Gównorodek i inne polskie zwierzęta, czyli jak się suszy kurczaka

 

Wraz z nastaniem października sezon na „dobijcie mnie byle czym” uważam za otwarty. Nie dalej jak tydzień temu jesień kopnęła mnie w kolano (serio, serio; pokazałabym Wam siniak na lewym łokciu, którym próbowałam zamortyzować siłę upadku, ale siniaka nie było, bowiem natychmiast posmarowałam się cała olejkiem żywokostowym, który przysłała mi Mitenki), zaraz potem wdeptała w błoto, i z mściwą satysfakcją patrzyła, jak kurczaki lecą wydziobać mi oczy. Serio, człowiek nie może się wywrócić na własnym podwórku i poleżeć chwilkę, kontemplując zakichany los wieśniaka, bo zaraz zlatują się SĘPY (i to nie są „sępy miłości”), które tylko czekają, żeby człowiekowi obgryźć mięso do kości i rozwłóczyć wątpia po przydomowym trawniczku. No i gdy tak grzmotnęłam całym swoim jestestwem o ten skrawek betonu przed drzwiami wejściowymi, to odbiłam sobie płuca i doznałam wstrząśnienia chęci do życia, które to chęci są teraz obolałe i otacza je galaretowaty obrzęk obrzydzenia do – nie oszukujmy się – wszystkiego, a zwłaszcza tego wszechobecnego BŁOTA.

Zatem i przeto nie wiem, o czym będzie ten wpis. Najpewniej zrobi się z niego typowa zupa na winie, czyli zupa z tego, co się akurat nawinie. O, wczoraj nawinął mi się zimorodek, który czasem przylatuje nad nasz staw, i bardzo Wam to chciałam udowodnić, więc – chwyciwszy aparat leżący na kuchennym stole – wyszłam chyłkiem z domu i zgarbiona z zimna i przejęcia, jęłam się skradać w kierunku stawu. Skradanie się do zimorodka, z jednym okiem utkwionym w okienku podglądu aparatu fotograficznego, a drugim zezującym na zimorodka (czy on tam jeszcze jest, czy skradam się do pustej gałęzi, nad zimnym stawem, w oparach mżawki, przez kląskające bagno podwórka?), skończyło się tak, jak można było przewidzieć: wdepnęłam w psią kupę na podwórku, rzuciłam soczyste zaklęcie zawierające nazwę najstarszego ponoć zawodu świata, zimorodek się zląkł, i teraz musicie mi uwierzyć na słowo, że ta turkusowo-szmaragdowa plama siedząca na gałązce, to ON:

No dobra, udało mi się strzelić lepszą fotkę, gdy się odwrócił na gałązce, ale od strony popiersia nie jest tak egzotyczny:

A tu macie odrobinę tylko lepsze zdjęcie jednodniowego pisklaka zielononóżki:

I teraz chcecie ze zgrozą zapytać: „co robi pisklę kurczaka na sicie suszarki do grzybów?!”. A ja się pytam: co robił jednodniowy kurczak pod luźną deską strychu obory, w zimną, wrześniową noc, całkiem sam, i gdzie wtedy była jego matka, hę?!

Znalazłam go przypadkiem, a tak dokładniej to nadgorliwością i nerwicą, gdy wdrapałam się któregoś ranka na strych obory, żeby podrzucić matce kurce i jej świeżo wyklutym pisklakom jedzenie i wodę. Wcześniej nosiłam tylko owies, dla kwoki, a tego dnia zauważyłam, że kwoka nie jest już sama, więc nadgorliwość i nerwica kazały mi powymiatać rozsypany przez kurę owies z przeróżnych wokół gniazda zakamarków, żeby pisklaki się nie udławiły, próbując zjeść zbyt duże dla nich ziarna. I w ten sposób znalazłam tego nieboraka, wciśniętego pod luźną deskę leżącą na podłodze strychu. Był zimny jak noc, która właśnie się skończyła, i płaski jak puszka szprotów w oleju. Oczka miał zamknięte, a główka mu się luźno majtała, i tak mi się go żal zrobiło, bo reszta pisklaków wesoło ćwierkała pod napuszoną i dumną z siebie kwoką, że usiadłam na podłodze strychu, trzymając to chuchro w dłoniach i gadając do niego typowe głupoty wynikające z żalu i bezradności: coś ty tam robił, kurczaku? Po coś ty tam właził? Twoja stara się nie popisała, co?, i gdy tak głaskałam opuszką małego palca ten kurzy łepek wielkości orzeszka, orzeszek się nieznacznie poruszył! Moje serce popadło w chwilową arytmię, wydawało mi się, że mam omamy, ale nie – kurczątko żyło, choć wedle wszelkich zasad żyć nie powinno (w nocy było jakieś 11 stopni, a pisklaki w tym wieku muszą być stale ogrzewane do temperatury blisko 40 stopni).

Nakryłam biedaka drugą dłonią i zaczęłam chuchać na niego, żeby się szybciej rozgrzał, choć rozsądek mi podpowiadał, że i tak nic z tego nie będzie, a ten nieznaczny ruch głową i rozwarcie dziobka to pewnie typowe ostatnie podrygi przed wyprawą na tę drugą, podobno lepszą stronę. Siedziałam tam i chuchałam, hiperwentylując się do lekkich zawrotów głowy. Gdy pisklę otworzyło oczy wstąpił we mnie duch optymizmu, wetknęłam dłoń z kurczakiem do kieszeni polarowej bluzy i ostrożnie zeszłam po drabinie, by kontynuować reanimację umarlaka w domu. Głosy w mojej głowie szydziły, że niby co ja zrobię z jednym pisklakiem, gdzie ja go wsadzę, żeby mu było ciepło, i że dla jednego zdechlaka to chyba szkoda czasu i zachodu, ale duch optymizmu kazał im wszystkim spierdalać na drzewo i podpowiedział mi, że przecież w kuchni właśnie suszą się jakieś grzyby, czy inne zioła, na elektrycznej suszarce, i że przecież ona daje coś około czterdziestu stopni Celsjusza, czyli dokładnie tyle, ile nam trzeba!

Ja bardzo nie lubię, gdy głosy rozsądku ścierają się we mnie z głosami optymizmu i nieuzasadnionej radości, bo to trochę tak, jakby ktoś mnie głaskał po głowie i drapał pod brodą, a ktoś inny w tym samym czasie okładał kijem po żebrach, czyli trochę niekomfortowo. Wciąż niepewna sensu swoich działań umieściłam zdechlaka na najwyższym piętrze suszarki, obok niego położyłam termometr elektroniczny, żeby mieć baczenie na temperaturę, a gdy pisklak po około trzydziestu minutach zaczął się gramolić na cienkie nóżki, zabezpieczyłam sito od góry metalową siatką i wstawiłam mu do jego tymczasowego lokum miseczkę z żarciem i wodą. Wysechł, pojadł, popił, zaczął ćwierkać. Ćwierkał i skakał po sitku, zapewne w poszukiwaniu swoich pierzastych braci, a ja, oprócz tego, że puchłam z dumy, jakbym sama tego kurczaka zrobiła, gapiłam się na niego jak na Łazarza i miałam ochotę lecieć do wsi i głosić dobrą nowinę. No bo serio – ten kurczak NIE POWINIEN był przeżyć.

Gdy już byłam pewna, że nic mu nie dolega i jest gotów na największą przygodę swojego życia, to jest zostanie kurczakiem i grzebanie w ziemi przez resztę swoich dni, zaniosłam go na strych obory i ostrożnie wetknęłam pod skrzydło oburzonej matki kurki. Postałam jeszcze i popatrzyłam, czy ona go zaraz za kołnierz nie złapie i nie wyrzuci na zbity dziób, ale nie, przyjął się. Policzyłam wszystkie pisklaki, a było ich sztuk jedenaście, i do tej pory tyle zostało, tylko są teraz znacznie większe. Gdzieś w tej grupce kurzej młodzieży jest mój Zdechlak, który przez pierwszą godzinę swojego „życia po życiu” myślał, że jego stary to borowik:

 

Tak, czasem się rozdzielają i nie wszystkie latają za matką, ale na wieczór całą rodziną idą do kurnika!

A pamiętacie jeszcze tę kurę, której Pimpacy bestialsko odgryzł skrzydło? Oraz oskalpował podwozie do żywego mięsa? Ona też nie powinna była tego przeżyć, a przeżyła i ma się świetnie, o czym miałam okazję się przekonać tego wieczora, cośmy kurczaki na siłę do nowego kurnika pakowali, bo to akurat mnie ta jednoskrzydła Walkiria wpadła w ręce. Kurczaki to jest zawzięty i twardy naród – jeśli w kurczaku tli się choć iskra woli grzebania w ziemi, to on się nie da tak szybko w tej ziemi pogrzebać. A tu macie fotkę ojczyma i stryjka tego ocalałego kurczaka. W przeciwieństwie do pasierba nie ocaleli, lecz zostali poćwiartowani i zjedzeni:

 

A tu macie inne polskie zwierzęta:

Serwatka potwarożkowa, bogata w wapń i inne prozdrowotne fanaberie, cieszy się niegasnącym powodzeniem wśród absolutnie wszystkich mieszkańców podwórka.

Ci na zdjęciu poniżej też nią nie gardzą, ale nie dostają, bo niektórym nie służy (to znaczy pieski są innego zdania, ale nam wystarczyło kilka BARDZO RZADKICH przypadków, które musieliśmy ścierać z podłogi śród nocnej ciszy, by podjąć decyzję o całkowitym zakazie serwowania psom serwatki):

Ja Państwa przepraszam za tę obdrapaną ścianę, której jeszcze nie zdążyliśmy pomalować, choć farba w kolorze „czekoladowa rozkosz”, „kakaowa rozpusta”, czy jakoś tak podobnie, kupiona została już ubiegłego lata – po prostu wiecznie czasu brak, a do malowania to wiadomo, że trzeba graty odsunąć, podłogę zabezpieczyć, ścianę oskrobać ze wszystkich warstw cebulackich fantazji dekoratorskich, a najtrudniej się skrobie resztki starych tapet. Może zimą pomalujemy. Przeciwległa ściana została pomalowana w ubiegłym roku na kolor „śmietankowy zawrót głowy”, czy jakoś tak, choć na żywo okazało się, że jest to raczej „chleb nasz powszedni, wersja: miąższ pszennego z Biedry”. W tym tempie winszujemy sobie wypić szamponu (bo na szampana to nas nigdy nie będzie stać) z tytułu odmalowania całej chaty gdzieś za około dziesięć lat. Dokładnie wtedy, gdy „śmietankowy zawrót głowy” będzie już osrany przez muchy i przywdzieje oblicze „pszenno-żytniego z kminkiem”.

A teraz czas na wspomnień czar. We wrześniu gościła u nas moja kochana Mama, z którą strzeliłam sobie taką fotkę:

Tylko sobie nie myślcie – moja Mama to na co dzień elegancko ubrana kobieta, a tutaj wystąpiła w moich starych kaloszach (nawet na mnie za dużych), w mojej roboczej kurtce (wybrała się bez kurtki, a po drodze się okazało, że jednak zimno i wiało, więc oddałam jej tę różową okropność) i równie roboczych spodniach, gdyż po co miała pakować brzydkie ciuchy do walizki, skoro u mnie tego dostatek? A w ładnych to tu można co najwyżej w kuchni przy stole posiedzieć, a i to nie zawsze, bo jeśli wpuści się kochane pieski prosto z błotnistego podwórka… No nieważne.

A za plecami Małego Żonka, który robił to zdjęcie, rozciągał się taki widok:

Jeśli zastanawiacie się teraz, w którym jeziorze Polski stawia się słupki drogowe i co to za dziwna sieć na ryby, to tłumaczę, że to nie żadne jezioro, tylko droga asfaltowa, która prowadzi do drogi gruntowej, która prowadzi do nas. Taka piękna katastrofa – rzeka Bauda wskutek obfitych opadów wylała i zabrała nam drogę, zresztą nie tylko tę jedną, i nie po raz pierwszy.

W drodze powrotnej z tego spaceru sfotografowałam jeszcze kilka turkuciów podjadków, które ulewa musiała zmyć z górki, stanowiącej część drogi dojazdowej do nas, i te biedne turkucie drałowały z powrotem pod górę, a było ich sporo, w tym kilka osobników poległych.

(A wiecie, że to paskudztwo dorasta do długości 6 cm? Słownie: sześciu centymetrów? Jeszcze bardziej słownie: do długości prawie połowy przeciętnego męskiego… No nieważne. Duże jest to paskudztwo (na zdjęciach to są jeszcze młode osobniki) i dam sobie łeb obciąć, że one wszystkie wtedy były na najlepszej drodze do mojego ogródka, i zostało im już niespełna osiemset metrów do pokonania, więc niewykluczone, że teraz, gdy piszę te słowa, one się właśnie układają do snu. Pod moją ławką wierzbową).

Doszedłszy na skraj „naszego” lasu udaliśmy się we trójkę na krótki rekonesans grzybiarski (Mama się nie zna na grzybach, ale udało jej się dorwać kilka ładnych okazów borowika i koźlarza), gdzie nakręciłam kolejny filmik w kanionkowym stylu, czyli bez początku, końca, i bez szczątkowych choćby śladów sensu. Uwaga, materiał nie dla podofobów: zawiera stopy i niewiele poza tym. Dla fetyszystów stóp też nie. Nie powinny go też oglądać osoby z chorym błędnikiem, co sama zauważyłam dopiero wtedy, gdy go sobie w domu odtworzyłam. Innymi słowy: coś okropnego, więc Wam pokażę.

Na skraju lasu, zaraz tam, gdzie kończy się droga gruntowa należąca do gminy (ale nie wiadomo której; w każdym razie żadna z dwóch sąsiadujących nie poczuwa się do odpowiedzialności za stan tego bagna, nazywanego drogą tylko przez grzeczność i głupie przyzwyczajenie), no więc na skraju lasu wypatrzyłam nieco uszkodzony przez pilarzy krzak czarnego bzu. Liście mu już z lekka zżółkły, jedną gałąź miał nadłamaną, i w ogóle jakiś krzywy był i biedny, „czyli w sam raz dla mnie”, pomyślałam. Na drugi dzień udało mi się wyciągnąć Małego Żonka w to miejsce, oczywiście z łopatą, oczywiście pod pretekstem, że „chodź, Mały Żonku, pójdziemy zmeliorować trochę tę tragiczną drogę”. Melioracja metodą chłopską polega na tym, że się kopie rowki odprowadzające wodę z największych kałuż na drodze, żeby było chociaż widać jaka jest głębokość dziur, bo jeden z jeżdżących do nas kurierów już na tych bagnach utknął, źle wyznaczywszy sobie trajektorię slalomu pomiędzy kałużami. No i tak „zupełnie przy okazji” zapytałam Małego Żonka, czy dałby radę wykopać taki krzaczek, o ten tam, malutki.

Nie miałam pojęcia, że ten półnagi wiecheć zwiędłych liści ma tak rozbudowany system korzeniowy! Mały Żonek obiecał mi po raz kolejny, że zgniję w piekle, bo nie będę ukrywać – komary pod lasem cięły jak orkiestra walca, a krzak bzu rósł jakoś tak na opak, że korzenie miał całkiem gdzie indziej, niśmy się spodziewali (nie sprawdzajcie; nie ma takiego słowa jak „niśmy”), a gdy już rozgryźliśmy ten szczwany, bzowy fortel, to się okazało, że korzeń główny jest grubszy od pnia krzewu, no i tak nam jakoś długo z tym zeszło, a przecież jeszcze ta melioracja, bo trzeba było udawać do końca, że to był główny cel wyprawy, prawda.

Stopy po melioracji bagna łopatką (bo przecież pomagałam!) wyglądają tak:

To znaczy tak to one wyglądały już po tym, jak je próbowałam wypłukać w każdej napotkanej po drodze kałuży, bo wcześniej wyglądały ni mniej, ni więcej, tylko jak betonowe buty.

A krzak bzu wyglądał tak:

Miał nawet jedną lub dwie kiście owoców, ale kurczaki je opędzlowały dosłownie w piętnaście sekund, gdy poszłam do domu po rękawice. Nic im nie umknie.

A z wiadomości podpowodziowych to dodam jeszcze tyle, że nasz staw tylko na chwilę wycofał się spod furtki północnej i przez jakiś tydzień względnie ładnej, październikowej pogody mieliśmy nadzieję, że jeszcze wszystko wróci do normy, ale później ulewne i uporczywe deszcze powróciły, staw znowu zaleca się do furtki, a teren przed furtką zamienił się w upiorne grzęzawisko. Kto wyjdzie za furtkę północną musi się liczyć z tym, że zrobi ledwie dwa kroki i już na zawsze pozostanie w miejscu, w pozycji „na wiatrak”, czyli z nogami wessanymi w grunt do kolan i rozpaczliwie machającymi rękami. Ręce machają rozpaczliwie z dwóch powodów, z których pierwszy jest taki, że niełatwo utrzymać pozycję homo erectus w grzęzawisku, a drugi taki, że człowiek próbuje się opędzić od Lucka. Ten człowiek to najczęściej ja, i gdy tylko Lucek wypatrzy mnie z daleka, to zaraz leci by sobie ze mną narobić małych koziołków, „bo” – powiada – „no trudno, w sumie nie jesteś w moim typie, nawet brody nie masz, ale wiesz jak mówią – na bezrybiu to i darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby”. Założę się o stadko małych, rogatych Kanionków, że to Irena mu „sprzedała” takie przysłowie. Wszak Irena to koza oświecona, na co mamy stosowne dowody.

No więc Lucek do mnie leci, z tym rozmarzonym spojrzeniem i grzywką oszczaną, a ja drę się wniebogłosy, i małżonek musi w locie łapać jakiś kij i bieżyć mi na ratunek. NO WIEM, totalnie niedzisiejszy człowiek! Bo przecież współczesne standardy życia społecznego mówią, że jeśli, dajmy na to, wysypie nam się dziecko z wózka, to my postępujemy wg ściśle określonego protokołu: robimy smartfonem zdjęcie dziecka leżącego na betonie, natychmiast umieszczamy tę fotkę na fejsbuku, dodajemy opis: „paczcie jak mi sie Brajanek z wuska wyjebał”, czekamy na pierwsze komentarze, kopniakiem uciszamy drącego się bachora, a gdy już zbierzemy tysiąc lajków, to podnosimy gówniaka z ziemi, wsadzamy na powrót do wózka, wycieramy mu krew z twarzy i rozglądamy się bacznie, czy aby jakaś pokurwiona ludzka szmata nie wezwała na nas psów, prawda, bo ludzie to wilki i brat bratu oko dzisiaj wykole, byle tylko się wykazać, a my na tiszercie mamy „JP 100%”, a Brajanek na rączce wytatuowane: „żyj długo, umieraj młodo”.

No więc ja się drę jak opętana, a małżonek, człowiek starej daty, łapie kij zamiast aparatu, i dlatego owszem, mam dla Was filmik z zalotami Lucka, ale nie do mnie, tylko do INNYCH kóz:

Prawda, że rozkoszny? Już dwa razy zerwał drut pastucha rogami, a raz nawet mu się udało – podejrzewam, że przypadkiem, bo przecież nie pomyślunkiem – okręcić sobie drut wokół jednego rogu i wyrwać przykręconą do murowanej ściany obory deskę, w której tkwią izolatory, a co za tym idzie – wyrwał z korzeniami całe zasieki pod napięciem. I poszedł w długą. Podobnie robi z siatką leśną, którą ogrodzone jest podwórko: wtyka końcówki rogów w oczko, zahacza i ciągnie, szarpie i maltretuje, skutkiem czego teraz przez niektóre oczka siatki to i ja bym mogła łeb cały przełożyć, a kto wie, może i resztę Kanionka.

 

No więc jak już wcześniej wspomniałam – była u nas moja Mama, i przez te dwa tygodnie próbowałam ją podtuczyć, bo ona w domu to sobie chyba rzadko gotuje i wygląda jak wróbelek (taki z samego centrum Syberii), więc na stół wjeżdżały takie nietutejsze rarytasy, jak „mięsna brytfanna”:

Widok PRZED upieczeniem. Do mięsnej brytfanny, gdyby kto pytał, wrzucamy wiele kilogramów mięsa (jakie kto lubi, może być z kością, a nawet lepiej), uprzednio przez dobę marynowanego w mieszaninie oleju i octu balsamicznego (pół na pół) oraz soli i takich przypraw, jakie się komu wydają stosowne. No więc wrzucamy to mięso, a do tego: całe ziemniaczki w skórce (ja dałam takie małe wypierdki z ogrodu, wyszorowane pod bieżącą wodą, może kilogram), ćwiartki pomidorów, grube plastry cukinii, marchewkę w dowolnych kształtach, cebulę w połówkach lub ćwiartkach, całe ząbki czosnku, i co tam jeszcze mamy pod ręką, na to wszystko rzucamy całe gałęzie cząbru i tymianku, można też dać miętę, pęczek zielonej pietruszki i inne zioła. Nakładamy wieko brytfanny i pieczemy ten mięsno-warzywny kiermasz przez kilka godzin, może dwie, może cztery, w zależności od rodzaju i ilości mięsa. Wychodzi z tego PRZEPYSZNY obiad dla kilku osób na kilka dni, i to OD RAZU z ziemniakami, które się absolutnie nie rozgotowują, a są przesiąknięte aromatem mięsa i ziół. (Ja bym tam jeszcze nalała czerwonego wina przed pieczeniem, ale ze względu na Małego Żonka nie nalałam, bo on by tego nawet do sądu nie chciał pozwać).

Był też jogurcik z koziego mleka i długo się zastanawiałam, czy Wam o nim pisać, bo pewnie byście chcieli spróbować, a jest z nim jeden, albo nawet i dwa są problemy. Pierwszy jest taki, że jogurcik jest energochłonny (musi mieć ciepło, 45 stopni, przez bite dziesięć godzin. To nawet kurczak by na nim tyle nie wysiedział, więc trzeba się uciekać do standardowych, płatnych źródeł energii) i musiałby kosztować coś ze dwadzieścia złotych za litr, a poniżej litra to nawet nie byłoby sensu nastawiać, a drugi problem jest taki, że nie mam stosownych pojemników na produkty półpłynne. Mogłabym wysłać w zgrzanym woreczku foliowym odpowiedniej grubości, ale bo ja wiem? No i trzeci z tych dwóch problemów: jogurt po sporządzeniu musi być szybko schłodzony i przechowywany w niskiej temperaturze (do 5 stopni, powiedzmy), żeby nie zrobił się zbyt kwaśny, co nie wiem, czy dałoby się utrzymać w paczce transportowanej np. na drugi koniec Polski. Trwałość takiego jogurtu źródła wszelkiej mądrości opiewają na nawet dwa tygodnie, czego z Mamą nie udało nam się potwierdzić, gdyż cały litr wytrąbiłyśmy w ciągu jednego wieczoru:

Był PRZEPYCHA. Na litr jogurtu dałam prawie tyle samo borówek, bo tyle się udało Mamie nazrywać z tych moich biednych, zmasakrowanych przez sierpniową burzę krzaków. Sklepowe jogurty to temu mojemu mogłyby co najwyżej blender umyć i przeprosić, a wszystko dzięki, jak przypuszczam, sowitemu dodatkowi prawdziwych, świeżych owoców. Z mrożonymi pewnie też byłby spoko, byle było ich dużo, a nie jak w tych jogurtach ze sklepu, gdzie człowiek próżno łyżką gmera, by wyłowić strzęp truskawki, przetworzonej uprzednio na tysiąc frapujących sposobów. Aha – gdyby ktoś się uparł i chciał kozi jogurt, choćby i w reklamówce z Biedronki, to uprzedzam, że choć w smaku pyszny, to zapomnijcie o konsystencji „że łyżka stoi”. Taki jogurt powstaje z mleka krowiego, najczęściej z dodatkiem mleka w proszku (albo, jak widziałam na etykiecie: BIAŁEK MLEKA, takich wiecie, co to przechodziły obok i wskoczyły do jogurtu, bo akurat miały ochotę), a naturalny jogurt kozi jest po prostu półpłynny, o lekko kisielkowatej konsystencji.

Karmiłam więc nas wszystkich przez dwa tygodnie naleśnikami, pieczystym, tłustą zupą, plackami po cygańsku, jajecznicą z grzybami i czym tam jeszcze. Mama nic nie przytyła, za to ja i owszem, całe dwa kilogramy, ale to nic nie szkodzi, bo jak tylko Mama wyjechała, to my wróciliśmy do swojej codziennej diety składającej się z kanapek w biegu, więc cała ta pozorna inwestycja i tak się zaraz straci.

No ja wiem, kiedyś to wpisy na „kanionku” były krótkie, ale często i nawet na temat. KIEDYŚ to było KIEDYŚ, jak mi ostatnio powiedział Dziadek Miód, który – jak się okazuje – nadal żyje, choć ktoś mi w ubiegłym roku mówił, że umarł doszczętnie. No więc kiedyś to było kiedyś, a teraz jest jak jest, a na Dziadka Mioda to kiedyś dziewczyny leciały, jak się dowiedziałam, a teraz to już nie. I dowiedziałam się też, że więcej miodu to nie ma i nie będzie, więc wzięłam pięć słoików. „A JABŁKA MA?” – zapytał chytrze Dziadek Miód, a musicie wiedzieć, że w całym jego mieszkaniu czuć było świeżo robionym przecierem jabłkowym, zaś na wszystkich widocznych szafkach i kredensach pyszniły się litrowe słoiki pełne złocistego przetworu, więc Dziadek nie bez powodu o te jabłka zagaił. „Mam, mam”, odpowiedziałam, „jabłek sporo w tym roku”. No sporo, sporo, ale co z tego, skoro każde paskudne?! Jakiegoż doznałam rozczarowania, gdy zerwałam swoje pierworodne jabłko „strzelające”, a ono było całkiem bez smaku i w dodatku twarde i trociniaste, jakby z drewna wystrugane… Z początku myślałam, że zerwałam je zbyt wcześnie, ale nie – wszystkie jabłka z mojego podwórka są w tym roku drętwe jak pawlacz z płyty wiórowej i tak samo smakują. Pozbierałam, oczywiście, do piwnicy już większość zatargałam, bo kozy i kurczaki nie pogardzą, ale sama sobie nie pojem – każdy kęs, bez względu na odmianę, żuje się niczym stary wafel ryżowy, a kto to widział, żeby jabłko trzeba było wodą popijać, bo inaczej przez gardło nie przejdzie?

No więc kiedyś to było kiedyś, a teraz patrzcie, jaką mi piękną szafkę zrobił Mały Żonek:

PRAWDA? I ten stalowy zlewozmywak też jest nowy! Mały Żonek go w ubiegłym roku upolował na jakiejś aukcji. Zlewozmywak był nowy, ale w jedną komorę srogo walnięty, więc przeceniono go o milion procent wartości pierwotnej, no i Mały Żonek go kupił, wyklepał gumowym młotkiem, i dzisiaj ŻODYN NIE WIE, że ten zlew był walnięty, ŻODYN. Całość wygląda tak ładnie, że reszta gratów z kuchni chciała się z miejsca wyprowadzać, a zwłaszcza szafa ubraniowa bez drzwi, w której stoją garnki, oraz lekko zdezelowany komplet mebli z altanki mojej znajomej, w której znajoma robiła sobie zmianę wystroju, i który to komplet był do tej pory szczytem szyku i elegancji w moim domu, nawet pomimo krzywo wiszących drzwiczek z szybką („ja się tego boję naprawiać”, orzekł Mały Żonek, „bo to mi się może całe rozpaść w rękach”). Na razie jednak nikt się nigdzie nie wyprowadza, bo kolejnych ekscesów meblarskich już w tym sezonie nie będzie – Mały Żonek i jego nowa znajoma Krajzega są zajęci produkcją desek i słupów do przybudówki koziarni (chcemy wyprowadzić cały ten bałagan udojowy na zewnątrz), a za chwilę trzeba będzie ciąć gałęziówkę na opał. Mały Żonek machnął też kilka nowych paśników w obydwu połówkach koziarni, i teraz każda kozia komnata jest wyposażona w elegancki podajnik siana:

Ostatnie ogórki w tym roku zebrałam osiemnastego października, pieczarki też:

Kto chciał zobaczyć topinambury, to niech ogląda:

Są dużo, dużo wyższe ode mnie, nadal zielone, ale nie zakwitły.

Na koniec mam dla Was mocno przeterminowany film o ziemniakach (w trzech częściach), który – wiadomo – ma wszystkie rozczarowujące cechy filmów Kanionka, no ale innego nie mam, to nie dam.

Stay pruned!

PS. Aha, AHA, i dostałam od Was, między innymi na urodziny, różne takie, o których wszystko w swoim czasie, a dzisiaj jeszcze wrzucę takie coś:

To mi zrobiła taka jedna Jola, i nie wiem jak Wam się podoba, ale mnie bardzo, bo jest ładniejsze od oryginału, i może na którąś kartę kalendarza by się nadało?

O, tu jeszcze takie PRAWIE PIKASO:

PPS. No ale jak to – tak całkiem bez sera? Oto przed Państwem doskonale dojrzały ser pleśniowy z popiołem:

Po trzech tygodniach dojrzewania trzeba go koniecznie przenieść do lodówki, gdyż skórka i tak już wygląda na nieco sfatygowaną, a wnętrze jest gotowe i dalsze dojrzewanie jedynie zaostrzy już i tak wyrazisty smak tego sera. Miąższ jest lekko sprężysty, jak u camemberta, o konsystencji przypominającej serek topiony, przy skórce lubi się rozpływać w aksamitny, serowy krem. Nuta cytrusowo-pieczarkowa, zakończona mocnym akcentem koziej pikanterii. No nie tak mocnym, jak uderzenie rogów Bożeny w kość piszczelową (ja wiem, Bożena, że to było niechcący, i że nie o mnie chodziło), ale jednak. Miałam ostatnio kawałeczek dla siebie, taką próbkę z małej serii, i odrobinę dodałam do makaronu z sosem pieczarkowym – zdecydowanie podniosło to walory sosu, dodając mu głębi i intrygującego wykończenia. Czy ja polecam ten ser? Tak, ale już nie w tym roku. Teraz to Bożena zarządziła czyszczenie magazynów i sprzątanie na zakładzie, bo od grudnia zamierza tylko leżeć, odpoczywać, przeżuwać i – od czasu do czasu – walnąć kogoś w łeb.

A w tym roku można jeszcze zakupić ser długodojrzewający w wersji „Kopciuszek”, który wygląda tak: