Ocap, ocap, pokaż rogi, czyli o półgrabku

I cannot sleep at night
That’s what the day is for anyway
And as the clock strikes midnight
I hear them dancing at the graves
Singing to my mind

Killing the pain . . . sleepless nights . . . sleepless nights

I cannot sleep at night
That’s what the day is for anyway
And as the clock strikes midnight
Only they can let us meet
Even though she’s dead now
I gotta see her again . . . sleepless nights . . . sleepless nights (…)”

Fragment utworu “Sleepless Nights” z albumu “Conspiracy”, King Diamond, 1989

 

-Wejdzie ci! Zaraz ci wejdzie! Zaraz ci wejdzie przez okno! MIAU, MIAU, MIAU, MIAU!!! – gęsi drą się jak stare prześcieradła.

No tak, Jałowiec znów majstruje przy siatce w oknie. Zaraz mi tu wejdzie w towarzystwie czternastu tysięcy much i komarów. Jednym okiem spoglądam w telefon – jest 4:30 nad ranem.

–   Czwarrrrta czydzieeeeeeści! – kogut drze ryj tuż pod moim parapetem.
–  Czydzieści je… deeeeen! – odpowiada mu drugi, ulokowany gdzieś na drzewie za drewutnią. “Ja pierdolę” – wzdycham, a może szlocham. Muszę się wyspać.
–  Musisz wstać – szepcze szatański głosik. – Musisz wstać, bo coś się stało.
–  Co się stało?
–  Nie wiem, ale na pewno coś się stało. Myślę, że wszystkie kozy nie żyją.

Tętno 130.

–  A dlaczego miałyby nie żyć?!
–  Nie wiem, tak tylko mówię.
–  Masz paranoję.
–  Ty masz.
–  No tak, ale ja to ty, więc na jedno wychodzi.
–  No może – Podszeptek wzrusza ramionami – ale i tak musisz wstać. Sprawdzić. Było zaćmienie. Czerwona burza. Coś się stało i wszyscy nie żyją. Mówię ci.
–  Pieprz się. Jeśli wstanę, to chyba sama umrę.
–  Jak tam chcesz, ale wiesz… Kiedy cała wieś już śpi, stukostrachy, stukostrachy pukają do drzwi, hi hi hi.
–  Wal się. Nie wierzę w UFO.
–  Kotojady wychodzą z szuflady – oferuje usłużnie Podszeptek.
–  No teraz to cię już do reszty pogięło – prycham. – Nie z szuflady, tylko spod podłogi, jak już.
–  Jak już – zgadza się skwapliwie głos.  –  Ale z szuflady też mogą, jeśli akurat chcą.

Zielone oczy Jałowca patrzą na mnie tak, jakbym faktycznie umarła. Bezgłośne “miau” potwierdza, że owszem, jeśli chcą, to i z szuflady. Kotojady. Jasny szlag. Nie wyśpię się w tym roku. Wstaję, i jak pijany szyper zataczam się w ogólnym kierunku drzwi. Na zewnątrz ciepły poranek, ostre światło i bezlitośnie żywe kolory.

–  O jesteś, już jesteś, jak fajnie że jesteś! – ja nie wiem, skąd w tych gęsiach tyle werwy i optymizmu.
–  A ziarko? Nasze ziarko? Ziar-ko-ko-ko! Ziarkuryyyyku!
–  Kurczaki won, ja do koziarni, bo tam wszyscy nie żyją!  –  bełkoczę do pierzastego tłumu, przecierając okulary rąbkiem koszulki.

W koziarni, oczywiście, wszyscy żyją. Sielanka-sranka. Leżą napchani sianem jak materace i ledwie zaszczycą mnie spojrzeniem. Ktoś wstaje, przeciąga się, po czym znów kładzie, wzdychając: “eeech, nic nie przyniosła, bez sensu”.

Jest czwarta czterdzieści pięć. Dopiero wstałam, a już jestem zmęczona. “Czym jesteś zmęczony znowu?”. Nastawiam kawiarkę i idę do łazienki, żeby zamienić okulary na szkła kontaktowe… i tu powinna zagrać taka muzyczka, jaka zwykle pojawia się w najstraszliwszych momentach horrorów klasy B. Tada dada dadam, tada dada dadam!… Nie ma soczewek! Pojemnik jest pusty i suchy. Dwie małe pokryweczki leżą obok. Jest czwarta pięćdziesiąt, chce mi się spać i nic nie rozumiem.

