Listonosz zawsze dzwoni dwa razy, czyli kto został na lodzie

–  Nie lubię tej mglistej, listopadowej aury – wzdycha ciężko Irena i układa się na czubku Gównianej Góry.   – Przyczepia mi się do futerka i wszędzie za mną łazi.
–  CO ci się przyczepia do futerka? – Wytrzeszcza oczy Mała Kasia.
–  Szarość. I mokrość.


Tak, tak. Mnie się też coś ostatnio przyczepiło do futerka i wszędzie za mną łazi. Starość i Siwość. A po piętach depcze mi Niedołężność i skrzeczy: zaczekaj na mnie, już wkrótce będziemy zawsze razem.

A tak sobie ostatnio małżonek śpiewa przy goleniu (na melodię piosenki “Puszek okruszek”):

Puszek okruszek

KANIUSZEK

bardzo go lubię

przyznać to MUSZĘ

wystarczy tylko

że go podduszę…

I za nic nie mogę się dowiedzieć jak idzie dalej ta piosenka, bo małżonek wykręca się jakimiś ogólnikami, że dalej to w sumie były nudy, wszyscy żyli długo i szczęśliwie… No tylko ja mam wątpliwości, czy aby na pewno WSZYSCY. I w związku z tym pytanie: jak się zakłada kontrolę rodzicielską na domowy internet? Bo uważam, że małżonek ogląda za dużo “Forensic Files”, która to seria, nie oszukujmy się, mogłaby spokojnie zmienić tytuł na “Jak kogoś ukatrupić i nie dać się złapać”. To znaczy jasne, że gotowej recepty na zbrodnię doskonałą tam nie ma, ale skoro w każdym odcinku dowiadujemy się, dlaczego mordercę złapano, to wystarczy sobie zrobić listę błędów i zwyczajnie ich nie popełnić, prawda?

No więc on za dużo ogląda, a okoliczności są nieciekawe, bo wyobraźcie sobie Państwo, że Poczta Polska zmieniła nam listonosza, i nie dość, że nowy listonosz jest kobietą, to jeszcze na domiar złego – sympatyczną i uśmiechniętą blondynką, o jakieś circa 400 lat młodszą od Kanionka. W dodatku – o zgrozo niepojęta – pani listonosz wygląda na osobę nieskażoną pesymizmem, co się rzadko zdarza w tym zagłębiu paraliżu dobrej woli i fabryce pleśni moralnej. Czy ona nie wie, że motto naszej gminy brzmi “Nie da się!”, a w herbie mamy nieświeżą rybę i szczerbate grabie?

A może ona jest z importu… Niezaszczepiona na marazm i nieudolność, szybko nałapie lokalnych wirusów, zacznie ją łamać w kręgosłupie moralnym, zesztywnieją naoliwione optymizmem zawiasy, obwiśnie podbródek i po człowieku! Buhahaha! Nie żebym jej źle życzyła, ale wiecie – człowiek tu się ciągnie noga za nogą, próbując nadążyć za własnym cieniem, obleczony w tę Starość, Siwość, Mokrość i Niedołężność, a tu przyjeżdża taka Świeżość i Świetlistość i psuje nam statystyki!

No i ten… Chyba wykrakałam, bo oto wiadomość z ostatniej chwili: dzwoni pan Dżery i mówi, że mamy sobie u nich odebrać list, bo pani listonosz już do nas nie będzie przyjeżdżała, albowiem gdyż sobie miskę olejową uszkodziła, ostatnim razem od nas wracając. A nie mówiłam? Prędzej wielbłąd przez ucho igielne lądownik na Marsie zobaczy, niż tu się dobry człowiek uchowa. Jeszcze chwila, a pani listonosz poprosi o przeniesienie, a jeśli jej odmówią, to zacznie kląć, i kto wie, może nawet jarać ruskie szlugi, i najdalej za pięć lat będzie starsza o trzydzieści. Buhahaha! Nie no, dobra, idę łyknąć nerwosol, bo mnie dziś strasznie menopauza z nerwicą za kołnierzyk szarpią. Aż oczy na wierzch wychodzą.

