Mam horom koze, czyli jak zostałam blogerką modową oraz siano z kończyną i Ziokołek na bombie



„You’re a woman
I’m a man
this is more than just a game
I could make you feel complete
but you’re a woman who eats shit”

Tak, to jest sparafrazowany utwór „You’re a woman” grupy Bad Boys Blue z roku 1985. Wszyscy znają, ale mało kto pamięta autorów. Zanućcie w głowie choć raz, na cześć tej miłości niespełnionej, której na drodze do szczęścia stanęły różnice w upodobaniach kulinarnych, a jeśli nie wiecie o co chodzi, to przecież już Wam piszę:

Godziny wieczorne, ja jak zwykle tkwię w kuchni, coś tam kroję, coś tam mieszam, a nawet coś tam smażę, gdy z pokoju Małego Żonka dobiega mnie taki oto lukrowany, miodem ociekający i ciągnący się niczym krówka-ciągutka monolog:

–  Dlaczego Majączek jest taki śliczny? No dlaczego? Dlaczego ma taki słodki pyszczek, że człowiek po prostu nie wytrzymuje i musi go pogłaskać? I dlaczego Majączek tak mi teraz podaje tę futrzaną łapkę, i tak łepek przekrzywia, i wygląda jak wcielenie słodkiej niewinności?

(Ja nie widzę co się tam dzieje, ale mogę się domyślać, że Majka już wywija ogonem i przytupuje tylnymi łapami, bo Majka jest psem stworzonym do przyjmowania komplementów i pieszczot. Wchłania je jak gąbka wodę i robi się od nich jeszcze bardziej puszysta).

– Ja ci powiem, Majączku, dlaczego tak jest. Bo to jest taki majączkowy podstęp. Taka futrzana pułapka. Taka słodka zanęta, jak na karpia, wiesz? I człowiek się daje na to złapać, bo myśli sobie: mój Boże, taki śliczny Majączek, z takim mięciutkim futerkiem, taki ładny, taki grzeczny, taki kochany, no to chyba chodzące dobro jest, co nie? I bierze takiego Majączka do siebie, wiesz, przywozi go sobie do domku, i co się wtedy okazuje? No co? Że Majączek żre gówno. I że kopie dołki. Bardzo dużo dołków kopie Majączek. I morduje drzewka i krzaki. Tak właśnie jest, Majączku, gdybym sam nie widział, to bym nie uwierzył, no ale tak właśnie jest. No i co my z tym Majączkiem zrobimy? Co-my-znim-zro-bi-my?

(Sylabizowanie oznacza, że Majączek jest właśnie tarmoszony za spęczniałe od tych czułości futerko i zapewne wywija ogonem jak helikopter śmigłem i zaraz całkiem odleci, i kompletnie w nosie ma zagadnienie „co my z nim zrobimy”, byle ta chwila trwała i trwała. Ja się niestety nie dowiaduję, co my z tym Majączkiem zrobimy, bo akurat dzwoni telefon).

– – – – – – – –

–  Wyszło osiemnaście dużych placków i wujek z Kanady zmarł – anonsuję małżonkowi pół godziny później, o dwudziestej drugiej minut trzydzieści.
–  Że jak?! Możesz powtórzyć? – małżonek odwraca się od monitora.
–  No mówię, że placków osiemnaście i wujek z Kanady wziął się i umarł.
–  Od tych placków…? – pyta słabym głosem małżonek i dziwnie mruga oczami, jakby mu się zakurzyły.
–  No jak od placków, jak je dopiero usmażyłam, a zmarł podobno już miesiąc temu, tylko nikt nam o tym nie powiedział!
–  Ahaaa! – lico małżonka rozjaśnia promyk nadziei, że jeszcze nie zwariował. W przeciwieństwie do mnie, bo ja to wiadomo, że już dawno.  – Czyli ten twój wujek, co mi kiedyś o nim opowiadałaś, to zmarł, a placków ziemniaczanych zrobiłaś osiemnaście?
–  No tak. Mówiłam ci, że sporo tego wyjdzie.
–  No szkoda.
–  A nie, nic się nie martw, bo się przecież zamrozi.
–  Po miesiącu?!
–  Rany boskie, toż ja o plackach…!
–  Aaa, a ja o wujku. Wujka szkoda.
–  Ano szkoda.

Wujka Z Kanady, bo tak o nim zawsze w domu mówiliśmy, widziałam po raz pierwszy i ostatni jakieś trzydzieści lat temu, gdy przyjechał do „nowej Polski”, zobaczyć się z rodziną bez strachu, że już go stąd kochane władze nie wypuszczą. Miałam te śmieszne naście lat, w życiu człowieka z zagranicy nie widziałam, więc się z miejsca w wujku zakochałam, bo był taki inny – opalony, uśmiechnięty (wtedy w telewizji nie było jeszcze reklam i na pewno nikt się w niej nie uśmiechał, a na ulicach każdy pilnie patrzył w chodnik), spokojny jakiś taki, bez nerwowych tików i zmarszczek na czole… Miał najprawdziwsze dżinsy, takie przylegające do ciała, tiszerty z napisami po angielsku i buty jak z westernu, i miękki, ciepły głos. I żonę miał piękną, elegancką niczym księżna Diana, i córkę Patrycję – siedmioletnią, blondwłosą księżniczkę.

Koniecznie chciał się przejechać polskim tramwajem, pochodzić po ulicach, popatrzeć, powspominać. Nie pamiętam, jak długo był w Polsce, może tydzień, ale większość czasu spędził albo pijany, albo na kacu, bo rozumiecie – dawno nie widziany syn, brat, wujek, i kim tam jeszcze dla kogo był, to wymagało morza wódki i wielu kilogramów śledzi i jajek w majonezie, i pamiętam, jak na krótko przed powrotem do Kanady siedział taki wymęczony, skacowany u nas w kuchni, i płacząc przepraszał moją Mamę, że „Lilka, nie mam dla ciebie dolarów. Nie wiem, jak to się stało, ale temu dałem, owemu dałem, tamtym dałem, bo na remont potrzebowali, i już nic mi nie zostało. Ja cię tak bardzo przepraszam, ty się tyle napracowałaś przy tym całym jedzeniu, ty jesteś dobry człowiek, Lilka, a mnie jest tak okropnie wstyd…”. I pamiętam, jak moja Mama też się rozpłakała, że „co ty opowiadasz, Zbyszek, przecież ja niczego od ciebie nie oczekiwałam, masz tu chusteczkę, chcesz tabletkę od bólu głowy, a może herbaty ci jeszcze zrobić?”. I wszyscy byli w tej kuchni smutni i zasmarkani, a ja wyglądałam zza winkla, chłonąc oczami jak spodki każdy kawałek Wujka z Kanady, który był kosmitą i moją pierwszą, platoniczną miłością. I gdy mnie w końcu Wujek zauważył, zmieszał się jeszcze bardziej i rzekł: „Ania, dzieciaku, nie patrz tak na mnie, bo ja dzisiaj nawet człowieka nie przypominam”.

Przypominałeś, Wujku. Byłeś prawdziwym człowiekiem, i choć krótko Cię znałam – wiem, że miałeś dobre serce, i co do mojej Mamy też się nie pomyliłeś. Ludzie z sercem patrzą w serce, i lepiej niż oczami widzą drugiego człowieka. Śpij spokojnie, Wujku z Kanady.

————-

A tymczasem u nas: przyjechała pierwsza transza balotów siana.

Pod koniec sierpnia czterdzieści, a drugie tyle dojedzie we wrześniu. I jeszcze słomy ze dwadzieścia. W sumie sto balotów, czyli podwórko północne na dobrą sprawę przestanie istnieć, ale ja jestem szczęśliwa, i to tak szczęśliwa, że aż trzy dni z rzędu nie bolała mnie głowa, bo wiem, że kozom głód nie zajrzy w oczy w środku zimy. No więc jestem szczęśliwa, ale cośmy się znowu za tym sianem najeździli, naoglądali i namartwili, że znów będziemy się tak bawić w „znajdź dobre siano” do listopada, to nasze. A wiecie, że ludzie tutaj na koniczynę mówią KOŃCZYNA? I za każdym razem, gdy ktoś mnie pyta, czy ja chcę siano zwykłe, czy z kończyną, to ja widzę te baloty, równiutko w rzędach ustawione, a z każdego sterczy wycelowana w niebo męska noga, obowiązkowo w gumofilcu, i ja wtedy odruchowo chcę powiedzieć, że absolutnie nie, kończyny proszę sobie zostawić, ja wolę bez, no a przecież wiem, że kozy to jednak wolą z.

No to tyle śmiesznych historyjek o sianie, przejdźmy do spraw poważnych jak sam Kanionek. Pamiętacie jak obiecałam, że pokażę Wam spodnie od Ewy z Łodzi, znane szerszej grupie społecznej jako „spodnie Barbarelli”? No to ten dzień w końcu nadszedł, i był to dokładnie ostatni dzień sierpnia, a ponieważ nie mam czasu chodzić na balety, to poszłam na baloty i przy pomocy kilku wizażystów, którzy co chwilę do mnie doskakiwali, by poprawić mój makijaż lub wyprostować fałdkę na odzieży, zrobiłam sobie taką sesję zdjęciową:

W sesji udział wzięli:

  • Pasztefon, Laser, Pusiołak – wizażyści
  • Okulary przeciwsłoneczne za 20 zł i nasz jedyny, stary parasol – rekwizyty modelki
  • Odzież zachodnia, czyli dwie bluzeczki po siostrze męża mojej siostry
  • No i gwiazda wieczoru, czyli spodnie od Ewy!
  • No i niby ja, ale po co to o tym wspominać.

Fotografował Mały Żonek.

Nie wierzcie więc tym, co zgryźliwie plotą, że Kasia Tusk zrobiła karierę dzięki forsie swojego ojca, bo przecież widać wyraźnie, że karierę blogerki modowej można zacząć i zrobić z byle czego. To znaczy JA WIEM, że bez spodni od Ewy to nie byłoby to samo, bo jednak stara baba bez spodni na balocie to nie ten rodzaj mody, jaką chcielibyśmy oglądać, ale MIMO WSZYSTKO.

No i to była blogerka modowa, a teraz przed Państwem jej brzydsza siostra, Owsiana Baba, w kręgach naukowych zwana Wołem Zbożowym:

Pięć ton owsa przepakowaliśmy rurą do worków (każdy po 45 kg, zważyliśmy kilka dla porządku), z przyczepy, którą wspaniałomyślnie zostawił nam sprzedawca na kilka dni.

Na początku to ja siedziałam w przyczepie i ładowałam ziarno szufelką do lejka (lejek z butelki po wodzie mineralnej, szufelka z butelki po wodzie demineralizowanej – wiem, fascynujące), a małżonek stękał, że worki ciężkie, choć i tak było łatwiej niż w latach ubiegłych, bo skonstruował taki oto „wózek paletowy” (paletowy, bo zrobiony z połowy palety drewnianej, wyproszonej przez Kanionka w sklepie budowlanym):

No więc ja szufelkowałam do rury, małżonek ładował worek na wózek i wyładowywał w Różowym Pokoju, ale dajcie spokój, ja po trzydziestu workach miałam już zaawansowaną pylicę płuc (ziarno ZAWSZE pyli, chyba że jest mokre) i jedną parę szkieł kontaktowych w takiej panierce, że musiałam je wyrzucić, więc pozazdrościłam małżonkowi pracy na dole i zażądałam zamiany ról. Małżonek prychnął, że chyba zwariowałam, ale skoro tak bardzo chcę, to proszę bardzo, no i PROSZĘ BARDZO, pozostałe sześćdziesiąt pięć worków zrobił Kanionek i niczego nie żałuje. Wolę raz na pięć minut dźwignąć te pisiąt kilo, niż szufelką odmierzać ziarna oceany, bo to jest nie wiem nawet ile ruchów ramieniem (ale można łatwo policzyć, jeśli się przyjmie, że do szufelki wchodzi około dwóch kilogramów ziarna), że już nie wspomnę o nagarnianiu zboża „pod rękę” i atomowym grzybie pyłu.

