocykiem

kocyk i owieczka3

To małe i urocze, co wygląda jak pozszywane z różnokolorowych kawałków pluszowego kocyka, to koziołek. To w czarnych skarpetkach, co wygląda jak owieczka, to kózka. Obydwa słodkie i śliczne, i uroczyście Państwu przysięgam, na święty wagon paracetamolu i jednoosiową przyczepkę kodeiny, że jeśli coś mi się jeszcze w tym roku okoci, to ja ocipieję.

PS. A o wierzbowej ławce, drzwiach, i wrażeniach z dojalnicy będzie następnym razem, bo akurat nadarzyła się okazja pod tytułem “wielkie i ciężkie klocki drewna za darmo” i trzeba było zrobić kilka rundek Gwiazdolotem z załadunkiem własnym, i ręce mi z dupy odpadają (ale małżonkowi bardziej, bo on jeszcze przed załadunkiem ciął na mniejsze).

PPS. I jest szansa, że ogólne pogłowie mi się zmniejszy, bo Kotek znów przytargał żmiję na podwórko i solidarnie z Rosołami rozdziobali ją na durszlak. A jak mówi stare przysłowie – nosił żmiję razy kilka, i w końcu zdechł.