Mam wiadomość złą i złą, czyli zimno, do dupy i źle, a nawet makabrycznie

Jeszcze kilka dni temu było tak:

kwiaty czarnego bzu kwiaty czarnego bzu 2

A dzisiaj? Co za parszywy dzień. Dwanaście stopni i pada od dwunastu godzin. Koziołki bardzo niepocieszone, próbują rozmontować nową ławkę w koziarni, a Bożena z nudów zagryza kostkę solną na śmierć. Od samego rana było zresztą cudownie…

Budzi mnie krzyk jastrzębia. Otwieram na próbę jedno oko, na budziku piąta dwadzieścia osiem, zamykam oko, a jastrząb dalej się drze. “Iju, iju, iju!”. Jakiś walnięty w głowę ten jastrząb, myślę sobie, i o co mu w ogóle chodzi z tą syreną alarmową o wpół do szóstej nad ranem? “Iju, iju, dam ci po głupim ryju”, myślę coraz bardziej rozeźlona, ale już wiem, że nie ma co udawać – muszę wstać, bo i tak nie zasnę. Człapię więc w kierunku kuchni, omijając ostrożnie martwe jeszcze o tej porze ciała trzech psów (Laser oczywiście pod kołdrą i ani drgnie), i wtedy dociera do mnie, że to właśnie w kuchni jest ów w dekiel walnięty jastrząb, bo “iju, iju!” dobiega wyraźnie zza kuchennych drzwi, a przecież w kuchni powinien być nie jastrząb, tylko Puma, która teraz tam mieszka, bo się nienawidzą z Jałowcem, a Jałowiec z rodziną została przeniesiona do mnie… Rany boskie – PUMA!

Wpadam do kuchni i od razu dostaję w łeb wiadrem z gruzem i kostkami lodu. Puma? Nie, z Pumą wszystko w porządku – śpi sobie zadowolona, denkiem do góry, w kartoniku na pięterku (tym na siatki foliowe), a jakiś metr pod nią, na zimnej, kuchennej podłodze, leży mokry, drący się wniebogłosy kociak. Tu i ówdzie linoleum upstrzone jest kropelkami krwi i kałużami innych porodowych wydzielin. Robię trzy susy do dyspensera ręczników papierowych, i wtedy zauważam drugie kocie ciałko, zaraz przy kuchence gazowej. Ciałko nie robi “iju, iju!”, gdyż jest jak najbardziej martwe, porzucone z kawałkiem jakiegoś mięsa na drugim końcu pępowiny. Serce zwija mi się w trąbkę. “Puma, coś ty narobiła, coś ty narobiła…” – jak robot wyciągam płachty ręcznika, przykucam przy tym żywym jeszcze stworzeniu i delikatnie osuszam, chcąc jednocześnie ogrzać go w dłoniach, bo jest potwornie zimny. Zimny jak ta nasza podłoga, która nawet latem się nigdy nie nagrzewa. Myślę gorączkowo – co teraz, co teraz!?, odruchowo rozglądając się wokół, i wtedy trzeci cios w nieprzytomny łeb – jeszcze jeden kociak, przy lodówce w kącie spiżarni. Bez życia.

Podkładam z grubsza wytartego kociaka Pumie do kartonika, Puma patrzy na niego zdziwiona i wyskakuje z pudełka jak dźgnięta widelcem. “Nic z tego nie będzie”, myślę spanikowana i gardło mi się ściska, bo mały nadal wyje jak syrena alarmowa, przywołując matkę, krzycząc że mu zimno i że w ogóle do dupy jest ten świat, a ja NIE WIEM CO ROBIĆ. Rozpęknięty na tysiąc kawałków łeb myśli nawet przez chwilę o mikrofalówce (omatko, nie że ugotować, tylko pod grill na chwilę wsadzić, żeby ogrzać, ale wiem, WIEM przecież, że to kretyński pomysł), i w końcu jakimś cudem – TERMOFOR! Przecież mam stary, gumowy termofor. Czajnik z wodą na gaz, termometr serowarski w dłoń, podgrzewam wodę (ile stopni? ILE STOPNI? Nie ma czasu na grzebanie w powolnym internecie; uznaję, że trzydzieści osiem będzie całkiem w porządku), wlewam w gumowy worek i mały jastrząb już leży, brzuchem do ciepłego, i w pół minuty się uspokaja. Muszę zrobić sobie kawę i pomyśleć. Muszę umyć tę cholerną podłogę, zanim sama wywinę orła na tych mokrych plamach.