Pierwsze trzydzieści worków zrobiłam normalnie, czyli boso, ale później zmęczenie wzięło górę nad refleksem i koordynacją ruchów, i gdy sobie po raz trzeci wjechałam obciążonym wózkiem na stopę to sięgnęłam po narzędzia robocze, czyli paskudne kalosze. Wózek fajna rzecz, ale musiał pokonywać progi, więc zdarzało się, że wózek podskoczył i przejechal, a worek już nie, bo się zsunął:

I takiego denata trzeba już było dociągnąć do celu stylem po podłodze. W ogóle worki na zboże to powinny być jakoś inaczej wymyślone, ale postęp cywilizacyjny je ominął i nadal są wiotkie i trudne w obsłudze, a ziarno jest jak woda – wleje się w każdą wolną przestrzeń, a worek się wtedy krzywi i przechyla, i chwila nieuwagi wystarczy, żeby osunął się niczym mdlejąca królowa angielska, a kto kiedyś próbował angielską królową podnieść z podłogi ten wie, że sprawa jest problematyczna, bo to nie wiadomo za co złapać, żeby nie zrobić gorzej. Może w przyszłym roku małżonek dobuduje do wózka jakieś burty, w tym jedną uchylną, i będzie się taki worek zaczepiać o krawędzie u góry, bo jak tak będziemy czekać aż postęp cywilizacyjny dogoni naglące potrzeby biednych małorolnych, to nam plecy w krzyżach popękają, a się nie doczekamy, prawda.

Wyszło nam tych worków prawie sto, ale nadal nie wiemy ile dokladnie, bo po każdym liczeniu wychodziło inaczej. A w oczekiwaniu na te oferty, co się niebawem posypią od światowej sławy dyktatorów mody (nie dla Owsianej Baby, tylko tej z pierwszej sesji zdjęciowej, chociaż kto wie – moda dzisiaj coraz dziwniejsza), robię sobie eksperymenty z serem, i tak oto przed Państwem ser „Pijany Ziokołek”:

Tak, on ma tak dziwnie wyglądać. To był bardzo wymagający i pracochłonny ser, więc pod koniec wielogodzinnej pracy obydwoje mieliśmy ochotę się napić, przy czym ja wypiłam tylko łyczek mojego wina marki „Jeżynowy Karambol”, a on wytrąbił resztę. Przy okazji – wino pyszne, choć ciut za słabe, no ale ma to taką zaletę, że można wypić więcej, o czym może Wam kiedyś opowiedzieć mój ser, bo ja to praktycznie tylko korek possałam (takie poświęcenie!). On sobie teraz śpiewa szanty w piwnicy i będzie tak śpiewał do listopada, a ja Wam powiem, że gdy tak sterczałam godzinami nad garem i mieszałam ten cholerny ser, to przeklinałam siebie i swoją nieuwagę, bo przy pierwszym czytaniu przepisu i zliczaniu całkowitego czasu potrzebnego na jego wykonanie jakimś cudem umknęło mi kilka godzin i ser skończyłam o drugiej w nocy. I wtedy myślałam, że to najbardziej wymagający ser na świecie, ale zmieniłam zdanie przy Gorgonzoli.

