Krótka notka od wydawcy, czyli długo o kozach

Im więcej widzę tym wierzę mniej,

im więcej widzę tym mniej mogę zrozumieć…”

Kazik, “Nowy konflikt światowy” z albumu “Spalam się”, 1991

Ja z kolei im więcej leżę, tym mogę mniej. Im więcej leżę tym mniej chce mi się wstawać. Taki paradoks odpoczywania. Czy ktoś z Was przeczytał “Kobietę, która przez rok nie wstawała z łóżka”? Bo mam pytanie: czy jej to wyszło na dobre? Warto rozważać takie horyzontalne podejście do życia? I bodaj najbardziej istotne – kto w tym czasie karmił jej kozy??

Wiem, wiem że Was zaniedbuję. Że nie odpowiedziałam na większość Waszych komentarzy (czy ja już pisałam, że jesteście NAJLEPSI?). Mea culpa najmaxima. Ale to nie znaczy, że Kanionka tu wcale nie ma. Wiszę nad tym blogiem, jak duch babci klozetowej nad miejskim szaletem, mrucząc do siebie: papieru by trza dołożyć…

Wiszę, leżę, lewituję. I mówię Wam, że od tego mleczka zobojętniającego można całkiem i na wszystko zobojętnieć. Gelatum Aluminii Phosphorici – sprawi, że opadną ci wici. O czym nie wspomina ulotka. Z tego, co wieszczy rozdział o ewentualnych skutkach ubocznych, sprawdziła mi się suchość pyska (i chyba dowcipu), za to obiecane rozmiękczenie kości w razie długotrwałego stosowania jest lekkim niedopowiedzeniem. Mi zmiękło już chyba wszystko, a przynajmniej tak sobie po cichu biadolę.

I tak w skrócie odnośnie komentarzy – nie wiem, kto mógłby być skarbnikiem naszej zbiórki na Grecję (czy gdzie to w końcu miało być). Podoba mi się jednakowoż, że mamy już chętnych na dyżury w porze suchej i porze deszczowej, a Kachna, jako sympatyczna bułeczka z ciepłymi dłońmi będzie wprost idealną dojarką :) Bo ja na ten przykład wszystkie odnóża mam zimne, a kozy nie lubią, żeby je za ciepłe wymiona takie lodowe grabie ciągały. I już małżonkowi zapowiedziałam, że jak nadejdzie czas, to on będzie doił nasze kozy, bo ma miłe w dotyku i ciepłe dłonie, a on na tę myśl doznał silnego, jednostronnego skurczu mięśni twarzy, którego przy największym zaangażowaniu dobrej woli i optymistycznych urojeń nie dało się nazwać uśmiechem. Także ten. Trzeba knuć ten spisek z wyspą.

A tymczasem u mnie nie dzieje się nic, jako i zapowiadałam. Karmię zwierzęta, wodę wymieniam, deski na razie zatargaliśmy do obory, gdyż są zbyt świeże nawet na impregnację. Wczoraj zważyliśmy ponownie wszystkie kozy i oto wyniki, a w nawiasie dla porównania wskazania wagi z 10 października:

Tradycja – 34 kg (32 kg)

Bożena – 35,7 kg (32,7 kg)

Irena – 21,1 kg (19,6 kg)

Pecik – 18,5 kg (15,9 kg)

Najszybciej przybiera na wadze Pecik i to jest zrozumiałe. Jest tegorocznym koźlęciem i powinien dość intensywnie rosnąć. Tradycja powoli, tak sobie wróżę z kociej sierści, osiąga 3/4 swej docelowej masy. Bożena – wieczna zagadka – albo uzupełnia własne niedobory, bo wciąż ciut kanciasta jest, albo pompuje wszystko w koziołka. Irena mnie zastanawia. Jako dwuletnia koza nie powinna już niby rosnąć, a i zaokrągliła się całkiem ładnie, a jednak w niespełna trzy tygodnie przybrała kolejne 1,5 kg. Hm. Niech rosną choćby i wszerz, kulista doskonałość formy im na razie nie grozi.

Jeśli jeszcze nie umarliście z nudów, to się tak nie cieszcie, bo oto dalej preparuję te kozie flaki. I chciałam dla Was zrobić ładny film sentymentalny. Wiecie, taki co wyciska łzy wzruszenia, układa dziób w lukrowany ciup, a dłonie do policzków same przywierają i człowiek robi “ojeeeej”. Każdego bowiem wieczoru spędzam przynajmniej pół godziny w koziarni (gdy już wszyscy są obżarci i kontenci), głaszcząc, czesząc, drapiąc i przytulając. I za każdym razem myślę, jak bardzo te kozy przypominają psy i jak niewiele trzeba, żeby się z nimi zaprzyjaźnić.

Jeszcze nie tak dawno Irena nie pozwalała się dotknąć nawet jednym palcem. Dziś mogę ją PRZEZ CHWILĘ pomacać po cyckach (rozumiecie? najwyższy stopień intymności! tymi zimnymi rękami!), skorygować obuwie, wyczesać, zajrzeć w zęby i jeszcze dostanę “buzi”. Kilka dni temu Irena odkryła zamek błyskawiczny spinający moją roboczą kurtkę: najpierw złapała za końcówkę z zamiarem przeżucia, bo kozy mają jasne priorytety. Kiedy jednak przesunęła suwak w dół, a ten zrobił “bziuut”, zaciekawiła się. Pociągnęła w górę, suwak zrobił “bziit”. Bziiit, bziuuut, bziiit, bziuuut. Stała tak, zapinając i rozpinając mi kurtkę raz po raz, bawiąc się przy tym setnie. Równie dobrze bawi się, ściągając mi zębami czapkę z głowy, gdy wisi nade mną stojąc na murku za ławką, na której zawsze siadam usługując Bożenie.

Bożena wydawała mi się z początku dość ociężała, nie tylko w sensie obwodu brzucha. Z biegiem czasu zrozumiałam, że jest po prostu rozważna i oszczędna w ekspresji. Nie marnuje czasu ni energii na głupoty, a gdy czegoś chce, potrafi to krótko i jasno zakomunikować. Siedzę sobie na ten przykład na koziej ławce, drapiąc Bożenę za uszami. Drapię, drapię, zamyślam się i składam obie ręce na kolanach. Bożena stoi przez chwilę cierpliwie uznając, że ja też mam czasem prawo o czymś myśleć. Gdy jednak chwila trwa dłużej, niż 10 sekund, Bożena zahacza rogiem o rękaw mojej kurtki i ciągnie. Tak jakby chciała zarzucić sobie moją dłoń na głowę. Za pierwszym razem pomyślałam, że to przypadek, że się o mnie zwyczajnie zaczepiła. Ale nie. Przetestowałam to z pięćdziesiąt razy – ona dopomina się dalszego drapania. A gdy np. stoję przy żłobie, głaszcząc Tradycję lub Irenę, Bożena delikatnie przypomina o sobie, zahaczając rogiem o moje spodnie. I po co nam jakieś słowa?

Tradycja jest takim trochę opóźnionym społecznie dzieckiem z bogatego domu. O nic nie musiała walczyć, zamiast chodzić do przedszkola bawiła się z psami, wszystkiego zawsze miała w bród, nic więc dziwnego, że jeszcze nie do końca odnajduje się w nowej sytuacji (Bożena ją przeraża, a Irena nie chce się bawić w siłowanie na łby, tylko niesprawiedliwie oszukuje, gryząc złośliwie po uszach). Ode mnie oczekuje jedynie pieszczot, chowając się za moimi plecami, gdy na horyzoncie pojawią się rogi Bożeny. Lubi się poprzytulać i czasem delikatnie oskubać moje uszy. Czy ją uwielbiam? Bezgranicznie :)

Pecik jest na etapie szczeniaczka. Pracowicie przeżuwa moje sznurówki, a jeśli nadarzy się okazja i wolne miejsce na ławce – wskakuje, układa się obok mnie i kładzie mi łepek na kolanach. Ale faktycznie ma coś z Wołodyjowskiego. Już kilka razy postawił się Bożenie, krzyżując z nią rogi. Skutek był taki, że krzyżowanie kończyło się dla niego lekcją latania, ale nie można mu odmówić wielkiego ducha.

Dlaczego ja Wam o tym wszystkim piszę? Bo na moim pożal-się-łysa-miotło filmie tego nie widać. W koziarni świeci żarówka 75W, ale to spore pomieszczenie, a sufit całkiem nieodblaskowy. Na pomoc żarówce przytargałam dwa przenośne źródła – lampkę do czytania (mniej więcej w moim wieku) i latarkę. To wszystko, czym dysponuję. I to wszystko to wciąż za mało, żeby pokazać Wam uroczy, kolorowy filmik o wieczorku z kozami. Z góry przepraszam więc za niską jakość i wszystko złe, com Wam uczyniła.

Jaki dom mody mnie ubiera to już wiecie, a na głowie mam czapkę mejd baj Babcia. Czapka jest po to, by kozy nie zjadły mi włosów, a wierzcie – robią to cicho i niepostrzeżenie. W trakcie nagrania operator musiał wstać i pomachać kamerą, gdyż na zbyt długi bezruch aparat reaguje wyłączeniem się całkiem na śmierć. Co by jeszcze… Aha – to NIE JEST mój głos, nawet jeśli mój mąż potwierdza, że jest. Ja swój głos słyszę zupełnie inaczej i tego będę się trzymać.

I wtedy aparat się wyłączył. Za to na DRUGIM filmie (taka niespodzianka) lansuje się Tradycja.

That’s all, folks!

PS. Małżonek na wieść o tym, że strasznie przynudzam, kazał mi koniecznie napisać, że on widział dziś meteor. Meteor był bardzo duży, bardzo jasny, i bardzo szybko spadł. Koniec informacji. TERAZ powinniście się czuć napompowani rozrywką po same uszy :)

PPS. Jeśli ktoś bardziej rozgarnięty technicznie ma dla mnie wskazówki odnośnie podniesienia jakości kolejnych produkcji filmowych, to – jak to mówią Angole – cała jestem uszami.

Żal dupę zębem w dąbrowie, czyli trociny

Najpierw pytanie do znawców tematu (ale honorowane będą również odpowiedzi z gatunku “będąc u rzeźnika słyszałam”): czy SOWA też może zakraść się do kurnika? Jak jastrząb, tyle że w nocy? Bo mi się coś drze drapieżnie za oknem, po nocach właśnie, tak głośno, że słychać przez mury grubości metra i szczelnie zamknięte okna z trzema szybami. Obstawiam puszczyka, który oprócz smutnego śmiechu ma w swoim repertuarze również takie kwikowrzaski. Psy szaleją, ja co chwilę z latarką wylatam, skanując korony okolicznych drzew, ale nie dane mi było jeszcze zobaczyć co to. Psy jednak nie podnoszą alarmu bez potrzeby. Wczoraj z obawy o Rosoły zamknęłam drzwiczki do kurnika na noc, choć one lubią wstać skoro świt (kury, nie drzwiczki) i tropić ogon dżdżownicy we mgle.

Jadąc na drugim opakowaniu pantoprazolu zbieram się do kupy. Boli mnie głowa, żołądek, prawe ucho i łokcie. Stara ofiara, ischias i niezjedzona kolacja – taka sytuacja. Ludzie piszą o jesiennej nostalgii, fotografują jakieś czerwone liście, na zdjęcia nakładając filtr “krople wody”, coś tam coś tam złote żurawie, bla bla bla przemijanie, a ja przeżuwam poduszkę, boję się strachu i mam irracjonalne odczucie odpadających z zimna palców. Odczuciu zimna zaprzecza termometr w kuchni, mówiąc twarde “19 stopni”, a z pieca w pokoju bucha żar inferno. Nawet myszy się spociły i szperają w łazience w poszukiwaniu golarki (a koty są akurat na drugiej zmianie, w drugiej, nieogrzewanej części domu, gdzie trzymamy ziarno. Myszy nigdy nie zadowolą się przedziurawieniem jednego, czterdziestokilogramowego worka z ziarnem. Muszą rozpruć wszystkie i pluskać się lubieżnie w kaskadach tryskającego setkami dziur owsa. Tak właśnie to widzę). Żyły na dłoniach skurczyły mi się do żyłek wędkarskich, więc wiem, że ciśnienie padło i dłubie w szparach pomiędzy deskami podłogi. Nic mi się nie chce, nawet jeść, bo zaraz mi niedobrze, zamarzam jak sanki Eskimosa, w oku mam pogrzebacz a w głowie egzystencjalne trociny. BOŻE, JAKA JA JESTEM BIEDNA!

Ale ponieważ dziś jestem ciut mniej biedna niż wczoraj, zostałam wyciągnięta na spacer W SŁOŃCU. Słońce, jak być może wiecie, niewiele może, gdy na zewnątrz plus dwa stopnie i wiatr miotający sztyletami. Poza tym, ja i mój małżonek mamy bardzo różne definicje spaceru (jak i grzybobrania). Ja lubię się szwendać jak lump po dworcu, a mój małżonek zaiwaniać jak petent po urzędzie. Ja chcę zajrzeć tu, powąchać tam, przystanąć, pokazać palcem, zawiązać sznurowadła, wysmarkać wiaderko lodu z nosa itp., a on przelecieć trasę, dotknąć bazy i do domu. Bez sensu taki spacer, prawda?

W dodatku ja upieram się, żeby zabrać WSZYSTKICH, a on się denerwuje, że nie może IŚĆ NORMALNIE, bo mu kozy pod nogi włażą. No jak się zapiernicza jak z numerkiem do okienka, to faktycznie, można się o coś potknąć. I nasze spacery wyglądają z grubsza tak: na przedzie sunie wkurzony Przewodnik Stada, za nim lecą łapiące w truchcie liście jeżyn kozy, potem nadający żałosnym Morsem Gonzales (a-a-i-i, za-cze-kaj-cie), a na końcu obsmarkany lump, czyli ja. Czy tylko mi obowiązkowo cieknie z nosa, gdy temperatura powietrza wynosi poniżej 20 stopni? Pieski mają w tylnym futrze cały ten ordnung i zataczają wokół nas kółka o coraz dłuższym promieniu, by pod koniec spaceru wypaść nam na spotkanie z przeciwnego kierunku, już pod domem.

Na zdjęciach, jednakowoż, tego nie widać. Wszystko jest cudne jak w magicznej szafie Barbie:

spacer5

spacer4

spacer6

spacer2

spacer3

spacer

Korzystając ze spacerowego rozpędu dorzuciłam jeszcze słomy do kurnika i koziarni, nacięłam kozom wierzby z tego gatunku, który jeszcze nie pogubił liści, wymieniłam wodę we wszystkich wodopojach i padłam. Bo kręci mi się trochę w głowie, bo boli mnie łeb i łokcie, i ucho, bo nawet jeść mi się nie chce… Boże, jaka ja jestem żałosna.

Małżonek za to pracuje od pół godziny nad projektem z cyklu “nowoczesność w domu i zagrodzie”. Wymyślił mianowicie grzałkę do wodopojów kurzych i kozich, żeby w razie co, wodę miały zawsze niezamarzniętą, a wręcz przyjemnie ciepłą. Grzałka będzie niskokosztowa, żebyśmy nie poszli z torbami, oraz niskonapięciowa, żeby w razie awarii pijący z michy kurczak znienacka nie usmażył się, miotając z tyłka błyskawice. Ja się na prądach nie znam i wszystko, co z nimi związane, czczę czcią nabożną. Kiedy więc małżonek przynosi mi to:

element grzałki

i mówi, że to będzie działać tak i tak (nie proście, żebym powtórzyła, już prędzej wyrecytuję całego Homera), to ja TO biorę delikatnie w palce, kiwam mądrze głową i mówię, jak przystało na osobę inteligentną i wyedukowaną: “jaaa cieee…”.

Podobno w całym tym przedsięwzięciu udział weźmie również stara ładowarka od telefonu. Co ja mogę powiedzieć. JAAA CIEEE!

I też bym się chciała czymś pochwalić, że umiem, robię, pracuję nad. A tu dupa w jałowcach. Nic nie robię od kilku dni, oprócz wypełniania podstawowych obowiązków stajennego. Kapusta kiszona mie się jeno udała. Idę possać kciuk.