Jak włożyć kwadracik w kółeczko, czyli różańcem i młotkiem

Kozy moje najlepsze, już niby jestem, ale jeszcze mnie nie ma – siedzę w krzaku jałowca i próbuję zawiązać sznurówki u sandałów. Notka była, jaka była, bo kto się błaznem urodził, ten królem Szwecji nie umrze, prawda?
Jedno jest pewne – z Wami się nie da. No nie da się zginąć marnie, rozpaść na molekuły i rozlecieć we wszystkich kierunkach. I choćby sobie Kanionek chciał zgnić żywcem, choćby sobie leżał pod płotem nie wadząc nikomu, z głębi trzewi wydychając napisy końcowe, to Wy mu nie dacie się całkiem zmarnować.

“Koleżanko, koleżanka poda widły albo motykę, trzeba Kanionka trącić, bo co się tu będzie tak walał pod płotem, taki całkiem do niczego”.
“Hm. Nie rusza się nadal i wciąż. Może przeczytać jej kilka dowcipów o prorokach i nazistach? A jak i to nie pomoże, to już tylko różaniec”.
“O tak! Tak! Różaniec ją ruszy. A tymczasem – do szklarni z nią!”

I prawdę mówiąc, całkiem udane te Wasze zabiegi, i telefon zaufania spokojnie możecie obsługiwać. Nawet jeśli ktoś niechcący jednak umrze, to ze śmiechu, a wtedy to się nie liczy do złych statystyk ;) I bardzo mi przypadło do gustu rozwiązanie podsunięte przez Modrą, więc zamiast pisać Wam o derealizacji, gonitwie myśli, rozpadzie tożsamości i lękach, napiszę po prostu: “nadludzkim wysiłkiem woli Kanionek wyplątał się z tych irytujących opresji i wrócił do Obory”.

Napiszę, ale jeszcze nie teraz. Teraz bowiem, nadludzkim wysiłkiem woli układam z powrotem mentalne klocki, z napięciem dwulatka śledząc ruchy swoich palców, i niewykluczone, że zaraz ktoś mi będzie musiał zmienić pieluchę (przepraszam, wątek kupy ma to do siebie, że się lubi ciągnąć jak smród za kutrem rybackim). Ten styczeń w ogóle całkiem do dupy był i aż się boję pokładać nadzieję w lutym. Co może być fajnego w lutym?

PS. Przesiedziałam dziś ponad godzinę w koziarni, gdzie zostałam – jak zawsze – wylizana, wyskubana, szarpnięta kopytkiem i wykorzystana w charakterze drapaka. Śpiewałam im w kółko od nowa dwa wersy piosenki, bo tyle pamiętałam i tyle mi akurat pasowało (I can’t control it, if I sink or if I swim, ’cause I chose the waters that I’m in). I wiecie, co jest piękne w kozach? Podczas gdy człek zawodzi smętnie, skanując belki stropowe w poszukiwaniu sensu życia, one skrupulatnie przeszukują człecze kieszenie, w których zazwyczaj jest chleb i rodzynki. Jak nie znajdą słodkiej przekąski, to zadowolą się i podszewką – byle coś się działo, a jeśli da się to przeżuć, to już w ogóle bomba.
Miłego przeżuwania w relatywnym spokoju wszystkim życzę i po raz kolejny w historii tego bloga – dziękuję :)

PPS. I wiem, wiem że naobiecywałam prawie tyle, co Tusk (o terrarium, strachu na wróble, piecokuchni, drzwi renowacji, noszach, i wielu innych rzeczach), a tu taka, za przeproszeniem, lisia dupa w jałowcach. Ale na swoje usprawiedliwienie mam tyle, że Tusk awansował, a ja wręcz przeciwnie i całkiem jednak niepodobnie. I moja dupa jest w gorszym położeniu, a kto siedział w jałowcach ten wie. I będę już kończyć, bo każde zdanie kosztuje mnie pół nogi i mililitr komórek mózgowych, a nie mogę nimi szastać jak poseł dietą, bo one podobno nie odrastają.

1 2 3 6