(Wystarczyło przez dwa dni podawać i smarki u Andrzeja i Buczka oraz kaszel u Kraszika zniknęły).
A skoro myszołowy wyjadają nasze zapasy mięsa, to na obiad postanowiłam zrobić zapiekanki. Tylko że bagietek nie miałam, więc te również trzeba było zrobić, jako i coś na kształt foremek do bagietek, które uwiłam z podwójnie złożonej folii aluminiowej i wyścieliłam papierem do pieczenia. Nie licząc faktu, iż od zrobienia zaczynu do skończenia wypieku kosztowało to wszystko 6 godzin (no i akurat na obiad o 18-tej się wyrobiłam), to muszę przyznać, iż roboty z tym nie ma wiele – wyrabianie zaczynu, potem ciasta, a na końcu formowanie wałeczków zajmuje łącznie może pół godziny, a najwięcej czasu i uwagi musiałam poświęcić tym nieszczęsnym foremkom – delikatne to takie, trzeba ostrożnie składać i umieszczać na blasze, tak żeby się stykały, ale nie pogniotły:
Dlatego też po skończonej imprezie wyrzuciłam jedynie papier do pieczenia, a same foremki z alufolii odłożyłam do szuflady na kiedy indziej. A nożyk do nacinania wyrośniętych bagietek zrobiłam sobie z dwóch patyczków drewnianych, trapezowego ostrza nożyka tapeciarskiego i taśmy izolacyjnej:
Reasumując: sama musiałam zadzwonić po bagiety i dzwoniłam do siebie, no bo do kogo, a wyszły pierwsza klasa:
Wyszło ich za dużo na jeden obiad, ale ze wszystkich zrobiłam zapieksy i na drugi dzień odgrzaliśmy je sobie w mikrofali.
A myszołowów jest już chyba z pięć i zdarzają się powietrzne przepychanki przy bufetowym słupku. Na domiar złego sójki zwietrzyły łatwy łup i też nagle zrobiło się ich więcej, a że są bardziej od myszołowów bezczelne, to nie czekają nawet, aż wrócę do domu po wyłożeniu żarcia na słupek, tylko zaraz go obsiadają, kradnąc każda po kąsku, więc znowu muszę iść i dokładać. Gang sójek obżartych po same wąsy obsiada potem dwie lipy na podwórku i straszy sikorki, które próbują się dobrać do SWOJEGO bufetu ze smalcem, słoniną i orzeszkami.
A na parapet przylatuje od jakiegoś czasu istny cudak, którego nie udało mi się jeszcze zidentyfikować, a i fotkę mu zrobić ciężko. Wygląda jak skrzyżowanie zięby z trznadlem, ale charakterek ma czyżykowaty – sapie do wszystkich pozostałych bywalców parapetu i rozpycha się jak u siebie. Roboczo nazwałam go Fistaszek, widać go na poniższym filmiku, który jednak absolutnie nie oddaje urody tego ptaszka – jest dość żywo ubarwiony, podgardle w kolorze cynamonu, góra też jakby pomarańczowa z czarnym cętkowaniem pojedynczych piórek, dziób żółtawy, lotki ogona skrzyżowane na końcu.
No i w końcu przyleciał też samiec grubodzioba – zdążyłam już zapomnieć, jakie one są ogromne! W porównaniu do sikorek, czy mazurków, oczywiście, bo od sójki jest jednak mniejszy.
Mamy już drugi dzień odwilży, upały po dwa stopnie na plusie (dobry porze, jaka ulga!), ale nie ma szans, żeby cały torcik z warstw lodu i śniegu się stopił, bo podobno zaraz znowu uderzą mrozy; niby nie na długo tym razem, jednak dla mnie nawet jedna kolejna godzina przy -15 to już tej zimy przegięcie. Ciekawe, czy ta kupa lodu na stawie stopi się do kwietnia.
Aha, zdaje się, że Zespół Ds. Kalendarza już wszczął prace nad kolejnym wydaniem – kto chce, niechaj już teraz śle maila z zamówieniem na info@kanionek.pl. Jeszcze nie wiem, ile w tym roku będzie kosztował, ale pewnie nie więcej, niż 80 zł już z przesyłką. W tytule należy wpisać: kalendarz, zaś w treści – uprzejmie uprasza się – adres do wysyłki wraz z nr telefonu, lub numer paczkomatu i telefonu. I oczywiście ile sztuk.
PS. Wiem, że zaległości blogowe wciąż nieodrobione, ale mam jakąś blokadę psychiczną i na razie staram się być na czasie z rokiem bieżącym. A teraz idę opróżniać wiadra z tej wody, co kapie (albo i ciurkiem leci) z nieszczelnych rynien, bo zalega w nich śnieg z lodem i woda nie płynie, tylko tu i ówdzie przesiąka, ewakuując się po linii najmniejszego oporu. Jedna z rur odprowadzających wodę z rynny do stawu też jest niedrożna – obawiam się, iż staw mógł zamarznąć do takiej głębokości, że ujście tej rury tkwi właśnie w lodzie i to się szybko nie odblokuje.
























Ha😍pierwsza
No to teraz mogę się zastanowić 🤣
Kanionku jestę w szoku – jak super że tak szybko coś naskrobalas. I cieszę się że u Was trochę cieplej. Unas już od kilku dni mokro a ptaki na działce drą się jakby była wiosna
A bagietki pobudzily mi ślinianki, idę robić swoje 😅
Przytulam ❤️
Taaa… Już jest zero stopni, a idzie większe Zło. Wiedziałam, że ten śnieg nie zdąży nawet na dobre zacząć się topić. Udanych wypieków, buziaki 😘
Rety! Tak! U nas też w końcu „ciepło”. FB mi przypomniał filmik sprzed 2 lat, gdzie nagrałam już żurawie. Na razie ich nie słychać. Puszczyki w tym roku też cicho, a poprzednie lata ze mną dużo gadały.
Nie wiem co to będzie jak ta breja znów zamarznie 🙈
A mam teraz gości na domek na prawie 2 tyg. Prosiłam jednych i drugich, żeby zabrali łańcuchy na koła. Ale pewnie znów się skończy wyciąganiem przez męża… tej zimy nie wyciągaliśmy tylko jednej pary, która miała napęd 4×4 🤣
Niech ten sniegolód już zniknie!
My tu zwykle na jesieni mamy komu pomagać – wydostać się z błota, pozbierać ucharatane elementy podwozia itd. 😁 A TERAZ ZNOWU PADA ŚNIEG! 🙄
O, i puszczyk też cicho siedzą… Jeśli jest faktycznie dramat na rynku gryzoni, to przechlapane.
Ten tajemniczy ptaszek wygląda jak Jer. U nas chyba przelotem. A imię dałaś mu całkiem pasujące bo lubi orzeszki ale bukowe. W naszym klimacie trudno o fistaszki.
Taaak! To jer 🙂 Dzięki, bo już ponad tydzień się nad tym głowiłam.
ptaszki śliczne. a bagiety nooo pani jeste pod wrażeniem przedsiębiorczości paninej.
oraz zdjęcia lasu z księżycem romantyczne :-)
teatru
Fotki nie oddają uroku tego wielkiego, złotego księżyca, ale to podobno właśnie obiektyw widzi wszystko obiektywnie, a człowiekowi się tylko wydaje, że księżyc wiszący nisko nad horyzontem jest taki ogromny.
Bagietkami to ja samą siebie zaskoczyłam 🤪
Też uważam, że to zięba jer. U nas bywały.
Idę dalej czytać.
A u mnie jest tylko jeden, więc to taki Fistaszek będący jednocześnie rodzynkiem 😁
Zięby zaś zwołały całą rodzinę i znajomych z okolicy, są ich dziesiątki.
Do czytania tym razem niewiele, za to nafilmowałam się jak Wajda, i to telefonem, jak jaki człowiek współczesny 🤪
Hokes-pokes
czery-mery
dziś widziałam już trzy jery
Choć to w głowie
się nie mieści
jutro może być trzydzieści!
(No i kruki zwietrzyły interes i siedzą na wierzbie, obserwując co się dzieje na słupku myszołowów. Zapomniałam dorobić drugi słupek, może jutro zainstaluję).
To se polataliśmy… Znów jest – 12, a prognoza na kolejne trzy dni jeszcze gorsza.
Wczoraj zderzyłam się z nowym problemem, i to nawet dosłownie – podczas dwudniowej „odwilży” pod skrzydłami furtek utworzyły się kałuże, bo wcześniej wygrzebywałam spod nich śnieg, żeby dało się furtki otwierać, więc były takie zagłębienia w terenie. Wiedziałam, że znowu idzie mróz, ale kompletnie nie połączyłam tych kropek, no i wczoraj rano zderzyłam się z jedną furtką przyspawaną do podłoża. Skułam lód z jednej strony, ale żeby się dostać do tej drugiej, to musiałam przejść przez drewutnię, a tam… też trzeba było skuwać. Dodrapałam się do samego betonu, a drzwi do drewutni i tak dało się otworzyć tylko na tyle, żebym mogła się przecisnąć bokiem, bo kawałki popękanej wylewki betonowej spuchnięty od mrozu grunt wyniósł jeszcze bardziej w górę. A Małyżonek spędził wczorajszy dzień w równie romantyczny sposób, z łopatą na dachu garażu, usuwając zeń pokłady śniegu i lodu. W rynnach zalegają teraz lodowe walce pokryte śniegiem, bo przecież znowu padał śnieg…
Jak to wszystko zacznie się topić, to chyba razem z całym dobytkiem odpłyniemy 🙄 O ile wcześniej się nie rozpadniemy, też z całym dobytkiem.
Małyżonek chyba wczoraj słyszał żurawie. Jeśli mu się nie wydawało, to zgroza, bo nie wiem, czy one sobie w tych okolicznościach coś do żarcia znajdą. No nic, idę w piecu palić.
Wg optymistycznego meteorogramu z meteo.pl w moim regionie jest tylko – 10, odczuwalna – 15. Tymczasem mój termometr elektroniczny pokazuje – 21, analogowy – 22, a odczuwalna to wg mojego wskazania „ja piehdolę, mam tego dość”.
Nie wiem, ile dzikich zwierząt nie przetrwa tej zimy, ale na pocieszenie zostaną nam kleszcze, bo one znoszą do – 30.
Ale te Jery to chyba zwiastun wiosny. One migrują przez Polskę do tajgi.
No może, ale skoro nawet pierwsza jaskółka wiosny nie czyni, to taki jer może co najwyżej obiecać, że wiosna KIEDYŚ będzie 🤪
Serio, ja już wymiękam. Siano w balotach jest tak zimne, że ręce odpadają podczas załadunku do wózka, choćby nie wiem jakie się miało rękawiczki, a na siekierę to już nawet patrzeć nie mogę. Drewna na rozpałkę schodzi trzy razy tyle, co normalnej zimy, lód i śnieg non stop od wielu tygodni, a wczoraj trzeba było jeszcze skuć materiał pod drzwiami koziarni od tyłu, bo już się ich nie dało otworzyć ani zamknąć. Ja siekierą, Małyżonek widłami, dwie godziny roboty. A słońce grzeje i ptaszki śpiewają jakby to już maj był. Teraz mam – 11 i muszę już kozy wypuścić, żeby się z nudów nie pozabijały.
Dziś już trochę lepiej, bo tylko – 12, a do tego wyspałam się jak człowiek i od razu mi raźniej. Nawet fakt, że od rana pada śnieg nie zepsuł mi dobrego nastawienia, a do tego widziałam kruka, jak leciał gdzieś pospiesznie, dzierżąc w dziobie dwa badyle, znaczy się gniazdo będzie budowane, a skoro nawet kruk ma nadzieję, że jakoś to będzie, to byłoby głupio, gdybym ja nie miała. Może też sobie patyki w zębach ponoszę, następnym razem, gdy dopadnie mnie uczucie beznadziei 🤪
Rób wszystko co Ci może pomóc przetrwać do wiosny. A wiosna będzie piękna; wytęskniona, wymarzona…
A dzisiaj pierwszy dzień Roku Konia i mnóstwo zaleceń otrzymałam – nie myć włosów, nie wyrzucać śmieci, nie rozpamiętywać, nie planować a nade wszystko zjeść obfite śniadanie.
Wiedziałaś?
Nic nie powiedzieli, czy przelewy można robić? i tu się czuję jak dziecko we mgle.
U mnie ten sam śnieg na dachu od 30 grudnia, tylko coraz cięższy. Ciekawe, czy spadnie mi na głowę czy na co innego. A, nie rozkminiać!
Kanionku, ile macie kóz teraz? I która jest najstarsza? Wyglądają super, a ten nieśmiały koziołek rozmiaru konia jest piękny.
Nie myć włosów i nie wyrzucać śmieci to brzmi trochę jak z poradnika „Jak zacząć swoją przygodę z syllogomanią” :D
Włosów niemycie dałoby się jakoś załatwić, wyrzucać śmieci u mnie też nie zawsze jest po co, bo i tak śmieciarka nie dojedzie, ale z tym obfitym śniadaniem to nie przejdzie – od dziecka nie cierpię jeść rano, ani nawet wczesnym popołudniem. Pierwszy posiłek najwcześniej o 17:00, a jak nie ma czasu, to o 20:00. O nierozpamiętywaniu to nawet nie wspomnę ;)
U nas też śnieg ma już swoje warstwy geologiczne…
Kóz 39, a najstarszy chyba obecnie Andrzejek, na wiosnę skończy 12 lat. Źrebaczek od Lucka jest urodziwy, to fakt, ale – jak mamusia – niezbyt mądry. Lucek też już młoda nie jest, znamy się kopę lat, a jak była nieco dzikawa, tak pozostała. Po ziarka przyjdzie, ale w innych okolicznościach to mowy nie ma, żeby jej choć dotknąć. A taka np. cała rodzina Herbaty (Herbata, Mleczko, Herbatnik i kto tam jeszcze) to pieszczochy i same się napraszają, żeby je drapać i miziać i dawać buziaczki. Musi to genetyczne :D
Właśnie im wszystkim zamawiam na próbę nowe kostki solne z wapniem, magnezem i fosforem (kilka kóz namiętnie liże ściany, bielone niegdyś wapnem) i drugi rodzaj z cynkiem i selenem. Do tej pory wystarczały zwykłe kostki z miedzią i selenem, plus zimą mieszanka wit-min Dolfos Dolmix Capri (zwykle 40 kgna jedną zimę tego schodziło), ale teraz coś jest na rzeczy z tym wapniem, więc zamawiam i zobaczymy.
W Bieszczadach zakwitła śnieżyca wiosenna – podobno nieomylny znak nadchodzącej wiosny, także ten, no, idzie, od południa idzie.
Ojezu, to dobrze, tylko żeby się po drodze gdzie nie potknęła (o te góry śniegu) 😘
No i parafrazując ze starego przeboju Lady Pank: pada śnieg, tak już przecież było, to znowu ja, nic się nie zmieniło 😁
Bedzie wiosna bedzie!
U mnie juz jakby jest, ale to minie 17C , a w słoncu to i ze 20!
Ale tylko kilka dni i ma byc lekko minusowo😆
Ale ptaki sa pewne, powiesiliśmy stare ptasie budki na nowym płocie i zainteresowanie że ho ho,
Także ten wiosna bedzie😁
No zazdroszczę, bo u mnie jest teraz – 11 i budki owszem, mają wzięcie, ale tylko te z fastfoodem 😁 Kolejny słoik smalcu z orzechami pusty, myszołowy regularnie kursują po swoje na wynos, i znowu gdzieś piszą, że pierwsza połowa marca będzie śnieżna i wciąż zimowa 🙄
A, kuna chyba wyczaiła, że ze stolika myszołowa czasem spadną jakieś ochłapy i trzyma się blisko – jak wczoraj rano, jeszcze po ciemku szłam do kotłowni z latarką, to ze wschodniego skraju lasu zaświeciły do mnie dwa oczka 😁
Wiosna, ach to ty! Dziś widziałam pierwszego żurawia, piękny widok.
Śnieg spadł na auto. Na szczęście to nie mój śnieg, chociaż auto moje. Wspólnota dała nr polisy. Chociaż mój śnieg jeszcze czeka na co by tu spaść. Dosłownie łypie groźnie, a ja się trzymam ściany.
Pacz Pani Kanionek jak to jest. Kozom nawet selen z miedzią, a jakie suplementy Kanionek łyka?
Zawieszam się, wpatrując się w kozy w koniczynie.
Dobranoc.
Kurczę, dobrze że akurat nie siedziałaś w samochodzie, gdy ten śnieg na niego spadł – nie wiem jakie szkody wyrządził, ale z samego doznania akustycznego można pewnie zawału dostać. Z drugiej strony lepszy śnieg, niż samolot, o czym mogłaby zaświadczyć kobieta, która kilka tygodni temu jechała sobie amerykańską kilkupasmówką (Floryda…?) i znienacka, a raczej prosto z nieba, nabawiła się pasażera na gapę (mały samolot, Beechcraft 55, wszyscy przeżyli, no ale jednak).
Ja widziałam wczoraj trzy żurawie, bardzo nisko leciały, więc to pewnie już te „nasze”, stacjonujące na łące od południa (dawnej łące, bo teraz to jest pole uprawne).
A kto mi broni kozie kostki lizać? 😁 Ale tak serio – łykam magnez, choć nie wiem, czy to ma sens, gdy non stop od wielu miesięcy jadę na omeprazolu. Kozy też mają kostkę z magnezem, może chociaż im posłuży 😉
Z moich doświadczeń z magnezem wynika, że nic mi nie dawał. Skurcze mięśni miałam takie, że zrywałam się w nocy na proste nogi. I już nie łykam i nie mam skurczy/ów.
Piękny dzień dzisiaj, pozdrawiam.
Ja to bardziej pod kątem atytmii ten magnez; skurcze pewnie też mnie czekają, bo Mama ma je dość często, a ja mam dużo po Mamie 😉
Tymczasem u nas słońce, plaża (ze śniegiem i lodem), osiem stopni, i na parapecie już pojawiły się dzwońce – zdążyłam zapomnieć, jakie z nich żarłoczne stworzenia; obsiadają parapet w piętnastu i młócą ten słonecznik, że po pół godzinie nic nie zostaje 🙄 Znowu muszę worek zamówić.
Dżizas, nie atytmii, tylko arytmii. Jak mam szkła kontaktowe na oczach, to z bliska nic nie widzę.
No i szczęście w nieszczęściu, iż pani Żozefin gaz się skończył może temperaturowo w nieszczęśliwym momencie ale cenowo w ostatniej chwili.
Jak tam przejawy wiosny w Kanionkowie? Już kilka razy widziałam gęgające kluczyki dołączające do gęgających kluczy. No i w słoneczku już jest mocno przyjemnie. Ciekawe czy śnieg u was stopniał.
Już prawie nie ma śniegu, ale lód na stawie to chyba do maja będzie zalegał.. Nocami wciąż po minus pięć i w rurach odprowadzających deszczówkę do stawu też nie chce odpuścić, ale w sąsiedniej wsi mają gorzej, bo w niektórych piwnicach zimowe zapasy pozamarzały 🙄 A kluczy na niebie faktycznie coraz więcej, żurawie, łabędzie, kaczki i gęsi… Wszyscy pozdrawiają z góry nasze stadka nielotów, aż się gąsiorowi ta radosna atmosfera udzieliła i drze dziób całymi dniami – tylko patrzeć, jak jego harem zacznie produkcję jajek 🙂