Cztery kąty i pies piąty, czyli z byle czego

Cygan urodził się w krainie wiecznego zimna, ciemności i nieprzyjemnie mokrej wody, a przynajmniej tak mu się wydawało, gdyż odkąd sięgał pamięcią, to jest aż do trzech miesięcy wstecz, w jego świecie tak właśnie było – zimno, ciemno, i mokro. Krótkie dnie mijały mu na obserwacjach wrogo nastawionego nieba, zbrojnego w ołowiane armaty chmur, z których aż nazbyt często leciał grad lodowych kul, a gdy choć na chwilę zrobiło się niewymownie ciepło, to jest około dwóch stopni Celsjusza, ponure niebo fundowało Cyganowi orzeźwiający prysznic. No i był jeszcze wiatr, który też Cygana nie lubił, ale w sumie, odkąd Cygan sięgał pamięcią, nie lubił go jakoś szczególnie nikt, za wyjątkiem matki, do której maleńki tulił się w te długie, nieskończenie nudne noce, podczas których jedyną rozrywką tych, co nie spali, było wpatrywanie się w księżyc, bo oczywiście niebo jak na złość zwijało na noc swoje armaty, i przez diamentowo czystą powłokę poligonu wypuszczało resztki ziemskiego ciepła w kosmos, a księżyc patrzył na wszystkich Cyganów tego świata z obojętnością kosmicznego kamienia.

Taki właśnie był świat, i Cygan nie do końca rozumiał, po co to wszystko. Po co te szare dnie i czarne noce, po co ten księżyc, który tylko patrzył, po co deszcz i śnieg? Komu się chciało to wszystko robić i dlaczego? I – przede wszystkim – czy to już wszystko? Czy tak będzie zawsze? „Niedługo” – mówiła mu matka, „niedługo będzie cieplej, zobaczysz. Dni będą długie, przylecą bociany, ziemia wyschnie i będzie pachniała słońcem, i nawet kamienie będą czasem prawie gorące, zobaczysz, mały”. Ale Cyganowi ciężko było w to uwierzyć, bo w jego życiu istniało tylko wczoraj i dziś, a jeszcze nigdy nie było jutra, zwłaszcza takiego, jakim opisywała go matka. Umiał sobie wyobrazić „ciepło”, bo już je miał okazję poznać – siedziało w balocie z sianokiszonką, którą gospodarz czasem zadawał krowom, i balot nie był samolubny, i chętnie się tym ciepłem dzielił, to znaczy dopóki go krowy całkiem nie zjadły, a czasem gospodarz otwierał balot z sianem, i ono to już nie, nie było ani trochę ciepłe, tylko zimne jak powietrze i ziemia i deszcz, choć jednak trochę inne, bo suche i mięciutkie, i do tego lekkie, więc można było sobie w nim wykopać dołek, małą jamkę, wpełznąć doń i wtedy nawet księżyc nie wiedział, gdzie się podział Cygan i jego ziemskie troski. I właśnie w takiej suchej, wonnej jamce, mały Cygan śnił o Jutrze.

. . .

Siedemnastego lutego niebo znów zapadło na ciężki przypadek wodnej biegunki i w niemal regularnych odstępach raczyło Cygana zimnym okładem, czyli niby wszystko jak zwykle, aż do godziny czternastej…

O czternastej, gdy Cygan właśnie ukończył formowanie czegoś na kształt półki skalnej w napoczętym balocie siana i się w niej zwinął w kulkę, na szare, oślizgłe podwórko zajechał jakiś grat. Z grata wygramoliła się, stękając i wzdychając ciężko, Smutna Pani w średnim wieku, a drzwiami od strony kierowcy trzasnął szary, Zmęczony Pan, i oboje poczęli rozglądać się po zastanym krajobrazie, niewątpliwie czegoś szukając.