Kawa, mop, wycieranie do sucha na kolanach i zaglądanie we wszystkie kąty, w które mogła się wcisnąć wyrodna matka i zostawić tam po sobie jeszcze jedną pamiątkę. Pamiątek brak. Młody jastrząb tylko popiskuje z cicha. Termofor nadal przyjemnie ciepły, Puma łasi się do mnie, nie zaszczycając dzieciaka nawet spojrzeniem. Co teraz? Już widzę siebie, jak dziesięć razy dziennie zmieniam wodę w termoforze i karmię tego chomika z pipetki, masując brzuszek opuszką małego palca, bo to przecież takie kurwa małe. I czym niby ja go będę karmić – kozim mlekiem? Przecież to się posra, to małe, piszczące, nieporadne coś. W lecznicach pewnie mają pokarm zastępczy dla małych kotków, ale czy on nie zdechnie, zanim ja zdążę obrócić do miasta i z powrotem? I w ogóle co z niego wyrośnie, tego dziecka termoforu? I wtedy myśl nie tyle genialna, co desperacka – Jałowiec. Nie w sensie, że wydoję Jałowca, tylko… może weźmie tego małego? Zabieram ostrożnie rozpłaszczonego jastrzębia z ciepłej powierzchni termoforu, na co on od razu w ryk. Niosę ostrożnie do mojego pokoju, gdzie Jałowiec, w swojej nowej budce na piętrze, już patrzy czujnie w moim kierunku, nastawia uszu, a oczy robią jej się wielkie jak księżyc w pełni. Chwila wahania. Bo co jeśli ona go zwyczajnie zamorduje?

Mały wrzeszczy jak opętany (serio, dzieciaki Jałowca tak się nie darły, gdy matka w kilka godzin po porodzie poszła na pół godziny odpocząć gdzie indziej i pomiziać się z Atosem), Jałowiec już wyszła z budki i z naprężonym, drżącym ogonem obwąchuje moją lewą dłoń – tę, która nakrywa małego jastrzębia leżącego w dłoni prawej – i spogląda mi w oczy twardym spojrzeniem z gatunku nierozszyfrowanych. To może być: “zajumałaś mi dzieciaka, wywłoko?!”, ale może być również: “zwariowałaś? Obcy element mi do gniazda znosisz?!”. No więc waham się jeszcze pół sekundy, ale raz kozie i chomikowi śmierć – odchylam w bok lewą dłoń, Jałowiec nie waha się ani chwili, łapie kociaka w zęby (a ja już mam zawał), wciąga do swojej budki i… Wylizuje pospiesznie i z wielkim oddaniem, a za chwilę zgarnia łapką pod siebie. I znów spogląda mi twardo w oczy, i tym razem wiem, co mówi: “Ty to jednak jebnięta jesteś, złodziejko, i masz szczęście, że oddałaś”. Się normalnie prawie poryczałam.

