Ciemniejsza strona Kanionka, czyli bluzgi, nurzanie się w błocie i wstyd

Czasem myślę sobie, że jestem brzydka i zła. Nie wiem dlaczego, ale muszę być jednocześnie brzydka ORAZ zła, to mi jakoś koreluje. Nie rozczulając się jednak zbyt długo nad kwestią urody, bo przez czterdzieści ponad dwa lata czas był przywyknąć, czepiam się głównie tego, że zła. I mam do siebie o to żal i siebie za to nienawidzę. A potem sobie myślę, że halo zaraz, ale źli ludzie nie mają chyba wyrzutów sumienia? I nie robią sobie mentalnej kocówy i migreny z gwoździem w oku o to, że są źli? Przecież sama zawsze mówiłam, że źli ludzie są z siebie zazwyczaj zadowoleni, a ci najbardziej źli to na dokładkę sławni i bogaci (w sensie, że np. seryjni mordercy sławni, a ruscy mafiozi bogaci, w ten deseń). No to co jest kurde ze mną teraz, że znowu myślę: brzydka i zła? I ile razy można dochodzić do wniosku, że może tylko pierdolnięta, a to jeszcze nie tak znowu źle?

I często myślę też sobie, że o mój Porze, jestem od dawna taka pusta. Nie próżna, tylko pusta właśnie. Jak sklep „wszystko po 5 zł” – niby pełno towaru, aż się z półek wylewa, a nic kurde nie ma. Łazisz, snujesz się między regałami, bierzesz, oglądasz, odkładasz – nic konkretnego. Ani jednej przepięknej filiżaneczki z kruchej porcelany, którą przywiozła babcia z podróży do Japonii, gdzie miała romantyczny romans z japońskim wyplataczem sandałów z ryżowego papieru, gdzieś na romantycznej plaży lub nawet niech będzie, na zapleczu sklepu. Ani jednej zadrapanej z boku wiolonczeli, na której uczyła się grać dziewczynka, zanim jej ojciec zachorował, i trzeba było sprzedać wiolonczelę, żeby kupić materac przeciwodleżynowy, a dziewczynka skończyła na kasie w Biedronce. No nie ma, kurde. Jest chiński komplet igieł z naparstkiem i kapcie Heloł Kiti jadące masą bitumiczną. Brokat w spreju, komplet łyżek cedzakowych z bambusa i jakimś cudem krzywa piłka plażowa w środku zimy. Czyli wszystko po co i bez sensu.

Chciałabym być wewnętrznie piękna i bogata jak antykwariat, a jestem jak antyk i wariat, czyli dwa w jednym, a jednak osobno, i to robi tę drobną różnicę. Nie piszę do Was od trzech dni, bo siebie nienawidzę.

.

Złudzenie omnipotencji runęło gdzieś w grudniu, a że taki ze mnie mistrz życiowej Jengi, jak z wiatraka odrzutowiec, to moja długo budowana i dopiero co odzyskana równowaga okazała się być chwiejna, kulawa, i całkiem nieodporna na niespodziewane, czyli – nie owijając dłużej w papier ryżowy – śmierć koźlątka Bożeny.

Nie mam pojęcia co, jak, ani dlaczego się stało. Czekałam na dzieci Bożeny ze szczególnym napięciem i wytęsknieniem, z wielu powodów. Bożena zawsze miała piękne, zdrowe, dorodne koźlątka. Bożena zawsze była przykładną, troskliwą matką, budząc we mnie szacunek i inne takie uczucia wyższe. Bożena zimą miała taki problem, że była wg mnie za chuda, więc na osobności futrowałam ją dodatkowymi porcjami warzyw, owsa, tego jej wymarzonego Kromilka, i obserwowałam ją jak Baba Jaga Jasia i Małgosię, czy przytyła choć troszkę, czy dobrze się czuje, no wiecie, takie tam, tysiąc razy małżonkowi trucie dupy, że „Bożena coś nie wygląda”, aż małżonek wynalazł w sieci weterynarza, co się zgodził do nas i kozy przyjechać, i to w środku zimy.

I ten weterynarz osłuchał Bożenę, stwierdził lekkie szmery w jednym płucu, dał jej antybiotyk, a potem wysłuchał mnie, że a niech pan spojrzy jeszcze na tę, a tamta też jakaś niewyraźna, i po pięciu minutach interakcji zapytał mnie wprost, choć nie użył właściwego zaimka: „a nie mamy przypadkiem jakichś problemów z samooceną, hm? Nie przejmujemy się za bardzo byle pierdołą? Bo ja tu nie widzę żadnego problemu poza tym, że pani się wykończy. Ma pani ładne, zdrowe stado. Pani nie wie, jak wyglądają zaniedbane zwierzęta, a ja wiem, bo niech mi pani wierzy, dużo w życiu widziałem”.

Małżonek się wtedy nie posiadał z radości i zwykłego ubawu po pachy, bo „zobacz”, powiedział, „facet zna cię PIĘĆ MINUT i mówi to, co ja ci powtarzam od dwunastu lat”. No to wróćmy do tego, że nie wiem dlaczego. Bożena z czasem odzyskała humor, i nawet utrzymała pozycję w stadzie, a w kwietniu to i ja musiałam przyznać, że już nie ma się czego czepiać, wygląda dobrze. I czekałam na te dzieciaki, żywiąc cichą nadzieję, że jak zawsze Bożena obdarzy nas uroczą parką, a to znaczy, że i dziewczynką, która będzie piękna, mądra i odważna jak matka. Dzień przed porodem ostatni raz macałam ją po brzuchu, bo było już trzy dni po terminie zapisanym w zeszycie, ale wciąż w terminie przewidzianym kozią biologią, a że w środku coś ochoczo przebierało kopytkami, to byłam spokojna, a nawet szczęśliwa. Czekałam, wiedząc, że to już, zaraz, i ciesząc się, że wszystko dobrze.

Rano zamknęłam Bożenę w pokoju dziecięcym, podścieliłam świeżą słomą, doniosłam sianka, napełniłam wodą poidło – jak zawsze. Bożena była spokojna, ja trochę mniej, ale to u mnie normalne. Zajrzałam jej tu i ówdzie i uznałam, że „na pewno dziś, ale jeszcze nie teraz”, i że będę, jak zawsze, zaglądać do niej co godzinkę. Zajrzałam raz – stan bez zmian. Przyniosłam Bożenie trochę ziarek, bo wszyscy inni dostali, i bo a nuż będzie miała ochotę, no i miała, bo w sumie kiedy ona nie miała? Gdy wybrałam się zajrzeć drugi raz, poszedł ze mną małżonek, bo akurat miał po drodze. I coraz trudniej mi składać zdania do kupy. Przez szczebelki pokoju dziecięcego zobaczyłam leżące koźlątko i stojącą nad nim Bożenę, małżonek był za mną, i usłyszał najpierw „ojej, Bożenka, to już?”, a ułamek sekundy później: „o nie, coś jest nie tak”.

Ten ułamek sekundy, w którym moje serce z fontanny pompującej gorącą czekoladę zmieniło się w kamień w lodowej glazurze, był jednocześnie ostatnim ułamkiem sekundy, przez jaki żywiłam nadzieję, że źle widzę, że znów panikuję, a przecież to jakaś bzdura, absurd jakiś, bo MUSI być wszystko dobrze. Ten ułamek sekundy chciał pokonać prawa fizyki i trwać nawet wtedy, gdy minęły już inne sekundy, których nie pamiętam, gdy byłam już w środku, dotknęłam koźlęcia, poczułam, że jest zimne, i że to wszystko jest nieodwracalne, choć przecież, na litość boską, niemożliwe. I Bożena myślała tak samo. Wylizywała koźlątko, gadając do niego po koziemu, po matczynemu, że wstawaj, mała, mamusia cię wyrychtuje, zaraz będzie ci ciepło, mam dla ciebie tonę mleka, no dawaj, moja śliczna.

Naprawdę była śliczna. Łaciata. Duża. Wszystko miała jak trzeba. Wszystko było gotowe i dopieszczone do ostatniego kopytka. Tylko coś zgubiła, zanim się jeszcze sama na tym świecie odnalazła. Kod dostępu, przepustkę, duszę, co tam kto uważa. I Bożena nie mogła tego zrozumieć, ja też nie, a nawet gdybym rozumiała, nie umiałabym jej wytłumaczyć, dlaczego pomimo uporczywego wylizywania i szturchania nosem, to koźlątko nie wstaje. Patrzyłam na nie, jakbym mogła je zmusić do życia samą siłą woli, ale po twarzy już płynęły łzy, a gdy Bożena spojrzała na mnie tymi wielkimi, wytrzeszczonymi z wysiłku i niedowierzania oczami, całkiem się rozpadłam, roztrzęsłam i powtarzałam tylko: „przepraszam, Bożena, że mnie tu nie było, nie wiem co się stało, przepraszam cię”, a ona jakoś z rozpędu, z szoku może, wylizała też moją twarz, i zaraz znów wróciła do lizania córki.

Małżonek mnie stamtąd wyciągnął i postanowiliśmy, że nie zabierzemy małej od razu, że damy Bożenie możliwość zorientowania się, że ten dzieciak nigdy nie wstanie. Nie chcieliśmy, żeby myślała, że zabraliśmy jej dziecko i łudziła się, że może oddamy. Zły, czy dobry, ten pomysł nie przyniósł żadnej zmiany. Dwie godziny później Bożena nadal przemawiała do swojego dziecka, a przerażenie w jej głosie było namacalne. Zabraliśmy. Przyniosłam Bożenie suchy chlebek, który zjadła chętnie, bo to Bożena, ale gdy obejrzała się za siebie i odkryła, że koźlątko zniknęło, natychmiast wpadła w rozpacz i rzucała mi pytające spojrzenia, przenosząc wzrok z mokrego miejsca na ściółce na moją twarz, a ja mogłam tylko uklęknąć przy niej i płakać, próbując coś wytłumaczyć, pocieszyć, powiedzieć coś bez sensu, matkoświęta, jak ja mam ci to wynagrodzić, Bożena?

Po sześciu godzinach wydawało mi się, że już nie będę więcej płakać, bo nie mam siły. Bo zadałam w próżnię już wszystkie idiotyczne pytania z gatunku „dlaczego”. Dlaczego akurat Bożena? Są takie kozy w naszym stadzie, które aż tak by się nie przejęły. Bożena jest bardzo, bardzo uczuciowa. Kontaktowa. Nie, że ja mam coś z głową, bo nawet małżonek przyznaje, że Bożena jest inna od innych, a jego postrzeganie kóz zalicza się raczej do kategorii „tolerancja”, niż „miłość na zabój i braterstwo krwi”. Dlaczego ona znów miała pecha? Pierwszy syn zginął tragicznie, drugi zaginął bez wieści, a teraz nie ma nawet drugiego koźlęcia na pociechę. Dlaczego mnie tam nie było? Dlaczego nie poszłam pięć, dziesięć, dwadzieścia minut wcześniej? Może by to coś zmieniło, może zmieniłoby WSZYSTKO?

Wieczorem trzeba było wydoić Bożenę z tych dwóch litrów siary, które rozsadzały jej cycki, i wtedy się okazało, że jednak dalej mogę płakać, Bożena zresztą też. Na drugi dzień ona wciąż szukała, ja już byłam całkiem zgubiona. Kwestię tego, czy to moja wina, czy nie moja wina, przerobiłam ze sto pięćdziesiąt razy. Małżonek uważa, że nie moja wina, bo mogłam tam z Bożeną siedzieć nawet i sześć godzin, wyjść na siku, i po powrocie odkryć, że los i tak zrealizował swój podły scenariusz. Ja uważam, że „no ale jednak…”. Z tym że zdaję sobie sprawę, że to nieistotne już. Bożena ma się lepiej, pasła się wczoraj ze stadem na łące, śpi ze swoją Małgośką (a taka na przykład Aranka i Krówko to już od dawna dwa odrębne byty), w przyszłym roku znów będzie miała koźlęta. Ja mam do siebie mnóstwo innych pretensji.

Nienawidzę siebie za to, że to wszystko tak przeżywam, podczas gdy ludzie mają większe zmartwienia, ba – nawet ja mam większe zmartwienia, i na co mi trzy dni łażenia po sklepie „wszystko po pięć złotych”, gdy życie leci dalej, nawet jeśli wiosna zaspała pijana gdzieś za krzakiem, i szmata ani myśli wnieść w nasze życie trochę ciepła i nadziei, i trzeba pracować i iść do przodu. I nienawidzę siebie za to, że zamiast iść do lekarza i poprosić: „te tabletki, co dają szczęście, a jeśli chwilowo wyszły, to te na rozum”, to ja tu kurwa siedzę i się nurzam, i ten smutny, brzydki ryj smaruję tym błotem marki „Dlaczego”, wklepuję w płaską, użebrzoną pierś piekący balsam „Wszystko Chuj” i zwilżam usta wodą marki „Zdechlanka”. Stara baba i taki wstyd.

