Mam wiadomość złą i złą, czyli zimno, do dupy i źle, a nawet makabrycznie

Jeszcze kilka dni temu było tak:

kwiaty czarnego bzu kwiaty czarnego bzu 2

A dzisiaj? Co za parszywy dzień. Dwanaście stopni i pada od dwunastu godzin. Koziołki bardzo niepocieszone, próbują rozmontować nową ławkę w koziarni, a Bożena z nudów zagryza kostkę solną na śmierć. Od samego rana było zresztą cudownie…

Budzi mnie krzyk jastrzębia. Otwieram na próbę jedno oko, na budziku piąta dwadzieścia osiem, zamykam oko, a jastrząb dalej się drze. “Iju, iju, iju!”. Jakiś walnięty w głowę ten jastrząb, myślę sobie, i o co mu w ogóle chodzi z tą syreną alarmową o wpół do szóstej nad ranem? “Iju, iju, dam ci po głupim ryju”, myślę coraz bardziej rozeźlona, ale już wiem, że nie ma co udawać – muszę wstać, bo i tak nie zasnę. Człapię więc w kierunku kuchni, omijając ostrożnie martwe jeszcze o tej porze ciała trzech psów (Laser oczywiście pod kołdrą i ani drgnie), i wtedy dociera do mnie, że to właśnie w kuchni jest ów w dekiel walnięty jastrząb, bo “iju, iju!” dobiega wyraźnie zza kuchennych drzwi, a przecież w kuchni powinien być nie jastrząb, tylko Puma, która teraz tam mieszka, bo się nienawidzą z Jałowcem, a Jałowiec z rodziną została przeniesiona do mnie… Rany boskie – PUMA!

Wpadam do kuchni i od razu dostaję w łeb wiadrem z gruzem i kostkami lodu. Puma? Nie, z Pumą wszystko w porządku – śpi sobie zadowolona, denkiem do góry, w kartoniku na pięterku (tym na siatki foliowe), a jakiś metr pod nią, na zimnej, kuchennej podłodze, leży mokry, drący się wniebogłosy kociak. Tu i ówdzie linoleum upstrzone jest kropelkami krwi i kałużami innych porodowych wydzielin. Robię trzy susy do dyspensera ręczników papierowych, i wtedy zauważam drugie kocie ciałko, zaraz przy kuchence gazowej. Ciałko nie robi “iju, iju!”, gdyż jest jak najbardziej martwe, porzucone z kawałkiem jakiegoś mięsa na drugim końcu pępowiny. Serce zwija mi się w trąbkę. “Puma, coś ty narobiła, coś ty narobiła…” – jak robot wyciągam płachty ręcznika, przykucam przy tym żywym jeszcze stworzeniu i delikatnie osuszam, chcąc jednocześnie ogrzać go w dłoniach, bo jest potwornie zimny. Zimny jak ta nasza podłoga, która nawet latem się nigdy nie nagrzewa. Myślę gorączkowo – co teraz, co teraz!?, odruchowo rozglądając się wokół, i wtedy trzeci cios w nieprzytomny łeb – jeszcze jeden kociak, przy lodówce w kącie spiżarni. Bez życia.

Podkładam z grubsza wytartego kociaka Pumie do kartonika, Puma patrzy na niego zdziwiona i wyskakuje z pudełka jak dźgnięta widelcem. “Nic z tego nie będzie”, myślę spanikowana i gardło mi się ściska, bo mały nadal wyje jak syrena alarmowa, przywołując matkę, krzycząc że mu zimno i że w ogóle do dupy jest ten świat, a ja NIE WIEM CO ROBIĆ. Rozpęknięty na tysiąc kawałków łeb myśli nawet przez chwilę o mikrofalówce (omatko, nie że ugotować, tylko pod grill na chwilę wsadzić, żeby ogrzać, ale wiem, WIEM przecież, że to kretyński pomysł), i w końcu jakimś cudem – TERMOFOR! Przecież mam stary, gumowy termofor. Czajnik z wodą na gaz, termometr serowarski w dłoń, podgrzewam wodę (ile stopni? ILE STOPNI? Nie ma czasu na grzebanie w powolnym internecie; uznaję, że trzydzieści osiem będzie całkiem w porządku), wlewam w gumowy worek i mały jastrząb już leży, brzuchem do ciepłego, i w pół minuty się uspokaja. Muszę zrobić sobie kawę i pomyśleć. Muszę umyć tę cholerną podłogę, zanim sama wywinę orła na tych mokrych plamach.

Kawa, mop, wycieranie do sucha na kolanach i zaglądanie we wszystkie kąty, w które mogła się wcisnąć wyrodna matka i zostawić tam po sobie jeszcze jedną pamiątkę. Pamiątek brak. Młody jastrząb tylko popiskuje z cicha. Termofor nadal przyjemnie ciepły, Puma łasi się do mnie, nie zaszczycając dzieciaka nawet spojrzeniem. Co teraz? Już widzę siebie, jak dziesięć razy dziennie zmieniam wodę w termoforze i karmię tego chomika z pipetki, masując brzuszek opuszką małego palca, bo to przecież takie kurwa małe. I czym niby ja go będę karmić – kozim mlekiem? Przecież to się posra, to małe, piszczące, nieporadne coś. W lecznicach pewnie mają pokarm zastępczy dla małych kotków, ale czy on nie zdechnie, zanim ja zdążę obrócić do miasta i z powrotem? I w ogóle co z niego wyrośnie, tego dziecka termoforu? I wtedy myśl nie tyle genialna, co desperacka – Jałowiec. Nie w sensie, że wydoję Jałowca, tylko… może weźmie tego małego? Zabieram ostrożnie rozpłaszczonego jastrzębia z ciepłej powierzchni termoforu, na co on od razu w ryk. Niosę ostrożnie do mojego pokoju, gdzie Jałowiec, w swojej nowej budce na piętrze, już patrzy czujnie w moim kierunku, nastawia uszu, a oczy robią jej się wielkie jak księżyc w pełni. Chwila wahania. Bo co jeśli ona go zwyczajnie zamorduje?

Mały wrzeszczy jak opętany (serio, dzieciaki Jałowca tak się nie darły, gdy matka w kilka godzin po porodzie poszła na pół godziny odpocząć gdzie indziej i pomiziać się z Atosem), Jałowiec już wyszła z budki i z naprężonym, drżącym ogonem obwąchuje moją lewą dłoń – tę, która nakrywa małego jastrzębia leżącego w dłoni prawej – i spogląda mi w oczy twardym spojrzeniem z gatunku nierozszyfrowanych. To może być: “zajumałaś mi dzieciaka, wywłoko?!”, ale może być również: “zwariowałaś? Obcy element mi do gniazda znosisz?!”. No więc waham się jeszcze pół sekundy, ale raz kozie i chomikowi śmierć – odchylam w bok lewą dłoń, Jałowiec nie waha się ani chwili, łapie kociaka w zęby (a ja już mam zawał), wciąga do swojej budki i… Wylizuje pospiesznie i z wielkim oddaniem, a za chwilę zgarnia łapką pod siebie. I znów spogląda mi twardo w oczy, i tym razem wiem, co mówi: “Ty to jednak jebnięta jesteś, złodziejko, i masz szczęście, że oddałaś”. Się normalnie prawie poryczałam.

A wieczorem cała sprawa się rypła i – wybaczcie – szlag trafił szczęśliwe zakończenie. Mały jastrząb jednak nie przeżył. Zaglądałam do budki Jałowca niezliczoną ilość razy. Widziałam, że mały ssał i nikt się go nie czepiał (dzieci Jałowca nadal są na etapie rozwoju, który można skwitować krótko: “kim jestem? Nieważne, ciepło i mleczko, mleczko i ciepło, idę spać”). No więc nie wiem, czy zbyt długo leżał na zimnej podłodze, czy może Puma urodziła go w kartoniku na piętrze i z niego wyrzuciła, a może urodził się jakiś wadliwy. Do Pumy absolutnie nie mam żadnych pretensji – nie wiem w jakim jest wieku, ale pisałam Wam, że bardziej martwię się właśnie o nią, niż o Jałowca. Puma jest drobniutka, wygląda na młodszą od Jałowca, a już doczytałam w internecie, że młodym kotkom zdarza się odrzucić cały miot, no i przez większość żywota karmiona była trocinami. Do jej poprzednich opiekunów też nie wiem, czy mieć pretensje – lubili tę kotkę, zrzucali się na żarcie, a że to była płyta paździerzowa w granulkach? Cóż, reklama w telewizji zapewne twierdzi, że właśnie to kupowałyby koty, gdyby miały kartę MasterCat, albo coś w tym stylu. Za to Jałowiec zaskoczyła mnie swoim oddaniem wobec obcego kociaka i nadal coś mnie ściska w okolicy śladów po półpaścu, gdy sobie przypomnę to jej spojrzenie, i pośpiech, z jakim wylizywała małego jastrzębia.

Puma przespała prawie cały dzień na krześle w kuchni, robiąc sobie krótkie przerwy na toaletę, potem najadła się, popiła, i właśnie przyszła do mnie na łóżko. Popiskujące od czasu do czasu z budki Jałowca dzieciaki nie robią na niej najmniejszego wrażenia, więc przynajmniej nie martwię się, że ona czegoś żałuje, czy za czymś tęskni. Teraz, mam nadzieję, odkarmi się zdrowo i wyrośnie na dużą, piękną kocicę. Albo zostanie małą, piękną kocicą. Wszystko jedno, Puma to bardzo miły i bystry kot.

stara wiedzma i kot

Tak jakoś wyszło, że na tym zdjęciu wyglądam jak stara wiedźma. W odróżnieniu od innych zdjęć, na których wyglądam jak stary chłop. A w kwestii kotów to jeszcze poczuwam się do wyjaśnienia, że ja ich do końca nie rozumiem, i na pewno nie mam zadatków na typową “cat person”. Przez większość życia miałam tylko psy, a później kozy, ale lubię i szanuję moje koty, nie oczekując zbyt wiele w zamian, a jeśli one od czasu do czasu chcą okazać mi coś w rodzaju cieplejszego uczucia, to spoko, biorę i o nic nie pytam. Koty wydają mi się mało rozmowne, a ja lubię sobie ze zwierzakami pogadać i wszystko dokładnie powyjaśniać. Puma łazi za mną jak pies i lubi zasnąć wtulona w moją szyję, ale NIC NIE MÓWI, więc nie wiem, czy to prawdziwa miłość, czy może jestem dla niej jedynie wystarczająco ciepłym rekwizytem (a przecież do psów się tulić nie będzie, bo nie zna zbyt dobrze tego narodu i nie ma do niego zaufania).

No i taki to był poniedziałek, a teraz jest wtorek i idę spać, żeby o wszystkim na chwilę zapomnieć.

PS. A druga zła wiadomość jest taka, że małżonek już nie ma pracy.

PPS. Pacanek i Andrzej nadal chodzą bez kolczyków i rozważamy porwanie młodego anestezjologa z najbliższego szpitala (młodego, bo młody lepiej zniesie cios w potylicę, kneblowanie, i podróż w worku obwiązanym sznurkiem), który za grzeczną namową znokautuje nam na chwilę tych dwóch delikwentów. Lepszego pomysłu nie mamy.

1 2 3