Mam wierzbę we wiedrze i nogę na plecach, czyli cała jestem w koziołkach

“ – Jestem taki zmęczony.
– Jasne, że zmęczony, połóż się trochę. Czym jesteś zmęczony znowu?!”

Fragment rozmowy Adama Miauczyńskiego z matką, “Dzień Świra”, 2002.

 

I jeden z moich ulubionych: “Jestem skrajnie wyczerpany, a przecież jest rano…”

No właśnie. Czym jestem zmęczona znowu? Przecież to nie ja urodziłam dwa koziołki (mała 3,1 kg, mały nie zmieścił mi się do brytfanki) i nie ja muszę przerobić kilo owsa na mleko, żeby mnie potem małe wampiry ciągać mogły za cycki. Ale ze świrami już tak jest, że nie męczą ich: bieganie w tę i nazad, targanie gałęzi z rowów, noszenie wiader, koszenie słomy, ani tysiąc innych drobnych czynności dnia codziennego. Świra męczą emocje, nerwy, obawy, euforie i frustracje. Czyli takie nieistotne duperele, których przecież nawet nie widać.

Ale dziś sobie pomachałam zdrowo widłami i od razu mi lepiej. Myślicie, że gdybym nazwała koziołki “Trajenta” i “Tussipect”, to mogłabym liczyć na jakiś, za przeproszeniem, sponsoring? W końcu te imiona będą się pewnie dość często przewijały przez chaotyczne treści mojego bloga, i to już by była reklama. Jeśli ktoś z Was ma wtyki w Herbapolu lub Boehringerze, niech im szepnie o mnie dobre słowo i od razu zaznaczy, że nie interesuje mnie karton syropu, tylko marchewek. Lub owsa. Może być w workach po pięćdziesiąt kilo.

Wypasając dziś kozy przy zachodzącej mandarynce słońca pomyślałam, że w niniejszym wpisie najpierw pokażę Wam wiadro z gałązkami wierzbowymi, z których będę robić te słynne, żywe ławki:

wiadro wierzby

“Kanionek, jakie wiadro? Jaka wierzba? Gdzie są KOZIOŁKI!?”

No i wtedy pomyślałam, że najwyższy czas pochwalić się Wam, że mi na plecach noga wyrosła.

“Co? No i co, że noga? DAWAJ KOZIOŁKI!”

No to pomyślałam, że może zainteresuje Was, że bardzo owłosiona. Ta noga.

“Weź nie marudź, Kanionek, kup se golarkę, a teraz DAWAJ TE KOZIOŁKI!!!”

No sama nie wiem. Golarkę? Czy może jakieś rajstopy we wzorki, żeby zamaskowały? Z butami będzie gorzej, bo zawsze jeden mi zostanie od pary, ale… No dobrze już, dobrze, czy ja Wam żałuję tych koziołków? Proszę:

nadal nieostrzy

przy cycku 2

przy cycku 3przy cycku

przy cycku 4

przekąska

no taki jestem słodziutki

luzak ze słomką w zębach

Jest tak, jak ostrzegałam – oświetlenie w koziarni wymusza albo zdjęcia z lampą, albo podbite ISO, czyli zawsze wyjdzie źle ;) A te żywe srebra są w ciągłym ruchu! Może w ciągu najbliższych dni trafi się jakiś cieplejszy, słoneczny, to zrobię sesję na zewnątrz.

Tymczasem mogę Wam opowiedzieć wszystko po kolei. Nie pamiętam już, co pisałam w komentarzach, więc pewne informacje na pewno się powtórzą.

We wtorek 10 marca, podczas wieczornej wizyty w koziarni, mój wewnętrzny zegar biologiczny stanął na chwilę, a kukułka dostała nerwowej czkawki. WIĘZADŁA ZNIKNĘŁY. Upewniałam się trzynaście razy, a kukułka zerkała mi przez ramię z wybałuszonymi oczami. No nie ma. Po obu stronach nasady ogona ziejące głębią dziury. Zaprowadziłam lekko zdziwioną Tradycję na porodówkę, zamknęłam drzwi na haczyk (haczyk! to jest harpun na wieloryby, nie haczyk), a kukułka powtarzała w kółko, jak nakręcona: woda jest, sianko jest, słoma świeżutka, drzwiczki zamknięte. Woda jest, sianko jest… “Zamknij się, kukułka, idziemy powiedzieć małżonkowi!” zaordynowałam w wojskowym stylu, bo wstąpił we mnie duch generała (żarcik z szogunem jest już lekko nieświeży, prawda?). I poszłam przez mrok, omal nie rozdeptawszy Kotka. Nie ma wojny bez ofiar, prawda.