Bardzo Was przepraszam. Ale gdy to wszystko napisałam, jakoś mi lepiej. Tylko znów się zastanawiam, czy to aby na pewno dobry pomysł, co tak wszyscy chętnie i namiętnie powtarzają, że trzeba w życiu być sobą, bo ja bym jednak często chciała być kimś innym.

Rąbek cycka u spódnicy, czyli cuda Krystyny i kołki pasztetowe

Początek marca bieżącego roku:

–  Ło ło ło ło ło! Ło ło! – awanturuje się Pasztedzik.
–  Weź spadaj, obleńcu – warczy Pusia. – Nie lubię cię, i nie wiem po co ona cię tu w ogóle przytargała.
–  Ło łoo? – zawodzi smutno Pasztedzik.
–  I naucz się mówić, bo nikt nie rozumie twojego bełkotu.

Pasztedzik zasępia się, ale tylko na chwilę, bo z natury jest pogodnym zwierzątkiem.

–  O któlej tu dajo jedzonko? – pyta najuprzejmiej jak potrafi.
–  Bosz… Co za wieśniak – Pusia zakrywa oczy łapami. – Teraz już wiem, dlaczego śmierdzisz sianokiszonką. NAM dają jeść około dziewiętnastej, a tobie to nie wiem, może w ogóle nie powinni, bo jesteś spuchnięty i obły, jak śląska klucha. Nic dziwnego, że nazwali cię „pasztet”.
–  Pass… Pas… Pastedzik! – woła dumnie mały. – Nazywam się Pastedzik!
–  Tedzik-sredzik – mruczy Pusia, zwija się w kulkę i natychmiast zasypia, jak to tylko psy potrafią.

 

Tak, to się nazywa RĄBEK TAJEMNICY, i nic więcej nie powiem, i nawet nie wiem, kiedy będzie Wam dane poznać całą historię Pasztedzika, bo to nie zależy ode mnie – ona się musi sama napisać (Wersjo – przepraszam. Ale popatrz na to od innej strony – gdy wszyscy już będą dawno po niespodziance, przed Tobą wciąż będzie ta cała radość z nowego odkrycia! A poza tym to NAPRAWDĘ nie jest królik, ani nawet prosiątko, choć teraz sama żałuję. I cała zabawa polega na tym, że Wy tam sobie obgryzacie paznokcie do kości i wyłazicie ze skóry z ciekawości, a ja tu siedzę, podła i zła, i zacieram ręce, że nareszcie mam jakąś tajemnicę, bo przecież tak poza tym to wszystko Wam mówię jak na spowiedzi).

A tymczasem budzę się wczoraj…

Czy ktoś z Państwa ma w domu sennik staroegipski, albo marsjański, albo nie wiem – dotąd niepublikowane zapiski Freuda, które mogłyby wyjaśnić co, a przede wszystkim DLACZEGO mi się śniło? Bo śniło mi się tak:

Byłam znów w swojej starej robocie, na jakimś kolejnym kontrakcie, czekaliśmy na przybycie przedstawicieli zagranicznego kontrahenta w sali konferencyjnej, która z jakiegoś powodu była obszerną restauracją z tarasem wychodzącym na przejazd kolejowy, i była tam masa ludzi, a oprócz nich dyrektor kontraktu, nasza prawniczka, jak zawsze czarująco piękna i elegancka, tylko na głowie miała jakieś niepraktyczne kuriozum, co wyglądało jak skrzyżowanie woalki z konfesjonałem, no i oczywiście ja, i jakaś niby moja asystentka, której kompletnie nie znałam. I tak sobie czekaliśmy, konwersując o niczym (dyrektor oczywiście z prawniczką, i pamiętam jeszcze, że sobie pomyślałam, że przecież zza tej skrzynki na głowie w ogóle nie widać twarzy prawniczki, która była jej największym atutem, i czy dyrektor nie czuje się trochę oszukany, będąc pozbawionym przyjemności z tej rozmowy), gdy na salę konferencyjną wdarł się jakiś wariat, którym to właśnie JA miałam się zająć, i wariat ten, krzycząc i płacząc na przemian, wyciągnął mnie przez drzwi na taras, a z tarasu na przejazd kolejowy, i oskarżycielskim palcem wskazał kolorową, plastikową lokomotywę, z równie plastikowymi i kolorowymi wagonikami, stojącą na torach, i wrzasnął, krztusząc się własnymi łzami, że on chciał PRAWDZIWĄ CIUCHCIĘ, a nie takie coś! I mi tłumaczył, kurczowo ściskając mój rękaw od koszuli, że on ma pieniądze, ale tylko ten sekret ze swojego życia zdążył mi przekazać, gdyż zaraz przylecieli sokiści z pianą na ustach, że mamy zabierać ten badziew z torów, bo za chwilę przyjedzie prawdziwy pociąg, a wtedy, jak to bywa w snach, tajemnicza siła przeniosła mnie do lśniącej limuzyny, której kierowcą był małżonek, i pojechaliśmy na czyjś ślub, i tam już wszystko było prawie normalne, panna młoda w białej sukni, cała rumiana i promieniejąca szczęściem, no tylko że pan młody miał do nosa przyczepiony długi, czarny balon, którym czule całował czółko ukochanej…

I tu zadzwonił budzik, film się urwał, i moje pytanie brzmi: CO TO WSZYSTKO ZNACZY?

.

To tyle sennych marzeń, a teraz zwykła, codzienna rzeczywistość. Wzięłam sobie Irenę na dojalnicę i doję tej jej niechciany przez latorośl cycek, gdy do warsztatu wpada małżonek z pytaniem, czy trzeba pomóc (niektóre kozy, zwłaszcza pierwiastki, mają w zwyczaju kopać i podskakiwać podczas dojenia, i wtedy małżonek trzyma je za nadobne stópki, żeby już nie fikały). Mówię, że na razie nie, bo Irena to dobra koza, ale pomoc przyda mi się przy Eli, więc małżonek zostaje i czeka, grzebiąc od niechcenia w przepastnych kieszeniach wyłysiałego, skórzanego płaszcza. Doję sobie, doję… Nagle małżonek wyciąga z kieszeni garść drobnych akcesoriów monterskich, na jego twarzy pojawia się blask, i to jest proszę Państwa dobrze mi znany blask WENY TWÓRCZEJ, i się nie mylę, bo z ust małżonka już płynie pieśń, idąca jakoś tak:


Gdy nad mrocznym jeziorem ujrzałem
szóstą księżyca wznowę
poznałem orła
poznałem sowę
miałem w kieszeni
kołki rozporowe
rozpo-rowe
rozpo-rowe!


Dostałam czkawki ze śmiechu, a Irena zakrztusiła się owsem, ale ona to nie na okoliczność tego tekstu, bo nie takie teksty Irena w życiu wymyślała, tylko z powodu wokalu małżonka, bo zapomniałam dodać, że utwór był śpiewany metalowym growlem. I jeśli Państwo teraz sobie wzdychają, że jaka szkoda, że nie macie pojęcia, jak brzmi metalowy growl małżonka, to mam dla Was niespodziankę, czyli jeden z wielu utworów skomponowanych i wykonanych w całości przez tegoż właśnie małżonka, tylko lojalnie uprzedzam – nie słuchajcie tego w pracy, bo w najlepszym razie Was zwolnią w trybie dyscyplinarnym, a w najgorszym wezwą egzorcystę, czyli obciach na cały zakład.

.

.

Ja się wcale nie chwalę, bo to nie ja zrobiłam, ale na uwagę zasługuje fakt, że ten oraz wiele innych utworów to dzieło w całości wykonane przez jednego człowieka, w warunkach domowych. A dla tych, co zatrzymali odtwarzanie po pięciu sekundach (ja rozumiem i się nie gniewam, ja też mam nerwicę lękową), coś zgoła odmiennego, czyli piękne, nastrojowe intro łamane przez solo, również autorstwa wspomnianego wyżej autora:

.

.

No przy tym to Irena by się popłakała ze wzruszenia, ale pech chciał, że akurat musiała trafić na pieśń o kołkach rozporowych.

.

