Kochanie, zrobiłam kurczaki, czyli wiadomości z grilla część pierwsza

Państwo wybaczą, że tym razem nie będzie normalnego wpisu (no dobra, wiem, “normalnego” to tu chyba jeszcze nie było), tylko z grubsza, zwłaszcza, zasadniczo i ogółem obrazki, ale wtorkowa migrena zrobiła mi w głowie taki remanent, że do dziś szukam towaru i faktury za resztkę rozumu. No więc w bardzo dużym skrócie, oto co się wydarzyło w Incubator County.

Poniedziałek, 27 lipca 2015, godzina 22:35, dwie doby przed terminem:

dziurka

Godzinę później:

godzine pozniej

Jeszcze trochę później:

juz prawie

I prawie o pierwszej w nocy:

ranny ptaszek

No i o godzinie 1:05 witamy na mecie pierwszego zawodnika:

jest tu kto

Wylazł z jajka w trzy godziny, a mógł się z tym pierniczyć nawet i osiemnaście, jeśli wierzyć internetowym guru od produkcji drobiu. We wtorek, dzień migreny, przyszły na świat kolejne trzy pisklaki, w nocy jeszcze dwa, a w środę znów trzy. Jedno jajko zostało na grillu i nadal się zastanawia, czy warto się zadawać z Kanionkiem. Dam mu jeszcze dwa dni, bo tyle każą poradniki internetowe, ale jakoś nie mam dobrych przeczuć. Mam za to dla Was trzymającą w napięciu produkcję niskobudżetową pt. “Krótki film o wykluwaniu”:

Może dodam tylko, że wszelkie poradniki młodego inkubenta zdecydowanie odradzają pomaganie kurczakom podczas wychodzenia z jajka, więc wolałam nie pchać łap do środka – każde otwarcie inkubatora to momentalna utrata ciepła, a mokre pisklaki podobno są wrażliwe na nagłe zmiany temperatury. Poza tym – w gnieździe nikt im nie pomaga, a jakoś sobie radzą. No i moje też sobie poradziły, choć momentami stałam przed tą szybką inkubatora na palcach i obgryzałam łokcie z nerwów (no bo jeden drugiemu po głowie skacze i nogę w oko wsadza, zamiast grzecznie wyjść z jajka i cichutko usiąść w kąciku czytając napisy na termometrze).

A tu już dziewięciu puszystych wojowników Ninja w odchowalniku, czyli kolejnym kartonie z szybką. W odchowalniku temperatura wynosi obecnie 30-32 stopnie, ale z każdym tygodniem będzie obniżana. Z biegiem czasu zmieniać się też będzie odchowalnik – na większy, oraz pożywienie kurczaków – na bardziej urozmaicone. Jeszcze długa, bardzo długa droga przed nami, Kanionkiem i kurczakami, i wszystko może się zdarzyć, ale na razie napawam się widokiem ćwierkających, puszystych, identycznych z naturalnym, kurczaków o umaszczeniu borsuka.

odchowalnik3 odchowalnik2 odchowalnik1

Mój pokój piuka, pipczy, gwiżdże i ćwierka. O czwartej rano budzą mnie gęsi:

gaski do domu

A dla tych, co nie czytają komentarzy, krótka informacja: w niedzielę 26 lipca dostałam dwie gęsi, dwutygodniowe pisklaki, odkupione z dużej fermy produkującej gęsi na tucz. Jedna z gąsek, ta większa, miała problem ze wstawaniem na nogi (miękkie jak galaretka), ale czego nie naprawi szklanka koziego mleka? Teraz miękka gąska biega jak nakręcana – dwa spacery po podwórku już za nami. Gąski kochają zielone i zjadają zawartość dużego wiadra siekanego zielska na dobę, w związku z czym trzeba im wymieniać ściółkę dwa razy na dobę. W dodatku z jakiegoś powodu wcale nie muszą spać i uważają, że ja też powinnam porzucić ten idiotyczny nawyk.

Widok z mojego łóżka:

pokoj z widokiem na gesi

telewizor z kurczakami

Czy można od tego wszystkiego ocipieć? Tak, można. Ale z drugiej strony… Jak można NIE MIEĆ w pokoju dwóch gęsi, albo telewizora z kurczakami? A kaczki były dzisiaj nad stawem, pływały i nurkowały, i dzioby im się śmiały, w związku z czym nam też, a później wróciły na podwórko i zwiedziły całą jego północną stronę, południową zostawiając sobie na jutro. Jestem zmęczona i ocipiała, ale warto było. Kurczaki z grilla są hitem tego sezonu, gęsi na spacerze biegają za nami krok w krok, machając maciupkimi skrzydełkami, a kaczki chodzą gęsiego, kolebiąc się na boki i strzygąc trawnik do równej wysokości. Laser nikogo jeszcze nie zjadł, a Atos z wrażenia częściej wstaje na wszystkie nogi. A teraz, mili Państwo, idę spać, bo przecież o czwartej obudzą mnie gęsi. Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi.

PS. A w poniedziałek krótko (zbyt krótko!) widziałam się z Ynk, od której dostałam książki i inne smakołyki, i którą pozdrawiam i serdecznie macham kurczakiem. Ynk – dziękuję :)

Jedenastu wspaniałych i jeden ekslibris, czyli o pomidorach, co nie myły zębów

“Now I don´t want to be your slave
You´re trying to drive me to an early grave
All I ever hear, is that you live an´ breathe for me
But, all you ever do, babe, is shake my tree”
Fragment utworu “Shake My Tree” z albumu “Coverdale-Page”, 1993

Całkiem udana płyta dwóch “gigantów” rocka – Davida Coverdale’a (Deep Purple i Whitesnake) i Jimmy’ego Page’a (Led Zeppelin), dużo gitarry i wiadomego wokalu, mocna, pełna i krzepiąca, niczym skwarki ze smalcem (skwarek nie lubię, ale podobno krzepią). No i tak mi się kawałek “Shake My Tree” (dosłownie: potrząsać czyimś drzewem) przypomniał, gdy poszłam pokiwać głową nad pomidorami w szklarni, bo w tym roku mam więcej liści, niż owoców, i nawet wiem dlaczego – zapomniałam nimi potrząsać! W ubiegłym roku codziennie chodziłam do szklarni z elektryczną szczoteczką do zębów, którą wystarczyło przyłożyć (włączoną, oczywiście) do gałązki z kwiatami, by pyłek się osypywał i robił swoją robotę. Bo widzicie, pomidory są samopylne, co oznacza tyle, że potrzebują kogoś lub czegoś, co wprawi kwiaty w ruch – np. trzmiela, wiatru, lub szczoteczki do zębów. W mojej szklarni cisza, spokój, nic się nie dzieje, to i kwiatki się nie pozapylały. No nic. Nadal kwitną, więc może jutro nie zapomnę umyć im zęby.

liscie i liscie

pomidory 2 pomidory

W szklarni siedzą jeszcze:

Kozłek lekarski zwany walerianą:

kozlek lekarski

Szczypiorek czosnkowy:

szczypiorek czosnkowy

I na przykład trzecia tura koperku, który w ogrodzie nie ma szans – ślimaki i mszyce w tym roku też koperkiem nie gardzą.

koper w wiadrze

Rzodkiewki również zaczęłam uprawiać w wiadrach i skrzynkach trzymanych w szklarni, bo tam żaden ponury dziad ich nie dorwie. Aha, i chyba jednak zapomniałam przyciąć jeżynę bezkolcową na jesieni, bo mam pełno, ale to pełno owoców:

jezyna krzew jezyna bezkolcowa

Jeśli chodzi o uprawy, to nadal uprawiam zmianowe wypasanie kóz (ta dyscyplina powinna znaleźć swoje miejsce w kanonie sportów wyczynowych), i proszę – śniadanie do łóżka, czyli panowie na porodówce (a panie w krzakach):

Andrzej na porodowce 2 Andrzej na porodowce Kocyk i Lucek na porodowce 2 Kocyk i Lucek na porodowce

Z kolei w świecie dzieci z probówki dwie zmiany. Po pierwsze, dzieci smażą się teraz na innym grillu:

jajka na okrągło

A po drugie, w naszym jajecznym teleturnieju pozostało już tylko jedenastu zawodników, za to wszyscy dziarscy i każdy ma wielkie, czarne oko. Żywię nadzieję, że mają po dwa takie same, no ale przez skorupkę widzę tylko jedno, o czym uczciwie informuję, żeby potem nie było, jak się cyklopy wyklują. Próbowałam uchwycić rzecz całą na zdjęciach, ale aparat gubił ostrość w zbliżeniu, a i nie chciało mi się czekać do wieczora, by w egipskich ciemnościach robić gimnastykę ze statywem i długim czasem naświetlania, żeby się obyło bez lampy. No to widać tyle, ile widać, i znów musicie mi wierzyć na słowo:

oko kurczaka pajeczynka komora powietrzna kurczak

Nacięłam sporo mięty i melisy do suszenia, dla mnie, dla kóz i kurczaków na zimę. Mięta pieprzowa:

karton mięty mięta

I melisa:

melisa melisa z bliska

Pęczki pełne aromatu suszą się pod daszkiem komórki na siano:

suszone w peczkach

A takie trochę gorsze liście, które obrywam z dolnej części łodyg, i inne “odpady” pozostałe po selekcjonowaniu zielska, suszę w płaskich kartonikach z Lidla. Zmielone na drobno będą dodatkiem do zimowego żarcia kurczaków:

suszone luzem

Jeśli chodzi o wiśnie, to zaskoczyła mnie taka mała, rachityczna drzewinka, którą już chciałam ściąć z litości, bo rośnie pod świerkiem, konkurując z nim o światło i wodę, a owoców najwięcej miała trzy. A w tym roku…

wisienka wisnie

Nie to, żebym miała się najeść do rozpęku, bo sójki już zwietrzyły interes i jeszcze przylatują grupowo i drą się na siebie, coś w stylu “to MOJA wiśnia, ty łachudro!”, albo “spadaj w buraki, ja tu byłam pierwsza”. No i ta, co miała spadać w buraki, faktycznie wyżarła mi siewki buraka liściowego. Z kilku wysianych i wzeszłych rzędów zostało mi ledwie kilka roślinek. No ale o ogrodzie kiedy indziej, bo dziś nie zdążę, albowiem są ważniejsze sprawy. Kozie sprawy, oczywiście.

Otóż sprzątając ostatnio w kurniku, podsłuchałam niechcący taką rozmowę, co się toczyła za tylnymi drzwiami obory:

–  No nie wiem, ja zrozumiałam, że chodzi o owce – syczy Irena.
–  To źle zrozumiałaś.
–  NO NIE WIEM – powtarza dobitnie Irena – czy źle zrozumiałam, bo to jest przecież LOGICZNE, że tu jest koziarnia, więc żadne owce nie powinny do niej mieć wstępu.
–  No, – potwierdza szyderczym tonem Bożena – tak samo jak konie, krowy, żyrafy i jeżozwierze. Widziałaś tu kiedyś jeżozwierza? Albo, na ten przykład, OWCĘ?
–  To jeszcze nic nie znaczy! – krzyczy Irena, mocno już zdenerwowana. – Bo w każdej chwili jakaś obca owca może się tu przypałętać! Owiec nie znasz? One łażą gdzie popadnie, zaglądają gdzie nie trzeba, i w ogóle szwendobylskie są, to i tutaj kiedyś przyjdą, zobaczysz.
–  Głupia jesteś.
–  Sama jesteś głupia! I jeszcze wspomnisz moje słowa, jak tu przyjdą wścibskie, obce owce, zobaczysz.
–  Głupia jesteś, bo nie ma takiego słowa “szwendobylskie”, ale nieważne. Ja jestem pewna, że Kanionek mówiła o obcych, ale nie owcach, tylko w ogóle różnych obcych, i że im nie wolno wchodzić, bo urzędnicy nie pozwalają.
–  Tradycja! A ty jak słyszałaś? – Irena nie daje za wygraną i szuka stronników.
–  Ja-a-a? – jąka się speszona Tradycja. – Ja nic nie słyszałam, bo akurat byłam zajęta.
– Ta, zajęta, – Bożena mruczy pod nosem – na drutach robiłaś. Telegraficznych. – I aż się krztusi ze śmiechu.
–  Ech, ty to jesteś taka ciapa, wiesz? – pogardliwie podsumowuje Ziokołka Irena. – Biała, wielka ciapa. Jak roztopiony bałwan. Albo jak ciapowata, biała owca. Owcom wstęp wzbroniony! – krzyczy, i też się już zatacza ze śmiechu.
–  Walcie się! – odparowuje Tradycja. – Chodź, Kachna, nie będziemy się zadawać z tym kolorowym motłochem. (Jezu słodki obce owce pasący, co się dzieje z tymi moimi kozami?!)

Dłużej podsłuchiwać (niechcący) nie mogłam, bo trzeba było z taczką pełną kurzego jechać do ogrodu, za to wieczorem kozy poprosiły o kawałek deski i czerwony mazak, i jeszcze żeby im światło na noc zapalone zostawić. Normalnie zaczęłabym coś podejrzewać, ale byłam tak zmęczona, że dałam im całą paczkę mazaków, pierwszą lepszą dechę z rozbiórki wychodka, zostawiłam to światło i wolałam więcej o sprawie nie myśleć.

Rano wchodzę do koziarni i widzę od razu, że coś jest na rzeczy, bo Irena aż pęka z dumy. Bożena też, ale raczej tak normalnie, z obżarstwa. Tradycja nie pęka, tylko grzebie kopytkiem w słomie i mamrocze pod nosem, że ona nic z tym wspólnego nie miała. “No pewnie, że nie miałaś! Tylko przeszkadzałaś!” – wrzeszczy pękająca Irena.
“A z czym… z czym nie miała wspólnego Tradycja?” – pytam słabo, bo przyznam szczerze, trochę się boję tego, co one mogły zmalować. “Z tym!” – Irena wyciąga spod koziej ławki TO:

deska z niespodzianka Kanionek moze Kotek oczywiscie

I wtedy mnie, proszę Państwa, olśniło. Że przecież ja im niedawno opowiadałam, że jest taki wymóg urzędowy, żeby na drzwiach obory była tabliczka “obcym wstęp wzbroniony”, i że muszę tę tabliczkę zrobić, tylko nie bardzo mam kiedy. I one, kozy kochane, postanowiły mi pomóc. I ta cała sprzeczka… No cóż. Wyszło jak wyszło, czepiać się nie będę, bo one całą noc nad tym pracowały – podobno Bożena dyktowała, a Irena skrobała kopytkiem. Sądząc po treści napisu osiągnęły zadowalający wszystkich konsensus i pozostaje mi żywić nadzieję, że urzędnik kontrolujący moje obejście (a kysz! a kysz!) będzie miał poczucie humoru. Gdyby nie miał, to niech gada z Ireną i się z nią użera. I co one mają do tych owiec?!

PS. A jak zapytałam, co to jest ten zielony mazagraj w lewym, górnym rogu tabliczki, to Bożena z całą powagą mi odpowiedziała, że to jest Ireny ekslibris. “Właśnie! Eks-owiec mój to jest! Talibazgram odpędzający owce!” – chyba wiadomo, kto to powiedział.

ekslibris

No i trzeba to jeszcze na drzwiach zawiesić, więc Bożena pyta, czy dostanie młotek i gwoździe. Po moim trupie!

PPS. Kaczki przyjechały już dzisiaj, choć nie tak miało być…

kaczki

Śliczne, prawda? Od razu wdepnęły w pojemnik z wodą, wyżarły całą pszenicę, której kurczaki rano nie dojadły, i wzięły się za strzyżenie trawy. A ławka wierzbowa jakoś jedzie do przodu, tylko muszę chyba odchwaścić pod nią, bo ławki prawie nie widać:

lawka wierzbowa

No i na koniec ta róża, co  wyrasta już za bramą, więc ją kozy obżarły jak się patrzy, ale jeden z pędów, przewleczony przeze mnie przez siatkę na stronę podwórka, ma kilka liści i dwa kwiatki:

roza zza bramy 2 roza zza bramy

I to by CHYBA było na tyle.