A wieczorem cała sprawa się rypła i – wybaczcie – szlag trafił szczęśliwe zakończenie. Mały jastrząb jednak nie przeżył. Zaglądałam do budki Jałowca niezliczoną ilość razy. Widziałam, że mały ssał i nikt się go nie czepiał (dzieci Jałowca nadal są na etapie rozwoju, który można skwitować krótko: “kim jestem? Nieważne, ciepło i mleczko, mleczko i ciepło, idę spać”). No więc nie wiem, czy zbyt długo leżał na zimnej podłodze, czy może Puma urodziła go w kartoniku na piętrze i z niego wyrzuciła, a może urodził się jakiś wadliwy. Do Pumy absolutnie nie mam żadnych pretensji – nie wiem w jakim jest wieku, ale pisałam Wam, że bardziej martwię się właśnie o nią, niż o Jałowca. Puma jest drobniutka, wygląda na młodszą od Jałowca, a już doczytałam w internecie, że młodym kotkom zdarza się odrzucić cały miot, no i przez większość żywota karmiona była trocinami. Do jej poprzednich opiekunów też nie wiem, czy mieć pretensje – lubili tę kotkę, zrzucali się na żarcie, a że to była płyta paździerzowa w granulkach? Cóż, reklama w telewizji zapewne twierdzi, że właśnie to kupowałyby koty, gdyby miały kartę MasterCat, albo coś w tym stylu. Za to Jałowiec zaskoczyła mnie swoim oddaniem wobec obcego kociaka i nadal coś mnie ściska w okolicy śladów po półpaścu, gdy sobie przypomnę to jej spojrzenie, i pośpiech, z jakim wylizywała małego jastrzębia.

Puma przespała prawie cały dzień na krześle w kuchni, robiąc sobie krótkie przerwy na toaletę, potem najadła się, popiła, i właśnie przyszła do mnie na łóżko. Popiskujące od czasu do czasu z budki Jałowca dzieciaki nie robią na niej najmniejszego wrażenia, więc przynajmniej nie martwię się, że ona czegoś żałuje, czy za czymś tęskni. Teraz, mam nadzieję, odkarmi się zdrowo i wyrośnie na dużą, piękną kocicę. Albo zostanie małą, piękną kocicą. Wszystko jedno, Puma to bardzo miły i bystry kot.

stara wiedzma i kot

Tak jakoś wyszło, że na tym zdjęciu wyglądam jak stara wiedźma. W odróżnieniu od innych zdjęć, na których wyglądam jak stary chłop. A w kwestii kotów to jeszcze poczuwam się do wyjaśnienia, że ja ich do końca nie rozumiem, i na pewno nie mam zadatków na typową “cat person”. Przez większość życia miałam tylko psy, a później kozy, ale lubię i szanuję moje koty, nie oczekując zbyt wiele w zamian, a jeśli one od czasu do czasu chcą okazać mi coś w rodzaju cieplejszego uczucia, to spoko, biorę i o nic nie pytam. Koty wydają mi się mało rozmowne, a ja lubię sobie ze zwierzakami pogadać i wszystko dokładnie powyjaśniać. Puma łazi za mną jak pies i lubi zasnąć wtulona w moją szyję, ale NIC NIE MÓWI, więc nie wiem, czy to prawdziwa miłość, czy może jestem dla niej jedynie wystarczająco ciepłym rekwizytem (a przecież do psów się tulić nie będzie, bo nie zna zbyt dobrze tego narodu i nie ma do niego zaufania).

No i taki to był poniedziałek, a teraz jest wtorek i idę spać, żeby o wszystkim na chwilę zapomnieć.

PS. A druga zła wiadomość jest taka, że małżonek już nie ma pracy.

PPS. Pacanek i Andrzej nadal chodzą bez kolczyków i rozważamy porwanie młodego anestezjologa z najbliższego szpitala (młodego, bo młody lepiej zniesie cios w potylicę, kneblowanie, i podróż w worku obwiązanym sznurkiem), który za grzeczną namową znokautuje nam na chwilę tych dwóch delikwentów. Lepszego pomysłu nie mamy.