A jeśli już się Państwo pozbierali z podłogi i tego całego wrażenia, to zupełnie niepotrzebnie, bo oto nadciągają kolejne cuda! Otóż i przeto powiadam Państwu, że stała się rzecz, co do której ja do samego końca miałam wątpliwości, że słowo stanie się ciałem, no ale właśnie się stało, a mianowicie – warsztat łamane przez graciarnia łamane przez składzik narzędzi ogrodniczych, przestał istnieć. Nie ma. Przez ponad sześć lat był, a teraz nie ma! Kozy nam go zabrały, a małżonka „ja wiedziałem, że tak będzie” ostatecznie się dokonało.

Ta szafa widoczna w narożniku to zrobiona przez małżonka obudowa silnika dojarki – kozoodporna, a jednocześnie demontowalna w pięć sekund. A tu taki płotek, broniący dostępu do części w której stoi dojalnica (i podręczny zapas ziarna):

Jedna ze „sztachet” to złamane stylisko od łopaty, które w ten sposób dostało nowe życie.

Powiem Wam, że kozy były W SZOKU. Nie dlatego, że nagle podwoił im się metraż, nie. W ogóle ich to nie wzruszyło, tylko… GDZIE DO CHOLERY SĄ ZIARKA?! Biegały po całym pomieszczeniu węsząc i zaglądając we wszystkie kąty, z oczami jak pięć złotych, a Ziokołka to w ogóle wmurowało na środku dawnego warsztatu i wyglądał jak wypchany – nawet oczy szkliły mu się jak dwa plastikowe paciorki. Taki szok. Takie niedowierzanie. Taki skandal! No bo warsztat do tej pory był kozim ekwiwalentem bursztynowej komnaty – tam zawsze były ziarka, a kto się dostał do środka (zaproszony, czy nie), ten ziarka otrzymał, i to było PIĘKNE, a teraz? Słoma, woda, sianko, i ani śladu owsa. Żal.

Wraz z kozami pojawiły się też pierwsze akty wandalizmu:

Irenie się wydaje, że ja nie wiem, kto to napisał, pff. Tylko ona pisze „głupi” bez „ł”, a gdyby miała więcej czasu, napisałaby jeszcze coś o „ofcach”, no ale czasu nie było, bo to była tylko runda próbna, po której małżonek wrócił do roboty przy zabezpieczeniach (drzwi pancerne, żelazne sztaby, podwójne łańcuchy, wzmocnione haki, fosa z ostrokołem itp.). A skąd wiem, że kozy mają w nosie poprawę warunków bytowych i całkiem nowy lokal bez czynszu i prawnych kruczków? Ano stąd, że wczoraj już miały okazję sobie wybrać, która gdzie śpi (drzwi do obydwu części obory otwarte aż do 22:00, światło w obu zapalone), i cóż – wszystkie wolały stare śmieci, a nowy lokal świecił lampą jarzeniową i wielką pustką. Ale one się jeszcze przekonają, a jak nie, to sami zdecydujemy, kto gdzie będzie spał. I oczywiście w nowej koziarni też będą paśniki, tylko ostatnie metry siatki nam wyszły i trzeba pojechać po więcej, będą kostki do lizania i w ogóle wszystko.

.

A zanim pokażę Wam całkiem nowe koziołki, jeszcze kilka zdjęć tych „starych”. Oto synek Małego Zła, już nie taki mroczny, jak się wydawało:

Oraz jeden z trzech synów Kawki, ten grafitowy (małżonek nazywa go Ołówkiem), który chwilami przypomina osiołka:

I bardzo lubi się przeciągać:

Tu jeszcze takie tam, małe zebranie koziego przedszkola, celem omówienia najważniejszych spraw, czyli m. in. „jak wprawiać w zakłopotanie nasze matki, udając, że jest się cudzym dzieckiem”, oraz „jak wystrychnąć Kanionka na dudka – milion przezabawnych sposobów”:

Aha, kolorowe rogi Idy urosły o centymetr lub dwa, i widać coraz wyraźniej, że Ida ma szansę na tytuł najbardziej oryginalnej kozy w naszym stadzie:

I jeszcze kilka fotek z wypasu. Panowie na jednej łące:

Panie na drugiej:

Trochę to trwało, ale teraz wszyscy są zadowoleni, każdy ma stado, do którego przynależy, i nikt nie czuje się poszkodowany.

.

A w sobotę koło południa, Krówko zajrzała do mojego zeszytu, spojrzała na kozi kalendarz, westchnęła, że to już, poszła do pokoju dziecięcego i zaczęła przygotowania do porodu, które u moich kóz nie są zbyt skomplikowane – trzeba po prostu zająć odpowiednią miejscówkę i parskać na wszystkich ostrzegawczo, że „ani mi się waż tu włazić, ja tu zaraz będę robić koziołki”, i to w sumie tyle. Ja mam trochę więcej roboty, bo to sianka trzeba przynieść, wodę w poidle zmienić, czystej słomy podścielić, założyć drzwiczki na zawiasy, żeby parskającą delikwentkę uspokoić, że lokal jest do jej wyłącznej dyspozycji, no i oczywiście denerwować się za nią i za siebie. O, tak wyglądała na godzinę przed porodem, cała gotowa:

Charakterystycznie „złamany” ogonek:

Chciałam zrobić lepsze ujęcie, ale co kucnęłam za kozią dupą, to zaraz miałam przed nosem kozi pysk z rogami, parskający pytająco: „czo ty tu wyprawiasz, pokaż czo tam masz, to może być niebezpieczne, a ja tu zaraz będę robić koziołki!”. No więc lepszego ujęcia nie zrobiłam, za to Krówko zrobiła takie o:

Dwa dorodne samce, OCZYWIŚCIE. Jedyna pociecha, że jeden z nich nie jest kolejną kopią Pacanka. Chłopaki urodziły się tak duże i zaradne, że już na drugi dzień Krówko bez stresu poszła sobie szamać świerkowe gałązki:

A chłopaki spali grzecznie w kąciku, gdzie ich matka zostawiła:

Dla Ireny to by było nie do pomyślenia! Przez kilka dni siedziała z Idą w koziarni, musiałam jej dostarczać sianko, ziarka i wodę, i siedziałaby tam pewnie i dwa tygodnie, gdybym jej w końcu siłą nie wypchnęła razem z dzieciakiem, żeby sobie słoneczka zażyły, bo akurat była ładna pogoda, a i dla dzieciaka lepiej, gdy się zacznie socjalizować z rówieśnikami, zamiast siedzieć w burym kącie ze znerwicowaną starą.

.

No i tak sobie z małżonkiem kiwaliśmy smutno głowami, że oto wybiła pechowa trzynastka chłopaków i nadal tylko cztery dziewczyny, i że niech diabli porwą tego Pacanka, gdy w zeszyt Kanionka zajrzała Wielka Krycha z upadłym cycem, a było to w poniedziałek 24 kwietnia, i choć ona też przyniosła na świat kopię Pacanka, to miała tę odrobinę litości w sercu, by dać nam dodatkowo jedną Małą Krysię:

Mała Krysia jest tak na oko dwa razy mniejsza od Wielkiego Krystyna, i trochę nieśmiała, więc na razie tylko tyle zdjęć dla Was zrobiłam, a najwspanialszą wiadomość zostawiłam na koniec. Otóż, OTÓŻ! Upadły Cyc powstał, odrzucił wizję dożywotniej renty i produkuje mleko! To znaczy na razie siarę, no ale skoro jest siara, zamiast podejrzanego płynu, to będzie i mleko, i mogę zaprzestać łamania sobie głowy nad sposobami na odciągnięcie uwagi dzieci od Niedobrego Cycka.

.

Kamień spadł mi z serca, naprawdę. Jeszcze w styczniu tego roku, po raz chyba piąty musiałam zdoić z Upadłego Cyca pół litra tego dziwnego płynu, który się w nim zbierał, bo Cyc był zimny, zima też była zimna, i bałam się, że Kryśce ten cycek z zawartością zwyczajnie zamarznie i odpadnie na wiosnę jak sopel od rynny. Na dodatek, w Cycu Upadłym nie dało się wyczuć ani kawałka tkanki, ani orzeszka gruczołu mlekowego – po wydojeniu płynu Cyc wisiał pusty od dołu do góry, jak długa, smutna, skórzana skarpetka. Ile razy wypowiedziałam słowa: „z tego cycka to chyba jednak nic nie będzie”, to tylko małżonek wie, i na szczęście tyle razy się myliłam. Na nieszczęście zaś…

.

.

Tak wyglądały cycki Krychy już na dobre dwa tygodnie przed porodem. Serce się ściskało, gdy człek na to patrzył, bo to nie tylko ogromny dla kozy ciężar, i utrudnienie przy chodzeniu (raz Krycha próbowała podbiec, i mało sobie zębów tymi cyckami nie wybiła), ale i dla samych cycków niedobrze – ona strzykami zamiata słomę w koziarni i wyhacza wszystkie kamienie i inne sterczące z ziemi badyle. No ale nie można było nic z tym zrobić, dopóki nie urodziła, a urodziła na środku łąki, bo rano koniecznie chciała iść ze stadem, a potem nie mieliśmy serca ciągnąć jej z tym bagażem przez pół kilometra do koziarni. Pogoda na poród była na szczęście idealna – słoneczko, delikatny wietrzyk, dziesięć stopni Celsjusza, święty spokój i radosny akompaniament wiosennych ptaszków. Gdy już sobie Kryśka dzieciaki ogarnęła i była z siebie całkiem zadowolona, wzięliśmy każdy po maluchu, i powolutku poszliśmy wszyscy do koziarni – my z drącymi się wniebogłosy koźlętami, za nami drąca się z oburzenia Krycha, a przed nami całe stado kóz, które chyba uznały, że dzieje się coś potwornego, bo wszystkie szły zjeżone i próbowały się nawzajem pozabijać. Przedziwny to był orszak i przez chwilę czułam się jak członek jakiejś podejrzanej sekty, niosący ofiarę ponuremu bóstwu w asyście lekko popierdolonych współwyznawców, ale to już drobiazg, grunt że doszliśmy i ulokowaliśmy Wielką Krychę bezpiecznie w nowej koziarni.

.

I tam właśnie zapadła decyzja, że tę Kryśki ruską torbę z mlekiem trzeba koniecznie wydoić, bo nie dość, że Kryśka ledwie łazi, to dzieciaki nie potrafią się przyssać do cycka, który nurkuje w słomie, bo pozycja „na pleckach, do góry kopytkami” nie jest właściwa żywym koźlątkom, i teraz niech się Państwo trzymają dobrze krzeseł – wydoiłam z obu cycków łącznie 5 litrów, PIĘĆ LITRÓW, siary. Och nie, nie wydoiłam wszystkiego, zostawiłam jeszcze około litra dla dzieciaków. I bez pomocy małżonka nie dałabym w ogóle rady, bo cycki wisiały dwa centymetry nad ziemią i każdy ważył prawie 3 kg, więc małżonek musiał jedną ręką trzymać fikającą nogę Krystyny, a drugą podtrzymywać cycek od dołu tak, żebym mogła podstawić pojemnik na mleko i jeszcze zmieścić gdzieś swoją dłoń. Tak. Biedna Krycha to wszystko dźwigała, i mogę się teraz tylko łudzić nadzieją, że nie zamierza natychmiast uzupełnić braków.

.

Powiem szczerze, że czytałam o kozach, które dają galon mleka na dobę, i trzy razy się upewniałam na Wikipedii, że galon to po naszemu prawie pięć litrów, ale ani przez chwilę w to nie wierzyłam – ot, myślałam sobie, typowo wędkarskie opowieści, gdzie ryba rośnie przez całą drogę z łowiska do domu, a w domu to już się ledwo w futrynie mieści, i to w pionie. No ale teraz wierzę i płaczę, bynajmniej nie ze szczęścia, bo jak ta koza ma chodzić z takim baniakiem? Jak te cycki ochronić przed otarciami, skaleczeniami… Małżonek myśli nad jakimś nosidełkiem podtrzymującym, ale wiecie jak to jest ze zwierzakami, one nie lubią ciał obcych, a ja na razie planuję jedynie obserwację i dojenie interwencyjne w razie potrzeby, a może Krycha się uspokoi z tą produkcją, i myślę o pozytywach: cycek działa! Mamy dziewczynkę! Wiwat Krycha!

.

Z tego szczęścia to aż sobie rozmroziłam porcyjkę bigosu, ale fotki nie mam, więc niech będzie Roman na kupce obornika, który w sumie trochę ten bigos przypomina:

PS. Aha, zapomniałabym:

Ostatnia wymówka padła jak kawka, co się nażarła szklanych kulek na jarmarku, więc chyba będę musiała kupić sadzonki, bo przecież swoich pomidorów nie wysiałam (ani tych, co mi Zeroerha znowu wysłała, bo ona się lubi znęcać nad ludźmi!).