Cztery kąty i pies piąty, czyli z byle czego

Cygan urodził się w krainie wiecznego zimna, ciemności i nieprzyjemnie mokrej wody, a przynajmniej tak mu się wydawało, gdyż odkąd sięgał pamięcią, to jest aż do trzech miesięcy wstecz, w jego świecie tak właśnie było – zimno, ciemno, i mokro. Krótkie dnie mijały mu na obserwacjach wrogo nastawionego nieba, zbrojnego w ołowiane armaty chmur, z których aż nazbyt często leciał grad lodowych kul, a gdy choć na chwilę zrobiło się niewymownie ciepło, to jest około dwóch stopni Celsjusza, ponure niebo fundowało Cyganowi orzeźwiający prysznic. No i był jeszcze wiatr, który też Cygana nie lubił, ale w sumie, odkąd Cygan sięgał pamięcią, nie lubił go jakoś szczególnie nikt, za wyjątkiem matki, do której maleńki tulił się w te długie, nieskończenie nudne noce, podczas których jedyną rozrywką tych, co nie spali, było wpatrywanie się w księżyc, bo oczywiście niebo jak na złość zwijało na noc swoje armaty, i przez diamentowo czystą powłokę poligonu wypuszczało resztki ziemskiego ciepła w kosmos, a księżyc patrzył na wszystkich Cyganów tego świata z obojętnością kosmicznego kamienia.

Taki właśnie był świat, i Cygan nie do końca rozumiał, po co to wszystko. Po co te szare dnie i czarne noce, po co ten księżyc, który tylko patrzył, po co deszcz i śnieg? Komu się chciało to wszystko robić i dlaczego? I – przede wszystkim – czy to już wszystko? Czy tak będzie zawsze? „Niedługo” – mówiła mu matka, „niedługo będzie cieplej, zobaczysz. Dni będą długie, przylecą bociany, ziemia wyschnie i będzie pachniała słońcem, i nawet kamienie będą czasem prawie gorące, zobaczysz, mały”. Ale Cyganowi ciężko było w to uwierzyć, bo w jego życiu istniało tylko wczoraj i dziś, a jeszcze nigdy nie było jutra, zwłaszcza takiego, jakim opisywała go matka. Umiał sobie wyobrazić „ciepło”, bo już je miał okazję poznać – siedziało w balocie z sianokiszonką, którą gospodarz czasem zadawał krowom, i balot nie był samolubny, i chętnie się tym ciepłem dzielił, to znaczy dopóki go krowy całkiem nie zjadły, a czasem gospodarz otwierał balot z sianem, i ono to już nie, nie było ani trochę ciepłe, tylko zimne jak powietrze i ziemia i deszcz, choć jednak trochę inne, bo suche i mięciutkie, i do tego lekkie, więc można było sobie w nim wykopać dołek, małą jamkę, wpełznąć doń i wtedy nawet księżyc nie wiedział, gdzie się podział Cygan i jego ziemskie troski. I właśnie w takiej suchej, wonnej jamce, mały Cygan śnił o Jutrze.

. . .

Siedemnastego lutego niebo znów zapadło na ciężki przypadek wodnej biegunki i w niemal regularnych odstępach raczyło Cygana zimnym okładem, czyli niby wszystko jak zwykle, aż do godziny czternastej…

O czternastej, gdy Cygan właśnie ukończył formowanie czegoś na kształt półki skalnej w napoczętym balocie siana i się w niej zwinął w kulkę, na szare, oślizgłe podwórko zajechał jakiś grat. Z grata wygramoliła się, stękając i wzdychając ciężko, Smutna Pani w średnim wieku, a drzwiami od strony kierowcy trzasnął szary, Zmęczony Pan, i oboje poczęli rozglądać się po zastanym krajobrazie, niewątpliwie czegoś szukając.

Gospodarz niespiesznie wyszedł zza niewielkiej szopy, pełniącej też rolę obórki, wytarł ręce w spodnie i nie zbliżając się zanadto do obcych zapytał, jak to zwykle na wsi pytają w takich przypadkach: „eee… a państwo…. tentego, do mnie? A że w jakiej sprawie, eee…?”. „My w sprawie tego siana, z ogłoszenia” – zawołała cokolwiek zwiędłym głosem Smutna Pani. „Aaaa” – rozpromienił się Gospodarz, „a to tak, to proszę, proszę” – zamaszystym gestem zamiótł metr sześcienny powietrza za siebie, na co Zmęczony Pan i Smutna Pani oderwali się od samochodu i ruszyli przez błoto podwórka ku obórce i jakby prosto na świeżo zdobyty przez Cygana balot.

Spojrzenia Smutnej Pani i Cygana spotkały się. „Oooo…” – zakwiliła dziwnym głosem Pani, wskazując palcem na Cygana. „Można pogłaskać?”. „A proszę, proszę” – uśmiechał się uprzejmie Gospodarz, „a sianko to tutaj mamy, o, na górze, też można wejść, tu po tej drabince, i sobie obejrzeć, no”. No. No to na pewno ktoś gdzieś wchodził i coś oglądał, być może nawet ta Pani, ale gdyby ją dziś o to zapytać, mogłaby nie pamiętać, bo sianko siankiem, ale czarne oczy Cygana, w tym jedno trochę zapłakane, wbiły jej się w pamięć jak źdźbło siana w skarpetkę, i pochłonęły resztę świata na amen. „Ależ ty się trzęsiesz, dzieciaku”, Smutna Pani przylgnęła twarzą do całego Cygana, i tu nawet nie chodzi o to, że miała taką wielką twarz, choć trochę miała, tylko o to, że Cygan był taki mały, że gdyby się uprzeć, można by go zjeść na kanapce z piętki chleba.

Tymczasem Zmęczony Pan negocjował cenę siana z dowozem, co Cygana ani trochę nie interesowało, bo chodziło o siano w kostkach, które i tak leżało na strychu obórki i było dla niego niedostępne, a poza tym był właśnie zajęty wylizywaniem twarzy Smutnej Pani, co wymagało jego całkowitego zaangażowania, i nie chodzi wcale o to, że miała strasznie dużą twarz, choć może trochę miała, tylko o to, że Cygan jeszcze nigdy nie miał okazji wylizać nikomu twarzy, więc się do tego bardzo przykładał, żeby nikt później nie powiedział, że on coś zrobił źle.

„…a jak weźmiecie wszystkie, to Cygana dorzucę, gratis” – Gospodarz spojrzał z uśmiechem na Smutną Panią, bo nie był w ciemię bity. Smutna Pani spojrzała na Zmęczonego Pana. Zmęczony Pan spojrzał na niebo z biegunką i zapytał: „Za jakie grzechy…?”. I gdyby zapytać Smutną Panią, to ona by nie pamiętała, jak szli wszyscy niespiesznym krokiem do samochodu, i jak z domu wyszła żona Gospodarza i zapytała: „a to Cygana też bierzecie?”, i jak wtedy Zmęczony Pan zapytał Smutną Panią, czy ona na pewno wie co robi, i że wtedy Żona Gospodarza powiedziała: „no to musicie być pewni, bo jak go zaraz potem będziecie chcieli oddać…”, ale gdyby zapytać Cygana, to on pamięta:

– Oddać? – zapytała z niedowierzaniem Smutna Pani, wtulając nos w pachnące sianokiszonką i błotem futerko. – Ja go nigdy nie oddam.

I Cygan pamięta, że poczuł wtedy coś dziwnego. Było trochę jak ciepło, ale inne, bo szło od wewnątrz, uderzało do głowy i nie uciekało przez uszy. Było miłe i słodkie w smaku, i trochę łaskotało w brzuszek, a trochę mrowiło w łapkach. Roboczo nazwał to „nadzieją”.

. . .

W kolebiącym się niespiesznie po wyboistej drodze samochodzie panowała relatywna cisza. Relatywna, bo co prawda nikt nic nie mówił, ale sprężyny amortyzatorów ciężko skrzypiały, narzekając na swój podły los, skrzypiały sunące po szybie wycieraczki, narzekając na swoje stare, zdeformowane pióra, a w bagażniku podskakiwały dwa kilogramy śrubek i wkrętów do drewna, narzekając na to, że polna mysz poszatkowała ich opakowanie na plastikowe wiórki, bo były jej potrzebne do budowy gniazda, które – kto wie – być może uwiła sobie w obudowie lewego kierunkowskazu. Tak poza tym jednak nikt nic nie mówił, bo każdy zajęty był swoimi myślami. Smutna Pani na przykład myślała sobie: „co ja znowu narobiłam…”, Zmęczony Pan usiłował sobie przypomnieć, czy ma na koncie bankowym wystarczającą ilość środków, by kupić sobie bilet lotniczy do „Jak Najdalej Stąd”, a jeśli nie, to czy jakiś bank udzieli mu szybkiej pożyczki, jeśli za żyrantów będzie miał podchmielonego Dżerego i stukniętą Żozefin. Cygan zaś… Cygan nie tyle myślał, co się poddawał. Poddawał się błogiemu uczuciu ciepła i tak mu dobrze szło, że postanowił odłożyć na później, a nawet bardzo później, kwestię analizy faktu, że jak to się dzieje, że ciepło jest wszędzie i naraz, a nie tylko od spodu lub w jeden bok, no i tak się umiejętnie poddawał, że aż całkiem zasnął.

. . .

–  To jak nazwiesz swojego nowego pomiota?
–  No nie wiem jeszcze… Wygląda trochę jak tłusty serdel, no ale jest czarny jak kaszanka. Może Pasztet? Pasztecik?

–  No niby pasuje, ale nie do jego charakteru. Taki trochę dziki ten twój Pasztet. Pasztedzik raczej.

. . .

– Chodź tu, mały. Od dzisiaj nie będziesz już jednym z tysiąca wiejskich „Cyganów”. Teraz masz prawdziwe, porządne imię i nazywasz się Pasztedzik. PASZTE-DZIK. Kapujesz? Zamiennie będziesz nazywany Kuferkiem Pełnym Radości, Tobołkiem Szczęścia, Zawiniątkiem Entuzjazmu, Walizeczką Wazelinki, oraz Szkatułeczką Euforii. Ale zasadniczo jesteś Pasztedzik. Co ty na to?

. . .

Pasztedzik dostał swój własny kartonik do mieszkania:

Do którego znosił wszystkie „upolowane” zdobycze, czyli skarpetki, rękawiczki, tekturową rolkę, kawałek wykładziny, szyszkę, i takie tam różne, które sobie w kartoniku namiętnie „mordował”, więc kartonik zyskał miano Mordowni. Gdy Pasztedzik wyrósł z kartonika (i zjadł jego przednią ściankę), dostał bardziej zaawansowane architektonicznie lokum, czyli skrzynkę po cebuli:

Pokochał skrzynkę i szybko zrobił z niej drugą Mordownię, ale gdy tylko nadarzała się okazja, czyli np. listonosz przyniósł jakąś paczkę, Pasztedzik szybko z niej korzystał, bo stara miłość nie rdzewieje:

Co się również tyczy sianka:

I w ogóle Pasztedzik pokochał wszystko i wszystkich, bo chciał i mógł:

I poznawał wielki świat, a wielki świat poznawał jego.

. . .

