Ciemniejsza strona Kanionka, czyli bluzgi, nurzanie się w błocie i wstyd

Czasem myślę sobie, że jestem brzydka i zła. Nie wiem dlaczego, ale muszę być jednocześnie brzydka ORAZ zła, to mi jakoś koreluje. Nie rozczulając się jednak zbyt długo nad kwestią urody, bo przez czterdzieści ponad dwa lata czas był przywyknąć, czepiam się głównie tego, że zła. I mam do siebie o to żal i siebie za to nienawidzę. A potem sobie myślę, że halo zaraz, ale źli ludzie nie mają chyba wyrzutów sumienia? I nie robią sobie mentalnej kocówy i migreny z gwoździem w oku o to, że są źli? Przecież sama zawsze mówiłam, że źli ludzie są z siebie zazwyczaj zadowoleni, a ci najbardziej źli to na dokładkę sławni i bogaci (w sensie, że np. seryjni mordercy sławni, a ruscy mafiozi bogaci, w ten deseń). No to co jest kurde ze mną teraz, że znowu myślę: brzydka i zła? I ile razy można dochodzić do wniosku, że może tylko pierdolnięta, a to jeszcze nie tak znowu źle?

I często myślę też sobie, że o mój Porze, jestem od dawna taka pusta. Nie próżna, tylko pusta właśnie. Jak sklep „wszystko po 5 zł” – niby pełno towaru, aż się z półek wylewa, a nic kurde nie ma. Łazisz, snujesz się między regałami, bierzesz, oglądasz, odkładasz – nic konkretnego. Ani jednej przepięknej filiżaneczki z kruchej porcelany, którą przywiozła babcia z podróży do Japonii, gdzie miała romantyczny romans z japońskim wyplataczem sandałów z ryżowego papieru, gdzieś na romantycznej plaży lub nawet niech będzie, na zapleczu sklepu. Ani jednej zadrapanej z boku wiolonczeli, na której uczyła się grać dziewczynka, zanim jej ojciec zachorował, i trzeba było sprzedać wiolonczelę, żeby kupić materac przeciwodleżynowy, a dziewczynka skończyła na kasie w Biedronce. No nie ma, kurde. Jest chiński komplet igieł z naparstkiem i kapcie Heloł Kiti jadące masą bitumiczną. Brokat w spreju, komplet łyżek cedzakowych z bambusa i jakimś cudem krzywa piłka plażowa w środku zimy. Czyli wszystko po co i bez sensu.

Chciałabym być wewnętrznie piękna i bogata jak antykwariat, a jestem jak antyk i wariat, czyli dwa w jednym, a jednak osobno, i to robi tę drobną różnicę. Nie piszę do Was od trzech dni, bo siebie nienawidzę.

.

Złudzenie omnipotencji runęło gdzieś w grudniu, a że taki ze mnie mistrz życiowej Jengi, jak z wiatraka odrzutowiec, to moja długo budowana i dopiero co odzyskana równowaga okazała się być chwiejna, kulawa, i całkiem nieodporna na niespodziewane, czyli – nie owijając dłużej w papier ryżowy – śmierć koźlątka Bożeny.

Nie mam pojęcia co, jak, ani dlaczego się stało. Czekałam na dzieci Bożeny ze szczególnym napięciem i wytęsknieniem, z wielu powodów. Bożena zawsze miała piękne, zdrowe, dorodne koźlątka. Bożena zawsze była przykładną, troskliwą matką, budząc we mnie szacunek i inne takie uczucia wyższe. Bożena zimą miała taki problem, że była wg mnie za chuda, więc na osobności futrowałam ją dodatkowymi porcjami warzyw, owsa, tego jej wymarzonego Kromilka, i obserwowałam ją jak Baba Jaga Jasia i Małgosię, czy przytyła choć troszkę, czy dobrze się czuje, no wiecie, takie tam, tysiąc razy małżonkowi trucie dupy, że „Bożena coś nie wygląda”, aż małżonek wynalazł w sieci weterynarza, co się zgodził do nas i kozy przyjechać, i to w środku zimy.

I ten weterynarz osłuchał Bożenę, stwierdził lekkie szmery w jednym płucu, dał jej antybiotyk, a potem wysłuchał mnie, że a niech pan spojrzy jeszcze na tę, a tamta też jakaś niewyraźna, i po pięciu minutach interakcji zapytał mnie wprost, choć nie użył właściwego zaimka: „a nie mamy przypadkiem jakichś problemów z samooceną, hm? Nie przejmujemy się za bardzo byle pierdołą? Bo ja tu nie widzę żadnego problemu poza tym, że pani się wykończy. Ma pani ładne, zdrowe stado. Pani nie wie, jak wyglądają zaniedbane zwierzęta, a ja wiem, bo niech mi pani wierzy, dużo w życiu widziałem”.