Szczęście po raz trzeci, czyli obiady wtorkowe oraz jak Jałowiec poszła w jagody

(…)
pytają bez złości skąd tyle radości
skąd brać ten życiowy fart
ja przyznam się szczerze,
że w pecha nie wierzę

i biorę co los mi da
bo ja mam szczęście
ja mam szczęście

chcecie to wierzcie, chcecie – nie wierzcie
ja mam szczęście
mam szczęście

chętnie odstąpię wam trochę – bierzcie
i nic nie muszę, ja nic nie muszę
taką już mam oporną duszę
choćbym nie wiem jak musiała
zrobię tak jak będę chciała
(…)”

Fragment utworu “Ja mam szczęście”, Elektryczne Gitary, 1999

https://www.youtube.com/watch?v=Sfk67_zQXk8

(Nawet się nie musiałam długo zastanawiać nad muzycznym motywem tego wpisu)

No i tak. Mówicie Państwo, że chcecie mniej, a częściej, więc ja się staram, ale już starożytni hebrajczycy wiedzieli, że z pustego to i Szydło nie naszyje, oraz, że jak się człowiek spieszy, to mu moc truchleje, czy coś. No to proszę teraz bez pretensji, że ilość nie przeszła w jakość, tak?

Jest wiosna, i wszyscy czują miętę.

mieta

Nikt mi w tym roku nie wydziobał buraczków, a jak na złość wysiałam mało, bo przecież co roku sieję na zmarnowanie:

buraczki

Kwitnie szałwia:

szalwia 2 szalwia

I tymianek (aparat nie chciał złapać ostrości, a ja się spieszyłam):

tymianek w kwieciu

I cebula:

siedmiolatka puszcza baki

I groch:

groszek

I rumianek bezpromieniowy, który suszę dla kóz na zimę, a i sama czasem herbatki ze świeżych kwiatków łyknę:

napar z Gamoniem

I kozłek lekarski też kwitnie:

kozlek lekarski

kozlek kwitnie

Taki wielki wyrósł, że już mnie wku… To znaczy zajmuje dużo miejsca i robi cień, więc chyba dziada wyrwę.

Kwitną też związki romantyczne o wiadomych konsekwencjach:

bieguska na jajkach pierwszy pierwszy 2

Na razie kurokeziątko jest jedno, od dwóch dni skacze po kurniku i matce po plecach, a Matka Kurka nadal siedzi na jakichś ośmiu jajcach, więc spodziewam się, że niebawem czeka mnie gotowanie obiadków dla piskląt. A skoro o gotowaniu – jakoś tak dawno już u nas nie było kulinarnych ekstrawagancji, wciąż tylko kostka z mintaja lub kotlet schabowy, a czasem jeno zapiekane kanapki, lub też zgoła i całkiem nic, a że jarmuż sam mi się wysiał w dużych ilościach i prawdę mówiąc już mnie zaczął wkurwiać, to zrobiłam gołąbki w jarmużu. No bo do kapusty to jeszcze daleko, a jarmuż, jak mówią ludzie we wsi (niech ich wszystkich jasny szlag), to praktycznie to samo. O, tak wyglądały te gołąbki, z konieczności spętane nitką, przed upieczeniem:

golabek w jarmuzu golabki spetane

Zrobiłam tylko siedem sztuk, bo to nie na moje nerwy, a z reszty gołąbkowego farszu wyszły całkiem fajne pulpety w sosie pomidorowym.

pulpety

Przy okazji – już mam piekarnik! Małżonek kupił jakieś graty, coś tam w starym gracie podłubał i powymieniał, no i jeszcze nie wylecieliśmy w powietrze, więc sobie te gołąbki upiekłam. Tak wyglądały, gruchając wesoło w dwustu dwudziestu stopniach:

gruchanie golabkow

A tak wyglądają zbryzgane sosem z pulpetów (pomidorowo-śmietanowy, żeby nie było, że zatajam kluczowe informacje):

golabki w sosie golabki w sosie 2

No i na koniec cenna porada kulinarna odnośnie gołąbków w liściach jarmużu: NIE RÓBCIE GOŁĄBKÓW W LIŚCIACH JARMUŻU. No chyba, że macie nogę w gipsie i mnóstwo czasu, a do tego inklinacje serweciarskie i lubicie dłubać przy takich delikatnych falbankach. Mnie, jako się rzekło, szlag trafił już przy siódmej robótce. Nie powiem, wyszły smaczne, prawie wykwintne (można przed pieczeniem podlać białym winem. Jak się podleje białym winem, to wszystko się od razu robi wykwintne), no i jarmuż się nie zmarnował (a mogłam po prostu dać wszystko kozom…), ale nieprędko znów zapragnę być jak Magda Gessler.

Wracając zaś do wiosny i rozmaitych konsekwencji – jeśli nie wiecie, jak wyglądają niedojrzałe jagody jałowca, to proszę, świeża fotka:

jagody Jalowca

I zaraz, zaraz, zaczekajcie z reprymendą i narzekaniem, że “nie tak miało być” (mój porze, ja sama dobrze wiem, że nie tak miało być. Jałowiec miała być wysterylizowana na koszt OTOZ Animals w B., gdy osiągnie wiek 6-8 miesięcy, bo taka była umowa. Tylko że jakoś tak wyszło, że albo ona miała katar, albo ja nie miałam czasu. W maju wpadłam na pomysł, że może sprytniej będzie wykastrować Gamonia i za jednym zamachem pozbyć się i kociego zapachu z domu, i niechcianych kocich ciąż, prawda. No tylko że znów się spóźniłam), bo jak już macie narzekać, to od razu na wszystko, a jeszcze Wam wszystkiego nie powiedziałam.

Pamiętacie, jak w dzień kastracji Gamonia małżonek przytargał w kartonie Pumę? No więc się właśnie okazuje (i tutaj już można zacząć nucić: “ja mam szczęęęście”), że Puma nie tylko była do wzięcia całkiem za darmo, ale niosła w pakiecie jeszcze kilka gratisów (i nie mówię tu o napoczętej torbie kitiketa, na którą zrzucili się pracownicy firmy małżonka, a którą ostatecznie zeżarły kurczaki, bo przecież w kitikecie jest samo zboże). Z dnia na dzień robi się okrąglejsza i nie wiem, ile jej jeszcze zostało – może tydzień. Tak, będziemy mieli fpizdu kotków. Tak, będziemy próbowali je rozdać dobrym ludziom. Nie, jeśli nie uda się ich rozdać, to ich nie utopimy (no chyba, że zaczną grzebać w majeranku, wtedy niczego nie będę mogła obiecać). I teraz już głośno i wszyscy razem: “Bo ja mam szczęęęęście, mam szczęście”, albo – jak kto woli – można mruknąć cicho pod nosem: im nas więcej, tym weselej… I dać mi spokój, bo chyba rozumiecie, że jestem lekko przerażona.

(Nigdy nie miałam małych kotków, ani małych piesków. Jakoś tak między małą świnką morską, a małą kózką, była w moim życiorysie wielka dziura, która się teraz częściowo załatała. Co mnie najbardziej zadziwia, to że u kotów wszystko odbywa się tak cichutko i spokojnie. Żadnego wycia, beczenia, ani skakania innym po głowach. Jałowiec po prostu weszła sobie po południu do kartonu, a wieczorem już miała wszystko ogarnięte i mogła włączyć telewizor i się odprężyć. Małe jagody, ślepe i nieporadne (cztery dni temu wyglądały jak szczury, dzisiaj bardziej jak krety), leżą sobie grzeczniutko w kartonie, nawet gdy Matka Jałowiec zechce się przewietrzyć i nie wraca przez dobrą godzinę. Gdyby to wszystko wydarzyło się w jakiejś komórce na zewnątrz, pewnie uznalibyśmy, że Jałowiec zaginęła, a za miesiąc mielibyśmy oczy jak spodki).

