Cuda, wianki i boeingi, czyli o kulturze na wejściu

Mili Państwo.

Z uwagi na to, iż goszczę w domu ducha Ernesta Hemingwaya, który złośliwie zepsuł mi ciasto, a ponadto kopie w fotel i straszy kota, pozwolę sobie zacytować jedno z jego powiedzonek. Może wkupię się tym w jego łaski i sobie pójdzie, nalawszy uprzednio do obu kieszeni płaszcza mojego limonkowego ciasta.

“Pisanie to nic wielkiego. Siadasz przed maszyną do pisania i się wykrwawiasz”

Let’s bleed!

Zacznijmy może od końca, czyli od tego, że jest godzina dwudziesta druga, ja jeszcze w kuchni grzyby obrabiam, i nie dość, że mi nogi z rzyci wyłażą, to na sam koniec mojej udręki zirytował mnie producent majonezu “Kielecki”. Jedynym smakoszem rzeczonego produktu jest w tym domu mój mąż, a mi zostają słoiki do recyklingu. No i nie wiem, jak Wy, ale ja zawsze usuwam naklejki z butelek i słoików na przetwory, bo lubię nie tylko wiedzieć, ale i WIDZIEĆ co jest w środku, i sycić zmysł wzroku, dopóki ten zmysł jeszcze działa. Z usuwaniem naklejek różnie bywa, niektórzy producenci przylepiają je punktowo, inni po całości, ale takim łatwozmywalnym klejem, a producent majonezu “Kielecki” przegiął wajhę i pojechał po bandzie. Nie dość, że naklejka wielka i krzykliwa jak plakat wyborczy, bo z jednej strony mówi “majonez”, a z drugiej “spróbuj też musztardy”, to jeszcze przyklejona jest do słoika całą swą powierzchnią na jakiś superglutobeton odporny na wszystko, włącznie z palnikiem acetylenowym.

Ja rozumiem, że zamysł jest taki, by naklejka pozostała na słoiku, a nie w dłoni spoconego konsumenta podczas macania słoika w markecie, ale żeby ją aż tak, na butapren, cement i spawarką? Długo nad tym myśląc doszłam do jedynie słusznej konkluzji, że producent zamierzał wysłać ten słoik w kosmos i obawiał się, że naklejka nie przetrwa momentu wyjścia z atmosfery i odpadnie, w związku z czym przechwytujący słoik kosmici nie będą mieli pojęcia, kto wyprodukował taki w pytkę majonez i nie przylecą po więcej. Że o musztardzie nie wspomnę. Ale nie ze mną takie numery rodem z NASA. Mnie ten słoik akurat pasował rozmiarem, więc po nieskutecznej próbie oddzielenia naklejki przy użyciu broni znanej już w średniowieczu, czyli wrzątku, podeszłam do sprawy w nieco starszym historycznie stylu Wikingów i obdarłam słoik ze skóry nożem. Potem jeszcze tylko krótka wyprawa z latarką do warsztatu po benzynę i voila! resztki ogniotrwałej masy klejącej rozmazały się jak Leonardo na myśl o Oscarze, po czym spełzły grzecznie ze sceny. I wuj ci w kosmos, Kielecki, i nigdy nie kupię waszej musztardy!

A teraz wróćmy do początku, czyli do wtorku.
20 sierpnia rzucałam gruzem w Energę, prawda? W poniedziałek 25 sierpnia pojechaliśmy zrobić cotygodniowe zakupy i wdepnęliśmy do siedziby giganta, żeby go uprzejmie zawiadomić, że nam psycha siada na wszystkich dostępnych fazach. Kiedy dojechaliśmy do domu, wetknięta w drzwi kartka poinformowała nas, że musimy się niezwłocznie skontaktować z Energą w sprawie wycinki drzew. Uwierzycie? Pięć dni po wypowiedzeniu wojny na gruz i stłuczkę szklaną, trzy godziny po osobistym stawiennictwie, Energa leci do nas z piłą łańcuchową w zębach! No to w jaką kategorię ja mam to wsadzić, jak nie w CUD? I jako żywo, we wtorek rano wychodzę przed dom, jeszcze zaspana, z kołtunem na plecach i ręką po łokieć w niemrawym oku, a TU, pod syberyjskim świerkiem, dziadek jakiś z golarką na kiju przymierza się gałęzie moich drzew chlastać. Małżonek też wylazł, najwyraźniej zaciekawiony, bo co prawda przyzwyczaił się już, że ja do siebie często i dużo gadam, ale żeby na dwa głosy, w tym jeden męski, to jeszcze nie słyszał.