Gospodarz niespiesznie wyszedł zza niewielkiej szopy, pełniącej też rolę obórki, wytarł ręce w spodnie i nie zbliżając się zanadto do obcych zapytał, jak to zwykle na wsi pytają w takich przypadkach: „eee… a państwo…. tentego, do mnie? A że w jakiej sprawie, eee…?”. „My w sprawie tego siana, z ogłoszenia” – zawołała cokolwiek zwiędłym głosem Smutna Pani. „Aaaa” – rozpromienił się Gospodarz, „a to tak, to proszę, proszę” – zamaszystym gestem zamiótł metr sześcienny powietrza za siebie, na co Zmęczony Pan i Smutna Pani oderwali się od samochodu i ruszyli przez błoto podwórka ku obórce i jakby prosto na świeżo zdobyty przez Cygana balot.

Spojrzenia Smutnej Pani i Cygana spotkały się. „Oooo…” – zakwiliła dziwnym głosem Pani, wskazując palcem na Cygana. „Można pogłaskać?”. „A proszę, proszę” – uśmiechał się uprzejmie Gospodarz, „a sianko to tutaj mamy, o, na górze, też można wejść, tu po tej drabince, i sobie obejrzeć, no”. No. No to na pewno ktoś gdzieś wchodził i coś oglądał, być może nawet ta Pani, ale gdyby ją dziś o to zapytać, mogłaby nie pamiętać, bo sianko siankiem, ale czarne oczy Cygana, w tym jedno trochę zapłakane, wbiły jej się w pamięć jak źdźbło siana w skarpetkę, i pochłonęły resztę świata na amen. „Ależ ty się trzęsiesz, dzieciaku”, Smutna Pani przylgnęła twarzą do całego Cygana, i tu nawet nie chodzi o to, że miała taką wielką twarz, choć trochę miała, tylko o to, że Cygan był taki mały, że gdyby się uprzeć, można by go zjeść na kanapce z piętki chleba.

Tymczasem Zmęczony Pan negocjował cenę siana z dowozem, co Cygana ani trochę nie interesowało, bo chodziło o siano w kostkach, które i tak leżało na strychu obórki i było dla niego niedostępne, a poza tym był właśnie zajęty wylizywaniem twarzy Smutnej Pani, co wymagało jego całkowitego zaangażowania, i nie chodzi wcale o to, że miała strasznie dużą twarz, choć może trochę miała, tylko o to, że Cygan jeszcze nigdy nie miał okazji wylizać nikomu twarzy, więc się do tego bardzo przykładał, żeby nikt później nie powiedział, że on coś zrobił źle.

„…a jak weźmiecie wszystkie, to Cygana dorzucę, gratis” – Gospodarz spojrzał z uśmiechem na Smutną Panią, bo nie był w ciemię bity. Smutna Pani spojrzała na Zmęczonego Pana. Zmęczony Pan spojrzał na niebo z biegunką i zapytał: „Za jakie grzechy…?”. I gdyby zapytać Smutną Panią, to ona by nie pamiętała, jak szli wszyscy niespiesznym krokiem do samochodu, i jak z domu wyszła żona Gospodarza i zapytała: „a to Cygana też bierzecie?”, i jak wtedy Zmęczony Pan zapytał Smutną Panią, czy ona na pewno wie co robi, i że wtedy Żona Gospodarza powiedziała: „no to musicie być pewni, bo jak go zaraz potem będziecie chcieli oddać…”, ale gdyby zapytać Cygana, to on pamięta:

– Oddać? – zapytała z niedowierzaniem Smutna Pani, wtulając nos w pachnące sianokiszonką i błotem futerko. – Ja go nigdy nie oddam.

I Cygan pamięta, że poczuł wtedy coś dziwnego. Było trochę jak ciepło, ale inne, bo szło od wewnątrz, uderzało do głowy i nie uciekało przez uszy. Było miłe i słodkie w smaku, i trochę łaskotało w brzuszek, a trochę mrowiło w łapkach. Roboczo nazwał to „nadzieją”.

. . .

W kolebiącym się niespiesznie po wyboistej drodze samochodzie panowała relatywna cisza. Relatywna, bo co prawda nikt nic nie mówił, ale sprężyny amortyzatorów ciężko skrzypiały, narzekając na swój podły los, skrzypiały sunące po szybie wycieraczki, narzekając na swoje stare, zdeformowane pióra, a w bagażniku podskakiwały dwa kilogramy śrubek i wkrętów do drewna, narzekając na to, że polna mysz poszatkowała ich opakowanie na plastikowe wiórki, bo były jej potrzebne do budowy gniazda, które – kto wie – być może uwiła sobie w obudowie lewego kierunkowskazu. Tak poza tym jednak nikt nic nie mówił, bo każdy zajęty był swoimi myślami. Smutna Pani na przykład myślała sobie: „co ja znowu narobiłam…”, Zmęczony Pan usiłował sobie przypomnieć, czy ma na koncie bankowym wystarczającą ilość środków, by kupić sobie bilet lotniczy do „Jak Najdalej Stąd”, a jeśli nie, to czy jakiś bank udzieli mu szybkiej pożyczki, jeśli za żyrantów będzie miał podchmielonego Dżerego i stukniętą Żozefin. Cygan zaś… Cygan nie tyle myślał, co się poddawał. Poddawał się błogiemu uczuciu ciepła i tak mu dobrze szło, że postanowił odłożyć na później, a nawet bardzo później, kwestię analizy faktu, że jak to się dzieje, że ciepło jest wszędzie i naraz, a nie tylko od spodu lub w jeden bok, no i tak się umiejętnie poddawał, że aż całkiem zasnął.

. . .

–  To jak nazwiesz swojego nowego pomiota?
–  No nie wiem jeszcze… Wygląda trochę jak tłusty serdel, no ale jest czarny jak kaszanka. Może Pasztet? Pasztecik?

–  No niby pasuje, ale nie do jego charakteru. Taki trochę dziki ten twój Pasztet. Pasztedzik raczej.

. . .

– Chodź tu, mały. Od dzisiaj nie będziesz już jednym z tysiąca wiejskich „Cyganów”. Teraz masz prawdziwe, porządne imię i nazywasz się Pasztedzik. PASZTE-DZIK. Kapujesz? Zamiennie będziesz nazywany Kuferkiem Pełnym Radości, Tobołkiem Szczęścia, Zawiniątkiem Entuzjazmu, Walizeczką Wazelinki, oraz Szkatułeczką Euforii. Ale zasadniczo jesteś Pasztedzik. Co ty na to?

. . .

Pasztedzik dostał swój własny kartonik do mieszkania:

Do którego znosił wszystkie „upolowane” zdobycze, czyli skarpetki, rękawiczki, tekturową rolkę, kawałek wykładziny, szyszkę, i takie tam różne, które sobie w kartoniku namiętnie „mordował”, więc kartonik zyskał miano Mordowni. Gdy Pasztedzik wyrósł z kartonika (i zjadł jego przednią ściankę), dostał bardziej zaawansowane architektonicznie lokum, czyli skrzynkę po cebuli:

Pokochał skrzynkę i szybko zrobił z niej drugą Mordownię, ale gdy tylko nadarzała się okazja, czyli np. listonosz przyniósł jakąś paczkę, Pasztedzik szybko z niej korzystał, bo stara miłość nie rdzewieje:

Co się również tyczy sianka:

I w ogóle Pasztedzik pokochał wszystko i wszystkich, bo chciał i mógł:

I poznawał wielki świat, a wielki świat poznawał jego.

. . .

– Ja nie wiedziałem! Ja nie wiedziałem! Ja nie wiedziałem! – Pasztedzik skacze jak sprężynka, tak wysoko, jak pozwalają mu krótkie, kiełbaskowate łapki, a pomiędzy seriami radosnych podskoków robi szalone rundy po kuchni.
– Czego nie wiedziałeś, Paszteciątko? – uśmiecham się od ucha do ucha, bo gdy na niego patrzę, to nie umiem inaczej.
– Ja nie wiedziałem, że ludzie mają takie fajne domki! – Pasztedzik na chwilę zaprzestaje dzikich harców. Siada, cały ryjek mu się cieszy, a świński ogonek wybija szalone prestissimo, jak krzywa wskazówka metronomu.
– Fajne domki? – otwieram oczy ze zdumienia, wodząc wzrokiem po tych obdartych z tapet ścianach, wiecznie obryzganych błotem drzwiach, po tych meblach, co to każdy z innej parafii i od lat się gryzą o to, czyj proboszcz głosił lepsze kazania („A z Listów do Paździerzan to wasz czytał?”, „Ty to chyba nie słyszałaś przypowieści o Upadłych Drzwiczkach”, „A ty o gorejącej półce, a szkoda”, „Dziesięć Przykazań Meblarskich zostało przekazane na górze Okleinaj, lamusie”). Po tych wytartych wykładzinach wodzę wzrokiem, po linoleum, które jest pewnie w moim wieku i też się trochę tego wstydzi, i chyba myślę na głos, bo nagle Pasztedzik mi przerywa swoim pełnym zniecierpliwienia: „ło ło ło ło ło!”.

– Ło ło ło ło ło! Czo ty mi tu o dywanach i szafkach bez drzwiczek, CZŁOWIEKU? Czo ty w ogóle to ja nie rozumiem! Tu jest CIEPŁO i NIGDY NIE PADA DESZCZ! Tu jest… Tu jest… Tu jest KOCHAM CIĘ, tak fantastycznie! – Pasztedzik łapie w zęby swoją „piłkę”, zrobioną ze zmiętej w kulę folii typu strecz, owiniętej taśmą klejącą, i rozrywa ją na strzępy, tak jak jego rozrywa ta niewysłowiona radość i wola życia.

Patrzę na niego, i śmieję się i płaczę na przemian. Pasztedzik ma rację. Mam fajny domek, w którym jest ciepło i nie pada deszcz. Mam w domku Pasztedzika, Majączka, Atosa i Pusiołaka, a pod kołdrą termofor imieniem Laser. Mam na parapecie wystawę najpiękniejszych kotów rasowych („Te, Kotek, a ty jakiej jesteś rasy?”, „Ja jestem rasy Jak ci Zaraz Pukiel Kłaków Wyrwę to Spadniesz z Parapetu”). Wszystko jest kwestią perspektywy. Z perspektywy Pasztedzika stara, dziurawa skarpetka jest niesamowitą zabawką wielofunkcyjną, którą można: podrzucać, ciągnąć, szarpać, zagryzać, lub się na niej położyć. A kawałek kartonu…?

– DAJMI to, DAJMI to, DAJMI to! To, to, to mi teraz daj natychmiast! Ooo, człowieku, jak to się rrrrwie! Jak to się cudownie rwie! Jak ja to będę rwał teraz! Popatrzej tylko teraz, człowieku, jak ja to rrrrwę! Och, kocham cię, to najlepsza zabawka EVER.

Do czasu, aż pojawi się folia bąbelkowa, oczywiście. Z perspektywy Pasztedzika wszystko jest cudowne, piękne, nowe, ciekawe, szalenie interesujące i W OGÓLE NAJFAJNE. Od trzech miesięcy mam możliwość patrzeć na świat jego oczami, i cieszę się. Z byle czego.

.

PS. Normalnie to ta historia miała być dużo dłuższa, tak ze trzysta stron, i tak niesamowicie wciągająca, że zapomnielibyście iść z pracy do domu, i rano Wasz szef byłby TAKI ZACHWYCONY, że Wy tak pilnie w robocie dzień i noc i w ogóle, no ale były naciski ze strony Grupy Trzymającej Władzę (to o Was), żeby „szybciej, szybciej z tym Pasztetem”, więc teraz nie miejcie do mnie pretensji, że premii półrocznej nie będzie.

.

Tłusta Herbata z chudym Mleczkiem, czyli kto jest ładny

–  Słuchaj! – wpadam do domu zgrzana, dysząc jak pies. – Jesteś tu?!
–  Nie, nie ma mnie – wynurza się z piwnicy małżonek.
–  Słuchaj, ja nie wiem, czy ja mam coś z głową, ale Mając i Pasztet zniknęli!
–  Jak to „zniknęli”? – pyta dziwnie małżonek. Dziwnie, bo komunikat jest chyba jasny i przejrzysty – zniknęli, czyli znikli, czyli że nie ma. – No nie ma ich, obleciałam całe podwórko, garaż, drewutnię, komórkę na siano i takie tam, nawet w koziarni sprawdziłam, no i nie ma ich nigdzie. Aha, i jeszcze wołałam, i nic.
–  No ale nie może ich nie być, bo gdzie by mieli być? – pyta wątpiąc w moje zmysły małżonek (podwórze ogrodzone, brama i furtki zamknięte, bo po drugiej stronie płotu kozy).
–  No nie wiem gdzie, bo nie ma już nigdzie, gdzie by mogli, więc ktoś ich musiał ukraść!
–  Tajasne. Ślepego Mająca i Obłego Jazgarza, ukraść. A niby po co?
–  Bo są ładni! – już prawie płaczę.
–  A nie, no to faktycznie, i pomyśl jakie to szczęście, że i MNIE nie ukradli – puka się w czoło małżonek, ale wychodzi ze mną na zewnątrz. Przeszukuje ponownie i garaż, i drewutnię, i inne zakamarki, bo cóż, Kanionek może i jest skrupulatny, ale rozumiecie, głowa już nie ta co kiedyś. W końcu puka się w czoło po raz drugi, otwiera drzwi do różowej części domu, a tam… a stamtąd… a przez te drzwi właśnie… wysypują się Mając, Pasztedzik i Kupa, znana Wam wcześniej jako Puma. Trójka szubrawców!

Mając od razu poleciał się napić, Kupa uciekła na drzewo, a ja tulę Paszteta, obcałowuję ryjek, i obiecuję im wszystkim, że ich wypcham i postawię na półce, żebym ich zawsze miała na oku, bo tak to się nie da żyć, że ja co chwilę mam zawał. Małżonek tylko wzdycha i kiwa głową, i pyta: „ciekawe kto ich tam zamknął?”, ale wierzcie mi, że to nie ja, bo w ogóle nie wchodziłam do tamtej połówki domu, bo nie miałam po co, ale wiem już jak to było, bo inaczej być nie mogło. Kupa musiała skoczyć na klamkę, drzwi się otworzyły, towarzystwo skwapliwie skorzystało z okazji, a potem powiał wiatr od wschodu, zamknął drzwi i po sprawie. A my nic nie widzieliśmy i nic nie słyszeliśmy, bo akurat tego dnia testowaliśmy dojarkę, która robi O TYLE hałasu, że nawet gdyby na podwórku wylądował rządowy śmigłowiec i grupa antyterrorystów aresztowała Pasztedzika za sianie terroru, to i tak nic byśmy nie usłyszeli, a do tego każde z nas było napięte i przejęte, i pilnowało parametrów, to jest małżonek obsługiwał włącznik główny, zerkał na zegar podciśnienia, macał jakieś zaworki i inne wypustki, a ja dzierżyłam kubki udojowe w zaciśniętych dłoniach („ja się boję, że ten odkurzacz wciągnie jej pół cycka!”), i nurkując pod kozim brzuchem („czy ona żre ziarka, czy stoi i patrzy w ścianę, odmawiając kozie różańce?”) ryzykowałam utratą oka lub zęba, gdyby któraś z dam kopnęła znienacka.

.

No ale żadna nie kopnęła. Powiem więcej – dojenie odkurzaczem podobało im się bardziej niż ręczne, bo jest jedna rzecz, której nie robi dojarka, a robiłam ja, mianowicie chodzi o smyranie świętych fifraków. Fifraki to są kozie włosy, które czasem bujnie porastają wymię, a już zawsze uda, a niektóre kozy mają naprawdę długie fifraki z gatunku dekoracyjnych, jak na przykład Małe Zło – takie lekko falowane i wiszące niczym ozdobne szlachcica kutasy, tyle że na kolanach. No i jak Kanionek doił, to zawsze niechcący połaskotał, pociągnął za fifraka, albo nawet tylko dotknął dłonią w drodze do cycka, i to już wyzwalało w kozach odruch „wymachnąć odnóżem, bo mucha siadła”, a dojarka nie robi takich rzeczy, tylko przyssie się do cycka raz, a dobrze, i spokojnie wysysa co swoje, nie burząc koziej fryzury.

.

Aha, i przypomniałam sobie obietnicę, że pokażę Wam zdjęcie uśmiechniętego Ziokołka przy dojarce, no ale gdzie ja miałam głowę, jak Ziokołek będzie dojony najprędzej w lipcu? Ale nic się nie martwcie, co się odwlecze, to się w końcu z powrotem przywlecze, a dzisiaj mogę Wam pokazać córeczkę Herbaty, która przyszła na świat 30 kwietnia wieczorem.

To są zdjęcia zrobione niespełna dobę po porodzie, bo wieczorem dnia poprzedniego byłam zbyt zajęta przekonywaniem Herbaty, że jej dziecko ma prawo się napić z jej cycka. Herbata co prawda przykładnie wylizała dzieciaka po porodzie (a ja wtedy jeszcze myślałam: „no tak, kolejny Pacanek”, bo – bazując na tegorocznych doświadczeniach – jak widzę białe i duże, to jestem pewna, że chłopak), ale chwilami coś jej się myliło, na przykład pępowina z uchem, i próbowała małej odgryźć to drugie, aż dzieciak zaskwierczał jak plaster słoniny w głębokim tłuszczu, a matka tylko spojrzała nań roztargnionym wzrokiem i zrobiła krok w tył, jakby właśnie do niej dotarło, że tak na dobrą sprawę to ona nie wie co tu robi i kim ty w ogóle jesteś, biały zwierzątku? Siedziałam dwa metry dalej i obserwowałam rozwój sytuacji, Herbata próbowała odgryźć małej jeszcze ogonek, ale na szczęście na tym się skończyły kanibalistyczne atrakcje, za to później było tylko trudniej.

Co się dzieciak wgramolił na wyżyny swych nowych, jeszcze nieśmiganych kopytek, co mu się udało poruszyć wszystkimi w odpowiednim momencie i kierunku i dobrnąć, zaliczając tylko trzy upadki, do cycka matki, ta cofała się o krok, lub cztery, i patrzyła na pełznącego szkraba z mieszaniną lęku i klasycznego łotdefaka. Ja jej oczywiście mówiłam, że spoko, Herbatka, to przecież twoja córka, daj jej mleka, i tym podobne komunały, ale my z Herbatą nigdy nie miałyśmy dobrego kontaktu, i zapewniam, że nie z mojej winy. Herbata już taka jest. Zamknięta w sobie, małomówna (w dniu porodu słyszałam jej głos po raz pierwszy od ho, ho, ho, pewnie pół roku), trzymająca się na uboczu i obdarzająca wszystko i wszystkich pogardliwym spojrzeniem. Serio, ona nawet do ziarek nie pcha się jak reszta kóz, tylko trzeba ją zapraszać, a nawet zaciągać do miski. Aż dziwne, od czego ona taka tłusta, i słowo daję, stawialiśmy z małżonkiem na trojaczki, a tu jedna cienka kruszyna, takie Mleczko 2%, za to sama Herbata wygląda jakby niczego nie urodziła, nadal tłusta i obszerna.

No więc gdy ja do niej słodkim głosikiem prosto z Disneya, że „zobacz Herbatka, to twoje dziecko, śliczna córeczka”, to Herbata do mnie z tym swoim spojrzeniem spod byka i krótkim warknięciem, że „nie znam człowieka”. A gdy małej się w końcu udało zdybać matkę w narożniku, i ta nie mogła się cofnąć, to przy próbie dotknięcia cycka nosem dostała lekkiego kopniaka. Lekkiego, takiego którym strąca się muchę, no ale zawsze kopniaka, więc się dzieciak zniechęcił, no i wtedy uznałam, że może pomogę w sposób inny, niż ustne zaklęcia, przytrzymałam Herbacie tylną nogę, przysunęłam delikatnie koźlątko pod cycek, i dopiero wtedy pierwsze łyki siary trafiły we właściwe miejsce. Ucieszyłam się, bo mogło być tak, że ja też dostałabym kopniaka, a Herbata wdrapałaby się po ścianie na sufit i tam została – podobno medycyna zna takie przypadki.

.

Spędziłam tam z nimi sporo czasu i jeszcze kilka razy musiałam trzymać herbacianą nogę, ale się opłaciło – Herbata w końcu zrozumiała o co chodzi z tym całym macierzyństwem, oraz że dziecko nie chce jej zrobić krzywdy, a podejrzewam, że mogła mieć uraz na punkcie cycków wyniesiony z poprzedniego świata. O ile bowiem pamiętacie, Herbata, Kawka i Małe Zło pochodzą z postnuklearnych przedmieść Elbląga, gdzie były trzymane w naprawdę karygodnych warunkach i doświadczyły przeżyć, jakich nie powinny, a jednym z nich było dla Herbaty „dojenie”.

Piszę „dojenie”, bo to jakaś kpina z mleka była, jak by powiedział Baldrick, a mianowicie poprzedni właściciele Herbaty po tym, jak odnotowali u niej poronienie (niby miesiąc przed właściwym terminem porodu, ale kto ich tam wie, jak oni się gówno znają na kozach), przez kilka tygodni nie mogli się zdecydować, czy chcą doić kozę, czy nie, a gdy się zdecydowali, to – o niespodzianko – mimo najszczerszych chęci i ponawianych prób, nic im się nie udało z niej wydoić, jeśli nie liczyć resztek zaufania do człowieka. Wskutek tego „dojenia” Herbata miała jeden strzyk grubszy i wyciągnięty, ale to nie problem, kozy często mają nierówne cycki i nawet nie zwróciłabym na to uwagi, za to „wada” jaka zapisała jej się w głowie mogła mieć bardziej przykre skutki.

Przy okazji zaś wspominków o nuklearnych idiotach przypomniała mi się taka anegdotka. Otóż małżonek też doskonale pamięta okoliczności poboru Kawki, Herbaty i Małego Zła do Kanionkowa, i lubi sobie z nich zażartować, na przykład kiedy Kawka lub jej „biały pomiot” awanturują się w kolejce do ziarek, głośno wyrażając swoje pretensje, to małżonek wystawia głowę przez uchylone drzwi i mówi: „co, Kawka, tłuczonego szkła wam brakuje? No już dobrze, dobrze, zaraz utłukę i wam przyniosę w wiaderku”. Taki z niego podśmieWujek, a kozy oczywiście biorą to jego gadanie za dobrą monetę, bo jak już mówiłam – kobiety nie słuchają CO mówi małżonek, tylko JAK on mówi, i on jest jak ten dyplomata ze znanej definicji, czyli nawet jak mówi kozom, żeby poszły do diabła, to one się cieszą na podróż.

.

Kto nie umarł ze śmiechu na widok tego zdjęcia? Już Wam wyjaśniam, że owszem, to są dzieci Krychy, które już widzieliście, ale wtedy miały ledwie kilka godzin, i nie, nie zawsze wyglądają jak koziołki z zespołem Downa:

Dziękuję Wam za zaangażowanie w sprawę Upadłego Cycka Krychy – przejrzałam zasoby internetu i wciąż mam wątpliwości, nie tylko co do spolegliwości całej tej uprzęży (nie zawsze mam kozy na oku, zwłaszcza gdy eksplorują południowo-wschodnie rubieże naszej posiadłości, a krzaków i innych elementów urozmaicenia krajobrazu tu nie brakuje, więc jest się w co wplątać i o co zaczepić). Jest duża różnica w rozmiarze cycków Krystyny przed i po dojeniu, i naprawdę nie umiem sobie zwizualizować ustrojstwa, które umiałoby się do tych zmian dostosować.

Podejrzewam, że takie kozie biustonosze są produkowane w zupełnie innym celu – mają uniemożliwić koźlętom „kradzież” mleka od matki, albo podtrzymywać zbyt duże wymiona kóz, które nie karmią, i w takich przypadkach jest dużo łatwiej – „biustonosz” jest zwyczajnym workiem na cycki, w którym te cycki mogą sobie zwisać lub leżeć, podczas gdy biustonosz Krychy musiałby kurczyć się i rozciągać razem z cyckami, umożliwiać dzieciom swobodny dostęp do baru, i jednocześnie być na tyle mocny, żeby utrzymać do pięciu kilogramów towaru co najmniej 15 cm nad ziemią, i jeszcze żeby się cycki za bardzo nie bujały. A jakby tego było mało, Krycha ma cycki nierówne (ten niegdyś upadły, czyli lewy, jest dużo większy od prawego) i makabrycznie nieforemne, i najlepiej byłoby szyć tę suknię na pacjentce, ale tyle owsa to nawet Krycha nie zeżre, żebym ja zdążyła taki numer skroić i pozszywać, choćby na okrętkę. Co nie znaczy, że nie myślę, jak to zrobić. Na razie mamy tak zwane pół biedy, bo dzieciaki mają coraz śmielszy apetyt i Krycha już nie chodzi obładowana torbami jak ruska baba na rynku, a nadmiar mleka z większego cycka w każdej chwili można wydoić.

PS. Jakieś sześć do ośmiu godzin po uwolnieniu trójki szubrawców z różowej części domu: siedzimy z małżonkiem w kuchni i nagle dobiega nas wkurzone, naglące „miauu!”. I za chwilę drugie i kolejne. „Miauu” dobiega znikąd, jakby wędrowało wraz z prądami powietrza, od wywietrznika do wywietrznika, a jeśli „miauu” dobiega znikąd, to wiadomo, że ze strychu, i wiadomo, że to Kotek. I zagadka się wyjaśniła, a Kupa została oczyszczona z zarzutów, bo to nie ona nawpuszczała zwierząt do różowego. To jest stary numer Kotka, że skacze na klamkę od drugiej części domu, potem skacze na klamkę od drzwi na strych, a jak już sobie pokontempluje wystarczająco długo na strychu, to zawsze, ale to zawsze, zamierza z niego wrócić nie tymi drzwiami, którymi wszedł. I teraz też miauczał po naszej stronie, a wypuszczony żywił głęboką urazę i pretensje, że „co wam tyle czasu zajęło, ja tam już chyba od grudnia siedzę!”. I znów trzeba zamykać wszystkie drzwi na klucz, a tak długo był spokój, i oni nas wszyscy kiedyś wykończą.

.

No, a jak się Ida tak ostatnio narcystycznie przeglądała w nieruchomej tafli stawu, to ktoś ją popchnął dla draki i wpadła prosto w lodowatą otchłań lusterka, i cały dzień chodziła mokra jak szczur z miejskich kanałów, bo złapać się oczywiście nie dała, udając, że to tak właśnie miało być, i że wcale nie jest jej zimno. Śliczna była.