Małżonek się wtedy nie posiadał z radości i zwykłego ubawu po pachy, bo „zobacz”, powiedział, „facet zna cię PIĘĆ MINUT i mówi to, co ja ci powtarzam od dwunastu lat”. No to wróćmy do tego, że nie wiem dlaczego. Bożena z czasem odzyskała humor, i nawet utrzymała pozycję w stadzie, a w kwietniu to i ja musiałam przyznać, że już nie ma się czego czepiać, wygląda dobrze. I czekałam na te dzieciaki, żywiąc cichą nadzieję, że jak zawsze Bożena obdarzy nas uroczą parką, a to znaczy, że i dziewczynką, która będzie piękna, mądra i odważna jak matka. Dzień przed porodem ostatni raz macałam ją po brzuchu, bo było już trzy dni po terminie zapisanym w zeszycie, ale wciąż w terminie przewidzianym kozią biologią, a że w środku coś ochoczo przebierało kopytkami, to byłam spokojna, a nawet szczęśliwa. Czekałam, wiedząc, że to już, zaraz, i ciesząc się, że wszystko dobrze.

Rano zamknęłam Bożenę w pokoju dziecięcym, podścieliłam świeżą słomą, doniosłam sianka, napełniłam wodą poidło – jak zawsze. Bożena była spokojna, ja trochę mniej, ale to u mnie normalne. Zajrzałam jej tu i ówdzie i uznałam, że „na pewno dziś, ale jeszcze nie teraz”, i że będę, jak zawsze, zaglądać do niej co godzinkę. Zajrzałam raz – stan bez zmian. Przyniosłam Bożenie trochę ziarek, bo wszyscy inni dostali, i bo a nuż będzie miała ochotę, no i miała, bo w sumie kiedy ona nie miała? Gdy wybrałam się zajrzeć drugi raz, poszedł ze mną małżonek, bo akurat miał po drodze. I coraz trudniej mi składać zdania do kupy. Przez szczebelki pokoju dziecięcego zobaczyłam leżące koźlątko i stojącą nad nim Bożenę, małżonek był za mną, i usłyszał najpierw „ojej, Bożenka, to już?”, a ułamek sekundy później: „o nie, coś jest nie tak”.

Ten ułamek sekundy, w którym moje serce z fontanny pompującej gorącą czekoladę zmieniło się w kamień w lodowej glazurze, był jednocześnie ostatnim ułamkiem sekundy, przez jaki żywiłam nadzieję, że źle widzę, że znów panikuję, a przecież to jakaś bzdura, absurd jakiś, bo MUSI być wszystko dobrze. Ten ułamek sekundy chciał pokonać prawa fizyki i trwać nawet wtedy, gdy minęły już inne sekundy, których nie pamiętam, gdy byłam już w środku, dotknęłam koźlęcia, poczułam, że jest zimne, i że to wszystko jest nieodwracalne, choć przecież, na litość boską, niemożliwe. I Bożena myślała tak samo. Wylizywała koźlątko, gadając do niego po koziemu, po matczynemu, że wstawaj, mała, mamusia cię wyrychtuje, zaraz będzie ci ciepło, mam dla ciebie tonę mleka, no dawaj, moja śliczna.

Naprawdę była śliczna. Łaciata. Duża. Wszystko miała jak trzeba. Wszystko było gotowe i dopieszczone do ostatniego kopytka. Tylko coś zgubiła, zanim się jeszcze sama na tym świecie odnalazła. Kod dostępu, przepustkę, duszę, co tam kto uważa. I Bożena nie mogła tego zrozumieć, ja też nie, a nawet gdybym rozumiała, nie umiałabym jej wytłumaczyć, dlaczego pomimo uporczywego wylizywania i szturchania nosem, to koźlątko nie wstaje. Patrzyłam na nie, jakbym mogła je zmusić do życia samą siłą woli, ale po twarzy już płynęły łzy, a gdy Bożena spojrzała na mnie tymi wielkimi, wytrzeszczonymi z wysiłku i niedowierzania oczami, całkiem się rozpadłam, roztrzęsłam i powtarzałam tylko: „przepraszam, Bożena, że mnie tu nie było, nie wiem co się stało, przepraszam cię”, a ona jakoś z rozpędu, z szoku może, wylizała też moją twarz, i zaraz znów wróciła do lizania córki.

Małżonek mnie stamtąd wyciągnął i postanowiliśmy, że nie zabierzemy małej od razu, że damy Bożenie możliwość zorientowania się, że ten dzieciak nigdy nie wstanie. Nie chcieliśmy, żeby myślała, że zabraliśmy jej dziecko i łudziła się, że może oddamy. Zły, czy dobry, ten pomysł nie przyniósł żadnej zmiany. Dwie godziny później Bożena nadal przemawiała do swojego dziecka, a przerażenie w jej głosie było namacalne. Zabraliśmy. Przyniosłam Bożenie suchy chlebek, który zjadła chętnie, bo to Bożena, ale gdy obejrzała się za siebie i odkryła, że koźlątko zniknęło, natychmiast wpadła w rozpacz i rzucała mi pytające spojrzenia, przenosząc wzrok z mokrego miejsca na ściółce na moją twarz, a ja mogłam tylko uklęknąć przy niej i płakać, próbując coś wytłumaczyć, pocieszyć, powiedzieć coś bez sensu, matkoświęta, jak ja mam ci to wynagrodzić, Bożena?

Po sześciu godzinach wydawało mi się, że już nie będę więcej płakać, bo nie mam siły. Bo zadałam w próżnię już wszystkie idiotyczne pytania z gatunku „dlaczego”. Dlaczego akurat Bożena? Są takie kozy w naszym stadzie, które aż tak by się nie przejęły. Bożena jest bardzo, bardzo uczuciowa. Kontaktowa. Nie, że ja mam coś z głową, bo nawet małżonek przyznaje, że Bożena jest inna od innych, a jego postrzeganie kóz zalicza się raczej do kategorii „tolerancja”, niż „miłość na zabój i braterstwo krwi”. Dlaczego ona znów miała pecha? Pierwszy syn zginął tragicznie, drugi zaginął bez wieści, a teraz nie ma nawet drugiego koźlęcia na pociechę. Dlaczego mnie tam nie było? Dlaczego nie poszłam pięć, dziesięć, dwadzieścia minut wcześniej? Może by to coś zmieniło, może zmieniłoby WSZYSTKO?

Wieczorem trzeba było wydoić Bożenę z tych dwóch litrów siary, które rozsadzały jej cycki, i wtedy się okazało, że jednak dalej mogę płakać, Bożena zresztą też. Na drugi dzień ona wciąż szukała, ja już byłam całkiem zgubiona. Kwestię tego, czy to moja wina, czy nie moja wina, przerobiłam ze sto pięćdziesiąt razy. Małżonek uważa, że nie moja wina, bo mogłam tam z Bożeną siedzieć nawet i sześć godzin, wyjść na siku, i po powrocie odkryć, że los i tak zrealizował swój podły scenariusz. Ja uważam, że „no ale jednak…”. Z tym że zdaję sobie sprawę, że to nieistotne już. Bożena ma się lepiej, pasła się wczoraj ze stadem na łące, śpi ze swoją Małgośką (a taka na przykład Aranka i Krówko to już od dawna dwa odrębne byty), w przyszłym roku znów będzie miała koźlęta. Ja mam do siebie mnóstwo innych pretensji.

Nienawidzę siebie za to, że to wszystko tak przeżywam, podczas gdy ludzie mają większe zmartwienia, ba – nawet ja mam większe zmartwienia, i na co mi trzy dni łażenia po sklepie „wszystko po pięć złotych”, gdy życie leci dalej, nawet jeśli wiosna zaspała pijana gdzieś za krzakiem, i szmata ani myśli wnieść w nasze życie trochę ciepła i nadziei, i trzeba pracować i iść do przodu. I nienawidzę siebie za to, że zamiast iść do lekarza i poprosić: „te tabletki, co dają szczęście, a jeśli chwilowo wyszły, to te na rozum”, to ja tu kurwa siedzę i się nurzam, i ten smutny, brzydki ryj smaruję tym błotem marki „Dlaczego”, wklepuję w płaską, użebrzoną pierś piekący balsam „Wszystko Chuj” i zwilżam usta wodą marki „Zdechlanka”. Stara baba i taki wstyd.

Bardzo Was przepraszam. Ale gdy to wszystko napisałam, jakoś mi lepiej. Tylko znów się zastanawiam, czy to aby na pewno dobry pomysł, co tak wszyscy chętnie i namiętnie powtarzają, że trzeba w życiu być sobą, bo ja bym jednak często chciała być kimś innym.

1 2 3 4