jagody na Jalowcu

No to teraz przejdźmy do kóz i spójrzmy, kto to tam leży, cały na mnie obrażony:

nie gadamy z toba

Tak, to Bożenka z Małąbożenką (“ja nie wiem, co ci do łba strzeliło, Kanionek. Gdybym koniecznie chciała biżuterię, zamówiłabym sobie elegancki, dyskretny kolczyk z małym, uroczym diamencikiem w kształcie ziarenka owsa, a nie taką TANDETĘ. I jeszcze dzieciaka mi oszpeciłaś! Co będzie następne – tatuaż “jebać leśniczego na 100%”?). A czy to moja wina, że UNI tak wymyślili? My się z małżonkiem do tego nie nadajemy, jak już wspomniałam w komentarzach. I tu nawet nie chodzi o to, żeśmy jacyś delikatni – ja mogę sobie wbić nóż w mały palec u stopy i spokojnie dokończyć smażenie kotletów, a widok krwi nic mi nie robi. Ja się mogę TARZAĆ we krwi, pod warunkiem, że to będzie MOJA krew, a ból jest dla mnie jak mleko do kawy, czyli na porządku dziennym, i jak go zabraknie, to życie (i kawa) jakoś dziwnie smakuje.

Jednak sprawy zupełnie inaczej się mają, gdy chodzi o ból i krew tych, których kocham. A już całkiem do dupy się robi, gdy to ja mam im ten ból sprawiać, i małżonek czuje tak samo. I wiem już, że tej pieprzonej kolczykownicy (i samych kolczyków) nie wymyślił debil, jak pisałam rok temu, tylko ktoś pozbawiony empatii i wyobraźni. No bo czy ten trzpień nie mógłby być o połowę cieńszy? Mógłby. Nie jest narażony na złamanie, a jedynym elementem podlegającym ryzyku uszkodzenia jest kozie ucho. Albo czy ta kolczykownica nie mogłaby być tak zaprojektowana, żeby po wstrzeleniu kolczyka w ucho (czyli wtedy, gdy koza odczuwa ból i mobilizuje wszystkie siły, by wyrwać łeb z ludzkich rąk i uciec, gdzie pieprz rośnie) automatycznie uwalniała ten pieprzony kolczyk, żeby koza mogła faktycznie iść fpizdu? Mogłaby, ale nie jest. Jest tak wymyślona, że po akcie przemocy trzeba jeszcze kozę trzymać tak długo, jak długo operatorowi kolczykownicy zajmie wyciągnięcie obu części kolczyka ze szczęk tego prostackiego, barbarzyńskiego urządzenia. I nie rozumiem, dlaczego ludzi kolczykuje się zupełnie inaczej i wciąż dąży do zminimalizowania przykrych odczuć związanych z zabiegiem, choć przecież człowiekowi można wytłumaczyć, że ma się przez chwilę nie ruszać, a kozie nie. Nie rozumiem i nadal postuluję, żeby każdemu takiemu wynalazcy, jak ten od kolczykownicy, wstrzelić wielki kolczyk w dupę. Albo fiuta mu zakolczykować, w sposób uniemożliwiający prokreację, żeby nie płodził podobnych sobie skurwysynów.

Jak widzicie, jestem zła. Może nie zrozumie mnie ten, kto nie widział z bliska oczu Ireny w momencie, gdy kolczyk przebijał jej ucho. I nie słyszał tego dźwięku, jaki wydaje koza, gdy dzieje jej się krzywda i niesprawiedliwość. To nie jest beczenie. To jakiś dźwięk z piekła rodem. Kolczykowanie było w niedzielę, a ja jestem nadal zła i mogłabym chujami zarzucić cały świat. Dwumetrową warstwą. Jeśli macie sąsiada/współpracownika, którego macie dobry powód zwymyślać, ale odwagi Wam brak, to dajcie mi numer telefonu. Nawrzucam mu tak, że uschnie w miejscu, a zamiast oczu będzie miał dwa skwierczące jajka sadzone. Najlepiej, gdyby to był facet, bo nikt mnie nie przekona, że kolczykownicę projektowała kobieta.