Małżonek na wieść o tym, że być może nie pojadę nazajutrz do miasta i zakupy będzie robił sam, bo więzadła zniknęły, a od zniknięcia więzadeł w ciągu dwudziestu czterech godzin… (tak, oczywiście, Kanionku), nie strapił się ani trochę. W jego mniemaniu to nie miało prawa się wydarzyć, a wszystkie więzadła tego świata były tylko moją chorą imaginacją, więc mógł spać spokojnie. Ja za to wręcz przeciwnie – spać nie mogłam, więc jeszcze upewniałam się na przeczytanych wcześniej po trzy razy stronach, że tak, gdy przepadną więzadła, to już nie później, niż w ciągu dwudziestu czterech godzin koziołki opuszczą statek-matkę. “Nie później niż” wydało mi się nagle tak mało satysfakcjonujące! No bo co z “nie wcześniej, niż”? A co jeśli Ziokołek urodzi w środku nocy? Może JUŻ rodzi? Powiem tylko tyle, że o pierwszej w nocy polujący na ćmy Kotek znów miał szansę zginąć pod butem skradającej się cicho zjawy, która podeszła do drzwi od koziarni, by przytknąć do nich niespokojne ucho. Kotek się całkiem nie nadaje do manewrów z podchodami i gdyby to była prawdziwa wojna, skończyłby jako konserwa z przydziału.

Nazajutrz rano sytuacja nie uległa żadnym widocznym zmianom, a małżonek z całą delikatnością (bo z wariatkami trzeba ostrożnie) dopytywał, o której będziemy mogli wyjechać. Jakoś krótko po dziesiątej, pomacawszy Tradycję raz jeszcze, dokonawszy oględzin cycków i nie stwierdziwszy najmniejszego nawet rozwarcia w paczce z czipsami dałam za wygraną i orzekłam, że wyjeżdżamy o jedenastej. Tradycja oczywiście pozostawała w porodówce, a reszta koziej czeredy pasła brzuchy na zewnątrz. Umyliśmy się, za ludzi przebrali, było tuż przed jedenastą, a że małżonek coś tam jeszcze się grzebał w łazience, to uznałam, że zdążę dorzucić Tradycji garść sianka i ostatni raz zajrzeć do porodówki. No i zajrzałam.

Kukułka jest słabego zdrowia i padła zemdlona natychmiast, a mi niewiele brakowało, gdy zobaczyłam to, co już wiecie, że zobaczyłam. Tradycja spojrzała na mnie przelotnie, zupełnie niewzruszona, i wróciła do pieczołowitego wylizywania dwóch kolebiących się na boki koźlątek. Miejscami były jeszcze całkiem żółte, bo taki jest kolor płynu, w którym kiszą się koziołki w beczułce mamusi. Wydeklamowałam coś o charakterze religijnym, głos uwiązł mi w gardle i coś mi wpadło do oka, ale szybko wzięłam się w garść. Oceniłam stan matki i przychówku, okiem godnym jaszczompia dostrzegłam, że Tradycja leży na w połowie już wydalonym łożysku, i na kukułczych skrzydłach poleciałam do domu. I promieniejąc blaskiem zwycięzcy Lotto, oraz szczerząc się jak koń do sucharów z kminkiem oznajmiłam małżonkowi, że nasz wyjazd opóźni się co najmniej o godzinę. I wyobraźcie sobie, JESZCZE NIE ZAŁAPAŁ. I zapytał – “dlaczego”! Zaczynam się obawiać, że w razie wojny trafi do jednej konserwy z Kotkiem.