– Ja nie wiedziałem! Ja nie wiedziałem! Ja nie wiedziałem! – Pasztedzik skacze jak sprężynka, tak wysoko, jak pozwalają mu krótkie, kiełbaskowate łapki, a pomiędzy seriami radosnych podskoków robi szalone rundy po kuchni.
– Czego nie wiedziałeś, Paszteciątko? – uśmiecham się od ucha do ucha, bo gdy na niego patrzę, to nie umiem inaczej.
– Ja nie wiedziałem, że ludzie mają takie fajne domki! – Pasztedzik na chwilę zaprzestaje dzikich harców. Siada, cały ryjek mu się cieszy, a świński ogonek wybija szalone prestissimo, jak krzywa wskazówka metronomu.
– Fajne domki? – otwieram oczy ze zdumienia, wodząc wzrokiem po tych obdartych z tapet ścianach, wiecznie obryzganych błotem drzwiach, po tych meblach, co to każdy z innej parafii i od lat się gryzą o to, czyj proboszcz głosił lepsze kazania („A z Listów do Paździerzan to wasz czytał?”, „Ty to chyba nie słyszałaś przypowieści o Upadłych Drzwiczkach”, “A ty o gorejącej półce, a szkoda”, „Dziesięć Przykazań Meblarskich zostało przekazane na górze Okleinaj, lamusie”). Po tych wytartych wykładzinach wodzę wzrokiem, po linoleum, które jest pewnie w moim wieku i też się trochę tego wstydzi, i chyba myślę na głos, bo nagle Pasztedzik mi przerywa swoim pełnym zniecierpliwienia: „ło ło ło ło ło!”.

– Ło ło ło ło ło! Czo ty mi tu o dywanach i szafkach bez drzwiczek, CZŁOWIEKU? Czo ty w ogóle to ja nie rozumiem! Tu jest CIEPŁO i NIGDY NIE PADA DESZCZ! Tu jest… Tu jest… Tu jest KOCHAM CIĘ, tak fantastycznie! – Pasztedzik łapie w zęby swoją „piłkę”, zrobioną ze zmiętej w kulę folii typu strecz, owiniętej taśmą klejącą, i rozrywa ją na strzępy, tak jak jego rozrywa ta niewysłowiona radość i wola życia.

Patrzę na niego, i śmieję się i płaczę na przemian. Pasztedzik ma rację. Mam fajny domek, w którym jest ciepło i nie pada deszcz. Mam w domku Pasztedzika, Majączka, Atosa i Pusiołaka, a pod kołdrą termofor imieniem Laser. Mam na parapecie wystawę najpiękniejszych kotów rasowych („Te, Kotek, a ty jakiej jesteś rasy?”, „Ja jestem rasy Jak ci Zaraz Pukiel Kłaków Wyrwę to Spadniesz z Parapetu”). Wszystko jest kwestią perspektywy. Z perspektywy Pasztedzika stara, dziurawa skarpetka jest niesamowitą zabawką wielofunkcyjną, którą można: podrzucać, ciągnąć, szarpać, zagryzać, lub się na niej położyć. A kawałek kartonu…?

– DAJMI to, DAJMI to, DAJMI to! To, to, to mi teraz daj natychmiast! Ooo, człowieku, jak to się rrrrwie! Jak to się cudownie rwie! Jak ja to będę rwał teraz! Popatrzej tylko teraz, człowieku, jak ja to rrrrwę! Och, kocham cię, to najlepsza zabawka EVER.

Do czasu, aż pojawi się folia bąbelkowa, oczywiście. Z perspektywy Pasztedzika wszystko jest cudowne, piękne, nowe, ciekawe, szalenie interesujące i W OGÓLE NAJFAJNE. Od trzech miesięcy mam możliwość patrzeć na świat jego oczami, i cieszę się. Z byle czego.

.

PS. Normalnie to ta historia miała być dużo dłuższa, tak ze trzysta stron, i tak niesamowicie wciągająca, że zapomnielibyście iść z pracy do domu, i rano Wasz szef byłby TAKI ZACHWYCONY, że Wy tak pilnie w robocie dzień i noc i w ogóle, no ale były naciski ze strony Grupy Trzymającej Władzę (to o Was), żeby „szybciej, szybciej z tym Pasztetem”, więc teraz nie miejcie do mnie pretensji, że premii półrocznej nie będzie.

.

1 2