Awaria Atosa, czyli ciąg dalszy

Co? Znowu będziemy sikać na pieluchę?!

znowu siku

No trudno. Czyń swą powinność…

no trudno

Hej, nie tylko tobie los podrzucił twardy orzech do zgryzienia!

Laser z patyczkiem

Drodzy Czytelnicy, robię ten niby wpis tylko dlatego, że liczba komentarzy pod poprzednim utrudnia nieco ich lekturę. Dla tych, którzy czytaniem komentarzy nie zawracają sobie głowy, krótkie streszczenie wydarzeń: Atos zepsuł nam się na spacerze tydzień temu. W wyniku najprawdopodobniej niefortunnego skoku doznał urazu kręgosłupa i zawału rdzenia kręgowego wskutek wypchnięcia jądra miażdżystego z krążka zwanego potocznie dyskiem. Druga diagnoza, czy też hipoteza postawiona przez lekarza, to przypadek zwany Hansen III lub HSLV, o którym informacje można znaleźć w internecie – ja znalazłam po angielsku, ale jeśli ktoś jest bardzo uparty, może wyszpera coś po polsku.

Atos spędził noc w szpitalu dla zwierząt w Gdańsku, miał wykonane badanie MRI, dostał siateczkę leków do domu. Nadal nie ma władzy w tylnych łapach, ani czucia poniżej miejsca urazu. Więcej szczegółów podałam w komentarzach do poprzedniego wpisu, a o postępach w leczeniu będę informować w komentarzach do wpisu niniejszego :)

Jeszcze raz dziękuję Wam wszystkim za wsparcie, bezwarunkową chęć pomocy i dobre słowa. Fajne z Was człowieki :)

Komu bije w dzwon, czyli miej litość Bożena

W koziarni pachnie Bożym Narodzeniem, bo przywieźliśmy z małżonkiem taczkę z czubkiem gałęzi świerkowych, kozy żują jak oszalałe i w powietrzu unosi się zapach świeżo mielonego igliwia i dzwonią dzwoneczki. A dokładniej nie dzwonią, tylko dyndają. I nie dzwoneczki, tylko wielkie jaja Pecika.

Może na wstępie taka informacja dla fanek Pecika. Macie niewymowne szczęście, że tapety na ekranie monitora są bezwonne, w przeciwieństwie do trójwymiarowego Pecika, który jedzie jak stwór nieboski. I mam w związku z tym kolejną rymowankę okolicznościową: Pecik, Pecik, oszczałeś sobie tupecik. I nie tylko tupecik. Bo tudzież nóżki i grzbiecik.

Podobno kozły tak robią, by wzmocnić swój samczy autorytet, i co gorsza, kozom się to podoba. Co jeszcze gorsza gorsza, gorliwy Pecik nie poprzestaje na samobiczowaniu, o nie. Gdy tylko któraś panna kucnie z wdziękiem, by zasilić ściółkę w płynne mikroelementy, Pecik mało nóg nie pogubi by zdążyć na prysznic. I robi potem taką zabawną figurę: przeciąga się jak pies, wyginając grzbiet ku ziemi, unosi wysoko górną wargę ukazując seksowne, nagie dziąsło, i zasysa powietrze z ekstatycznym wyrazem pyska. Ogólnie rzecz ujmując – bardzo jest z siebie zadowolony. Ja trochę mniej, ale kto tu się liczy z moim zdaniem?

Aha, a wszystkie czytelniczki, które pragnęły zostać kozą Kanionka, powinny to jeszcze dobrze przemyśleć. Dziś bowiem siedziałam sobie jak zawsze w koziarni na odwróconym wiadrze, patrząc jak wszyscy jedzą, aż tu nagle przylatuje do mnie Pecik, z jakimiś PRETENSJAMI! Obszczekał mnie, obszarpał za rękaw, strzelił z czółka, popatrzył nagląco, a gdy w końcu wstałam nie wiedząc czego się spodziewać, wspiął się na te swoje krzywe tylne nóżki i próbował wykoziołkować moją nogę! Komuś tu ewidentnie na obsikany dekiel padło. I szkoda, że go nie widziałyście, drogie wielbicielki. Wzrok miał bowiem dziki i suknię plugawą, a mokre na czółku kędziorki poskręcały mu się w diaboliczne loczki, zaś po drugiej stronie rogów tupecik miał potargany jak szalony profesor fizyki, zapewne jądrowej. Wyglądał jak miniaturka Szatana i brakowało mu tylko dymiących nozdrzy. Przysięgam na czarny wąs Tradycji, że się go wystraszyłam.