No i za chwilę już staliśmy oboje, wyciągając szyje nad drzwiczkami od porodówki, gdacząc i piejąc na przemian, a zachwyt i duma rozpierały nas tak, jakbyśmy co najmniej sami te koziołki zrobili. Jakże ja nie chciałam wtedy jechać do tego miasta! Ale wszystko wyglądało dobrze, dzieciaki odnalazły drogę do cycka (fakt, że obydwoje do tego samego), mamusia była nimi tak zajęta, że niestosownym byłoby jej tam włazić z butami i przeszkadzać, więc tylko zamknęłam drzwi do koziarni (bo a nuż przeciąg, a one jeszcze mokre, prawda), JESZCZE RAZ pozwoliłam kukułce wyliczyć, że woda i sianko, no i pojechaliśmy. Cośmy w tym mieście kupili za nic nie pamiętam, ale gdybym chciała sobie przypomnieć, to mam paragony.

Nie muszę chyba wspominać, że gdy wróciliśmy, to ledwie przekręciłam kluczyk w stacyjce, jedną nogą już byłam w koziarni. Królowa Matka leżała sobie spokojnie na słomie, a przy niej spały wylizane do czysta maluchy. Rozpakowany bagażnik i dwie tabletki paracetamolu później, konsultowałam (przez telefon) konieczność zdojenia siary z prawego cycka, bo choć lewy był opróżniony do zera, małe z prawego pić nie chciały i już. Pani weterynarz od bydła potwierdziła, że najlepiej będzie cycek opróżnić, żeby zrównał się z drugim, bo ze zbyt pełnego trudniej maluchom ssać, i żeby zapobiec ewentualnemu stanowi zapalnemu, bo wymiona nie lubią być napchane do wypęku jak autobus do pracy z rana.

I w kwestii dojenia, to chyba już wspominałam w komentarzach, na czym polega zasadnicza różnica między kozą, a krową? Otóż do krowy podchodzą sobie Państwo nonszalancko wymachując bańką na mleko lub wiadrem, siadają sobie Państwo przy krowie na stołeczku, i sobie Państwo kulturalnie i wygodnie doją tę krowę, ściskając w rękach duże i pełne cycków końcówki, a nawet pogwizdując dziarsko. Wiem, bo widziałam na filmie. Natomiast do kozy… Do kozy pierwiastki, która nigdy przedtem nie była dojona, pełznie się na czworakach, u celu padając na ugięte łokcie i wykręcając głowę jak w ataku nerwobólu, jedną dłonią podstawiając proszalny kubeczek, a w dwa palce drugiej łapiąc sutek grubości rosówki. Jeśli ktoś nie wędkuje, to może miał kiedyś ołówek i też będzie wiedział. Aha, i nie da się dziarsko pogwizdywać, gdy usta zajęte są sapaniem z przejęcia i wysiłku związanego z pozycją “na partyzanta w okopie”.

I ja, proszę Państwa, nowa i nieużywana dojarka bez gwarancji, dzięki niezwykłej uprzejmości i łagodnemu usposobieniu Tradycji, udoiłam w godzinę całą szklankę mleka, czyli siary. I przy okazji – kto był w życiu aż tak zgorzkniały i niespełniony erotycznie, by pierwsze mleko nazwać tak parszywie? Siara. Czy ktokolwiek normalny wziąłby do ust coś, co kojarzy się z materiałem używanym w przemyśle zapałczanym? Ja wzięłam. Kozia siara smakuje jak śmietanka kremówka. Jest gęsta, słodkawa, tłusta, a z siarką łączy ją tylko kolor – jest żółta jak skórka od cytryny. Odrobinkę tylko spróbowałam, bo siara jest bezcenna (wszystkie te przeciwciała, wysoka wartość odżywcza i w ogóle) i jeśli jest jej w nadmiarze, należy ją zamrozić i przechowywać do następnego wykotu. Bo następnym razem może jej być za mało, czy coś. Siarą od Tradycji mogłabym też nakarmić z pożytkiem maluchy innej kozy z mojego stada, ponieważ – jak wyczytałam – siara zawiera ciała odpornościowe związane nie z matką, czy dzieckiem, a z terenem, na którym przebywa dana koza. Ale co ja Wam tutaj…

No to tak. Że maluchy są śliczne i słodkie, to już sami stwierdziliście. Że są mięciutkie, puszyste i pyszczki im pachną mlekiem, to ja Wam przysięgam. Że Królowa Matka zdrowa, troskliwa, dla dojarki i dzieci łagodna, to też już było. A co z OJCEM??

“Ludzie we wsi gadają, że syn mi się urodził, jak malowany. I jeszcze takie jedno małe, białe, do mnie całkiem niepodobne. Córka, czy jakoś tak. Gdzieś ja tu miałem skitrane fajki…”

dziemojefajki

“Są. Nikt nie widzi?”

is the coast clear

“No, to sobie na tę okoliczność zajaram”.

jaram się tym ojcostwem

“Faceci. On się tu na dłużycy polansuje, synkiem się pochwali, fajkę jak jakiś John Wayne zajara, a na mleko dla dziecków to matka musi zarobić”.

Królowa Matka strzyże wiosenną trawę

PS. A propos facetów – małżonek z zapałem godnym gry w Diablo III, robi dla nas forum. Wiem, że miałam ja, ale nie oszukujmy się – ja mam w głowie siano i kołowrotek z koziołkami, a tam trzeba ślęczeć przy kodach i kompatybilnościach, więc małżonek się wziął i poświęcił. Proszę ofiarować modlitwę w jego intencji, lub choć wspomnieć miłym słowem w komentarzu. Byk zapłać.

PPS. Aha, różę też już zabezpieczyłam, na razie kawałkiem starego płotu drewnianego, bo wiecie – w gruncie rzeczy, a konkretniej gruz. Nie wiem, dlaczego naiwnie sądziłam, że tam akurat go nie będzie. No i nie da się wkopać słupków żadnych, przed wykopaniem taczki gruzu. W każdym razie kawał płotu oparty o siatkę osłania to, co zostało z krzewu, i kozi pysk się nie przeciśnie.

49 thoughts on “Mam wierzbę we wiedrze i nogę na plecach, czyli cała jestem w koziołkach

  1. Fredzia 15/03/2015 at 00:30

    Rzadko zaglądam, bo wolny czas to towar deficytowy a mnie ktoś zwinął kartki i bloczek czeków in blanco na dodatkowe godziny, ale chciałam zauważyć, że z Pecika się zrobił mucho-macho jakoś tak wyjątkowo szybko. Dopiero co brykał nieporadnie między nogami koleżanek i pobekiwał jak nastolatek przed mutacją, a tu nagle szeroka klata, diabelskie poroże i fajki z kumplami. Widać tacierzyństwo daje szacun na dzielni i +100 do lansu ;)
    Pozostając w męskim gronie, składam gratulacje na klawiaturę Małego Żonka. Każdy, kto ogarnia rzeczywistość w trybie zerojedynkowym, potrafi okiełznać prądożerne gadżety i rozumie zdanie „Uprzedzając pytania dotyczące małego storage dla VM, dodam, że planuję wykorzystać jakiegoś NASa po iSCSI”, ma u mnie dożywotni talon na podziw z opadniętą szczęką ;)
    No dobra, a teraz Kanionku DAWAJ FILM Z KOZIOŁKAMI!!! :P

    • kanionek 15/03/2015 at 01:07

      Mam, ale nie dam! No dobra, dam. Ale w następnym odcinku, bo ten już mi się i tak ciągnął bez końca, jak „Moda na sukces”.
      A Andrzej Pecik naprawdę zmężniał nagle i znienacka. Zdjęcia zawsze zamieszczam aktualne (a jeśli nie, to piszę, że starocie), więc komu zostało jeszcze trochę godzin w bloczku, ten może sobie prześledzić historię kariery „od Pecika do Schabika”. Moim zdaniem gdzieś miesiąc temu, może półtora, Andrzej kapnął się, co narobił, i postanowił dorosnąć do roli Don Padre ;)

  2. zeroerhaplus 15/03/2015 at 00:35

    Jaka noga, dawaj koziołki :D

    Czy mi się tylko wydaje, czy też Andrzej wypiękniał ostatnio? Prawdziwy z niego mazurski koziorożec :)

    Z cyklu „czy mi się wydaje”: wiaderko z wierzbinami wygląda na walec z powietrza oklejony srebrną taśmą.. Teoretycznie niemożliwe, ale…

    Trzecie z cyklu: czy mi się tylko wydaje, że małżonek woli diablo trzy od dwa?!

    Widzisz, w całym komentarzu ani słowa o koziołkach, da się ;)

    PS. Nie wiem, czy modlitwa w moim wykonaniu by pomogła (raczej nie), nie wiem też jak się pogania małżonków (przynajmniej nie wiem, jak skutecznie..), użyję więc tradycyjnego zawołania wojennego Apaczów: „Proszę się nie spieszyć, panie Kanionkowy, powoli, a spokojnie, coby wam i nam potem forum od razu dnia pierwszego na pysk nie padło. Howgh, uff, uff.”

    PPS. No nie mogę się oprzeć. Koziołki skonstruowane są bardzo śicznie :))

    • kanionek 15/03/2015 at 01:18

      Zmiłuj się, Zeroerha – ja serię Diablo znam tylko z odgłosów zza ściany. Zapytam.
      I w pewnym sensie tak, to jest walec z powietrza, oklejony taśmą (miałam taśmę i po prostu MUSIAŁAM jej użyć), bo niebieskiego wiadra jest w tym już naprawdę niewiele. Walało się gdzieś, biedactwo, przez cztery zimy z rzędu, i trochę je erozja szarpnęła. Ale oklejone taśmą trzyma sie kupy i wodę też ;)

      Jakie koziołki?

      • zeroerhaplus 15/03/2015 at 01:23

        Jakie koziołki… no przecież aktualnie są tylko jedne :)
        Lepiej powiedz, jaka noga ;)

      • kanionek 15/03/2015 at 18:52

        Zeroerha – małżonek mówi: Diablo II :)

        • zeroerhaplus 15/03/2015 at 19:33

          No, ulżyło mi :)
          A już mnie prawie przestraszyłaś….

  3. harpia 15/03/2015 at 00:38

    A dlaczego tak jest, że u kóz jest WYkOT?
    Świnka się prosi
    krówka się cieli
    Suka się szczeni
    klacz się źrebi
    A koza się KOCI??
    chyba powinno być koźli.

    • kanionek 15/03/2015 at 01:10

      Nie wiem, kto tak zarządził (może ten frustrat od siary?), ale taka jest obowiązująca terminologia, że koza się koci i nie ma zmiłuj. Ale to jeszcze mały pikuś, ja się pytam – co z JEŻEM? Czy jeż się jeży? :D

    • zeroerhaplus 15/03/2015 at 01:22

      A dzik? Dziczy się? Boję się zapytać o rosomaka, mrówkojada i leniwca..
      Przynajmniej jedno jest pewne: kura się nie kurzy ;)

  4. harpia 15/03/2015 at 01:34

    Dzik się prosi (jak świnia)
    a powinno być warchli się (od warchlaka)
    a mysz co robi? Mszy się?

    • Iwona 15/03/2015 at 10:24

      Króliki i zające, też się kocą i owce się kocą, i sarny się kocą. A myszy? Też się kocą, chyba, bo się mówi kotna mysz.

      • zeroerhaplus 15/03/2015 at 12:16

        Iwona, a u mnie kotna mysz to taka, która zostanie przyniesiona przez koty do domu (w jakimkolwiek stanie) ;)
        Coś mnie te koziołki we frywolny nastrój wprawiły… czy też to wiosna..?
        Ach, ach :))

        • Iwona 15/03/2015 at 13:08

          Zeroerhaplus, to u mnie są kotne myszy, krety, jaszczurki, ptaszki i ryby, a i pół kotnego szczura nawet znalazłam w pięknej pozie na odkurzaczu, ale to dawno było, teraz cierpię na bezkocie.

          • Lidka 15/03/2015 at 14:55

            @Iwona
            Moze juz czas przygarnac jakies niechciane futro? Nie bede sie zarzekac, ze moja futrzana rodzina juz jest pelna, bo z reguly zawsze do ogrodka przyplacze sie jakies brudne futro i wtedy NIE MAM WYJSCIA. Wiesz, o czym mowie… A na razie pekam z radosci, bo wroble zaanektowaly budke na moim balkonie i z dumy, ze to wlasnie moj balkon i moja budke wybraly!

          • Iwona 15/03/2015 at 15:49

            @ Lidka
            Ze schroniska mi nie dadzą, zbyt blisko drogi. Wiosenne kocenia się zaczynają i na pewno kociąt po(d)rzuconych nie zabraknie :(. Ostatnio znajoma słysząc, że nie mam kota podarowała mi jednego ze swoich, 4 miesiące ma, „nie głaskany”, tak powiedziała. Co byście rozumiały przez to stwierdzenie? Ja pomyślałam, że kocie trzymane na podwórku i karmione w oborze, jest po prostu nieprzyzwyczajone do bycia w domu i lekko nieufne. A ten biedak, czy biedaczka jest dziki i boi się ludzi. Pogryzł mnie i podrapał, kryje się i trzyma się z daleka, jedzenie zjada, jak jest sam. Ciężka praca mnie czeka, i długo trwać to będzie, jeśli w ogóle uda mi się oswoić tego kociaka.

          • ciociasamozło 15/03/2015 at 19:00

            Iwona, szanse, że czteromiesięczny nieoswojony kociak będzie miał potrzebę i chęci bliskiego kontaktu z człowiekami są faktycznie niewielkie (u kotów tzw. okres socjalizacji trwa do 9tyg. życia, choć nigdy nie mów nigdy). Takiemu kotu do szczęścia człowiek nie musi być potrzebny, więc dzikusek doskonale sobie poradzi jak mu dasz strawę, ciepły kąt i święty spokój. Tylko Tobie pewnie miło by było mieć nakolannego przytulasa :(

          • Iwona 15/03/2015 at 19:09

            @ ciocia
            No właśnie, kot jest, a jakby go nie było. I tak, jak piszesz szanse są raczej małe, że przekonam go do siebie. U mnie zawsze były koty, po kilka nawet i teraz dziwnie tak.

          • ciociasamozło 15/03/2015 at 19:13

            Nie przeskoczysz tego, co sobie kot uwidzi.
            Ale jak znam życie zaraz Ci się jakaś bida, która doceni Twe wielkie serce, przyplącze :)

          • Iwona 15/03/2015 at 19:19

            Mam nadzieję, rozpuściłam wici, że kota przyjmę, nawet dwa, a i trzeci się zmieści, to pewnie się doczekam :-).

          • kanionek 15/03/2015 at 19:32

            Rozpuściłaś wici, że szukasz kota? Czy na pewno wiesz, co robisz? Koci desant za 3…2…1… :D
            Życzę Ci, żebyś dostała nie więcej niż 50, za to wszystkie miłe i przytulne :)

    • ciociasamozło 15/03/2015 at 19:05

      A lamy. Co robią lamy?

      • Iwona 15/03/2015 at 19:13

        Lamy się lamią ;-)

      • zeroerhaplus 15/03/2015 at 19:35

        Na pewno się nie łamią ;)

  5. nikt wazny 15/03/2015 at 03:07

    Koziolki sa sliczne.
    Mini Pecik ma cudny przedzialek na lebku:) Kto wie, moze nie pojdzie w slady taty i fundnie se fryzure na czeskiego pilkarza?:)
    A na zdjeciach w poprzedniej notce zwrocilam uwage, ze koziolki maja lekko iksowate przednie nozki, zdaje sie ze po tatusiu, bo Tradycja ma prosciutkie:)

    Kanionku, co z ta noga na plecach????

    • kanionek 15/03/2015 at 10:42

      Nieee, te iksowate nóżki to tylko złudzenie. Będzie więcej zdjęć i filmów, to będzie lepiej widać. A Andrzej chyba tylko tylne ma takie, jakby na beczce były prostowane. Stwierdziliśmy z małżonkiem, że to dlatego, żeby jajca miały odpowiednio dużo miejsca ;)
      Noga? Rośnie. Każdy ma jakiś garb do dźwigania ;)

  6. nikt wazny 15/03/2015 at 03:09

    A ten Mini Pecik to niezly szelma bedzie, widac po ostatnim zdjeciu – usmiecha sie, lobuziak:)

    • kanionek 15/03/2015 at 10:44

      Tak! On ma uśmiech permanentny, chyba przez te ciemniejsze smugi biegnące od kącików „ust” do uszu. Mam nadzieję, że mu tak zostanie, bo ten jego łobuzerski uśmiech jest zaraźliwy – gdy go widzę, to MUSZĘ się roześmiać :)

      • Ynk 15/03/2015 at 13:16

        Goat z Cheshire? ;-)

  7. karolka 15/03/2015 at 08:01

    Z calego serca dziekuje Kanionku, ze opisujesz te historie i dzielisz sie nia z nami, bogato ilustrujac zdjeciami. :-)

    • kanionek 15/03/2015 at 10:50

      Nie ma za co :) Żałuję jedynie, że cierpię na przewlekły spadek formy, ale zdjęcia zawsze ratują sytuację.
      Dzisiaj dorzucę kolejny rozbrajający materiał video.

  8. Izabelka 15/03/2015 at 08:21

    Śliczności :))))STOP.
    Zatem z racji profesji zapytam o tę nogę? Co to za ona?? „Daj mi nogę, daj mi nogę…”?
    Obawiam się również, że mimo znajomości w Herbapolu nie załatwię Ci marchwi i owsa, bo to towar niewymienny jest z zasobów magazynowych. Ni ma go tam. Zresztą firmy f. mają teraz obostrzony kodeks etyczny i sponsoring jest na czarnej liście… Bez wyjątku, kozi też ;)
    Tudzież dziękuję Ci za celną diagnozę – jestem niewątpliwie świrem!
    Łączę wyrazy uszanowania dla szczęśliwej rodzinki!

    • kanionek 15/03/2015 at 10:59

      Ech, Izabelka :) Zabrzmię jak stara baba zwisająca z parapetu, ale zbyt długo żyję na tym świecie, by nie wiedzieć, że obostrzone kodeksy etyczne są jak ołówki – z jednej strony są ostre, ale z drugiej mają gumkę ;)

      Noga jest, na szczęście, metaforyczna, choć jak na taką potrafi zadziwiająco mocno kopnąć, a najbardziej lubi w głowę ;) Wyrazy uszanowania zaraz przekażę :)

      • Izabelka 17/03/2015 at 07:17

        Masz rację w kwestii tej gumki :-D, ale obawiam się, że co niektórzy przerobili tę gumkę na gumę od gaci … (żeby można było sobie postrzelać z niej w łeb…) ;)

  9. Iwona 15/03/2015 at 10:04

    Też jestem świrem, męczą mnie rzeczy, których nie widać. Małe Ślicznoty śliczne są, Tradycja, statecznie teraz wygląda z tym baniaczkiem, a Pecik z pecikiem wymiata :-D

    • kanionek 15/03/2015 at 10:37

      No właśnie. Z Ciociąsamozło tu kiedyś rozmawiałyśmy o tych stanach napięcia i kołowrotkach myśli – na zewnątrz człowiek wygląda normalnie, a w środku koniec świata i gruzowisko. I nie da się wyjść z siebie i odpocząć.
      A na baniaczek Tradycji spoglądam co chwilę i nadal w to wszystko nie mogę uwierzyć. A zwłaszcza w te maluchy, których jeszcze kilka dni temu nie było. Człowiek powinien żyć kilka razy, jak kot, bo życia nie starcza by się tym życiem nacieszyć ;)

  10. ewa 15/03/2015 at 10:59

    Jako świra zdiagnozowanego nie może mnie tu zabraknąć!
    A koziołki cudne i zachwyty mnie nie dziwią. Jak dobrze się przyjrzeć, to ten świat rzeczywiście jest piękny :-)

    • kanionek 15/03/2015 at 11:04

      No to witamy w klubie, Ewa ;)

  11. spokostanka 15/03/2015 at 13:48

    Z tym reklamowaniem nie ma lekko, a może za mało się starałam? Tak, to na pewno to.
    Miałam ci ja koziołka o imieniu Gutek-Film i kozę Radical Grażę i nic. Pewnie powinnam się cieszyć, że nikt mi procesu nie wytoczył … :)
    Wszystkiego dobrego!
    Goat mit uns!
    I nie może zabraknąć Goat bless you!