Dotykam palcami okularów na nosie i uruchamiam takie procesy myślowe, na jakie mnie teraz stać: “Mam okulary i wszystko widzę, więc nie mogę mieć jednocześnie szkieł na oczach, bo nic bym nie widziała”. Tak, do tej pory wszystko się zgadza. “Okulary zakładam wieczorem, po zdjęciu szkieł kontaktowych. Zawsze zdejmuję je w łazience i mam tylko jeden pojemnik”. Tak. ZDARZA SIĘ, że wieczorem wyrzucam szkła do kosza, ale to tylko wtedy, gdy noszę je już ponad miesiąc, i ZAWSZE się upewniam, zanim je wyrzucę, że mam nową parę szkieł w szafce nad umywalką. “Tak, tak. Gdybym wczoraj wyrzuciła szkła, gdybym zaglądała do szafki, to na pewno bym to pamiętała. A nie pamiętam. I nie mam szkieł. Co ja zrobiłam z tymi soczewkami?!”.

–  To pierwsze objawy demencji – skonstatował, nie bez satysfakcji, Podszeptek.
–  A daj spokój, mam dopiero czterdzieści cztery lata.
–  Ale czujesz się na czterysta. Tak to się zaczyna.
–  To świetnie. Depresja, demencja, depersonalizacja i destrukcja. Amen. PRZYPOMNĘ sobie, co zrobiłam z tymi soczewkami, zobaczysz.

Kawa w kawiarce się przelała, świetnie. Wycieram blat ścierką i nadal myślę o tych soczewkach i demencji, a serce wykręca kolejne rekordy na obrotomierzu. Oglądałam taki film na youtube, “Accidental Genius”, czy jakoś tak, i tam był facet, co był całkiem normalny, aż któregoś dnia pobili go przedstawiciele sfrustrowanej młodzieży i kopnęli go, między innymi, w głowę. I ten facet zaczął widzieć matematykę, rysować ładne geometryczne wzory, i w ogóle zrobił się dużo mądrzejszy i został optymistą. Do tego stopnia, że się nawet ożenił.

I już chcę lecieć z prośbą do małżonka, żeby wziął łopatę i mnie mocno przez łeb zdzielił, najlepiej od tyłu, bo tam są jakieś ośrodki, ale przypominam sobie, że jest ledwie piąta rano i zamiast łopatą w tył głowy mogłabym dostać pięścią w nos, a to nie jest lekarstwo na demencję, tylko na brak satysfakcji z geometrii twarzy (bo jak się ma złamany nos, to podczas operacji chirurdzy podobno oferują korektę tegoż, jeśli ktoś wcześniej był z nosa niezadowolony. Przynajmniej w Ameryce proponują, bo u nas to może nie. U nas pewnie sklejają ten nos byle się kupy trzymał i wyglądał trochę lepiej od kartofla, a potem jeszcze wmawiają człowiekowi, że “przecież zawsze pan tak wyglądał”, ale nie wiem, może ja jestem uprzedzona).

(Do tej pory nie udało mi się ustalić, co ja zrobiłam z tamtymi soczewkami, ale już się tak bardzo tym nie martwię, bo tego samego dnia wieczorem przeczytałam, że Barbarella zrobiła pranie bez płynu, czyli TEŻ o czymś zapomniała, i to tego samego dnia, więc to pewnie tylko efekt chemtrails, albo późne powikłania poszczepienne. Aha, a gdyby ktoś nie wiedział, kim lub czym są stukostrachy, to niech przeczyta książkę Kinga o takim właśnie tytule, a gdyby ktoś KONIECZNIE chciał wiedzieć, kim lub czym są kotojady, to niech przeczyta książkę Joanny Bator “Ciemno, prawie noc”. Barbarella też polecała. To znaczy ja akurat polecam, ale nie polecam. Zwłaszcza ludziom z nerwicą lękową i nadaktywną wyobraźnią. A zwłaszcza ZWŁASZCZA ludziom, którzy chcieliby się jeszcze kiedyś w życiu wyspać).

***

No tak, no wiem, że zafundowałam Wam bardzo długi odwyk od “kanionka”, i że tak się nie robi, no ale tak wyszło, za to teraz sami zobaczcie, jak to się wspaniale złożyło: lato nam ucięło jak świński łeb tasakiem, za oknem ziąb i zawierucha, Wy tam siedzicie, chuchając na stopy i wcierając rozgrzewające maści w kolana, i szlochacie kotu w koszulę, że to już koniec i nic dobrego się nie wydarzy, aż tu nagle wchodzę JA, cała w słońcu i pomidorach, i niosę Wam uśmiechnięte koziołki! O, jakie zadowolone:

I pomidory też uśmiechnięte:

I papryki, i ogórki:

Te ogórki to nie, że jakieś przerośnięte, kwaśne maczugi, bo się Kanionkowi zbierać zawczasu nie chciało. To taka odmiana jakaś dziwna, pomieszanie ogórka szklarniowego z gruntowym, czy coś, i one naprawdę rosły kilometrowe, jak te węże ogrodowe, i z jednego ogórka można było zrobić mizerię na całe jedno wesele, i prawdę mówiąc po dziurki w nosie już miałam tych ogórków, i gdybym wiedziała, że z jednej sadzonki zbiorę kilka wiader tego materiału, to posadziłabym jedną, a nie pięć. Pomidory też poszalały w tym roku, bo słońca nie brakowało, i wczoraj z ulgą zamknęłam ostatnie słoiki z passatą, a tu się okazało, że przecież mam jeszcze z dziesięć kilo pomidorów w skrzynce, którą zostawiłam w korytarzu, żeby doszły, bo zrywałam takie nawet nie do końca dojrzałe, tuż przed zapowiadanym załamaniem pogody (swoją drogą – załamanie to lekkie niedopowiedzenie; to nagły i rozległy zawał był), i dzisiaj jak przechodziłam obok tej skrzynki to udawałam, że jej w ogóle nie widzę, choć jestem pewna, że ona mnie widziała (i śmiała się, śmiała).

Z dziesięciu kilogramów pomidorów wychodzą dwa litrowe słoiki passaty, która jest taka sama jak ta ze sklepu, tylko lepsza, bo ze szczęśliwych, wolnowybiegowych pomidorów, niepryskanych i karmionych kozim gównem (TERAZ narobiłam Wam smaka, co?).

Nasuszyłam też pomidorów i bazylii do Waszych serów, i pokrzywy, melisy (Mama zbierała i wiązała w bukieciki), i trochę nawłoci (mimozami jesień się zaczyna – teraz będziecie to sobie nucić do wieczora), i liści malin i owoców też.

Suszone maliny wyglądają jak żywe, są tej samej wielkości, ale NIC nie ważą. Nie wiem, jak to możliwe.

Aha, obiecałam sobie na wiosnę, że już nie będę Was katować opowieściami o ziemniakach, no ale co zrobić, jak one mi wycinają takie numery, że prędzej pęknę, niż zatrzymam to dla siebie:

Nasienie szatańskie, jak nic. Takich ziemniorów ważących po 600 i więcej gramów zebrałam ze dwa wiadra, a najlepsze jest to, że wcale nie zebrałam ich tam, gdzie w tym roku sadziłam ziemniaki! Nie, te potwory wyrosły sobie same, pomiędzy porami, o tymi:

Musiały wyrosnąć z tych ubiegłorocznych kurdupelków, których już mi się nie chciało z ziemi wydłubywać. Wiecie, takie ziemniaki jak orzeszki, co to nie wiadomo co z tym zrobić, więc się zostawia dla nornic i innych pasożytów. A tam, gdzie sadziłam, to już wyrosły takie zwyczajne ziemniaki, normalnych rozmiarów:

A z tymi wierzbowymi gałązkami dla koziołków to jest taki układ, że w każdą sobotę zbiera je dla mnie pan Dżery, a ja mu za to płacę w lokalnej walucie. Przyjeżdżam pod wieczór, dla Żozefin mam chleb i jajka, dla pana Dżerego walutę, i pan Dżery odkapslowuje sobie pierwszą transzę wypłaty, siada na ławeczce stękając okrutnie, i powiada: “Ja pani powiem, pani Aniu, że robota to nie jest życie”. W tym czasie Żozefin przytrzymuje mi drzwi do samochodu, a ja taszczę te gałęzie i upycham je gdzie się da.

“PICIE” – kontynuuje ożywiony już z lekka pan Dżery, “picie to jest życie. Pani Aniu”.

Ja mu na to, że no ale bez roboty nie ma picia, prawda, na co pan Dżery zwykle się zasępia i odpływa z leniwym nurtem swoich myśli, i założę się, że winszuje sobie kiedyś dopłynąć do oceanu wiedzy na temat tego, jak by tu się nie narobić, a napić i dobrze pożyć. Zanim jednak dopłynie, moje kozy mają wierzbową ucztę każdej soboty.

No i tak. Picie to jest życie, a bez picia nie ma życia, co mogą potwierdzić nasze łąki, które w tym roku nie obfitowały w zielone, pomimo zmianowego wypasu kóz (każdej łące dawaliśmy odpocząć co najmniej dwa lub trzy tygodnie), i w związku z czym z naszego zimowego zapasu siana zeżarliśmy już 20 balotów, i trzeba będzie siana dokupić, żeby wystarczyło na marzec i kwiecień, a może i maj 2019. No ale nie samym sianem koza żyje, i zwłaszcza latem należy jej się oset i pokrzywa, tudzież inne zielone przekąski, więc Kanionek kozom kosił co się tylko dało – na południowej stronie podwórka, w ogrodzie, pod pastuchem i za pastuchem (jest tego trochę), a nawet trochę w lesie. Kosa się w tym roku narobiła więcej, niż przez poprzednie trzy lata, aż w końcu odpadła jej rączka. A potem druga. A potem to już cała kosa się rozleciała i Mały Żonek musiał mi naprędce sklecić nowe kosisko, które jest kanciaste i trochę nie bardzo ustawione względem ostrza, ale kosić się da, nawet jeśli odbywa się to kosztem pleców Kanionka.

Lekkie, plastikowe grabie, które służyły mi przez kilka lat, też nie wytrzymały tego nawału pracy, i doznały połowicznego rozpadu, ale czy to mogło powstrzymać Kanionka? Nie, nie mogło. Kanionek pomyślał, że skoro człowiek może się uśmiechać półgębkiem, to może też grabić półgrabkiem. Tak wygląda półgrabek:

Przyznaję, że grabienie półgrabkiem trwa dwa razy dłużej, niż całym grabkiem, ale zawsze szybciej, niż bezgrabkiem.

Raz tylko w tym roku byłam w lesie, na krótkim spacerze zwiadowczym. Grzybów nie ma, praktycznie żadnych. Jarzębiny nie wydały owoców. Czarny bez… Zniknął z powierzchni ziemi! Nie, nie porwało go UFO, tylko Lasy Państwowe zrobiły w lesie meliorację, bowiem woda po ubiegłorocznych opadach deszczu stała w lesie przez całą jesień, zimę, i wiosnę, i niektóre drzewa tego psychicznie nie zniosły i umarły, więc leśniczy zarządził kopanie rowów, a wiadomo, że gdzie drwa rąbią, tam czarne bzy lecą, i to całkiem na pysk. Ani jedno drzewko się nie ostało, w związku z czym cieszę się, że choć to jedno w ubiegłym roku z lasu wykopałam i posadziłam w ogrodzie:

Zakwitł pięknie, ale gdy był na etapie produkcji owoców, coś mu podgryzło nóżki kwiatostanów i jagód w tym roku nie będzie. Żywokost za to zmężniał, rozrósł się i kwitł przez całe lato. Tu fotka bodajże z lipca, gdy był jeszcze niewielki:

A w lesie znalazłam dziki chmiel! To znaczy zwyczajny chmiel zwyczajny, Humulus lupulus (serio, tak się nazywa), który nie wiem jak tu zawędrował, ale kiedyś w Braniewie działał browar pełną gębą, i może rolnicy sadzili chmiel na okolicznych polach:

Natknęłam się na osobniki męskie i żeńskie, i jeśli znajdę na to czas i siły, to sobie pobiorę sadzonki, bo chmiel jest bardzo dekoracyjnym pnączem, a napar z szyszek, jak wyczytałam, ma działanie uspokajające i nasenne, co mi się przyda na wypadek, gdybym miała przeczytać jeszcze jakąś książkę Joanny Bator.

Aha, i gdy była u nas moja Mama, to zrobiłam jogurt kozi (tym razem gęsty) z malinami:

I nalewkę miętową:

I mozzarellę:

Świetna w postaci zgrillowanej na kromce chleba, z pomidorkiem i świeżą bazylią, i kropelką oliwy.

Tylko żeby Państwo sobie nie myśleli, że ja Wam nic nie piszę, bo sobie codziennie leżę w wannie pełnej pomidorów, popijam jogurt i szyszką chmielu zagryzam, a mozzarella to mi się do nóg łasi. Nie. Te zdjęcia są z okresu co najmniej czterech miesięcy, podczas których ja i Mały Żonek nie żałowaliśmy sobie pracy i wyrzeczeń (i Mama też, kiedy u nas była), a jogurcik raz w roku to uważam, że mi się zwyczajnie należy, a mojej Mamie to już zwłaszcza. Tu moja drobniutka Mama z ogromnym stadem kóz:

No i narobiłam serów dojrzewających, bardzo różnych, bo nie ukrywam, że robienie co dzień tego samego sera to i świętego znudziłoby do bólu trzustki i skrętu śledziony, i tak oto przed Państwem, tadam, tadam, fhancuski piesek salonowy, Bleu d’Auvergne!

Nazwa jest, zdaje się, zastrzeżona, a oryginalnie ten ser robiony jest z krowiego mleka, więc mój będzie się musiał nazywać inaczej, np. Bleu d’Kozia Dupa, albo Blue Cheese From the Sticks, ale nieważne, jak go będą zwały narody, ważne, żeby był smaczny, a czy będzie, to się okaże za jakieś dwa miesiące.

Mamy też w dojrzewalni ser o włoskim rodowodzie, Toscano pepato, z zielonym pieprzem:

Oraz Dry Jack w kawowo-kakaowo-pieprzowej panierce (tak, to dla Ciebie, Mitenki):

Dawno, dawno temu, formowało się taki ser w ten sposób, że masę serową zawijało się w szmatę (chustę serowarską), na górze wiązało szmatę w węzeł, a na wierzch kładło solidne obciążenie, albo może stare baby na tym siedziały, i zostawiało ser na noc w spokoju, i tak właśnie zrobiłam. To znaczy nie siedziałam na serze, tylko położyłam na nim deskę bambusową, a na deskę wszystkie krążki od hantli jakie mamy w domu, i zabezpieczyłam tę chybotliwą konstrukcję ekspanderami (no tymi gumowymi linkami z haczykiem na każdym końcu), i Państwo sobie wyobrażą, że to nawet nie jebło. Nad ranem zamiast wielkiej kuli zastałam sporej wielkości placek z “pępkiem”, czyli wgłębieniem po węźle. Spokojnie, tak miało być. Na drugi dzień zrobiłam ten sam ser, ale już w normalnych formach serowarskich, i nie wiem jak Wam, ale mnie się bardziej podoba placek:

Robi mi się też ser z rodowodem hiszpańskim, o wdzięcznej nazwie Ibores, panierowany w oliwie i wędzonej papryce, ale fotki pokażę dopiero wtedy, gdy będzie co ciekawego do pokazania, bo na razie to po prostu wielki krążek sera w kolorze kremowym. Był też Dry Jack z kolorowym pieprzem, ale już niewiele zostało:

I Pepper Jack z chili:

I na końcu, choć nie taki ostatni, Belper knolle! Z udziałem różowej soli, czosnku i pieprzu:

W przepisie na ser było napisane: “Formować kulki nieco większe od piłeczek golfowych”, przy czym nie oszukujmy się – ja ze sportami elitarnymi miałam w życiu tyle do czynienia, co z kopaniem bitcoinów, czyli nic, więc nie mam pojęcia jakiej wielkości są piłeczki do golfa, a zatem moje Belper knolle reprezentują rozmiar piłeczek do tenisa ziemnego, bo takie to kiedyś przynajmniej w sklepie widziałam.

PS. Większość z tych serów będzie dostępna za około 2-3 miesiące, za wyjątkiem placka w polewie kakaowej, bo on ma dojrzewać minimum pół roku, a najlepiej 9 miesięcy. W sumie oczywiste – jak coś ma pępek, to zwykle dojrzewa 9 miesięcy.

PPS. Piątkowy wieczór dnia onego, choć nie pamiętam którego. “Nad grobem stryja, wiatr cicho zdradza mi jego moc. On idzie do mnie, czuję chłód…” (no taki mam dzwonek w telefonie, utwór “Porwany obłędem” grupy KAT, gdyby ktoś się nie domyślił). Odbieram.

–  Pani Aniu! Pani Aniu!
–  Tak, pani Żozefin?
–  Pani Aniu, będzie pani u mnie jutro z chlebem?!
–  No będę, jak zawsze w sobotę, a co?
–  A bo musi mi pani ocapa naprawić!
–  Yyy?
–  No, bo mi się zepsuł.
–  Ale CO się pani zepsuło, bo nie dosłyszałam?
–  OCAP! O-CAP, pani Aniu! – Tak, to zdecydowanie pomogło.

– Aha, ocap. A co to jest?
– To pani nie wie, co to ocap?! – Żozefin śmieje się tak zdziwiona, jakbym ją właśnie zapytała, do czego służy widelec. – No w telefonie taki ocap jest, że można z niego dzwonić, i ja tak zawsze do Marysi dzwoniłam, a teraz się zepsuło i nic już nie mogę dzwonić, ani do syna też. To by mi pani naprawiła.
–  Aha, oczywiście – potwierdzam, bo co tu dużo gadać? Pani Żozefin jest przekonana, że ja potrafię wszystko, a Mały Żonek jeszcze więcej.
–  No to się cieszę, to do zobaczenia, pani Aniu!

No. W sobotę okazało się, że faktycznie umiem naprawić ocapa. To znaczy UMIAŁABYM, gdyby nie to, że ocap kategorycznie domagał się podania HASŁA do siebie, bo chciał na sobie dokonać aktu aktualizacji (ja zawsze byłam przeciwna badaniom nad sztuczną inteligencją, bo mówię Wam, że one kiedyś, te urządzenia, same złamią swoje hasła i będą się aktualizować do woli, i ani się obejrzycie, jak Wasz telefon się zaktualizuje do poziomu buldożera, nazamawia sobie dodatkowych części z Aliexpres, i rozjedzie Wasz dom na betonowy placek z kruszonką, a Wy i Wasz kot oczywiście będziecie wtedy w środku. Ale co ja tam wiem, ja mam początki demencji), a to hasło ustawiała Marysia rok temu, i oczywiście już tego hasła nie pamięta. I może to i lepiej dla Żozefin, co jej zresztą powiedziałam, i o tym placku z kruszonką też, ale chyba mnie nie zrozumiała, bo wydukała tylko, że “kot śpi w komórce”.

A dla Was jest w związku z tym konkurs, który polega na tym, że kto pierwszy napisze w komentarzu czym jest ocap, ten dostanie kulkę. Nie że w łeb od razu, tylko Belper knolle, rzecz jasna. I może jeszcze dodam na swoje usprawiedliwienie (i ułatwienie dla Was), że nie od razu wiedziałam, czym jest ocap, ponieważ nie mam smartfona, nigdy żadnego ludzką ręką nie dotknęłam, i w ogóle współczesne technologie są mi tak bliskie, jak partyjka golfa w kopalni bitcoinów, chociaż kopalnię to przynajmniej na zdjęciu widziałam, bardzo ładna była, taka schludna i sterylna, że nawet bym w takiej zamieszkała, pod warunkiem, że nie kazaliby mi niczego kopać, bo moje plecy już by tego nie zniosły, ponieważ wywiozłam do ogrodu milion taczek obornika, ale o tym i wielu innych rzeczach to już może w następnym wpisie.