To znaczy umówmy się, że nie zrobiłam prawdziwej Gorgonzoli (Włosi sobie zastrzegli tę nazwę i mogą jej używać tylko niektóre włoskie prowincje), bo ten ser robi się z krowiego mleka, no ale jakoś muszę go nazywać, prawda? Ser robiłam według pradawnego przepisu wywodzącego się z północy Piemontu, gdzie nazywają go „del Nonno” (czyli Serem Dziadów; w sensie, że ojców ojców, a nie że brudnych włóczęgów), a różni się tym od współcześnie produkowanej Gorgonzoli, że na jego wykonanie potrzeba dwóch rodzajów skrzepu, z których każdy przygotowuje się innego dnia. No i wszystko fajnie – pierwszy rodzaj skrzepu, ten zakażony kulturą „niebieskiej” pleśni (Penicillium Roqueforti), wisi sobie w chuście serowarskiej i przez całą noc oddaje serwatkę, aż zrobi się zbity i dość twardy, a na drugi dzień robimy ten drugi skrzep, który ma być mięciutki, ale sprężysty (całe wieki stania przy garze i powolnego mieszania) i nie zawiera pleśni, a najlepsze zaczyna się wtedy, gdy trzeba te dwie masy połączyć. Nie, nie poprzez mieszanie.

Przepis mówi, że Skrzep Dnia Pierwszego (SDP, czyli ten z niebieską pleśnią) ma się znaleźć w środku formy, ale uwaga – zewsząd otoczony Skrzepem Dnia Drugiego (SDD), czyli tym miękkim i bez pleśni. Czyli w pewnym sensie krokiecik taki to ma być, czyli jeden skrzep nadziewany drugim. Kto pracował z mlekiem w celu otrzymania sera ten może sobie wyobrazić, jak ciężko coś takiego zrobić, bo skrzep serowy to nie jest gips ani plastelina, on się kupy nie trzyma, ani nie daje w rękach modelować, tylko się rozpada i sobie leży w takich rozmemłanych kawałkach, z których cieknie serwatka. Poradziłam sobie w ten sposób, że na dno formy nałożyłam grubą warstwę SDD (trzeba pamiętać, że on zmniejszy swą objętość o co najmniej jedną trzecią podczas ociekania w formie), a do mniejszej formy napakowałam SDP. I potem na środku tej warstwy SDD ustawiłam do góry nogami formę z SDP, formę obłożyłam warstwą SDD, szybko wyjęłam foremkę i jeszcze podociskałam i powtykałam po bokach więcej SDD, no i na wierzchu ułożyłam z niego czapeczkę. Skrzep Dnia Pierwszego został zamknięty w grubej panierce Skrzepu Dnia Drugiego. Tak to wyglądało przed nałożeniem czapeczki:

A tak wyglądały sery okutane w chusty, już w formach:

Później było solenie, które trwało łącznie pięć dni, a przepis kazał solić tak: pierwszego dnia 50% należnej porcji soli (należna porcja to 4% całkowitej masy sera), trzeciego dnia 30%, piątego dnia 20%.

I to wszystko w temperaturze pokojowej, a po zakończonym soleniu sery muszą leżakować w temperaturze 11-13 stopni Celsjusza, przy wilgotności 97%, trzeba je odwracać każdego dnia, a po około dwóch tygodniach przebić każdy krążek ostrym, stalowym szpikulcem z jednej strony, a po kolejnych pięciu dniach – z drugiej. Tutaj dwa przykładowe sery po około dziesięciu dniach leżakowania w piwnicy (już widać trochę pleśni):

A tutaj krążki podziurawione z jednej strony:

I tu Państwu wyjaśnię, dlaczego te sery robi się z dwóch różnych skrzepów. Otóż Skrzep Dnia Pierwszego, ten który jest w środku krążka, ma inną od SDD strukturę, mianowicie taką, że pomiędzy cząstkami skrzepu uwięzione zostaje powietrze (bo skrzep jest dość suchy i twardy, ale dzieli się go poprzez rozrywanie na mniejsze kawałki, a Gorgonzoli się nie prasuje, więc nie ulega on nadmiernemu scaleniu), i w tych właśnie korytarzach wolnych przestrzeni ma się rozwijać niebieska pleśń, a ponieważ pleśń potrzebuje tlenu, to przebija się ser w kilkunastu miejscach ostrym i dość grubym szpikulcem, żeby ten tlen w głąb sera doprowadzić.

I później to już tylko trzeba przewracać te krążki codziennie i pilnować, żeby skórka nie zrobiła się zbyt mazista (w razie czego zmniejszyć poziom wilgotności), i po zaledwie czterech miesiącach można zjeść ten cholerny ser. Łatwizna. Jeśli ten ser mi się uda, to będzie kosztował milion złotych za uncję (sobie sprawdźcie, ile to uncja. Ja co chwilę przeliczam fahrenheity na celsjusze, galony na litry, kwarty na kilometry i minuty na fiaty Punto, i już mi się od tego we łbie miesza).

Zrobiłam też sobie „ser szwajcarski” (a wiecie, że w Szwajcarii żaden ser nie nazywa się „szwajcarski”? Ale to kolejna długa historia), z tego przepisu: http://www.cheesemaking.com/SwissBaby.html

Nazywa się „Baby Swiss” i waży tyle, co porządne niemowlę, czyli 3,5 kg. To jest ser, który ma wyhodować duże dziury, a to dzięki dodatkowi bakterii Propionic shermanii, i żeby te bakterie się dobrze czuły i efekt wielkich oczek był wyraźny, to ser powinien być jak największy. W Szwajcarii toczą jakieś monstrualne emmentalery (po pisiąt kilo krążki, czy raczej kręgi – spójrzcie tutaj, na jednym zdjęciu ser waży chyba więcej niż facet, który przy nim stoi: https://www.emmentaler.ch/en/why-emmentaler), ale ja nie mam tak dużej formy, i nawet tego maluszka musiałam formować w garnku, a w kwestii prasowania to się już nawet liczyłam z tym, że będę musiała na nim całą noc siedzieć, no ale jakoś sobie poradziłam – wiadro z wodą, a w wiadrze kupa żelastwa, które do rana trochę zardzewiało, i wyszło tego obciążenia około 25 kg. To znaczy żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie stawia się wiadra bezpośrednio na serze. Ser w formie (a w tym przypadku w garnku) zawinięty jest w chustę serowarską (ja zwykle używam celulozowych jednorazówek), a na wierzchu kładzie się tzw. follower (po polsku to nie wiem, popychle?), i na to popychle naciska prasa serowarska, a w moim przypadku wiadro z żelastwem, a samo wiadro włożyłam jeszcze w jednorazowy worek plastikowy (taki jak do kiszenia kapusty). No.

Na końcu popełniłam błąd, bo po prasowaniu wyjęłam krążek z garnka i on do rana trochę siadł i się rozlazł na boki:

Proces dojrzewania tego sera jest o tyle skomplikowany, że temperaturę i wilgotność zmienia się kilka razy, i są to różnice dość znaczne – przez pierwsze trzy tygodnie po soleniu (17 godzin w solance!) trzymamy ser w trzynastu stopniach, potem przez około miesiąc w temperaturze pokojowej (to jest etap kluczowy dla tych bakterii produkujących dwutlenek węgla), a później od kilku do kilkunastu tygodni w jedenastu stopniach, a najważniejsze jest to, że nie można tego sera zawoskować dopóki nie wykształcą się w nim dziury, i trzeba go codziennie przecierać lekką solanką, żeby skórka była piękna i gładka jak pupa niemowlęcia (Baby Swiss!) i aby pleśń się jej nie imała.