I tak stoimy, dziadek nam papiery pokazuje, i że musi świerka nam trochę podciąć, bo państwo rozumieją, my mamy takie przepisy, a musi się spieszyć, bo na inną robotę potem lecą. My stoimy i kiwamy niemrawo głowami, bo jeszcze nie do końca do nas dociera ten dziadek cudownie zmaterializowany na środku naszego podwórka, i tego już nie zdzierżył pies Laser, bo on ostrzegał, że nie można tak bez pozwolenia na strzeżoną posesję. Jak więc siedział trzy minuty spokojnie z boku, tak widząc, że my jacyś niedorobieni i awantury nie będzie, wziął nagle do dziadka doskoczył i łaps go za łydkę! No, to nas w końcu obudziło. Małżonek odstawił bestię do kojca, ja się przejęłam łydką, na szczęście przez gruby kombinezon nietkniętą, i przy okazji musiałam podziwiać okazaną dumnie bliznę po spotkaniu z innym psem, podobno jeszcze mniejszym, bo te najmniejsze są najgorsze.

Z tego świerka to dziadek przyciął profilaktycznie jakieś trzy gałęzie, ale proszę Państwa, co nasze oczy ujrzały zaledwie parę metrów dalej, w olszynowym lasku za ogrodem, to ja się do dziś nie mogę z tym oswoić. Tam jest DZIURA jak po trzonowcu lasowi wyrwanym, pustką straszliwą ziejący, intergalaktyczny terminal teleportacyjny, krajobraz po masakrze piłą mechaniczną drwala-psychopaty. My naiwni myśleliśmy, że oni gałązki drzewom przytną. W najgorszym razie kilkanaście sztuk wzdłuż linii energetycznej usuną w całości. We łbach nam nie postało, że wyrąbią nam taki korytarz powietrzny dla całej floty malezyjskich linii lotniczych! Ale takie ponoć przepisy, i jedyny plus dodatni jest taki, że jak się do mnie wybierze Premier z kwiatami odwiedzić wschodzącą gwiazdę podupadłej wsi, to samolot rządowy będzie miał gdzie zaparkować. A nawet zawrócić.

I co jest, panie, z tą kulturą? Najwyraźniej wiejsko-leśna etykieta przewiduje, że jeśli nie masz furtek i bramy głównej okutanych kilometrem łańcucha z kłódką wielkości krowiego łba, to to automatycznie oznacza, że każdy może sobie na takie podwórko wejść, kwiatki powąchać i policzyć przerzutki w cudzym rowerze. Ten energetyczny dziadek w łydkę dziabnięty to jeszcze NIC. On miał glejt od zleceniodawcy i napięty grafik, i interesował go tylko świerk na podwórku. Za to kilka miesięcy temu, w jakiś wczesnowiosenny poranek, wychodzę z pokoju tuż po przebudzeniu, a w przedpokoju JAKIŚ FACET! Z notatnikiem na sztywnej podkładce, długopisem, i bardzo głupią miną. Ja nie wiem, ale kto tu powinien być bardziej zdziwiony? Ja we własnym domu, czy – jak się okazało – inkasent z gazowni, a dokładniej to taki szpicel z Energi, co chodzi co trzy miesiące po ludziach i sprawdza, czy naród złodziejski na wskazaniach licznika nie oszukuje. No i historia podobna – ja rozmemłana, na kolczastej i wyboistej drodze pomiędzy snem a jawą, ze wskazówką ciśnienia w pęcherzu kręcącą wściekłe kółka, a tu taki SZOK z notatnikiem, psia jego w podkładkę szarpana. I on mówi, że wszedł, BO BYŁO OTWARTE! No gruz, chińskie zszywki i kowalskie obcęgi.

Od tamtej pory już zamykamy na noc drzwi wejściowe, środkowe i wewnętrzne. Bo przedtem nie zamykaliśmy, myśląc, że i po co? Jak się Kotek nauczył drzwi otwierać, to w tych głównych małżonek zamontował klamkę okrągłą i spokój był. A i psy teraz na noc zawsze luzem puszczamy. W ramach krzewienia kultury.

1 2 3 10