Tymczasem do meritum. Obiecywałam, że Bożeny macać już nie będę? Obiecywałam. I nie macam. Jednak codziennie obserwuję, brzuch Bożeny wzrokiem przeszywam, śledzę, spojrzeniem omiatam, prześladuję. I NIC się tam nie rusza. Wczoraj, po godzinnym szczotkowaniu całego koziego inwentarza i obowiązkowym drapaniu Bożeny na jej wielokrotnie wyrażone życzenie, osiągnęłam stan świętego spokoju i ostatecznie, jak mi się wydawało, pożegnałam obłęd.

Bożena, mówię, nie ma sprawy. To nic, że nie będzie koziołków. Jesteś u nas już dwa miesiące, żresz za trzech, wyglądasz jak balot siana na czterech kopytkach, ale to nic. I tak cię kocham. Po prostu jesteś baryłą i tyle. Taka uroda, ze mnie też niby coś miało być, a nie ma. I poszłam sobie spać całkiem zadowolona, że nie muszę się już niczym martwić, love and peace, kompot może być bez śliwki, maszyna losująca wyciąga blanka a rakieta nie odczepia silników. End of story.

TYMCZASEM dziś Bożena wypuściła tyłem taki długi glut… Przepraszam, mam nadzieję, że nic akurat nie jecie? No więc taki długi śluzoglut wyprodukowała, biegając z nim od żłobu do garnka, jakby nigdy nic. No to ja pobiegłam po ręcznik papierowy, przechwyciłam glut, obwąchałam podejrzliwie (bo wiecie, naczytałam się o stanach zapalnych dróg rodnych u kóz), i – naturalnie – wpadłam z powrotem w obłęd, jakby wczorajsze zen w ogóle się nie wydarzyło. Glut był całkowicie bezwonny, w kolorze kremowym. To dobrze. Tylko CO ON OZNACZA? Że Bożena jest w rui? Że jest w fazie przedporodowej? Gdybyście przeryli przez tyle wątków okołoporodowych na kozich forach co ja, to wiedzielibyście, że… na dwoje babka wróżyła. A nawet na troje, niestety, bo opcje są dokładnie trzy: ruja, zbliżający się poród, zbliżający się poród martwego koziołka. Uff. Napisałam to. Naczytałam się o martwych koziołkach, a że w Bożenie nic się nie rusza, to weźcie mnie zastrzelcie, bo nie wiem, jak to zniosę.

Pecik się do niej nie zbliża, ale to raczej z obawy o własne życie. Bożena ma go w głębokim poważaniu, bo on dla niej sam jest jak glut, niepotrzebnie zwisający z tyłka wszechświata. Coraz bardziej korci mnie, żeby zadzwonić do pani weterynarz z pytaniem o to USG. Ale czy powinnam niepokoić Bożenę (zawsze to obca osoba i do tego ganiająca czymś dziwnym po brzuchu) tylko dlatego, że mi padło na dzban?

No i nie mam już siły pisać o moich ulubionych jabłkach z dzieciństwa, o tym że małżonek napompował mi wody ze stawu do studni i mogłam umyć włosy i pojechaliśmy przebrani za ludzi na wybory, o tym że małżonek zabezpieczył drewniany próg kurnika blachą z puszki po brzoskwiniach, bo w nim myszy tunel wygryzły, ani o tym, że w ogóle piszę do Was tylko dzięki temu, że małżonek skutecznie ocucił mój klaptop po śmierci klinicznej z powodu atrofii wiatraczka. Nie mam siły, bo czytam ponownie te wątki o kozich porodach i oglądam zdjęcia kozich dup, co chwilę latając do koziarni i świecąc zdziwionej Bożenie latarką pod ogon.

Eny noł kłeszczyns, że pardą?

PS. Przypomniałam sobie: będąc u Mamy korzystałam z jej komputera i na Kanionek.pl doznałam wstrząsu z powodu strasznej czcionki. Strasznej. U mnie jest ładna i czytelna. U Mamy jest popierdolona i gryzie w oko. Żadne ustawienia czcionki z poziomu przeglądarki nie pomogły. Czy Wam się dobrze czyta?? Czy też macie takie posklejane jak bliźnięta syjamskie, wielkie bukwy tnące rogówkę jak wyszczerbiony skalpel? Bo jeśli tak, to muszę coś z tym zrobić.