Zrobiłam też eksperyment według własnej, nowej receptury, i to jest jedna wielka niewiadoma, co z tego wyjdzie:

W planach mam jeszcze arcyciekawy ser Belper Knolle (też szwajcarski), który wygląda jak trufla (ale to jest eufemizm; sprawdźcie sobie w internecie, że ten ser tak naprawdę wygląda jak kurze gówno w lesie) i podobno jest najnowszym światowym hiciorem (tak, oczywiście, że nigdy o nim nie słyszeliście, bo to jest najnowszy światowy hicior dla bardzo wąskiej grupy społecznej, czyli psychofanów sera, oraz dla tak zwanych curd nerds, czyli ludzi którzy nie mają życia osobistego i dziurę w swoim smutnym sercu zatykają wonną gomółką własnoręcznie ulepionego cheddara). Będę go robić również według oryginalnej receptury (bo jak czytam na niektórych polskich stronach, że wszystkie sery robi się ze zsiadłego mleka, albo że Belper Knolle obtacza się w pieprzu PO OKRESIE DOJRZEWANIA, to mam ochotę napchać sobie chusty serowarskiej do oczu i zalać solanką), tylko czekam na te kilkanaście litrów wolnego mleka.

(I Państwo sobie nie myślą, że ja to się taka mądra zrobiłam, że aż złośliwa; ja po prostu uważam, że nie znam się kompletnie na niczym, i dlatego czytam i wielokrotnie sprawdzam i się uczę, i nadal jestem w lesie, a niektórzy uważają, że znają się na wszystkim i rozpowszechniają takie banialuki, że jak się je czyta, to z mózgu przez uszy wycieka serwatka, choć autorzy takich blogów nie odróżnią serwatki od maślanki, ale DOBRA, już przestaję).

A teraz, żeby odwrócić Państwa uwagę od wrednej natury Kanionka, taka ciekawostka ze świata nieskażonego serami:

Dom Norymberski w Krakowie. Państwo sobie teraz myślą, że co za niekurturarna świnia wywiesiła śmieci za okno, a tu niespodzianka! Bo to sztuka jest, jak najbardziej nowoczesna, i nie żadne odpady błagające o recykling z litości, tylko INSTALACJA. Instalacja instalacji kosztowała ponoć tysiąc pięćset złotych, choć niektóre źródła z wypiekami na tyłku podają, że pół miliona, no ale w takie coś to nawet Żozefin by nie uwierzyła. Najlepsza zaś, najsmakowitsza w tym wszystkim jest wizja artystki, która idzie tak (cytując za partymap.pl):

Instalacja „Wodospad” Elizabeth Thallauer to abstrakcyjne masy wody, które wytryskują z budynku i zdają się spadać na ulicznych przechodniów. Kolejne warstwy tej pracy powstawały – jak pisze artystka – w długim, prawie medytacyjnym procesie. Przetworzona i odpowiednio ukształtowana biała oraz niebieska folia, lekka i zwiewna układa się w opadające po ścianie fale, poruszane najlżejszym podmuchem wiatru. Towarzyszące temu ruchowi wizualne oraz akustyczne efekty stworzą wyjątkowy i intrygujący obiekt, będący zarazem niezwykłym, wielkoformatowym obrazem.

Woda odgrywa w koncepcji tej pracy symboliczną rolę nośnika, który łączy wnętrze budynku z jego otoczeniem. Z drugiej strony tytułowy wodospad jest swego rodzaju kurtyną oddzielającą od siebie dwa światy: ten ukryty za ścianami kamienicy i ten otwarty w ulicznej przestrzeni. Instalacja umieszczona na fasadzie Domu Norymberskiego zmieni nie tylko jego wizerunek, ale także obraz miasta, zadziwiając przechodniów swoją zaskakującą obecnością w takim nieoczekiwanym miejscu„.

Zaiste, swoją zaskakującą obecnością w takim nieoczekiwanym miejscu!