“Załatwiliśmy” tylko sześć kóz, choć w planach było osiem, gdyż zwyczajnie wyczerpały nam się siły mentalne. Na domiar złego ostatnia w tej partii była Małe Zło, i zamiast odetchnąć z ulgą, że to już koniec, zafundowaliśmy sobie jeszcze godzinkę stresu. Widzicie, bardzo dokładnie oglądamy każde ucho, szukając najlepszego miejsca na kolczyk. Chodzi o to, żeby ucha nie zdeformować (jak to się przytrafiło Szarikowi, którą już z kolczykiem kupiliśmy), no i żeby nie trafić w naczynie krwionośne. Sęk w tym, że kozy akurat uszy mają bardzo wrażliwe, i byle dotyk, muśnięcie włoska na uchu powoduje, że koza uchem porusza, albo wręcz całym łbem zarzuca. No i w tym roku założyliśmy kolczyki niezgodnie z przepisami, czyli czerwoną wkładką na zewnątrz, bo w ten sposób lepiej widać, gdzie wbija się igłę, która wchodzi od wewnętrznej, nieowłosionej strony ucha.

Pięć kóz zakolczykowaliśmy elegancko i bez rozlewu krwi, a Małe Zło miało wielkiego pecha. Albo ucho jej drgnęło w ostatniej chwili przed strzałem, albo coś przegapiliśmy, no w każdym razie sekundę po kolczykowaniu z warsztatu zrobił się plan filmowy “Teksańskiej masakry”. Najpierw my zauważyliśmy pierwsze krople krwi na podłodze, a chwilę później Małe Zło poczuła, że coś jej w uchu mokro, więc w naturalnym odruchu puściła łepetynę w obroty i pięknie zbryzgała krwią moje spodnie, swoją twarz, moją twarz, swoje plecy, swoją szyję, oraz podłogę i ścianę warsztatu. I tak sobie biegała, bryzgając hojnie, aż udało nam się złapać wystraszone bydlątko i usadzić na platformie dojalnicy, gdzie ucho zostało zdezynfekowane i poddane bliskim oględzinom (ta żyłka musiała być cieniutka, ale bardzo pracowita). I tak sobie z nią siedzieliśmy, głaszcząc i pocieszając, tudzież podając kawałeczki suszonego chlebka na poprawę nastroju, aż krwawienie ustało, a wtedy wypuściliśmy Małe Zło, żeby poleciało się poskarżyć mamie i zażyć trochę uzdrawiającego, koziego mleka. No i się okazało, że to był zły pomysł, bo Małe Zło z tej radości zaczęło tak skakać i wywijać łbem na wsze strony, że żyłka znowu puściła i wtedy to już Małe Zło naprawdę wyglądało jak pierwsza ofiara początkującego rzeźnika. No to znów ją zabraliśmy do warsztatu, napaśliśmy chlebkiem, obmyliśmy z krwi na tyle, na ile Małe Zło pozwoliło (a wtedy już naprawdę miało nas serdecznie dość; chciało sobie po prostu iść i zbryzgać krwią cały świat), i… Mówiąc w skrócie – to była bardzo długa niedziela. W poniedziałek za to już wszystko było dobrze:

coscie mi uczynili coscie mi uczynili 2 coscie mi uczynili 3 mama tez dostala w pomaranczowym mi nie do twarzy ja tez mam

Przed nami jeszcze Andrzej i Pacanek… Nie wiem, jak my to zrobimy. Ma ktoś pożyczyć kaftan z psychiatryka? Jeśli nie dla nich, to dla mnie.

PS. No to na pocieszenie filmik z małymi biegusami Moniki:

A ponieważ moja siedząca na jajkach kaczuszka jest właśnie od Moniki, to spodziewam się, że dobre zwyczaje macierzyńskie wyniosła z domu i za miesiąc będę mogła Wam pokazać film z moim przychówkiem.

PPS. I w ogóle co to jest kurwa za pomysł, żeby metkować zwierzęta jak towar w sklepie? Ja się do tego nigdy nie przyzwyczaję.

a ja na lezaco jem na stojaco