O regałach, bufetach i deficycie w kotletach, czyli zimowe ekscesy Kanionków

Pani Żozefin kupiła sobie regał przez Internet.
Przyszły dwa kartony z regałem w postaci elementów do samodzielnego złożenia, no i raz, dwa, trzy – na kogo bęc? Na Małegożonka. Żeby złożył.
Poszliśmy więc dnia niedawno minionego, minusdwunastostopniowego (pikuś; w nocy było minus siedemnaście) do pani Żozefin, celem składania regału (to znaczy Małyżonek tym celem, ja w celu odwracania uwagi Żozefin od tego, co miał robić Małyżonek, a UFO to co prawda bez celu, ale nie bez powodu – UFO nie ma futerka, bo co to te trzy krótkie kłaczki na krzyż, więc na podwórku zostać nie mogło, a w domu z pozostałymi pieskami też nie, bo wespół roznieśliby nam chałupę na strzępy, no więc musiało iść z nami i wielce z tego powodu cieszyło tę wielką szczękę z żelazobetonu).

Na miejscu okazało się, że Cykan akurat oglądał coś w telewizji, a że Ufoka nie mogliśmy zostawić na zewnątrz, zaś ciężko było odgadnąć, jak Cykan zareaguje na nagłą obecność innego czworonoga w domu, to Cykan poleciał nakurwiać orzełki w śniegu, a Ufo weszło na salony.

I powiem Państwu, że wielce mnie zaskoczyło. Kulturalnie i ze słuszną dozą ostrożności stąpało po podłogowych panelach, dyskretnie dzwoniąc pazurkami i równie dyskretnie obwąchując ten i ów kącik, i nawet nie próbowało skosztować fikusa w doniczce, tylko trąciło listek nosem na powitanie. No wiecie co? Gdybym ja sobie postawiła doniczkę z rośliną na podłodze, to za 5 minut byłaby z niej sałatka, a tu proszę – w gościach Tarantula jakoś umie się zachować. Fakt, że wpakowała się na kanapę przed telewizorem, ale to też bardzo ostrożnie, łapka za łapką, a nie „na bombę”, jak u siebie. (Łapy miała czyste, bo po drodze tylko śnieg, śnieg, i jeszcze więcej śniegu – solą ni piaskiem nieskalanego).
Ale to jeszcze nie wszystko! Siedząc sobie na tej kanapie cmoknęła Żozefin w policzek, też bardzo delikatnie, po czym wyciągnęła szyję i zaczęła węszyć w kierunku stojącego na ławie kubka (kubek z wizerunkiem jamnika w okularach, jak babcię kocham…). Widząc to, Żozefin chwyciła kubek za uszko, i cała UŚMIECHNIĘTA podsunęła Ufokowi pod pysk i rzekła: „Wody chcesz się napić, wody? To czysta woda jest, pani Aniu, przegotowana z kranu” – dodała pod moim adresem. Ufo skwapliwie skorzystało z oferowanego napitku, chłepcząc tę wodę z kubka tak umiejętnie, że nawet nie nachlapało.

NO WIECIE CO? Bo ja nie. Ja wiem tylko tyle, że gdyby ktoś mi jeszcze tydzień temu powiedział, że mój pies będzie oglądał telewizję na kanapie u pani Żozefin i popijał wodę z jej kubka, to już chyba prędzej bym uwierzyła, że Donald Trump dostał tę wymarzoną nagrodę Nobla, a po sopockim molo przechadzają się niedźwiedzie polarne i wpierdalają gofry z bitą śmietaną (przeżuwszy uprzednio budkę wraz z obsługą).

Tymczasem Małyżonek wysypał zawartość kartonów na podłogę i westchnął ciężko, przeglądając pobieżnie dołączoną instrukcję obrazkową w ilości 7 kart A4, że to nie jest żaden regał. Regał nie ma szuflad. A tu są szuflady (do złożenia – śrubki, gwoździe, wkręty, prowadnice), półeczki, drzwiczki (osobno zawiasiki, śrubki, cudawianki), ścianka taka, ścianka sraka, tubka kleju do drewna… No nie ma mowy, żeby to w godzinę poskładać, a tyleśmy sobie na operację „regał” przewidzieli – gospodarstwo, co prawda, oporządzone, ale było jeszcze jedno palenie w piecu przewidziane i obiad był do zrobienia. Do tego ubrani byliśmy jak na Syberię, żeby nie zmarznąć w drodze, a u Żozefin zwyczajowo milion stopni w obejściu (czyli coś pomiędzy 26 a 28) i mnie już po dziesięciu minutach zaczęła boleć głowa, no ale trudno. Westchnął, przeklął i zabrał się za układanie tych puzzli, a ja wyciągnęłam Żozefin do kuchni, gdzie obejrzałam (na żozefinowym smartfonie) tyle zdjęć dzieci i wnuków, widoczków z wakacji, wózków, piesków, kotków, kwiatków, zięciów, znajomych i nieznajomych i rozmaitych elementów wyposażenia lokali mieszkalnych, ile jeszcze w życiu nie widziałam na wszystkich włącznie spotkaniach rodzinnych, w jakich przez te dziesiąt lat brałam udział. I materiałów video. Nie zapominajmy o video. Słowo daję, te smartfony mają zdecydowanie zbyt pojemne pamięci jak na moją wytrzymałość. Za to Ufo, rozgrzane, dopieszczone i napojone wodą z kubka z jamnikiem, ucięło sobie smaczną drzemkę i niczego nie musiało oglądać. No, może od czasu do czasu rozwarło jedną powiekę, by rzucić okiem w głąb salonu, gdzie Małyżonek dzielnie walczył z regałem identyfikującym się jako komoda, przy użyciu Żozefinowego młotka i archaicznych kombinerek z wadą zgryzu. Dobrze, że chociaż porządny śrubokręt z domu przyniósł.