Ludzie od wieków podziwiali dzieła tworzone przez naturę. Próbowali ją naśladować i czerpać z niej inspirację, i powiem Wam, że coś w tym jest, że tylko oko artysty potrafi dostrzec sztukę w zwykłych obrazach dnia codziennego, w czysto losowych konfiguracjach pozornie nieatrakcyjnych obiektów, bo się okazuje, że JA TEŻ miałam u siebie taką instalację, dokładnie w ubiegłym roku, gdy wiatr zerwał czarną folię z balotów siana i rozwiesił ją na drzewie, tuż pod moim nosem, a ja się nawet nie zorientowałam, że mam na podwórku kawał sztuki! Pamiętam jeszcze, że padał wtedy deszcz, a moje niemuzykalne ucho wiejskiego abderyty NIE USŁYSZAŁO tych efektów tworzących wyjątkowy i intrygujący obiekt, a oko nieobytego aroganta nie dostrzegło niezwykłego, wielkoformatowego obrazu. A był wielkoformatowy, bo to folia osiem metrów na sześć! Mogłam na to sprzedawać bilety i zrobić sobie portFOLIO, czy coś, to nie, zaprzepaściłam kolejną życiową szansę. Przeminęło z wiatrem, jak wspomnienie po grochówce.

(Myślicie, że jak ktoś się złośliwym urodził, to mu tak łatwo nagle przestać? Ale się staram, naprawdę, i NIC nie napiszę o ŚWIEŻAKACH).

To może kilka zdjęć ze szklarni i ogrodu (oczywiście, że nieaktualnych):

Tak, pieczarki to ze szklarni. Zdarzało mi się wyrzucać tam odpadki z kuchni i musiałam zarazić ściółkę grzybnią z jakiejś starej, zleżałej pieczarki sklepowej. Teraz pieczarek jest jeszcze więcej, przegapiłam najlepszy moment na zbiór i są wielkie jak kowbojskie kapelusze. Być może zainteresuje Państwa jeszcze taka informacja, że bardzo lubię młody czosnek. Taki świeżo wyciągnięty z ziemi i obrany ze skórki jest gładki, błyszczący i szklisty jak mleczaki przedszkolaka:

I soczysty i chrupki. Małżonek mówi, że kobieta, mężczyzna i czosnek to jest najgorszy trójkącik jaki można sobie wyobrazić, więc zostałam się sama ze swoim przychówkiem, a mam tego pięćset główek i może bym się nimi nawet obłożyła, ale to już obiecałam korzeniowi żywokostu. A wiecie, że na czosnku też można zrobić nalewkę? Z miodem, oczywiście. Na zdrowie.

Saga rodu Ziemniaków już mi się nie zmieści, bo i tak powiecie, że wpis długi i nudny jak pęto sera salami, a jeśli chodzi o tytułową „horom koze” to owszem, w końcu się zebrałam i napisałam na Forum o tym niezwykle ciekawym (dla hodowców kóz) teście na zapalenie wymienia. Koziego, krowiego, a kto wie, może i ludzkiego, ale nie miałam jak sprawdzić: https://kanionek.pl/forum/showthread.php?tid=85&pid=1280#pid1280

PS. Moje „strzelające jabłko”, z przyszczepionej w ubiegłym roku gałązki, dojrzało:

Moje pierwsze dziecko z probówki. Aż żal zjeść!

PPS. Na koniec „łamiąca wiadomość”: pada i pada i przestać nie może, już od tygodni.

Ale teraz to przegięło. Staw wyszedł z siebie i zmierza na nasze podwórko, kulturalnie, przez furtkę:

Łąki zamieniają się w jeziorka:

A z dzikich jabłek można ugotować zupę w terenie:

Kozy na diecie siano-owsianej z każdym dniem dają coraz mniej mleka i nudzą się w koziarni jak mopsy.

Małżonek już obmyśla nowe plany biznesowe („kup pan kajak na grzyby, podbierak do borowików gratis!”), a ja na pocieszenie mam prawdziwie ukraiński barszcz ukraiński, z młodych buraków (kto późno sieje, ten ma młode buraki w połowie września, ha ha):


(tylko nie mówcie, że jesteście zdziwieni, że to już koniec)