Upadła Madonna z Wielkim Cycem, czyli wszyscy jesteście ukarani

wcale-nie-jestem-zla

Nie no, oczywiście, że nie będę lać po mordzie za to, co piszecie w komentarzach, bo zawsze powtarzałam, że u mnie sekcja komentarzy jest jak Hyde Park – można nawet przyjść na golasa i głosić herezje, a ja ani drgnę. Ja po prostu robię ser i pójdę za to do nieba, a Wy jak tam sobie chcecie. Jednak trochę zaczęłam się martwić, że dojdzie do rozlewu krwi i wielokropków, że ktoś komuś wrazi w bok zdradziecki myślnik pogardy, a ktoś inny wetknie drugiemu w oko przecinek nienawiści, albo między szprychy wsadzi nawias nietolerancji, żeby się odmieniec już całkiem na ryj wykoleił, i zamiast sekcji komentarzy będę miała sekcję zwłok, no ale nie mogę Wam zabronić, bo słowo się rzekło, Koninek u płota, więc poszłam po poradę do koziarni, i Bożena mówi, że ona to by niektórym zwyczajnie mandaty powlepiała, zwłaszcza za używanie wyrażeń typu „pisiory”, bo ona co prawda nie wie, co to jest, ale brzydko jej się kojarzy i ogólnie brzmi wulgarnie, ale najlepszą radę miała Irena.

Otóż Irena uważa, że mandaty należy wlepić WSZYSTKIM. Pytam ją dlaczego, a ona na to, że mi to całkiem brakuje salomonowej mądrości i na oczy nie widziałam nawet cienia smykałki do biznesu (jakbym nie wiedziała), bo tak: po pierwsze, jak się wlepi wszystkim, to nikt się nie będzie czuł lepszy lub gorszy, pominięty ani wyróżniony, wniebowzięty ani poniżony, czyli będzie sprawiedliwie. Po drugie: jak wszyscy dostaną mandat, to będzie im smutno, przykro i źle, a wiadomo, że nic tak nie łączy ludzi, jak wspólne poczucie krzywdy i nieszczęścia („i jeden wróg” – pomyślałam sobie, ale nie chciałam Irenie przerywać, ani zwracać uwagi na to, kto w tym przypadku dorabiałby za wroga). PO TRZECIE zaś, mówi Irena, mandaty byłyby płatne w workach owsa, więc chyba rozumiem, że to czysty zysk i złoty interes?!

Mówię Wam, taka koza to skarb, i choć nie wiem, jak to zrobicie, to to już oficjalne: wszyscy dostają mandat na jeden worek owsa, i teraz płaczcie i płaćcie, na adres: Irena. PO PROSTU „Irena”, tak kazała powiedzieć, daję słowo, ego tej kozy jest większe od naszego długu narodowego. I możecie dorzucić jeszcze coś z czekolady, dla mnie, bo zmusiłyście mnie do ciężkiej pracy (TYLE dla Was napisałam!), podczas gdy miałam ochotę dalej robić to:

4fed68cb7f4958eae2be6b1871a769a7

Przy okazji – ktoś wie może, jak się prawidłowo nazywa ten kolor, na który pomalowane są deski? Bo jak byłam dzieckiem, to mówiłam „morski”, ale podejrzewam, że byłam w błędzie, jak zresztą i przez resztę życia we wszystkich innych kwestiach. A nie chce mi się nic robić, bo mi zimno i czuję jesień w kościach. Na chacie 18 stopni, i za dnia to nikomu nie wadzi, bo i tak ciągle coś robimy na zewnątrz, ale wieczorem to już taka trochę kosta bez ryki, i leżę jak ten piesek ze zdjęcia, z tą różnicą, że ja w panierce z kołdry. I jeszcze mam Lasera u stóp, a on jest, jak wiecie, ciałem idealnie czarnym i emituje niepoliczalne ilości energii cieplnej, a pod pachą mam Szczurokota, który co prawda jest mały i dużo nie emituje, za to mruczy jakieś senne kołysanki, więc tak mi dobrze i miło, w towarzystwie Szczurokota, Lasera i mieszanki czekoladowej „Fantazja” z Biedronki, że spowalniają mi wszystkie procesy życiowe, a fale mózgowe rozpływają się, jak te czekoladki, w nicość. To znaczy jestem w stanie czytać i oglądać obrazki, i to by było na tyle. NO ALE MNIE ZMUSILIŚCIE (w tych workach z owsem to nie musi być koniecznie mieszanka „Fantazja”; może być nawet coś z margaryną, byle zawierao kakao).