Regał będący de facto komodą wyszedł całkiem ładny, choć pani Żozefin była nieco rozczarowana jego rozmiarem (na zdjęciach w Internecie wyglądał na bardziej okazały), obiad jedliśmy o dwudziestej (a ja od piątej rano tylko o jednej kawie, no bo przecież mieliśmy szybko wrócić), na chacie zastaliśmy 14 stopni, Ufo na odchodne ukradło Cykanowi kawałek kości wieprzowej (ale jej zabrałam), a w drodze powrotnej wytarzało się w czymś, co było niby na kość zamarznięte, ale i tak śmierdziało, i tak się skończyło udawanie dobrze wychowanej panienki z porządnego domu.

A tak poza tym to nie wiem jak u Was, ale u nas leci już chyba czwarty tydzień ciągłych mrozów i to wciąż jeszcze nie koniec, a za chwilę ma być poniżej -20. Nawet nie będę sobie ścierać linii papilarnych, by opisać, jak BARDZO mam dość tej sytuacji ogólnej. Sikorki i inne drobne tałatajstwo wciągają ziarna słonecznika w tempie pół kilo na dobę (łuskanego, więc waga netto!), do zawieszonej na lipie słoniny przylatują dzięcioł i sójka (nie dogadują się, no ale sójki z nikim się nie dogadują), dzięcioł to nawet wyżarł trochę smalcu ze słoika – tak oryginalnie wyglądał słoik ze specjalnym masłem orzechowym dla ptaków:

A gdy się masło skończyło, to odkręciłam słoik i wlałam do niego roztopiony smalec wymieszany z kawałkami orzechów. Jak już masa trochę zastygła, wetknęłam w nią patyczek, żeby sikorki miały na czym przysiadać do posiłku i… Kilka dni później już widać w słoiku dno. To znaczy widać akurat nakrętkę, bo dno jest odcięte (sama tego nie wymyśliłam, w necie gdzieś znalazłam: słoik musi być plastikowy, nakrętkę przytwierdza się solidnie do drzewa, czy czego tam chcecie, dno się odcina i wtyka patyczek w masę wypełniającą słoiczek, i w ten sposób mamy karmnik wielorazowego użytku, bo słoiczek się odkręca, wypełnia tłustymi pysznościami i przykręca ponownie).
Zaś o tym, jak bardzo ta fala mrozów daje się w kość dzikim zwierzętom niech świadczy fakt, że wczoraj szarpać słoninę przyleciał nawet myszołów:

Biedaczek miał problem z manewrowaniem wśród gałęzi lipy, a i wyszarpać coś z tego sikorkowego mikrobufetu było mu ciężko, więc poczęstowałam go skrawkami surowej łopatki wieprzowej z tłuszczem, które zawiesiłam na słupku ogrodzeniowym, i dzisiaj też przyleciał:

Muszę wymyślić dla niego jakiś wygodniejszy karmnik, no i szkoda, że mięso tak szybko zamarza przy tych -10, bo sporo czasu i energii myszołów musi poświęcić na odkuwanie sobie porcyjek do zjedzenia, no ale na to już nic nie poradzę. Aha, tylko się tam nie denerwujcie zanadto – ja wiem, że wieprzowina to nie jest typowy element diety myszołowa, ale on musi jakoś przetrwać te arktyczne ekscesy zimy, a mi się akurat mrożone szczury skończyły. Kurczaka też nie mam, a do sklepu nie pojedziemy, bo kilka dni temu padał deszcz przy minus czterech stopniach i wszędzie jest takie lodowisko, że nawet psy na podwórku wywijają orły, Małyżonek jak rymsnął, to sobie obił biodro, a mnie już wszystkie mięśnie bolą od dreptania wszędzie w stylu „na kaczkę”. Gdzie się dało, posypałam popiołem z pieca, ale na drogę przez las mi nie styknęło.
Podobno za 5-6 dni ma się zacząć odwilż, przynajmniej w południowo-zachodniej części Polski, może dotrze i do nas, a gryzonie wyjdą z podziemnych nor ku uciesze myszołowa, a jak nie, to będzie jadł kotlety mielone, bo surowe mięso też mi się kiedyś skończy.
Aha, no i jeszcze dodam, że jak się dokarmia tabuny sikorek i innej drobnicy, to mimochodem dokarmi się czasem i krogulca:

Nic nie poradzę. Nawet gdybym w porę to zauważyła, to nie miałabym serca zabrać jej posiłku (bo to, na moje oko, pani krogulec była).

A sikorki czasem tak się rozpędzą w drodze po ziarka, że nie zdążą wyhamować przed parapetem i wpadną na okienną szybę. Trzeba wtedy taką sikorkę zgarnąć do domu, bo leżąc na śniegu szybko wytraci ciepło, a potrzebuje trochę czasu na dojście do siebie. Jak już zacznie się bystro rozglądać dokoła, zadając sobie pytanie „co to była za impreza”, że jej się film urwał i obudziła się w cudzej kuchni, to można ją odstawić na parapet, z którego sama sobie odleci:

(Na zdjęciu akurat modraszka, ale bogatkom też udzielałam pierwszej pomocy; pozostałe gatunki jakoś nie mają problemów z wrzucaniem wstecznego ciągu i bezpiecznie lądują na parapecie).

Na razie tyle, moi wierni przyjaciele z drugiej strony okienka – buziaczki od wieśniaczki, idę moczyć stopy w wodzie z solą, bo odmroziłam sobie trzy palce i bolą (jak również puchną i swędzą, i to wszystko naraz. Nienawidzę tych długich mrozów. Na stawie pokrywa lodu przekroczyła już 20 cm grubości. Aha – wszyscy żyją. Choć Małyżonek twierdzi, że Laser umarł już dawno temu, tylko z wrodzonej upierdliwości jeszcze łazi i plącze się wszystkim pod nogami. Najstarszą część koziej gwardii codziennie dokarmiam owsem i poję letnią wodą na podwórku, żeby nie musiały łazić do głównego zbiornika nad stawem; zamykamy całą ekipę na jakieś 14 godzin na dobę, więc wnętrze koziarni się nagrzewa do 1-2 stopni na plusie, a nawet jak na zewnątrz będzie -25, to w środku i tak będą miały maks. -7. Najgorsze jest to, że małpy wcale nie chcą siedzieć zamknięte w budzie i każdego wieczora uganiamy się za najbardziej oporną dziesiątką, ryzykując połamaniem nóg i powybijaniem sobie zębów, no ale ja bym spać nie mogła ze świadomością, że kretynki tam marzną).

PS. Z ostatniej chwili – już dwa myszołowy przylatują do mojego bufetu. No nic, tylko trzeba rozmrażać schabowe, a my sobie zjemy makaron z ziemniakami.

51 komentarzy do “O regałach, bufetach i deficycie w kotletach, czyli zimowe ekscesy Kanionków”

  1. Pierwsza! Cudny niebieski łeputek.🤗A poza tym nie wiem co napisać, bo i mózg mi zamarzł i oczy… i poza tym cofam to co mówiłam wcześniej, a mówiłam, że lubię zimę i śnieg.

    1. Nie polecam maczać przemarzniętych oczu, ani mózgu, w wodzie z solą :D
      Ja to zawsze mam romantyczne wyobrażenia na temat zimy… latem. Latem, gdy moja doba zdaje się mieć 50 godzin i wiecznie jest coś do zrobienia, jesienią, gdy doba wciąż niewiele krótsza, a do zrobienia jakby jeszcze więcej, mówię sobie, ocierając smarki rękawem, że zimą sobie odpocznę. I po grudniowych szaleństwach serowych, gdy już wszystko jest posprzedawane, sprzęt wyczyszczony na błysk i spakowany, piwnica pełna zapasów, Różowy takoż, a kozy zakręcą kranik z mlekiem, to wtedy faktycznie odczuwam ulgę i nawet zaczyna mi się wydawać, że odpoczywam. I wtedy przychodzą śniegi, mrozy, wichry i wszystkie udręki związane z tą porą roku i znowu smarki ocieram rękawem, no chyba że akurat zamarzły, to siekierką. Ech. Jeszcze trochę, jeszcze trochę… I przyjdzie marzec, błoto, góry obornika do wywożenia, i wichry wiosenne i żurawie smętnie pałętające się po gołych polach… I tak w kółko :D

  2. Rety, też już mam dość tego śniegu… Ale do nas przynajmniej pług dojechał 😅 i nawet skromnie posypał. Też chodzimy jak pingwiny. U nas gołoledź była 2 razy, więc mamy przekładaniec puch-lód-puch-lód. Psy też już mają dość, bo lód kruszy się pod ich ciężarem, biedaki mają problem, żeby znaleźć sobie dobre miejsce na sikupe 🙈
    Dziś byliśmy nad Zalewem Wiślanym, to na plażę pełzłam na czworaka, tak jest ślisko 😅

    1. A tak, tak! Zapomniałam napisać, że u nas też na to lodowisko spadło ze 2 cm śniegu (niwecząc moje wcześniejsze wysiłki z posypką ścieżek – a w pocie czoła wydrapywałam zamarzniętą ziemię z „podłogi” drewutni i uzbierałam prawie całe wiaderko antypoślizgowego materiału!), i to już jest w ogóle zdradzieckie oszukaństwo – człowiek, a zwłaszcza pies lub koza – myśli sobie, że będzie bezpiecznie szedł po śniegu, a tu figulasa z makulasem, bo już mu się nogi rozjeżdżają na tym ukrytym lodzie.

        1. Ja zazwyczaj też popiołem, ale w tych okolicznościach nie nastarczamy z produkcją :D Było wiele takich zim, że posypało się raz, może dwa i spokój, a teraz co posypię, to albo marznący deszcz na to napada, albo kolejna porcja śniegu – zresztą sama wiesz :)

  3. Rany jak się cieszę, że tyle napisałaś :)
    Kurde jak Ty masz zimą przerąbane Kanionku. Fakt pięknie to wszystko wygląda ale ja jednak wolę podziwiać zimę przez okno. I cieszę się, że do miasta się przeprowadziłam. Jak se przypomnę, że na naszym zadupiu zimą potrafiło przez dwa tygodnie nie być prądu to mi się marszczy wszystko.
    No i znając Twoje dobre serce wcale się nie dziwię, że dokarmiasz pół lasu i będziecie jeść makaron :) Wasze zwierzaki jak zawsze powodują uśmiech na twarzy a Ufo wymiata.
    Wysyłam moc całusów, oby migrena Cię omijała, trzymajcie się

    1. Dziękuję, Willow <3
      Dwa tygodnie bez prądu to ja nie wiem, czy bym przetrwała, a już na pewno nie zimą, bo bez prądu nie ma ani wody, ani ogrzewania (pompa C.O.).Tymczasem dziś o 8 rano było chrupkie -17. Zrobiłam dla myszołowa stanowisko ze stolikiem śniadaniowym - do narożnego słupka ogrodzenia przywiązałam drewnianą belkę, do belki na szczycie przybiłam gwoździami kawałek deski i jeszcze taką dłuższą listwę, na wypadek, gdyby chciał tam po prostu posiedzieć. Wróciłam do domu żeby ogrzać stopy i rozmyślałam o tym, ile czasu zajmie, żeby myszołów oswoił się z tym drewnianym ustrojstwem, a tu nawet 10 minut nie minęło, jak już na nim siedział. A tam nie było jeszcze mięsa! No to poleciałam z mięsem, ułożyłam na deseczce, wróciłam do domu i za 5 minut myszołów już był przy bufecie. Drugi myszołów upodobał sobie lipę na podwórku, więc jemu porozkładałam kawałeczki mięsa na co grubszych gałęziach i też nie trzeba było długo czekać, jak przyleciał i co do kawałeczka wszystkie opędzlował.
      Jest 18:30 i już -14. Kozy zamknęliśmy niecałą godzinę temu. Obyśmy jeszcze te kilka najgorszych dni przetrwali.

    2. Cześć Willow. Wyczytałam, że się przeprowadziłaś ze wsi do miasta. Też się z tym noszę od paru lat, mam możliwość i zaraz będzie chyba konieczność, bo pesel…
      Chciałabym Cię podpytać, czy było ciężko tak radykalnie zmienić otoczenie? A może przeciwnie, jest o wiele lepiej? Jeżeli zechciałabyś mi wskazać te dobre strony przeprowadzki, byłabym wdzięczna.

      1. Hej. (Sorki Kanionku za zaśmiecanie :) )
        Ja też zbierałam się parę lat, najgorzej było męża przekonać. W sumie najpierw mieszkałam w Kołobrzegu, potem studiowałam w Poznaniu, póżniej mieszkaliśmy w Warszawie a potem prawie 30 lat na wsi. Wiesz, dla mnie wieś super była jak dziecko było małe- świeże powietrze, wielki ogród, własne warzywa i owoce itd, nic to że do pracy w obie strony 60km :) Ale niestety z wiekiem przyszła potrzeba „mania” na miejscu lekarzy i innych takich burżujskich udogodnień :) Sklepy, basen, dziecko na miejscu :) No i udało się kupić mieszkanie w prawie nowym budownictwie-cegła, 2 piętra, zajebiste ciche, zielone osiedle. Miasto nigdy nie zasypia, samochody, światła, gwiazdozbiorów se nie pooglądasz :) Ja jestem zachwycona- mogę iść do kina (nie żebym chodziła hihi), na jogę, na basen, po prostu połazić po Starówce, wszędzie blisko i co najważniejsze samochód mi niepotrzebny do niczego bo sklep pod nosem i wszędzie chodzę na pieszo. A namiastkę wsi mam na działce ROD blisko lasu :)

        1. Nie zaśmiecasz – sekcja komentarzy jest przecież Wasza 🙂
          Ja jeszcze coś dodam do tych zalet miasta, pod warunkiem że nie mieszka się w wolnostojącym domu – nie martwisz się o remont dachu, nie naprawiasz rynny, albo elewacji, albo innych takich, nie musisz zawozić drewna, ani trzymać kupy węgla na podwórku, wodę masz z wodociągów, a gaz z sieci… Na prognozy pogody patrzysz ze spokojem, bo przymrozek w czerwcu nie zetnie ci pomidorów, wichura w styczniu nie połamie drzew i nie odetnie prądu na trzy dni, a ulewa w lipcu nie zaleje piwnicy. Na starość każde udogodnienie się liczy. Z drugiej strony – im człowiek starszy, tym gorzej podobno znosi większe zmiany w życiu, ale może to kwestia indywidualna.

          1. O,to,to. Zero zmartwień-fundusz remontowy (w sumie niewysoki) i mam z głowy dachówki, komin itd. I palić w piecu nie trzeba :)
            Ja tego chciałam od dawna, ale mój Małż dość ciężko to zniósł, chociaż pozytywy widzi…Tylko ogrodu mu żal.

  4. Faktycznie w tym roku zima przypomniała się wszystkim z przytupem, mam nadzieję, że to już końcówka. Włos mi się na głowie jeży, jak widzę prognozy dla Twoich okolic! Lodowisko też mieliśmy, posypuję popiołem ścieżki, a na buty zakładam chińskie wynalazki za paręnaście złociszy- gumowe nakładki z kolcami, całkiem nieźle się sprawdzają, w mieście typowe górskie raczki nie nadają się na oblodzone chodniki. Schaboszczaki dla myszołowów mnie wzruszyły!

    1. Kurczę, też oglądałam te nakładki z kolcami, chyba jakoś w listopadzie, ale pomyślałam sobie, że przecież nigdy w sumie nie było potrzeby czegoś takiego nosić i nie kupiłam. Jak teraz kupię, to pewnie do końca życia nie użyję 😁 Obecnie termometr pokazuje minus dwadzieścia dwa. MINUS DWADZIEŚCIA DWA, w mordę skutą lodem! 🥶

      1. I właśnie w takich chwilach rozgrzeszam się za kompulsywne zakupy i chomikowanie :-) Żałuję, że futro z jakichś soboli czy inszych jenotów, otrzymane przeze mnie w zamierzchłych czasach od Pierwszej Teściowej, zaginęło w pomroce dziejów. Byłoby jak znalazł, te kocyki z prawdziwych poliestrów jednak słabiej grzeją, chociaż u mnie ledwie -11, więc wstyd trochę przyznawać się, że marznę.

      2. We wtorek o 6.30 rano w drodze do pracy auto pokazywało -27. Ale dobry Cactusek pali od pierwszego przekręcenia mimo że na dworze zimuje bo w garażu deski na podlogę leżą i podobno dosychają

  5. Pocieszam się tylko w tym mrozie, że może ślimaki wymrozi. U nas aktualnie -16,8.

    Jak ludzie się zmieniają, a pieski chwilowo.

    1. Jeśli się zbyt płytko zakopały… Ale to mało prawdopodobne, niestety. Mnie zaś martwi kwestia grubości lodu na naszym stawie – nie wiem, czy ryby dadzą radę przetrwać, bo jak nie przetrwają, to co będzie latem jadła nasza czapla – też mielone?! Nie wspomnę już o zielsku, które i tak mocno się rozpanoszyło, chyba trzeba się będzie w końcu wziąć za zarybianie.

      1. Na lokalnym jeziorku ozdobnym w mojej mieścinie strażacy ochotnicy dziury w lodzie tną i snopki trzcin wstawiają bo też władze miejskie przyduchy się boją i smrodu wiosną

        1. O, a te trzciny cokolwiek dają w kwestii ponownego zamarzania przerębli? Bo ja rozkuwam codziennie, a po nocy z – 25 świeżutka warstwa lodu była już tak gruba, że musiałam prosić Małegożonka o przybycie z odsieczą, a raczej z siekieromłotem. Co gorsza, przy brzegach staw przemarzł już do samego dna i powierzchnia możliwej do wykucia dziury zmalała, a przez 30 cm „starego” lodu to już niczym się nie przebijemy.

          1. Czy wstawiają żeby im było łatwiej znowu kuć czy też po to żeby mieszkańcy widzieli i się nie potopili, bo dużo osób na skróty chodzi, to nie wiem niestety

          2. Małyżonek wysunął tezę, że skoro trzcina jest pusta w środku, to może te pęczki trzcinowych łodyg mają za wywietrznik dorabiać, czy coś :D
            No to też dzisiaj nacięłam naszych trzcin i wetknęłam w przerębel, choć wiem, że jak kozy zobaczą tę hecę, to nie odpuszczą i zdemolują, z czystej złośliwości. Po południu mieliśmy nieprzewidzianą robótkę – trzeba było usunąć kawał lipy rosnącej po zachodniej stronie, bo spadła na pastuch i połamała słupki. Większość konarów z pączkami i młodymi pędami zatachałam do kóz, więc przez kilka godzin były zajęte młóceniem tych gałęzi i okorowywaniem co grubszych partii, to może nie zauważyły mojej trzcinowej ikebany :D

  6. Dzisiejsza noc ma być najmroźniejsza, a od jutra mróz będzie odpuszczał…mówią w telewizorni.
    Tak chcę w to wierzyć! U mnie nawet internet zamarzł. Siedzę tu od dobrych 10 minut, a niektóre zdjęcia jeszcze się nie otworzyły.
    Oczywiście takie zmartwienia to bajka przy Waszej, Kanionku i Małyżonku ciężkiej robocie. Podziwiam.
    Zdrowia życzę.

    1. U nas wczoraj było w nocy – 24, teraz jest – 23, więc ocieplenie 😆
      Tymczasem meteorogram dla gminy pokazuje, że ma być – 10, odczuwalna – 20 – już od tygodnia nie ma nawet sensu sprawdzać prognozy, bo zawsze niedoszacuje i to grubo. Wczoraj jak weszłam rano do kuchni, to miałam tam 12 stopni – piec pracuje prawie non stop, a i tak nie daje rady w takich okolicznościach, maks w ciągu dnia to 17 w kuchni i 18 w moim pokoju. Już mi wczoraj psycha zaczęła siadać, ale dziś się trochę lepiej wyspałam i mam nadzieję przeżyć kolejny dzień 😉
      Prognozy mówią, że po chwilowym „ociepleniu” (ale i tak nie będzie powyżej zera, przynajmniej nie u nas), znowu fala mrozów.

      1. Ja w wolnych chwilach pruję sweter z ciuchów. 100 procent kaszmir. Postanowiłam zrobić sobie z niego ciepłe reformy. Takie od cycka po kostki

          1. No taaak… Rozmarzona kuszącą wizją kaszmirowego kombinezonu kompletnie zapomniałam o jakichś tam przyziemnych praktykaliach. Aczkolwiek, tak sobie teraz myślę, gdyby ów kombinezon rozpinany był w tym strategicznym miejscu… Swoją drogą – jak się dziś zrobiło CIEPŁO, bo tylko -4, to właśnie w samym szlafroku poszłam kozy pozamykać. I czapce, oczywiście, bo marznący deszcz pada.

  7. Napisałaś!
    U mnie też zima jak nie wiem co, -20 i takie tam.
    Lece z dokarmianiem, na 6 karmnikow , ale myszołow nie przychodzi…
    Kanionkowi to sie darzy🤗

    1. I trzy łosie kilka dni temu przechodziły tuż koło drogi przez las, widziałam je z okna w kuchni i zastanawiałam, czy jedna paczka płatków owsianych wystarczy za „peace offering”, czy jednak pójdą przez druty pastucha zdemolować paśnik z sianem, ale akurat leśniczy przejechał drogą w głąb lasu i łosie poszły w inną stronę.
      Wyjaśniła się też zagadka nieznanych mi śladów na śniegu, a dokładniej na powierzchni zamarzniętego stawu – dwie malutkie łapki, spory odstęp i znowu dwie malutkie łapki i tak wzdłuż i wszerz przez staw – to kuna. Też z kuchennego okna ją dostrzegłam, jak poginała przez staw i wpadła w trzciny. Ciekawe, co ona teraz ma do zjedzenia w naturze, biedaczka.
      Wczoraj zaś jeden myszołów stołował się na moim stanowisku do karmienia myszołowów, a drugi przysiadł na pobliskiej wierzbie. Ten pierwszy, widząc tego drugiego, zostawił trochę żarcia i odleciał, by przysiąść na innej gałęzi tejże wierzby, a wtedy ten drugi podleciał do bufetu i dokończył co zostało do zjedzenia. Może to lokalna para? W każdym razie mam z tego okna w kuchni istny program przyrodniczy na żywo 😁

      1. Nie wiem jak to działa, ale jestem już tak wymrożona przez te ostatnie tygodnie zimy, że nawet teraz, w końcu w domu po robocie, gdy mam tu 18 stopni, siedzę w wełnianym swetrze z golfem i dwóch parach ocieplanych getrów, to i tak mną telepie. Palce lodowate jak u nieboszczyka. Zmierzyłam sobie temperaturę i mam 35,8 :D
        Gdy zimą jest tak „normalnie” zimno, to powrót do domu i 17 stopni na plusie jest miłym ciepełkiem, a teraz mam problem się dogrzać. Prognozy o kolejnej fali mrozów podkopały mi psychę :-/

      2. I ja i ja też mam takie ślady na śniegu. Nie lubię lub :( Mam nowy dach i całkiem fajne kable w samochodzie

          1. Ano szkodniki z nich, to fakt. W punciaku coś nam kiedyś przegryzło rurkę doprowadzającą płyn do spryskiwaczy – może chciało pociągnąć tego zimowego, z alkoholem 😁

  8. Uuuu, taki zamarzniety do środka człowiek🤣,
    To tylko pod kołderke 😀
    No łosi nie było, tylko szop pracz sie pasł z karmnika i oposy przychodza.
    Jastrząb sie trafia, ale usiłuje zapolowac na tych co ich dokarmiam🤣
    Kot pieknie informuje że jaszcząb jest,
    Już niedługo tak miesiac dwa i wiosna!

    1. No, cześć Twojej fauny jest dla mnie egzotyczna jak drinki z palemką (a może z parasolką? Znam się na drinkach tak samo, jak na oposach 😜).
      U nas o obecności myszołowa na lipie informuje UFO – nie wiem, skąd wie, gdy nawet nie jest w stanie go zobaczyć, może słyszy.
      Jutro w nocy ma znowu padać marznący deszcz, a kolejnej nocy śnieg – „dwa miesiące do wiosny” brzmią dla mnie teraz równie dobrze, co „tylko 20 lat za kratkami” 😉

  9. A mój myszołów to najbardziej na świńskie podgardle leci. A nocuje w kalinie koralowej żeby mieć na oku czy już podałam. Przez tą zimę pokochałam Dino bo mają słoninę po 5zeta za kilo. A że lubią ją i sikory i sójki i dzięcioły oba i myszołów i Bimber, pies lokalnego menelka z chlewika obok, to ja kocham panie z działu mięsnego Dino. I melduję że tej zimy nauczyłam się wyjeżdzać z zasp metodą półobrotu na ręcznym bo raz wyszło tak przez przypadek i świetnie działa. Bo ja teraz jestem pół miejska pół wsiowa i dziennie robię po 60km. Chłop mnie zostawił to tera szaleję i spełniam marzenia. Też mam poniemiecką chałupkę, całe 45m2 nad rowem melioracyjnym zwanym rzeką Guber, akurat dla jednej osoby i kota. Remont robię ale bez kasy to strasznie długo schodzi, do emerytury pewnie mi zejdzie.Ale dach już naprawiony i ceglany piec z fajerką też. Calusy

    1. O, 45 metrów to idealny metraż, łatwo ogrzać, a i remont szybciej pójdzie, zwłaszcza że widzę, że się dopiero rozkręcasz (szacun po całości!) 😘 Dzięki za cynk o słoninie – w pobliskim miasteczku od niedawna jest właśnie Dino, to zajrzę i wezmę ile będą mieli, bo chętnych na wysokokaloryczne posiłki coraz więcej 🙂

    1. Myślałam, myślałam. Jeszcze za czasów, gdy było z nami nasze kochane Żółte, i właśnie dlatego wtedy zrezygnowałam, bo Żółtko specjalizowało się w wygryzaniu fantazyjnych wzorów we wszelkich kocach, kołdrach i poszewkach, i to czasem tak cichcem i znienacka, że potrafiłam się nie kapnąć, iż kołdra pod którą leżę właśnie pozbywa się guzików. No a teraz mamy Ufo, które robi to samo 🤪

  10. japrd jak nie piszesz, to nie piszesz miesiącami ale jak już napiszesz, to muszę te tomy na kilka podejść rozkładać. I podobnie uczynię z komentowaniem. otóż Najsampierw sie obśmiałam z napierdalania orzełków na śniegu OBUCHACHA. Kanionku, no masz Ty frazę powiadam ci.

    1. Łii tam, tomy od razu – to chyba jeden z najkrótszych wpisów od lat! Tylko fotki go rozciągnęły na pół kilometra ;-)

  11. UFO piękne jest i szczęśliwe widzę, że szczęśliwe i dokarmione, że zaraz linie straci :-)
    u nas było minus dwadzieścia pare…yyy i wiało więc odczuwalna wiadomo minus sto !!!ale MatkaJadwiga z elbląga, to bała sie do domu wracać normalnie.
    nagle a niespodziewanie okazało się, że niedocieplenie domu sie zemści. prędzej czy później. u nas tak w okolicach 19tu było. a i tak rachunek za prąd mnie zabije. oraz zima bardzo ładnie wygląda na obrazkach. TYLKO.

  12. UFO piękne jest i szczęśliwe widzę, że szczęśliwe i dokarmione, że zaraz linie straci :-)
    u nas było minus dwadzieścia pare…yyy i wiało więc odczuwalna wiadomo minus sto !!!ale MatkaJadwiga z elbląga, to bała sie do domu wracać normalnie.
    nagle a niespodziewanie okazało się, że niedocieplenie domu sie zemści. prędzej czy później. u nas tak w okolicach 19tu było. a i tak rachunek za prąd mnie zabije. oraz zima bardzo ładnie wygląda na obrazkach. TYLKO.

    1. (z rozpędu aż dwa razy wskoczyło )) w okolicach 19 ta temperatura napisałam ale mi się przypomniało, że miejscami niżej…nie sądziłam, że jeszcze dożyje takich zim kurewskich. bo gdy się tu sprowadziliśmy to były, że cho cho ho.
      trzymajcie sie tam, mróz już zelżał do minus dwóch. także zaraz wiosna, nie wierzcie w te ploty, że ma jeszcze wrócić. a za to od wczoraj lodowisko WSZĘDZIE mamy. no nie może zabraknąć atrakcji przecież.
      Ściskam

      1. Ufo było wczoraj ważone i faktycznie przytyło 1,5 kg, a na karku już jej się wałeczki robią, więc muszę trochę przyciąć dzienną rację, ale do jakiejś wyraźnej otyłości to jej daleko – generalnie każdą kalorię pakuje w mięśnie, czasem nawet jakieś żebro prześwieci pod skórą, ale uda panczenistki i barki Pudziana muszą być :D Te wałeczki na karku to takie skromne conieco, odłożone na czarną godzinę ;-)

        A propos zaś niedocieplenia chałupy, to ja dzisiaj odszczekiwałam te przekleństwa pt.: „jak mi strasznie zimno, 12 stopni w kuchni”, bo rano zadzwoniła pani Żozefin i pochwaliła się, że kilka dni temu, właśnie gdy mróz przykręcał śrubę poniżej -20, skończył jej się gaz. Najpierw odruchowo pomyślałam o gazie z butli podłączanej do kuchenki, ale po sekundzie dotarło do mnie, że jej się skończył gaz w tej wielkiej cysternie stojącej na zewnątrz. Bo ona ma na gaz wszystko: ogrzewanie, ciepłą wodę i gaz w kuchence. No więc siedzieli sobie wszyscy (Dżery i Cykan też) o głodzie, chłodzie i bez możliwości nawet herbaty zaparzenia przez jakiś czas (i nic mi nie powiedziała!), teraz już mają jakiś grzejnik na prąd, czy cuś, a dostawa gazu dopiero po niedzieli. No to ja się już na nasz piec nie gniewam (chwilowo pewnie, bo jak znów przyjdą duże mrozy, to się jeszcze zobaczy), wolę te 12 stopni z rana, niż szron na ścianie od środka oglądać. (Przydałoby się docieplenie zrobić, ale bez remontu strychu z dachem to nie ma sensu).

        Lodowisko też mamy, ZNÓW. Już zdążyłam sobie „poprawić” kolano uszkodzone niedawno przez kozy, ech. Teraz prognoza widzi śnieg. Mówisz, że wiosna idzie? Chyba jakoś dookoła, przez Bangladesz… Uwierzę, jak zobaczę!

  13. Podobno dzisiejsza noc ma być ostatnią z tych ekstremalnie zimnych. Jest ledwie po 20-tej, a u nas już -15. Kozy zamknęliśmy o 18-tej, bo już wtedy było -12. Od kilku dni mierzę sobie temperaturę z czystej ciekawości (termometr pod językiem) i nawet po wysiłku fizycznym nie udaje mi się „wznieść” powyżej 36,0, a jak posiedzę w domu pół godziny bez większego ruchu, to spada do 35,5.
    ZIMO, WYPIERDALAJ. Serio, idź i nie wracaj.

    1. Niech idzie wświzdu, zaprosimy w okresie 24.12.2026 – 06.01.2027. Tylko bez cudów-wianków, trochę śniegu, minus 5 i z powrotem na Grenlandię czy tam Alaskę, Kamczatkę.

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *

Przewijanie do góry