Wsadź se pan gałązkę, czyli kura na celowniku

Zima, zima, i po… A nie. Zima wciąż tu jest. Po świętach tylko. Dobry wieczór Państwu, u mnie godzina minus szesnaście. I z góry przepraszam, że będzie bylejako, ale jaki twórca, taki produkt. A twórca ostatnio…

zima zła

Znacie może jakieś tabletki na “chcenie”? Bo nic mi się nie chce. Tabletki od bólu łba już wzięłam, i też nie pomogły. Przeżyłam dzisiaj tak zwany stres, i to już PO wizycie w Starostwie Powiatowym i na poczcie, gdzie – w pierwszym przypadku – klimatyzacja była ustawiona na trzysta stopni na plusie, a w drugim – kaloryfery były rozgrzane do czerwoności, a okna pootwierane. I przede mną druczek na paczkę wypełniali Rosjanie (“jaki pana ZAWUT?”, “tu nie pisat, TU PISAT” i tak przez 15 minut), a po Rosjanach był przestępujący z nogi na nogę, zarumieniony z emocji (a może tego UPAŁU wewnątrz) chłopaczek, któremu tatuś zgubił awizo, a on czekał na buty. Pani była bardzo uprzejma i w poszukiwaniu wytęsknionego załącznika do zagubionego awizo przetrzepała cały pocztowy magazyn i chyba jeszcze podwórko na tyłach, bo długo jej nie było. A niecałą godzinę później dla odmiany zmarzłam i przeżyłam stres, ale o tym w ciągu dalszym, bo najpierw po kolei.

Wiecie, jak tak sobie patrzę na Wasze chwalisie to myślę, że niczego by nam nie zabrakło na tej bezludnej wyspie z plastikowych butelek. No, może kardiologa – bo chodziłybyśmy wiecznie ubzdryngolone i do kwadratu obżarte. W samych skarpetkach, owinięte patchworkami, i na milę waniejące syropem z sosny. I jeszcze chciałam dodać, że wszystko mi się podobało i mam taki pomysł-propozycję, że gdy tylko zechcecie – wysyłajcie co Wam się podoba, a ja będę Wasze chwalisie umieszczać pod kolejnymi wpisami. Bez znaczenia, czy będzie do rymu i taktu – JA Wam mówię, że to dobry pomysł.

To może teraz i ja się pochwalę. Otóż całkiem niedawno zgubiłam kurtkę i wiadro. JAK można zgubić kurtkę? No nie wiem, nie wiem. Z niektórymi umiejętnościami człowiek się zwyczajnie rodzi i one nie wymagają wielu lat nauki, ani zawodowych szlifów. Po prostu się umie, i już. Kurtki szukam od dwóch tygodni i naprawdę nigdzie jej nie ma, zaś wiadro znalazłam po trzech dniach – stało zwyczajnie w przedpokoju i mało sobie rączki ze śmiechu nie zerwało, że ja tak szukam, a ono sobie przecież tutaj stoi. Ale nic to. Głupi ma szczęście, i w kartonie z odzieżą, którą dostałam od siostry, znalazłam nie jedną, a DWIE zimowe kurtki, więc jak by nie patrzeć – jestem o jedną kurtkę do przodu.

I żeby było po kolei, to najpierw o wczoraj. Wczoraj mnie zdenerwowali polowaniem. Nie wiem kto, ale co roku przyjeżdżają, w majestacie prawa i z przyklaskiem leśnych służb. ONI. W nowiutkich, błyszczących samochodach “terenowych”, wystrojeni w odzież paramilitarną, z gałązkami świerkowymi powtykanymi w czapki i przejęci, jakby wyruszali w dziką dżunglę na wściekłego słonia. TYMCZASEM. Po tym, jak już ustawią samochody w szeregu na łące i powyciągają z bagażników swoje drogie zabawki, ze starego busa ciągnącego się za nimi wysypuje się banda najętych półgłówków, obleczonych w odblaskowe kamizelki i urządzenia do robienia hałasu, i rusza w las wypłaszać zwierzynę. I wtedy ONI, wielcy myśliwi, rozsiadają się na krzesełkach wędkarskich wzdłuż leśnej drogi, w odstępach co jakieś 10 metrów, celując z precyzyjnej broni w jeszcze cichą i nieruchomą ścianę lasu. Po tym, jak banda półgłówków przeczesze okolicę wrzaskliwą tyralierą (ho ho! hu hu! eja eja!), wystrachany zwierz pędzi przez knieje wprost na tę krzesełkową paradę łikendowych maczo. Sru-tu-tu, łubudu, trup ściele się gęsto, dziki nie mają żadnych szans. Pędzą wprost w najeżoną lufami pułapkę. Proszę uprzejmie, kilkanaście sztuk dziczyzny w dwa kwadranse, można wstać z krzesełka, westchnąć “ech, przygodo!” i wrócić do domu na pomidorową i gołąbki.

Tak przynajmniej było rok temu, gdy z premedytacją wybraliśmy się z małżonkiem na spacer, by zobaczyć z bliska współczesne polowanie. I miałam wtedy wrażenie, że w oczach jednego ze starszych uczestników tej farsy dostrzegłam zażenowanie. Nie dziwię się. Wolałabym wetknąć sobie te świerkowe gałązki w tyłek i przelecieć się nago środkiem miasta, niż w czymś takim brać udział. I wczoraj, jak i rok temu, banda pokurwionych krzykaczy przeleciała za naszą drewutnią i laskiem olszynowym wzdłuż obory, czym śmiertelnie przeraziła Irenę. Kozy były zamknięte w koziarni, właśnie ze względu na “polowanie” (z okna naszej kuchni widać ten cyrk), a gdy pół godziny po wszystkim do nich zajrzałam z wiaderkiem owsa, Irena stała na murku wpatrzona w ścianę i trzęsła się jak osika. Owsa nie tknęła, długo mi zeszło by ją przekonać, że nic jej nie grozi (nie dawała się nawet pogłaskać), no i sama się wystraszyłam, że może jest chora, albo jednak przemarzła. Godzinkę później była już na powrót sobą, a że słońce zachęcająco wyjrzało zza chmur, to pozwoliłam się kozom poszwendać pod nadzorem:

zimowa Tradycja

zimowa Tradycja2

zimowe kozy3

zimowa Irena

zimowa Bożena

zimowy Andrzej

zimowe kozy

zimowe kozy2

Jak smakuje śnieg?

Bożena je śnieg

Tak sobie…

taki sobie ten śnieg

A dzisiaj kolejny stres. Z zakupów wróciliśmy gdy już zmierzchało. Jak tylko wysiedliśmy z samochodu, samotnie tkwiący w krzakach żywopłotu kogut podniósł nerwowy lament. Gdakał jak kura, tylko dużo głośniej, i przede wszystkim był sam. Najpierw wzruszyłam ramionami myśląc, że taki ma po prostu nastrój, bo każdego czasem krew na coś zalewa, a reszta towarzystwa pewnie dawno siedzi w kurniku, bo oni nie lubią się szwendać po ciemku. Ale idąc z siatami ku drzwiom wejściowym wtargnęłam na ścieżkę usłaną kurzymi piórami. I krew mi się ścięła momentalnie, a koguci lament zyskał nową, oczywistą wymowę. Małżonek dotarł na miejsce zbrodni i zdążył tylko wypowiedzieć słowo niecenzuralne, gdy zauważyłam leżącą kilka metrów dalej kurę. Leżała, bidulka, na grzbiecie, z podkurczonymi łapkami, na śniegu. I WCIĄŻ ŻYŁA! Podniosłam ją ostrożnie, łepek jej się zakołysał, ale złapał orientację. “Ja ją zaniosę do domu, a ty poszukaj reszty” rzuciłam w pustą przestrzeń, bo małżonek już ruszył na poszukiwania.

Pięć minut później oznajmił, że obleciał wszystkie kąty, i znalazł jeszcze tylko jednego koguta. “Wszystkie kury poszły w pizdu” – zawyrokował smutno, a ja od razu pomyślałam, że dopiero co nadałam na poczcie trzydzieści dwa jajka dla Mamy nie mając pojęcia, że to nasze ostatnie. Wyszliśmy ponownie przed dom. W zapadających powoli ciemnościach, zza krzaków jałowca nieśmiało wychynął drugi kogut. Memento mori. Zrobiło się smutno, zimno, i cicho.

“Ale gdzie te wszystkie kury są??” – zastanawiałam się na głos, “coś je powynosiło w las? I nie ma żadnych śladów?”. I zaczęłam wołać. Tak, jak zawsze je wołam, gdy niosę im żarcie. “KURCZAAAKI! KURCZAKI!”. I kurczaki przyszły :) Najpierw jedna kurka, nie wiadomo skąd. Potem druga, a na końcu pięć sztuk, w sznureczku, jedna za drugą. I pozostałe dwa koguty. Nie mamy pojęcia, gdzie się schowały, ale to małe kurki i tak umaszczone, że można je pomylić z kupką zeschłych liści. Ucieszyłam się na widok dzielnych ocaleńców, one na mój chyba też, choć zaraz skwapliwie podreptały do kurnika. Dostały dodatkową porcję ziarna w ramach powetowania strat moralnych, umościły się na grzędach i teraz smacznie śpią.

A kurka, która omal nie poległa, dziś nocuje w domu, w takim kartoniku:

kura w kartonie

Nadal jest w lekkim szoku, na piersi ma goły placek po wyskubanych piórach, skrzepłą krew na głowie, której nie pozwala sobie przemyć, a lewe oko jest bolesne i nie wiadomo, czy będzie działać. Nie wiem, co ją zaatakowało. Gdyby to był lis, kura nie miałaby szans i nawet gdybym ją znalazła, to uduszoną. Obstawiam więc jakieś ptaszysko, a od wczoraj obserwujemy wzmożone patrole podniebne zarówno padlinożerców (głównie kruki), jak i myszołowów i błotniaków. Tak to jest po polowaniach, po których zwierzyna jest patroszona na miejscu, a wnętrzności walają się po obrzeżach lasu. I tak to jest, gdy nasze szeregi obrony przeciwlotniczej są osłabione. Antoni na L-4, a Laser niestety nie wyrabia w takich temperaturach w tym swoim cienkim sweterku, więc gdy wyjeżdżamy na kilka godzin, on zostaje w domu i wygląda tak:

zimowa norka Lasera

Możliwe, że nasz dzisiejszy powrót nastąpił krótko po ataku i zwyczajnie spłoszyliśmy oprawcę, ale następnym razem nie będziemy ryzykować. Mamy jeszcze z czasów miejskich specjalną, psią kurtkę dla Lasera. I chce, czy nie, sierżant Laser będzie musiał pełnić straż podczas naszej nieobecności. Bo naprawdę, więcej nie chcę się tak denerwować.

I tyle na dziś, moi kochani, bo łeb mi pęka. Wrzuciłam Antoniego na łóżko, gdzie śpi jak zabity, Laser co chwilę zagląda do kurki w kartoniku (to będzie ten rosół, czy nie?), Kotek uparł się, że chce wyjść na dwór, a po dziesięciu minutach przy minus siedemnastu, bo już spadło, rozpłaszczył się na szybie z dramatycznym “miauuu”, i tak się kończy dzień pełen wrażeń. Postaram się, żeby następnym razem było weselej.

Chwalisie nie tylko od święta, czyli patrzajcie i podziwiajcie

Moi najlepsi. Na wstępie dziękuję Wam wszystkim za życzenia świąteczne i niniejszym je odwzajemniam, choć daleko mi do Waszej kreatywności. Czego Wam życzę w te Święta? Ciepła i spokoju w sobie. Zapachów, które kiedyś przywołają miłe wspomnienia. Uczucia, że jesteście na właściwym miejscu, we właściwym życiu. Tym, którzy Święta spędzają samotnie, lub wcale ich nie obchodzą, życzę… tego samego.

Odpisałam na wszystkie maile i jeśli ktoś nie otrzymał odpowiedzi niechaj sprawdzi folder SPAM (ha ha), a jeśli i tam nic nie znajdzie, proszę o znak-sygnał, bo zamierzam zgłaszać pretensje do gospodarzy serwera.

A teraz część główna i najwłaściwsza programu, czyli Obora Kanionka prezentuje. Tym razem i dla odmiany – Wasze cuda i efekty pracy, Waszych podopiecznych i co tylko chcielibyście pokazać. Nawet dokonania osób trzecich, małżonków, dzieci. Ten wpis będzie edytowany za każdym razem, gdy zechcecie się czymś podzielić, więc kto nie zdążył, lub jeszcze się namyśla, ma dużo czasu na wysłanie zdjęć. Kolejność prezentowanych fotek jest przypadkowa, a opisy skromne, bo co tu opisywać – przecież widać, jakie z Was zdolne bestie. Zaczynamy :)

Piękny krokiecik z tajemniczą zawartością, czyli patchwork Sieki:

szpieg z krainy...Kapowców

Taki piernik, no TAKI piernik, że język pakuje walizkę i wyrusza na poszukiwania Oli, która go upiekła:

piernik Oli1

piernik Oli2

I piękne zdjęcie profilowe straży przybocznej Oli, czyli Kuba:

SAMSUNG DIGITAL CAMERA

A skoro piernik, to i pierniczki, tym razem Kachnine, wespół w zespół z dzieciakami wyczarowane. Bajeczne…

Kachny pierniczki1

Kachny pierniczki2

Kachny pierniczki3

A tu już przystojniak prosto z solarium, czyli indyk, gość główny Święta Dziękczynienia na Lidkowym stole:

Lidki indyk dziękowalny

I Lidki piękna choinka (te muchomorki!), bożonarodzeniowa szopka, no i dwie psie mordki (kto na ich widok nie powie “oooo, ale bomba!”, ten trąba):

Lidki choinka

Lidki szopka z Peru

Lidki chłopaki

A jeśli zastanawialiście się, czym Baba Aga karmi Jasia i Małgosię, to teraz już wiecie – takimi lukrowanymi cudeńkami:

rękodzieła Baby Agi

A tu, proszę Państwa, Mikołaj Z Jajem od Aniki, który chyba nie miał być chwalisiem, ale ja się pochwalę, że dostałam:

kartka od Aniki

A tu znów ja się chwalę, że dostałam książkę od Iwony, a w książce był liścik, który oczywiście natychmiast jeszcze w samochodzie będąc przeczytałam, a facet z ciężarówki na parkingu obok chyba myślał, że dostałam coś od kochanka, bo miałam dość rozanielony wyraz twarzy:

książka od Iwony

I to NA RAZIE tyle, ale może pokonacie własną skromność i zamiast myśleć sobie “eee tam, ja tylko takie coś, z takim czymś” doślecie zdjęć na info@kanionek.pl, bo w końcu kurde JA Wam nawet słoiki z selerem pokazałam ;)

Tymczasem oddalam się do kuchni, ulepić trochę pierogów do tego barszczu, który już zrobiłam. A do życzeń złożonych na wstępie dorzucam – smacznego i wielu okrzyków radości pod choinką!

25 grudnia 2014

A oto nowe chwalisie :)

Ciociasamozło prezentuje pleśniak nad pleśniakami, z bezwstydną bezą na wierzchu, bez kołderki. Czemuż, ach czemuż ja mam taką pamięć do dobrych rzeczy? Patrzę na te zdjęcia i mój jęzor krzyczy: pamiętam! Pamiętam, kurde, jakie to było pyszne!

pleśniaczek Cioci

DSC03344pleśniaczek Cioci2

A dziecię Ciocisamozło, czyli Młodysamodobro, wydało na świat takiego oto, piernikowego rezydenta niebieskich wysokości:

piernikowy anioł Cioci

Kto następny?

27 grudnia 2014

W smakowitych barwach koktajlu owocowego na scenie wystąpią dziś skarpetki wykonane przez mp (podam imię Autorki, jeśli Autorka wyrazi zgodę):

skarpetki od mp

A to jeszcze nie wszystko! Czekamy na więcej, bo WIEMY, że masz więcej, mp :)

Tymczasem pora znów połaskotać kubki smakowe. Oto soczysty serniczek i śmietanowiec Iwony. Śmietanowiec… Litości Ty nie znasz, Iwona :)

ciasta Iwony

Jakby komuś było mało, Iwona dorzuca takie mięsiwa:

mięsiwa Iwony

I, naturalnie, coś dla kurażu, czyli wino z winogron, syrop z sosny (też muszę na wiosnę zrobić i wiem już, kogo o szczegóły pytać), miód z mniszka i syrop z kwiatów czarnego bzu:

rózności Iwony

I na koniec… Tu już przegięłaś, Iwona. KOZIE MLEKO. Nieważne, że od kozy sąsiadki, ważne że jest. To ja sobie na nie popatrzę :)

kozie mleko

Muszę to zdjęcie Bożenie pokazać. I spojrzeć wymownie w jej wielkie oczy oszustki :D