A tak w temacie mózgopauzy i innych zjawisk zachodzących w człowieku po czterdziestce, albo tuż przed, to małżonek mówi, że jego już nie wolno puszczać samego do miasta, bo on się nie odnajduje. Jak ostatnio pojechał sam, to zaparkował pod sklepem, i idzie do drzwi wejściowych, a tam sobie siedzi piesek uwiązany do słupka i czeka na właściciela, co poszedł na zakupy, i małżonek mówi do tego pieska: „MIAU?”… Ludzie się patrzą, PIES SIĘ PATRZY, i od razu widzi, że to jakiś nieokrzesaniec z lasu do miasta przyjechał, i obciach jak stąd do pierwszej kamienicy Gronkiewicz.

Padła też taka sugestia, a nawet supozycja, że to przeze mnie małżonek traci rozum, bo on doskonale pamięta, że kiedyś był wcale niegłupim człowiekiem, a od pytań w stylu: „Nie wiesz przypadkiem, gdzie się podziała dżinsowa spódnica Atosa?” to on się zaczyna zastanawiać, czy już zgłupiał do reszty, czy zwyczajnie jest złym rodzicem i przegapił ten moment, w którym Atos zaczął chodzić w sukienkach. A ja pamiętam dokładnie, i jemu o tym mówiłam, że ta spódnica to ma długą historię tułaczych wędrówek po naszej rodzinie, podczas których każdy nią obdarowany udawał, że o jaka fajna spódnica, na pewno mi się przyda, a potem ona leżała gdzieś na dnie kolejnej szafy, aż w końcu trafiła do nas, i Atosowi akurat naprawdę się przyda, bo jest zrobiona z grubego dżinsu, idealnego na psie onuce. No ale teraz nikt nie wie, gdzie ona jest, więc wychodzi na to, że ta spódnica jest przeklęta i jej przeznaczeniem jest tułać się bez celu do końca życia, a nowe skarpety dla Atosa musiałam zrobić z szortów męskich w kolorze kamizelki drogowca, które też dostaliśmy w darze, i uwierzcie mi – są tak paskudne, że Atos na bank wolałby już chodzić w spódnicy, no ale trudno.

I ja uważam, że zakaz opuszczania lasu powinien dotyczyć nas obojga, zwłaszcza we wrześniu, bo tak: we wrześniu dwa lata temu przywieźliśmy do domu Andrzeja, i tak miało być, ale zaraz potem polecieliśmy jeszcze przytargać Irenę z Bożeną, tak? We wrześniu ubiegłego roku szukaliśmy psa na Jaszczompia, i skończyliśmy z Mającem, a jakby tego było mało, tośmy sobie jeszcze Pusię na kwadrat zgarnęli (tak, Pimpacy to Pusia. Już od dłuższego czasu. On już wie, i przyjął to ze stoickim spokojem). No a we wrześniu 2016, to:

czo-ty-jestes jestem-czesio do-twarzy-mi-w-tym gdzie-sa-nasze-lancuchy

Poznajcie Krystynę (tę największą), Elę (tę szarą, średniej wielkości) i Czesia (to ta brązowa z białymi dzwoneczkami. Tak, Czesio jest kobietą). A było to tak…

Jedziemy sobie po coś tam do Pasłęka. Jedziemy, jedziemy, mijamy jakieś kozy. „O patrz, kozy!” – krzyczę wykręcając szyję, żeby lepiej te kozy zobaczyć, ale nie na długo, bo zaraz zakręt. „No faktycznie” – mówi małżonek – „wpadniemy popytać?”. „Ale o co popytać?” – pytam, choć przecież się domyślam. „No tak W OGÓLE” – odpowiada małżonek – „co to za kozy, może jakaś fajna rasa, może byśmy się na koziołki zamienili? I zawsze to fajnie poznać kogoś nowego, kto też ma kozy”. No fakt, nie bez powodu wymyślono coś takiego, jak zakłady psychiatryczne – swój do swego ciągnie i lubi się trzymać w kupie, prawda. No to zapamiętaliśmy sobie mniej więcej koordynaty i w drodze powrotnej się okazało, ku naszej uciesze, że kozy nadal są tam, gdzie były. No nie miały innego wyjścia, bo przy bliższych oględzinach okazało się, że każda miała na własność wbity w ziemię palik i trzy metry łańcucha, więc rozumiecie, że one to by na pewno do Pasłęka nie zaszły.

Zjechaliśmy z głównej drogi na krótki, piaszczysty odcinek drogi dojazdowej do gospodarstwa i zatrzymaliśmy się, tak nieśmiało, z boczku przy łączce. Przed bramą wjazdową obejścia kręciła się pani w średnim wieku, ubrana w stylu wiejskim, czyli w różową bluzę od dresu, białe kalosze, dorodnego smartfona i białe słuchawki z białymi kablami. W coś była niebywale zasłuchana, w taflę magicznego elektrocybersznytu pilnie zapatrzona, ale zezowała w naszą stronę, a że nie machała widłami i nie spuściła trzech psów wielkości świnki morskiej z łańcucha, to się odważyliśmy podejść i zagaić grzecznie o te kozy. W międzyczasie, zaalarmowani ujadaniem trzech świnek, wyszli z domu kolejni jego mieszkańcy, i gdyśmy wyłożyli w jakiej to my sprawie, zaczęli biegać i szukać DZIADKA. Bo to dziadka kozy i nikt nic o nich nie wie, więc zaraz oni znajdą dziadka i sobie z dziadkiem pogadamy. Bo to dziadka kozy.

No i wyszedł Dziadek, metr pięćdziesiąt w kapeluszu, w czarnych walonkach z filcem, spodniach zdrowo upierdolonych i bluzie dresowej z wielką dziurą o fantazyjnie poszarpanych brzegach, i aż mi się ciepło na sercu zrobiło na jego widok, bo pomyślałam sobie – wot i mąż mój, tylko trzydzieści lat później. Dziadek z początku nieufny, bo to wiadomo, że nigdy nie wiadomo, po co jacyś obcy człowieka nachodzą, ale jakeśmy trochę dłużej o kozach pogadali, to w końcu uwierzył, że nie jesteśmy z żadnego parszywego urzędu, nie oferujemy pożyczek na cudownych warunkach, ani nie chcemy rozmawiać o Zbawicielu i wciskać mu kolorowych ulotek, i nas do tych swoich kóz zaprowadził, a było ich sześć dziewczyn i, na osobnej łące, trzech chłopaków.

No i co ja Wam powiem. Strasznie dzikie te kozy! („Ano dzikie”, powiada Dziadek, „bo nikt tu nie przychodzi się z nimi bawić”). Czesio, ta brązowa w białe łaty i z białymi dzwoneczkami, miała siostrę bliźniaczkę (choć Dziadek twierdzi, że one z różnych matek, no ale identyczne były), i jak tylko je zobaczyłam, i te ich bystre, czortowate spojrzenia, to zaraz chciałam je pakować na tylne siedzenie, ale Dziadek powiedział, że z tych dwóch to mogę sobie wybrać tylko jedną, bo on chce jedną dla siebie. No to żeby jednej nie było smutno i dziwnie w dużym, nowym stadzie, to nasz kolejny wybór padł na Elę (bardzo ładne imię, Ela. Rymuje się z „gazela”, a Ela ma takie długie, proste rogi, no i w ogóle piękna jest).

Widzieliśmy też kozią obórkę, i powiem Wam, że byłam w szoku, i to wcale nie dlatego, że tam gnój zamiast ściółki, bo to, jak już się nie raz przekonaliśmy, jest na wsi normalne, tylko wystawcie sobie, że te kozy stoją w nocy w boksie, którego ścianki sięgają mi do cycków, a drewniane drzwiczki są jeszcze niższe, i ja się Dziadka pytam, czy te kozy mu nie wyskakują z tego boksu, a Dziadek na to, że „niii, siedzo grzecznie”. Siedzo grzecznie! Mój Porze, żeby moje kozy chciały siedzieć grzecznie GDZIEKOLWIEK, a co dopiero w takim śmiesznym boksie o śmiesznie niskich ścianach… Jak sobie wspomnę ten boksik, i przeciwstawię mu te zasieki, pancerne drzwi, barykady i zamki z szyfrem, co to je małżonek musiał instalować w naszej koziarni, to zadaję sobie pytanie, gdzie popełniłam ten straszliwy błąd wychowawczy, przez który moje kozy to banda rozwydrzonych wandali. O, na przykład Krówko. Zamykana na noc z dzieciakami w pokoiku dziecięcym (dla ich własnej wygody i bezpieczeństwa), z górą siana i wody, z nudów albo czystej złośliwości zaczęła sobie wygryzać deskę w drzwiach. Przez trzy tygodnie była zamykana na noc w dziecięcym, i prawie całą deskę zjadła, małpa, a założę się, że gdybym Dziadka zapytała, ile drzwiczek drewnianych zjadły jego kozy, to Dziadek zwątpiłby w zdrowie moich zmysłów.

No ale nie tylko kozy ma Dziadek. Ma też kuca („a nie wim, po co mi un. Znajomy przywiózł dwa, to wziąłem jednego”), któremu nie wiadomo jak patrzy z oczu, bo je obfita grzywa zasłania, i KONIE! „To kunie do pracy są” – zaoferował z dumą Dziadek, gdyśmy go zapytali o rasę, „mogę pokazać z bliska”. No i pokazał. Konie wyglądały dokładnie jak ten na obrazku z Wikipedii:

800px-weidegang_kaltbluter

IDENTYKO były, tylko dużo, dużo większe. Klacz matka, lat pięć, i klacz córka, miesięcy dziewięć. Jak ta starsza klacz zrobiła krok do przodu, to poczułam, że się ziemia zatrzęsła, a jak zrobiła drugi, to z rosnącej sto metrów dalej brzozy zaczęły się osypywać liście. Jak zrobiła trzeci, to ja już musiałam dać jeden do tyłu, bo jak pragnę zdrowia, byłam boso, a ten kuń ważył dziewińcet kilo, jak nas poinformował dumny z siebie dziadek, ciągnąc kunia za ogon („pani spojrzy, za ugon można ciungnąć, a łona NIC!”). No faktycznie, do Dziadka i jego młynków na końcu końskiego ogona to NIC, ale do mnie ta klacz coś miała. Być może tylko zdrowe, końskie zainteresowanie, ale już Wam mówiłam, że ja się na koniach nie znam i wiem tylko, że ONE O TYM WIEDZĄ. A jak ten koń pokazał piękne, równe zęby, wielkie jak sztachety, to przysięgam – jeden taki ząb na górze i jeden na dole wystarczyłyby mi do końca życia! Weźcie mi szczerze powiedzcie – ta klacz się ze mnie śmiała, co?

Piękne, przepiękne ma Dziadek te klacze. Mięciutkie chrapy (dotknęłam! Muszę sobie zapamiętać, że jak znów przyjdzie nam jechać do Pasłęka, to obowiązkowo muszę sobie założyć pieluszkę), tłuściutkie zady, okrągłe brzuchy, i te piękne, czarne oczy z długimi rzęsami. Dziewięćset kilo łagodności, choć miałam wrażenie, że jak któraś z klaczy kichnie, to odlecimy do domu bez Gwiazdolota. A wspominałam już, że nogi miały jak stuletnie dęby? Piękne, proste, mocne nogi. Dziadek ma do nich nawet wóz i wszystkie te ceregiele do zaprzęgu, ale za klacze chce razem czternaście tysięcy, a za graty to nawet baliśmy się zapytać ile, więc tylko sobie powzdychaliśmy, pocmokaliśmy, żeby dziadek wiedział, że my też jesteśmy z jego klaczy bardzo dumni, i trzeba było jechać. Z Czesiem i Elą.

Krycha była nieplanowana, oczywiście. Chcieliśmy wziąć jeszcze jedną młodszą kozę, która nie miała jeszcze dzieci, ale Upadła Krycha z Wielkim Cycem nie dawała mi spokoju przez całą drogę. Widziałam ją, jak ciągnie za sobą ten swój wór goryczy przez całą zimę, a przecież mogłaby nie ciągnąć, co nie? Poza tym, jak ustaliliśmy z małżonkiem, Krycha wygląda prawie całkiem jak Bożena, więc musi być spoko kozą, i poczuliśmy, że coś jej się od nas należy, więc jak tylko wypakowaliśmy Czesia i Elę do porodówki, to zaraz jechaliśmy z powrotem do Dziadka po Krystynę. Owszem, jest ryzyko, że ten cycek już będzie taki wyciągnięty i brzydki, ale coś się wymyśli. A gdyby miał całkiem przestać działać, to oj tam, w końcu koza ma jeszcze drugi cycek, a drugi wygląda całkiem przyzwoicie. O czym ja mówię?

wor-goryczy

Dziadek powiedział, że ona z tym cyckiem tak od wiosny chodzi, czyli odkąd zdechły jej koźlaki (jakaś historia z zapleśniałym sianem, nie czepiajmy się), a że on kóz nie doi, to cycka nie ruszał, i tyle. I serio, Dziadek nie jest złym człowiekiem. Tak po prostu jest na wsi – zwierzęta się karmi tym, co się ma, w oborach śmierdzi od gnoju, a jak zwierzakowi coś uschnie i odpadnie, to Bóg tak chciał. Tak było, często jest, i być może jeszcze będzie. Dziadek lubi te swoje kozy, choć „się z nimi nie bawi”, konie ma przepiękne, psy wielkości karalucha na łańcuchu, ale na zabiedzone nie wyglądały, za kozy dużo nie chciał, a przy Kryśce to nawet opuścił o 10 zł, a rozumiecie, że 10 zł to pół kilograma mieszanki „Fantazja”, czyli co najmniej trzy wieczory błogiego gnicia w łóżku i leczenia niedoborów magnezu, a ja obmacałam cycek upadłej madonny i podjęłam decyzję, żeby go opróżnić i zobaczyć, co się będzie działo. Wydoiłam z niego ponad dwa litry (!) płynu w kolorze żółtawym, zdecydowanie nie siary i na szczęście nie ropy, który był konsystencji wody, całkowicie pozbawiony zapachu (smaku nie sprawdzałam, nawet ja mam swoje granice szaleństwa) i w ogóle wyglądał niegroźnie. Może kiedyś sam by się wchłonął, ale to jednak dwa kilogramy do dźwigania w tym biednym, rozciągniętym już worku ze skóry, więc myślę, że Krycha doceniła, choć nadal nie ma do mnie za grosz zaufania. Cycek po zabiegu ma się nieźle, i cieszę się, że wewnątrz nie znalazłam żadnych zwłóknień, cyst ani innych zgrubień, choć wygląda trochę jak smutna sakiewka na tabakę:

smutny-flaczek

On się tak dziwnie błyszczy, bo został nasmarowany olejem kokosowym. Za to dużo lepiej wyglądają kozie kopytka po liftingu. Oto fotki „przed”:

kopytko-w-zlym-stanie kopytko-w-zlym-stanie-2

I „po”:

kopytko-po-korekcie

Tragedii nie było, choć ściany kopytek zaczynały się już rozwarstwiać, nawłaziło tam gnoju i błota i zapaszek był nieciekawy, ale podcięłam je chyba całkiem zgrabnie, zdezynfekowałam na wszelki wypadek, i trzy gracje śmigają na nowym ogumieniu jak górskie kozice. Może nawet kiedyś pozwolą mi do siebie podejść, bo na zabiegi trzeba je było ciągnąć na smyczy (ja) i popychać od tyłu (małżonek), a na dojalnicy nawet owsa nie tknęły, tylko stały skulone patrząc w ścianę i odmawiając jakieś kozie różańce. To pewnie dlatego, że zdążyły już poznać tę zgraję bandytów, która odtąd będzie ich stadem, a Państwo rozumieją, że w tej sytuacji każdy by się zrobił religijny.

kozie-zdrowaski

I czy ja mam jeszcze coś ciekawego do powiedzenia? Oczywiście, że mam: o Szczurokocie i kiełbasie, ławce wierzbowej i pakowarce próżniowej, a zwłaszcza o Bożenie, ale najpierw może ustalmy, czy Wy w ogóle jesteście wypłacalni, więc Państwo się tera udadzą na przegląd pawlacza i innych kanciapek pod kątem worków z owsem i herbatników „Maltanki”, a ja jutro skonsultuję z Ireną, czy dobrze Wam wszystko przekazałam i zapytam – na wszelki wypadek – jak postępować z jednostkami krnąbrnymi.

ide-wam-wpie-dolic ide-sobie

PS. Jutro wrzucę Wam filmik z koziarni, bo dzisiaj się nie chciał załadować, a tymczasem krótki komentarz od Krysi:

dd564672461ecd70b0ccdae0bdff9ac8

Edycja 30.09.2016.

Proszę, oto obiecany film w dwóch częściach (obydwie kończą się normalnie, czyli bez sensu), który wyjaśnia komentarz Krysi. Tyłek brudny od leżenia na brudnej ściółce, ale to się jeszcze da naprawić.


1 2