  12. ciociasamozło 15/03/2015 at 18:47

    Wiaderko z wierzbą – kolejny dizajnerski element wystroju kanionkowego obejścia :)

    Przyssawka męska faktycznie ma zaraźliwy uśmiech od ucha do ucha. A przyssawka żeńska jako ta lilija biała ;)
    Tupecik i Petunia:)

    Andrzeju, proszę nie zaprószyć ognia!

    Poświęcenie Małżonka Kanionka wielkie jest i godne orderu, a przynajmniej uścisku dłoni prezesa i uwzględnienia w jadłospisie. Dostanie ten bigos bez kiszonej kapusty?

    • kanionek 15/03/2015 at 18:58

      No ba! Już przedwczoraj zrobiłam.
      Kozy dostały też nowe, większe miski na wodę (to logiczne, skoro wcale nie piją, prawda?), wyprodukowane w Polsce, a dokładniej w miejscowości Koziegłowy. Ale zauważyłam to dopiero w domu, żebyście nie myśleli, że mi całkiem odbiło ;)
      No i małżonek na moją prośbę zrobił nowe, solidne uchwyty do tych misek, bo po tych ładnych paru miesiącach hodowli wiem już, co się u kóz sprawdzi, a co zaraz zostanie zepsute. Za chwilę zrobię nowy „wpis”, zawierający tylko film, to i zdjęcia misek dorzucę.

      • zeroerhaplus 15/03/2015 at 19:37

        To, że zrobiłaś, nie znaczy automatycznie, że dostał ;)

        • kanionek 15/03/2015 at 19:48

          Zaraz sobie zapiszę w moim czarnym notesiku: „Zeroerha – mądrala” :D
          Dostał, dostał. I zadowolony, że nareszcie ma tak, jak chciał – bez kiszonej kapusty i BEZ WINA. No nie powiem, ja to z nim jem, już trzeci dzień, z grzeczności i do towarzystwa.

  13. Ania W. 15/03/2015 at 19:04

    Przeczytałam i mnie zmroziło: JESTEM ŚWIREM!!! ———————————————

    No dobra, sobą się zajmę potem, a teraz codzienne zachwyty nad Kanionkiem i Kozią Familiją. Ach! Ech! Och!

    • ciociasamozło 15/03/2015 at 19:08

      To chyba dobrze? Znaczy nie odstajesz od reszty Obory ;)

    • kanionek 15/03/2015 at 19:30

      Mnie zmroziło po obejrzeniu „Dnia Świra”, dawno temu. Choć i odetchnęłam z ulgą trochę, że nie tylko ja tak mam. Od głównego bohatera różni mnie jedynie brak wąsów i kilka innych, równie nieistotnych detali.

      Ania W. – jest nowy filmik do obejrzenia :)

  14. Kachna 16/03/2015 at 12:10

    Omójbożeomójbożeorany!!!!
    Już, tak od razu koziołki do BRYTFANKI?!
    Jak to dobrze, że się nie zmieścił, jak dobrze że się nie zmieścił Minipecik…Ufff!
    :)

    • kanionek 16/03/2015 at 22:56

      Ale ta mała tak słodko wyglądała w naczyniu żaroodpornym w kształcie brytfanki :)
      Kachna, czy my się przypadkiem nie umawiałyśmy, że moja pierworodna kózka nosić będzie Twoje imię? Dawno temu to było, jeszcze przed tabelą zakładów. Dobrze pamiętam?

  15. Kachna 17/03/2015 at 06:26

    Jesteś bardzo „pamiętliwa”:)
    Tak było.
    Ale przy tylu pięknych propozycjach juz nie Śmiałam przypominać….
    ………..
    Ależ mi się moje jagniątka przypomniały. U nas bywało prawie jednocześnie 8-10 bo od kilku owiec.
    Piękne czasy to były.

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa