Upadła Madonna z Wielkim Cycem, czyli wszyscy jesteście ukarani

wcale-nie-jestem-zla

Nie no, oczywiście, że nie będę lać po mordzie za to, co piszecie w komentarzach, bo zawsze powtarzałam, że u mnie sekcja komentarzy jest jak Hyde Park – można nawet przyjść na golasa i głosić herezje, a ja ani drgnę. Ja po prostu robię ser i pójdę za to do nieba, a Wy jak tam sobie chcecie. Jednak trochę zaczęłam się martwić, że dojdzie do rozlewu krwi i wielokropków, że ktoś komuś wrazi w bok zdradziecki myślnik pogardy, a ktoś inny wetknie drugiemu w oko przecinek nienawiści, albo między szprychy wsadzi nawias nietolerancji, żeby się odmieniec już całkiem na ryj wykoleił, i zamiast sekcji komentarzy będę miała sekcję zwłok, no ale nie mogę Wam zabronić, bo słowo się rzekło, Koninek u płota, więc poszłam po poradę do koziarni, i Bożena mówi, że ona to by niektórym zwyczajnie mandaty powlepiała, zwłaszcza za używanie wyrażeń typu „pisiory”, bo ona co prawda nie wie, co to jest, ale brzydko jej się kojarzy i ogólnie brzmi wulgarnie, ale najlepszą radę miała Irena.

Otóż Irena uważa, że mandaty należy wlepić WSZYSTKIM. Pytam ją dlaczego, a ona na to, że mi to całkiem brakuje salomonowej mądrości i na oczy nie widziałam nawet cienia smykałki do biznesu (jakbym nie wiedziała), bo tak: po pierwsze, jak się wlepi wszystkim, to nikt się nie będzie czuł lepszy lub gorszy, pominięty ani wyróżniony, wniebowzięty ani poniżony, czyli będzie sprawiedliwie. Po drugie: jak wszyscy dostaną mandat, to będzie im smutno, przykro i źle, a wiadomo, że nic tak nie łączy ludzi, jak wspólne poczucie krzywdy i nieszczęścia („i jeden wróg” – pomyślałam sobie, ale nie chciałam Irenie przerywać, ani zwracać uwagi na to, kto w tym przypadku dorabiałby za wroga). PO TRZECIE zaś, mówi Irena, mandaty byłyby płatne w workach owsa, więc chyba rozumiem, że to czysty zysk i złoty interes?!

Mówię Wam, taka koza to skarb, i choć nie wiem, jak to zrobicie, to to już oficjalne: wszyscy dostają mandat na jeden worek owsa, i teraz płaczcie i płaćcie, na adres: Irena. PO PROSTU „Irena”, tak kazała powiedzieć, daję słowo, ego tej kozy jest większe od naszego długu narodowego. I możecie dorzucić jeszcze coś z czekolady, dla mnie, bo zmusiłyście mnie do ciężkiej pracy (TYLE dla Was napisałam!), podczas gdy miałam ochotę dalej robić to:

4fed68cb7f4958eae2be6b1871a769a7

Przy okazji – ktoś wie może, jak się prawidłowo nazywa ten kolor, na który pomalowane są deski? Bo jak byłam dzieckiem, to mówiłam „morski”, ale podejrzewam, że byłam w błędzie, jak zresztą i przez resztę życia we wszystkich innych kwestiach. A nie chce mi się nic robić, bo mi zimno i czuję jesień w kościach. Na chacie 18 stopni, i za dnia to nikomu nie wadzi, bo i tak ciągle coś robimy na zewnątrz, ale wieczorem to już taka trochę kosta bez ryki, i leżę jak ten piesek ze zdjęcia, z tą różnicą, że ja w panierce z kołdry. I jeszcze mam Lasera u stóp, a on jest, jak wiecie, ciałem idealnie czarnym i emituje niepoliczalne ilości energii cieplnej, a pod pachą mam Szczurokota, który co prawda jest mały i dużo nie emituje, za to mruczy jakieś senne kołysanki, więc tak mi dobrze i miło, w towarzystwie Szczurokota, Lasera i mieszanki czekoladowej „Fantazja” z Biedronki, że spowalniają mi wszystkie procesy życiowe, a fale mózgowe rozpływają się, jak te czekoladki, w nicość. To znaczy jestem w stanie czytać i oglądać obrazki, i to by było na tyle. NO ALE MNIE ZMUSILIŚCIE (w tych workach z owsem to nie musi być koniecznie mieszanka „Fantazja”; może być nawet coś z margaryną, byle zawierao kakao).

A tak w temacie mózgopauzy i innych zjawisk zachodzących w człowieku po czterdziestce, albo tuż przed, to małżonek mówi, że jego już nie wolno puszczać samego do miasta, bo on się nie odnajduje. Jak ostatnio pojechał sam, to zaparkował pod sklepem, i idzie do drzwi wejściowych, a tam sobie siedzi piesek uwiązany do słupka i czeka na właściciela, co poszedł na zakupy, i małżonek mówi do tego pieska: „MIAU?”… Ludzie się patrzą, PIES SIĘ PATRZY, i od razu widzi, że to jakiś nieokrzesaniec z lasu do miasta przyjechał, i obciach jak stąd do pierwszej kamienicy Gronkiewicz.

Padła też taka sugestia, a nawet supozycja, że to przeze mnie małżonek traci rozum, bo on doskonale pamięta, że kiedyś był wcale niegłupim człowiekiem, a od pytań w stylu: „Nie wiesz przypadkiem, gdzie się podziała dżinsowa spódnica Atosa?” to on się zaczyna zastanawiać, czy już zgłupiał do reszty, czy zwyczajnie jest złym rodzicem i przegapił ten moment, w którym Atos zaczął chodzić w sukienkach. A ja pamiętam dokładnie, i jemu o tym mówiłam, że ta spódnica to ma długą historię tułaczych wędrówek po naszej rodzinie, podczas których każdy nią obdarowany udawał, że o jaka fajna spódnica, na pewno mi się przyda, a potem ona leżała gdzieś na dnie kolejnej szafy, aż w końcu trafiła do nas, i Atosowi akurat naprawdę się przyda, bo jest zrobiona z grubego dżinsu, idealnego na psie onuce. No ale teraz nikt nie wie, gdzie ona jest, więc wychodzi na to, że ta spódnica jest przeklęta i jej przeznaczeniem jest tułać się bez celu do końca życia, a nowe skarpety dla Atosa musiałam zrobić z szortów męskich w kolorze kamizelki drogowca, które też dostaliśmy w darze, i uwierzcie mi – są tak paskudne, że Atos na bank wolałby już chodzić w spódnicy, no ale trudno.

I ja uważam, że zakaz opuszczania lasu powinien dotyczyć nas obojga, zwłaszcza we wrześniu, bo tak: we wrześniu dwa lata temu przywieźliśmy do domu Andrzeja, i tak miało być, ale zaraz potem polecieliśmy jeszcze przytargać Irenę z Bożeną, tak? We wrześniu ubiegłego roku szukaliśmy psa na Jaszczompia, i skończyliśmy z Mającem, a jakby tego było mało, tośmy sobie jeszcze Pusię na kwadrat zgarnęli (tak, Pimpacy to Pusia. Już od dłuższego czasu. On już wie, i przyjął to ze stoickim spokojem). No a we wrześniu 2016, to:

czo-ty-jestes jestem-czesio do-twarzy-mi-w-tym gdzie-sa-nasze-lancuchy

Poznajcie Krystynę (tę największą), Elę (tę szarą, średniej wielkości) i Czesia (to ta brązowa z białymi dzwoneczkami. Tak, Czesio jest kobietą). A było to tak…

Jedziemy sobie po coś tam do Pasłęka. Jedziemy, jedziemy, mijamy jakieś kozy. „O patrz, kozy!” – krzyczę wykręcając szyję, żeby lepiej te kozy zobaczyć, ale nie na długo, bo zaraz zakręt. „No faktycznie” – mówi małżonek – „wpadniemy popytać?”. „Ale o co popytać?” – pytam, choć przecież się domyślam. „No tak W OGÓLE” – odpowiada małżonek – „co to za kozy, może jakaś fajna rasa, może byśmy się na koziołki zamienili? I zawsze to fajnie poznać kogoś nowego, kto też ma kozy”. No fakt, nie bez powodu wymyślono coś takiego, jak zakłady psychiatryczne – swój do swego ciągnie i lubi się trzymać w kupie, prawda. No to zapamiętaliśmy sobie mniej więcej koordynaty i w drodze powrotnej się okazało, ku naszej uciesze, że kozy nadal są tam, gdzie były. No nie miały innego wyjścia, bo przy bliższych oględzinach okazało się, że każda miała na własność wbity w ziemię palik i trzy metry łańcucha, więc rozumiecie, że one to by na pewno do Pasłęka nie zaszły.

Zjechaliśmy z głównej drogi na krótki, piaszczysty odcinek drogi dojazdowej do gospodarstwa i zatrzymaliśmy się, tak nieśmiało, z boczku przy łączce. Przed bramą wjazdową obejścia kręciła się pani w średnim wieku, ubrana w stylu wiejskim, czyli w różową bluzę od dresu, białe kalosze, dorodnego smartfona i białe słuchawki z białymi kablami. W coś była niebywale zasłuchana, w taflę magicznego elektrocybersznytu pilnie zapatrzona, ale zezowała w naszą stronę, a że nie machała widłami i nie spuściła trzech psów wielkości świnki morskiej z łańcucha, to się odważyliśmy podejść i zagaić grzecznie o te kozy. W międzyczasie, zaalarmowani ujadaniem trzech świnek, wyszli z domu kolejni jego mieszkańcy, i gdyśmy wyłożyli w jakiej to my sprawie, zaczęli biegać i szukać DZIADKA. Bo to dziadka kozy i nikt nic o nich nie wie, więc zaraz oni znajdą dziadka i sobie z dziadkiem pogadamy. Bo to dziadka kozy.

No i wyszedł Dziadek, metr pięćdziesiąt w kapeluszu, w czarnych walonkach z filcem, spodniach zdrowo upierdolonych i bluzie dresowej z wielką dziurą o fantazyjnie poszarpanych brzegach, i aż mi się ciepło na sercu zrobiło na jego widok, bo pomyślałam sobie – wot i mąż mój, tylko trzydzieści lat później. Dziadek z początku nieufny, bo to wiadomo, że nigdy nie wiadomo, po co jacyś obcy człowieka nachodzą, ale jakeśmy trochę dłużej o kozach pogadali, to w końcu uwierzył, że nie jesteśmy z żadnego parszywego urzędu, nie oferujemy pożyczek na cudownych warunkach, ani nie chcemy rozmawiać o Zbawicielu i wciskać mu kolorowych ulotek, i nas do tych swoich kóz zaprowadził, a było ich sześć dziewczyn i, na osobnej łące, trzech chłopaków.

No i co ja Wam powiem. Strasznie dzikie te kozy! („Ano dzikie”, powiada Dziadek, „bo nikt tu nie przychodzi się z nimi bawić”). Czesio, ta brązowa w białe łaty i z białymi dzwoneczkami, miała siostrę bliźniaczkę (choć Dziadek twierdzi, że one z różnych matek, no ale identyczne były), i jak tylko je zobaczyłam, i te ich bystre, czortowate spojrzenia, to zaraz chciałam je pakować na tylne siedzenie, ale Dziadek powiedział, że z tych dwóch to mogę sobie wybrać tylko jedną, bo on chce jedną dla siebie. No to żeby jednej nie było smutno i dziwnie w dużym, nowym stadzie, to nasz kolejny wybór padł na Elę (bardzo ładne imię, Ela. Rymuje się z „gazela”, a Ela ma takie długie, proste rogi, no i w ogóle piękna jest).

Widzieliśmy też kozią obórkę, i powiem Wam, że byłam w szoku, i to wcale nie dlatego, że tam gnój zamiast ściółki, bo to, jak już się nie raz przekonaliśmy, jest na wsi normalne, tylko wystawcie sobie, że te kozy stoją w nocy w boksie, którego ścianki sięgają mi do cycków, a drewniane drzwiczki są jeszcze niższe, i ja się Dziadka pytam, czy te kozy mu nie wyskakują z tego boksu, a Dziadek na to, że „niii, siedzo grzecznie”. Siedzo grzecznie! Mój Porze, żeby moje kozy chciały siedzieć grzecznie GDZIEKOLWIEK, a co dopiero w takim śmiesznym boksie o śmiesznie niskich ścianach… Jak sobie wspomnę ten boksik, i przeciwstawię mu te zasieki, pancerne drzwi, barykady i zamki z szyfrem, co to je małżonek musiał instalować w naszej koziarni, to zadaję sobie pytanie, gdzie popełniłam ten straszliwy błąd wychowawczy, przez który moje kozy to banda rozwydrzonych wandali. O, na przykład Krówko. Zamykana na noc z dzieciakami w pokoiku dziecięcym (dla ich własnej wygody i bezpieczeństwa), z górą siana i wody, z nudów albo czystej złośliwości zaczęła sobie wygryzać deskę w drzwiach. Przez trzy tygodnie była zamykana na noc w dziecięcym, i prawie całą deskę zjadła, małpa, a założę się, że gdybym Dziadka zapytała, ile drzwiczek drewnianych zjadły jego kozy, to Dziadek zwątpiłby w zdrowie moich zmysłów.

No ale nie tylko kozy ma Dziadek. Ma też kuca („a nie wim, po co mi un. Znajomy przywiózł dwa, to wziąłem jednego”), któremu nie wiadomo jak patrzy z oczu, bo je obfita grzywa zasłania, i KONIE! „To kunie do pracy są” – zaoferował z dumą Dziadek, gdyśmy go zapytali o rasę, „mogę pokazać z bliska”. No i pokazał. Konie wyglądały dokładnie jak ten na obrazku z Wikipedii:

800px-weidegang_kaltbluter

IDENTYKO były, tylko dużo, dużo większe. Klacz matka, lat pięć, i klacz córka, miesięcy dziewięć. Jak ta starsza klacz zrobiła krok do przodu, to poczułam, że się ziemia zatrzęsła, a jak zrobiła drugi, to z rosnącej sto metrów dalej brzozy zaczęły się osypywać liście. Jak zrobiła trzeci, to ja już musiałam dać jeden do tyłu, bo jak pragnę zdrowia, byłam boso, a ten kuń ważył dziewińcet kilo, jak nas poinformował dumny z siebie dziadek, ciągnąc kunia za ogon („pani spojrzy, za ugon można ciungnąć, a łona NIC!”). No faktycznie, do Dziadka i jego młynków na końcu końskiego ogona to NIC, ale do mnie ta klacz coś miała. Być może tylko zdrowe, końskie zainteresowanie, ale już Wam mówiłam, że ja się na koniach nie znam i wiem tylko, że ONE O TYM WIEDZĄ. A jak ten koń pokazał piękne, równe zęby, wielkie jak sztachety, to przysięgam – jeden taki ząb na górze i jeden na dole wystarczyłyby mi do końca życia! Weźcie mi szczerze powiedzcie – ta klacz się ze mnie śmiała, co?

Piękne, przepiękne ma Dziadek te klacze. Mięciutkie chrapy (dotknęłam! Muszę sobie zapamiętać, że jak znów przyjdzie nam jechać do Pasłęka, to obowiązkowo muszę sobie założyć pieluszkę), tłuściutkie zady, okrągłe brzuchy, i te piękne, czarne oczy z długimi rzęsami. Dziewięćset kilo łagodności, choć miałam wrażenie, że jak któraś z klaczy kichnie, to odlecimy do domu bez Gwiazdolota. A wspominałam już, że nogi miały jak stuletnie dęby? Piękne, proste, mocne nogi. Dziadek ma do nich nawet wóz i wszystkie te ceregiele do zaprzęgu, ale za klacze chce razem czternaście tysięcy, a za graty to nawet baliśmy się zapytać ile, więc tylko sobie powzdychaliśmy, pocmokaliśmy, żeby dziadek wiedział, że my też jesteśmy z jego klaczy bardzo dumni, i trzeba było jechać. Z Czesiem i Elą.

Krycha była nieplanowana, oczywiście. Chcieliśmy wziąć jeszcze jedną młodszą kozę, która nie miała jeszcze dzieci, ale Upadła Krycha z Wielkim Cycem nie dawała mi spokoju przez całą drogę. Widziałam ją, jak ciągnie za sobą ten swój wór goryczy przez całą zimę, a przecież mogłaby nie ciągnąć, co nie? Poza tym, jak ustaliliśmy z małżonkiem, Krycha wygląda prawie całkiem jak Bożena, więc musi być spoko kozą, i poczuliśmy, że coś jej się od nas należy, więc jak tylko wypakowaliśmy Czesia i Elę do porodówki, to zaraz jechaliśmy z powrotem do Dziadka po Krystynę. Owszem, jest ryzyko, że ten cycek już będzie taki wyciągnięty i brzydki, ale coś się wymyśli. A gdyby miał całkiem przestać działać, to oj tam, w końcu koza ma jeszcze drugi cycek, a drugi wygląda całkiem przyzwoicie. O czym ja mówię?

wor-goryczy

Dziadek powiedział, że ona z tym cyckiem tak od wiosny chodzi, czyli odkąd zdechły jej koźlaki (jakaś historia z zapleśniałym sianem, nie czepiajmy się), a że on kóz nie doi, to cycka nie ruszał, i tyle. I serio, Dziadek nie jest złym człowiekiem. Tak po prostu jest na wsi – zwierzęta się karmi tym, co się ma, w oborach śmierdzi od gnoju, a jak zwierzakowi coś uschnie i odpadnie, to Bóg tak chciał. Tak było, często jest, i być może jeszcze będzie. Dziadek lubi te swoje kozy, choć „się z nimi nie bawi”, konie ma przepiękne, psy wielkości karalucha na łańcuchu, ale na zabiedzone nie wyglądały, za kozy dużo nie chciał, a przy Kryśce to nawet opuścił o 10 zł, a rozumiecie, że 10 zł to pół kilograma mieszanki „Fantazja”, czyli co najmniej trzy wieczory błogiego gnicia w łóżku i leczenia niedoborów magnezu, a ja obmacałam cycek upadłej madonny i podjęłam decyzję, żeby go opróżnić i zobaczyć, co się będzie działo. Wydoiłam z niego ponad dwa litry (!) płynu w kolorze żółtawym, zdecydowanie nie siary i na szczęście nie ropy, który był konsystencji wody, całkowicie pozbawiony zapachu (smaku nie sprawdzałam, nawet ja mam swoje granice szaleństwa) i w ogóle wyglądał niegroźnie. Może kiedyś sam by się wchłonął, ale to jednak dwa kilogramy do dźwigania w tym biednym, rozciągniętym już worku ze skóry, więc myślę, że Krycha doceniła, choć nadal nie ma do mnie za grosz zaufania. Cycek po zabiegu ma się nieźle, i cieszę się, że wewnątrz nie znalazłam żadnych zwłóknień, cyst ani innych zgrubień, choć wygląda trochę jak smutna sakiewka na tabakę:

smutny-flaczek

On się tak dziwnie błyszczy, bo został nasmarowany olejem kokosowym. Za to dużo lepiej wyglądają kozie kopytka po liftingu. Oto fotki „przed”:

kopytko-w-zlym-stanie kopytko-w-zlym-stanie-2

I „po”:

kopytko-po-korekcie

Tragedii nie było, choć ściany kopytek zaczynały się już rozwarstwiać, nawłaziło tam gnoju i błota i zapaszek był nieciekawy, ale podcięłam je chyba całkiem zgrabnie, zdezynfekowałam na wszelki wypadek, i trzy gracje śmigają na nowym ogumieniu jak górskie kozice. Może nawet kiedyś pozwolą mi do siebie podejść, bo na zabiegi trzeba je było ciągnąć na smyczy (ja) i popychać od tyłu (małżonek), a na dojalnicy nawet owsa nie tknęły, tylko stały skulone patrząc w ścianę i odmawiając jakieś kozie różańce. To pewnie dlatego, że zdążyły już poznać tę zgraję bandytów, która odtąd będzie ich stadem, a Państwo rozumieją, że w tej sytuacji każdy by się zrobił religijny.

kozie-zdrowaski

I czy ja mam jeszcze coś ciekawego do powiedzenia? Oczywiście, że mam: o Szczurokocie i kiełbasie, ławce wierzbowej i pakowarce próżniowej, a zwłaszcza o Bożenie, ale najpierw może ustalmy, czy Wy w ogóle jesteście wypłacalni, więc Państwo się tera udadzą na przegląd pawlacza i innych kanciapek pod kątem worków z owsem i herbatników „Maltanki”, a ja jutro skonsultuję z Ireną, czy dobrze Wam wszystko przekazałam i zapytam – na wszelki wypadek – jak postępować z jednostkami krnąbrnymi.

ide-wam-wpie-dolic ide-sobie

PS. Jutro wrzucę Wam filmik z koziarni, bo dzisiaj się nie chciał załadować, a tymczasem krótki komentarz od Krysi:

dd564672461ecd70b0ccdae0bdff9ac8

Edycja 30.09.2016.

Proszę, oto obiecany film w dwóch częściach (obydwie kończą się normalnie, czyli bez sensu), który wyjaśnia komentarz Krysi. Tyłek brudny od leżenia na brudnej ściółce, ale to się jeszcze da naprawić.


Kto miał romans w marcu i wpadł jak śliwka w cukier, czyli o Arance, Mariuszu i rozmowach z duchami

And I will pray for you
…Some day I may return
Don’t you cry for me
Beyond is where I learn
Living on a razor’s edge
Balancing on a ledge
Living on a razor’s edge you know… you know!
The evil that men do lives on and on!”

 

Fragment utworu „The Evil That Men Do”, z albumu „Seventh Son of a Seventh Son” grupy Iron Maiden, 1988 (https://www.youtube.com/watch?v=M6JpxDebokM)

Najpierw będzie o tych rozmowach, ale zanim się ucieszycie, że coś ciekawego się wydarzyło, to może od razu powiem: to nie była rozmowa, tylko monolog (w dodatku krótki; właściwie to jedno słowo było), i nie z duchami, tylko z jednym. Chyba. W sumie to nie wiem, ale Wam opowiem.

Jak wiecie, przed nami mieszkali tu Cebulaccy, a było ich dwoje plus Tapani. Tapani była teściową Cebulackiej, albo Cebulackiego, już nie pamiętam, ale ważne jest to, że Cebulacka za nią nie przepadała. Do tego stopnia nie przepadała, że zarządziła podział domu za pomocą muru i ulokowała Tępanią w Drugiej Części Domu, tej z Różowym Pokojem, za to bez łazienki i w ogóle dostępu do wody idącej z kranu. Tapani musiała się z tym jakoś pogodzić, a ułatwiał jej to fakt, iż umiała robić słynną w całej okolicy śliwowicę, której zażywała jako lekarstwa na swe troski, a i znajomych lubiła obdarować butelką lub dwunastoma. Z czego ta śliwowica? A ze śliwek Tejpani, które sama była sadziła, i na które miała piękny widok z kuchennego okna (gwoli ścisłości i ku pamięci: w dawnej kuchni Tejpani jest dzisiaj nasza kotłownia. No gdzieś musiała być). To chyba śliwki węgierki, ale małe, nie takie kobyły, jak teraz w warzywniakach sprzedają, za to w smaku wyborne i na śliwowicę doskonałe.

Kiedyśmy się wprowadzali, to Tapani nie żyła już od lat dwóch, a może pięciu, a śliwy na wschodzie schły. Kilka drzew było już martwych, reszta schła powoli, ale konsekwentnie, i po niespełna dwóch latach od naszego tu zamieszkania o śliwkach nie było już mowy. I ktoś mi mówił, albo pisał, gdy skarżyłam się, że szkoda tylu pięknych drzew owocowych, że czasem gdy ludzie umierają, to swoje drzewa zabierają ze sobą. I wtedy sobie pomyślałam, że trochę to złośliwe, tak samemu nie zjeść, a drugiemu nie dać, i że rozumiem, że Tapani Cebulackiej nie lubiła, no ale mnie przecież nie znała, i co ja jej niby takiego uczyniłam, że te drzewa dalej schną? No ale może to było tak z rozpędu, i duch Tejpani nic już nie mógł poradzić, bo klątwa została rzucona, a hasło odczyniające jej się zapomniało, bo to bardzo starsza pani była, no i trudno. Drzewa się ostatecznie nie zmarnują, bo odkąd wędzę kozie sery, mam zapotrzebowanie na drewno drzew owocowych, a w śliwkowym dymie wędzi się całkiem udanie. Ale ALE!

Śliwy, jak wiecie, lubią wyrastać z ziemi w promieniu nawet dziesiątek metrów od drzewa-matki, i na dobrą sprawę jak się raz miało śliwę, to ciężko się jej dzikich pomiotów pozbyć, no chyba że ma się kozy. Kozy drewno śliwkowe też bardzo lubią, a zwłaszcza takie młode, świeżutkie pędy, więc cokolwiek na łące wschodniej wyrastało, to szybko ginęło marnie. Oprócz jednego drzewka, które wyrosło w tym samym rzędzie, co tamte sławetne śliwy Tejpani. Owszem, oberwało mu się trochę po korze, ale ono mimo wszystko wyrosło na jakieś trzy metry, i… W tym roku zaowocowało! Wracałam sobie wczesnym wieczorem z lasu, gdzie na skraju rośnie jabłonka odkryta przez kozy (prawdopodobnie antonówka), z koszykiem jabłek, i wtedy te śliwki zauważyłam.

Zerwałam jedną, żeby spróbować, czy one co warte, te śliwki, bo w tym roku wszystko robaczywe – grzyby, orzechy, jabłka, śliwki… No i śliwka była słodka, węgierkowa, i nierobaczywa. I druga i trzecia też. No to odstawiłam koszyk z jabłkami i wzięłam się za zbiór śliwek, których za wiele to tam nie było, na oko kilogram, no ale jakie smaczne, i jakie nierobaczywe! I tak sobie zrywałam, ostrożnie naginając gałązki, śliwki nagrzane zachodzącym już słońcem, w plecy wiał mi delikatny wietrzyk od północy, zauważyłam, że niektóre listki już zaczynają jesiennie żółknąć, i nagle, ni z gruszki, ni z pietruszki, powiedziałam: „dziękuję”. NO WIECIE CO? Nie wiem, co mi kazało, ale kazało i powiedziałam. I tam nie marudźcie teraz, że „łee, takie zjawisko paranormalne to o kant dupy”, bo Kanionek jest religijnie sterylny jak probówka do przechowywania komórek jajowych, i skoro w jego bezbożnym życiu dzieją się takie rzeczy, żeby Kanionek do powietrza mówił „dziękuję”, to to wcale nie byle co.

No więc oficjalnie dziękuję Tejpani, że zechciała odpuścić z tą swoją zemstą i przydzieliła mi jedną, nowiutką śliwę na próbę. Z kilograma owoców śliwowicy nie zrobię, zresztą – nie śmiem nawet przypuszczać, że byłaby choć w połowie tak wspaniała, jak trunek sporządzany przez Tępanią, więc żeby miejscowej tradycji stało się choć po części zadość, zrobiłam z tych owoców śliwki kandyzowane w syropie alkoholizowanym.

sliwka-od-tejpani

O, tak wyglądają te uschnięte drzewa (było więcej, ale część już poszła do wędzenia):

suche-sliwy

A tak „moja” śliwka, w próbnej dzierżawie od Tejpani:

moja-sliwka-od-tejpani

Prawda, że zapowiada się obiecująco? A teraz dość tych świństw, odkopmy starego Kanionka.

grzybki-na-kozim-oborniku-2 grzybki-na-kozim-oborniku-3 grzybki-na-kozim-oborniku

Takie grzyby nam wyrosły na kupie koziego obornika. Urodziwe. BYŁY, bo potem przyszła Kaczka i wszystkie zadeptała w drodze na sam szczyt kupy. Odkąd nastała era elektrycznego pastucha i wszystkie kaczki i gęsi całe dnie spędzają na łące i nad stawem, Kaczka obejmuje coraz to nowsze trony, a Meliny składają jajka w koziarni (tak, coś im się pomyliło, znów uprawiają dziki seks i robią „dzieci” – to pewnie z tej wolności. Od wolności wszystkim się tylko we łbach przewraca).

No i zgadłaś, Zeroerha, że chodzi o koziołki, a na pytanie „co się rozmnożyło” odpowiedź brzmi: Krówko! Jak być może pamiętacie, Krówko pierwszy raz rodziła w grudniu ubiegłego roku, i w tym również postanowiła wyprzedzić wszystkie pozostałe kozy. W sumie nic dziwnego i bardzo sprytne posunięcie – porodówka wolna, pokój dziecięcy z wygodami tylko dla matki z przychówkiem, a nie, że później tłok jak w polskim szpitalu i polegiwanie w bólach na korytarzu. Tak więc 31 sierpnia, w dzień pogodny i wesoły, zaprowadziłam Krówko na porodówkę, i ani się obejrzałam, jak na świat przyszli Mariusz i Aranka. Serio, poszło tak szybko i gładko, że Krówko nawet nie pisnęła, a ja nie zdążyłam się zdenerwować. Aranka jest większa i bardziej odważna od brata, choć urodziła się druga. Ma zadatki na trudny charakterek. Na drugi dzień wszyscy wyglądali tak:

dwudniowe-krasnale dwudniowe-krasnale-2 aranka-dwudniowa a-czo-to a-czo-to-2 mariusz-dwudniowy mariusz-2 dzie-mi-tu-z-tymi-dziecmi

Mniej więcej po tygodniu nadopiekuńcza matka pozwoliła dzieciom pójść nieco dalej:

z-mama-na-dojalnicy mariusz krowko-i-krasnale-4 krowko-i-krasnale-3 aranka-5 aranka aranka-4 aranka-3 aranka-2

A teraz krasnale mają już dwa tygodnie i są prawdziwymi członkami stada, choć na noc wciąż jeszcze zamykam ich z mamusią w pokoju dziecięcym:

krowko-i-krasnale-2 krowko-i-krasnale krasnale-krowko krasnale-krowko-2 krasnale-krowko-4 krasnale-krowko-3 na-wypasie-2 na-wypasie-3 na-wypasie nad-stawem po-calym-dniu-biegania

Prawda, że fajna niespodzianka? A miał być jeszcze filmik z koziarni, ale już nie mam siły czekać, aż się na serwer załaduje. To w zamian – fotki z pobielonej koziarni. Świeżutko malowane, śliczne, białe ściany, aż blask w oczy bije… Bił. Tak wyglądało „dzień po”:

wybielone wybielone-2 no-jak

A tak dwa dni później:

wybielone-2-dni-pozniej wybielone-2-dni-pozniej-2

Małpy ostrzą sobie rogi o ścianę, a i ocierają się często, i co im pan możesz zrobić. A tak poza tym – wszystko po staremu. Kiełbasa korzysta z uprzejmości słonecznej pogody i podbija nowe terytoria:

kielbasa-wszedzie kielbasa-wszedzie-3 kielbasa-w-ogrodzie

O, tu sobie wyszła tylnym, górnym narożnikiem szklarni (pewnie dziura w siatce była):

wylazi-naroznikiem

A w samej szklarni to już jeden wielki sklep mięsny, ze skromnym akcentem pomidorowym:

kielbasa-w-szklarni-3 kielbasa-w-szklarni kielbasa-wszedzie-2 kielbasa-w-szklarni-2

A tu się do Państwa wdzięczy dynia, też z nasionek od Zeroerha:

dynia-od-zeroerha-2 dynia-od-zeroerha

A w związku z nadejściem jesieni i z uwagi na zmniejszony pastuchem obszar wypasu, okazało się, że cukinia jest jednak PRZEPYSZNA:

pyszna-ta-cukinia pyszna-ta-cukinia-2 pyszna-ta-cukinia-3 pyszna-ta-cukinia-4

I chciałam jeszcze donieść, że owszem, moje kozy buszowały po lesie, ale nie tylko one uprawiały ten karygodny proceder:

nie-tylko-kozy-szabruja-w-lesie

Oraz zapytać Was – JAK?! Jakim cudem Pacanek wyłazi z porodówki, przy takich zabezpieczeniach?

ktoredy-wylazl-pacanek no-jak

Nie ma możliwości, żeby przeskoczył przez dwumetrową przeszkodę, zwłaszcza, że rozbiegu miałby ledwie trzy i pół metra. Zresztą, furta od zagrody, w której kozły siedzą za dnia, jest dużo niższa, a miejsca na rozbieg z pięć razy więcej, niż w porodówce, i stamtąd jakoś nie ucieka, więc w koziarni to nie wiem – albo fruwa, albo przenika przez ściany. Ale chyba też nie, bo z izolatki jakoś nie przenika… To jest jedna z tych zagadek paranormalnych, które rozwiązuje się przy pomocy monitoringu video, i po obejrzeniu materiału do końca życia się nie śpi, więc może lepiej nie wiedzieć. Za to tutaj mam dla Was zagadkę nieszkodliwą dla zdrowia – proszę pokazać, gdzie jest czapla?

gdzie-jest-czpla

Już?

No to dla tych, co nie zgadli – o tutaj siedzi, na samym czubku świerka:

czapla-na-czubku

Nie wiem ile waży czapla, ale wygląda na to, że mniej niż przeciętny kurczak. A tu zrobiłam jej fotkę z okna w kuchni, jak sobie stoi nad stawem i zastanawia się, czy psy przenikają przez siatkę leśną:

czapla-siwa-nad-stawem

A teraz ostatnia zagadka tego odcinka i jednocześnie konkurs z nagrodami (Mitenki jest wyłączona z konkursu, ponieważ zna odpowiedź):

co-robi-kanionek

Na kogo czyha Kanionek?

Wygrywająca odpowiedź musi być jednoznaczna – nie, że „na jakieś zwierzątko”. Z imienia i nazwiska ma być, a nagrodą jest porcja tej oto Herbatki Leśnego Dziadka, skomponowanej przez samego Kanionka, ze składników najwyższej jakości, zebranych z najwyższą starannością i ususzonych w oparach miłości (i trochę na suszarce do grzybów):

herbatka-lesnego-dziadka

Podaję skład, bo może są wśród nas alergicy: liście malin i czarnej porzeczki, owoc czarnej porzeczki, leśne jabłko (Mama mówi, że to jednak nie antonówka; nie jest w ogóle kwaśne), kwiat nagietka, kwiat lipy, odrobina mięty i szczypta melisy.

A czyhałam, bo się okazało, że ONO tam mieszka i wcale nie chce się wyprowadzać, a musieliśmy dokończyć ocieplanie podłogi. Ocieplona podłoga, jeszcze przed położeniem desek, wygląda tak:

welna-polozona

I powiem Wam, że gdyby nie legary i tona gruzu z żużlem, to taką robotę można by zrobić w jeden dzień, góra dwa. No i gdyby nie fakt, że Cebulacki przybił deski do legarów jakimś tysiącem długich i grubych gwoździ. Nie przesadzam, małżonek policzył. W razie trąby powietrznej odleciałoby wszystko prócz podłogi; aż dziw, że sam się nie przybił, skoro przewidywał taką katastrofę. Małżonek wszystko robił sam, ja tylko podawałam deski przez okno i trochę pomagałam przy ostatniej warstwie wełny („Nie gnieć wełny, Kanionek! No jak to jak masz przejść – skacz po legarach!”), a wyniesionym spod podłogi materiałem udało się zasypać wszystkie dziury wykopane na podwórku przez Mająca, więc koniec końców nie wyszło tak źle, choć małżonek mówi, że jak ktoś w jego obecności powie „gwóźdź”, to zginie. Ocieplenie podłogi w kuchni chyba dopiero w październiku, albo listopadzie, gdy już nie będę robić tylu serów, więc może do tego czasu trauma mu przejdzie.

cysorz-to-ma-klawe-zycie

Aha, dżem na hemoroidy wygląda tak:

dzemor-z-jarzebiny

Jest świetny. Gorzki i dziwny. Trochę jak Kanionek. Na razie mam tylko cztery słoiczki po przecierze pomidorowym, ale dozbierałyśmy z Mamą jeszcze kilogram jarzębiny i trochę leśnych jabłek, więc jak się jarzębina przemrozi, to się dorobi. Przy okazji, może Wy wiecie, co to za jabłka – są słodkie, z delikatnym posmakiem gruszki, dość twarde, dojrzewają pod koniec sierpnia i we wrześniu. Skórka gładka i połyskliwa. Ta jabłoń rośnie na skraju lasu i nie sądzę, żeby ktoś ją tam posadził, wśród dębów i świerków, a jest na tyle młoda, że nie mogło jej tam być zanim wyrósł las. Najprawdopodobniej sama się wysiała, na przykład z ogryzka, choć ludzie mówią, że takie samosiejki dają małe, dzikie i kwaśne owoce, a ta jabłonka owoce rodzi deserowe:

jablka-lesne

Odrębną zagadką pozostaje, kto jest ojcem Mariusza i Aranki. Może on:

am-i-the-father

A może nie. Irena w każdym razie nie gada z Krówko, i na jej widok cała się jeży i prycha z oburzeniem, że jak to – dzieci nie w łatki? Nawet nie w ciapki? Tylko jakieś takie z paskiem? A gdzie tradycje rodzinne?!

A mnie się krasnale Krówko podobają. I BYŁABYM ZAPOMNIAŁA! Oto Szczurokot:

szczurokot-2 szczurokot szczurokot-4 szczurokot-3

Tu z matką, w Różowym Pokoju:

mama-nie-wachaj-mi-dupy-bo-obciach

Która jakoś nie robi mu wyrzutów, że nie jest czarny jak diabeł, i że bardziej przypomina tę wredną bicz Pumę, niż matkę rodzoną. Aha, ja tak naprawdę nie wiem, czy Szczurokot jest facetem. Wydaje mi się, że cała trójka Jałowców to chłopaki, ale małżonek zajrzał Szczurokotowi pod podwozie i ma wątpliwości. Jednak u koziołków to łatwiej stwierdzić, a ze mnie kocia matka jak z koziej dupy telefon. A propos telefonu – Ziokołek gada ze ścianą, a ściana jej odpowiada!

gdy-sie-gada-do-sciany

I to chyba jakieś komplementy są, bo Ziokołek cała zadowolona:

to-sciana-odpowiada

Doktor Ekspert zdiagnozowała Ziokołka i właśnie mówi Baśce na ucho, że to może być zaraźliwe:

powiem-ci-cos-na-ucho

A gęś na to, że „ojapie*dolę, trzeba stąd wiać”:

what

Tak jak mówiłam – wszystko po staremu.

PS. Jakiś czas temu dostaliśmy od Żozefin trzy wielkie leszcze, które małżonek zaproponował, żeby uwędzić, bo skoro i tak wędzę sery, to co mi szkodzi trzy rybki dorzucić. No i nieważne już, że skończyłam wędzenie w nocy i niosłam te leszcze z jednym okiem już śpiącym i z latarką w zębach, bo w ciągu dnia wędzarnia zaliczyła awarię i wszystko się opóźniło. Pozostało pytanie, co z nimi do diabła zrobić, skoro są gorące jak leszcze z piekła rodem, a lodówka i tak zajęta przez sery. No to wręczyłam małżonkowi trzy dymiące leszcze na hakach i rzekłam, że trzeba je powiesić w łazience, bo tam jest zimno i drzwi można zamknąć, żeby się psy i koty do żarcia nie dorwały. No i wziął małżonek te leszcze i poszedł do łazienki, a za chwilę słyszę, że rży jak koń do kostki cukru. Wchodzę do łazienki, małżonek w kucki na podłodze, łzy radości rękawem ociera, pokazuje mi te ryby i pyta: „Weź mi powiedz, Kanionek – na te trzydzieści kilka milionów ludzi w Polsce, jak myślisz, ilu ma dziś w łazience taki widok?”:

leszcze-trzy

Sama nie wiem, może to i straszniejsze, niż te Lidki grające pozytywki na strychu, ale rano wydawały się już całkiem normalne, te leszcze, a i w smaku wyszły nienajgorsze.

wedzone-leszcze leszcz-wedzony

Jednego zjedliśmy, drugiego dałam takiej pani, od której dostałam skrzynkę malutkich ziemniaczków (bo sobie przypomniała, że ja mam kozy, a ona by te mikroziemniaczki na kompost wyrzuciła), a trzeci został zamrożony na czarną godzinę. A w następnym odcinku opowiem Wam, jak zostać pakowarką próżniową.

panter-za-stawem