A tymczasem u nas na oddziale geriatrycznym:

Ładne, niedrogie i wytrzymałe. Na pewno się jeszcze przydadzą, choć krótko po ich przyjściu mogłam już w miarę chodzić o własnych siłach. To znaczy mogłam, dopóki nie dopadły mnie zawroty głowy, a później migrena. Ale to było dwa tygodnie temu, a teraz jest już wszystko dobrze, błędnik się nieco ogarnął, kolano boli tylko rano i wieczorem, i tylko w lewym stawie biodrowym coś mi dzisiaj pizło, ale tak poza tym da się żyć.

(osiemnaście uderzeń głową o ścianę później)

O, tu sobie Państwo zobaczą kaczuszki:

Postanowiłam im zrobić jakieś schronienie przed wiatrem, albo bób wie czym (tak po prawdzie to te kaczki w dupie mają moje troski i wolą siedzieć pod krzakiem porzeczki, no ale ja mam przynajmniej czyste sumienie), a że budowniczy ze mnie jak z koziej trąby waltornia, to stać mnie było tylko na nieskomplikowany namiot.

Rusztowanie stanowią jakieś badyle oraz oflisy pozostałe po wycinaniu drewnianych belek przez małżonka. Niektóre wymagały skrócenia, a że nie chciało mi się szukać piły do drewna, to obrzępoliłam je piłką będącą na wyposażeniu mojego starego scyzoryka, który zawsze noszę w kieszeni:

W ogóle niczego mi się nie chciało daleko szukać, więc lwia część konstrukcji składa się z tego, co już leżało w ogrodzie i tego, co akurat znalazłam w kieszeni. Z tych oderżniętych końcówek i innych walających się po ogrodzie kawałków drewna zrobiłam kaczuszkom coś na kształt boazerii na tylnej ścianie namiotu, żeby im Majączek przez siatkę nie dyszał prosto w plecy:

Na rusztowaniu spoczęła plandeka o wartości rynkowej 15 złotych, obłożona u dołu kamieniami, w przedsięwzięciu udział wzięły też jakieś sznurki, i WŁALA!

Ja nie mówię, że to ładne jest, albo że w kosmos poleci, ja tylko mówię, że zrobiłam. Kaczki oczywiście tam nie śpią, choć do środka wstawiłam wiadro zboża na zachętę, a podłogę hojnie wyścieliłam słomą i sianem. No więc kaczki ziarka zeżrą, chwilę w namiocie posiedzą, a w nocy tkwią pod gołą obecnie porzeczką i twierdzą, że to i tak lepsze od tej mojej psiej budy. Nie, to nie. Ja zrobiłam i mam to odhaczone na liście.

A pamiętacie Państwo te dwa kółka od roweru, które kurczaki kupiły sobie na złomowisku za pierwsze sprzedane jajka? To było ładnych parę lat temu i pewnie już Państwo myśleli, że myśmy te kółka rzucili gdzieś w krzaki na wieczne zapomnienie, albo gorzej – sprzedali, i przehulali ten kurzy majątek, ale otóż wcale że nie. Małżonek cały czas miał względem tych kółek jakieś plany, tylko długo nie mógł się zdecydować, który z tych planów jest najbardziej fascynujący i zapewni mu największą dawkę uciechy i nadliczbowych godzin pracy, aż w końcu w tym roku wybór dokonał się sam, bo stało się jasne, że takie ilości siana, jakie trzeba codziennie nosić naszym kozom, to pod pachą lub na taczce człowiek by pół dnia targał, i w ten oto sposób powstał nasz wózek do siana:

Jedna burta jest otwierana, żeby łatwiej było siano wyciągnąć, ale przede wszystkim pragnę zwrócić Państwa szczególną uwagę na te eleganckie i oldskulowe drewniane nadkola!

I w ogóle małżonek miał niemałą zagwozdkę, jak ten wózek zrobić, bo przecież nie mamy spawarki i o żadnej sensownej ramie nie było mowy, a gdyby ktoś chciał wiedzieć, jak te kurze kółka zostały osadzone i jakim cudem się kręcą, to proszę pytać małżonka, bo on mi to niby pokazywał i tłumaczył, no ale rozumiecie – moje możliwości i wyobraźnia techniczna kończą się na namiocie ze sznurka i patyków, w którym nawet kaczki nie chcą spać, a wózek małżonka to wszyscy kochają i każdy chciałby się nim wozić!


Filmowałam z domu przez okno, bo to było dzień lub dwa po skręceniu kolana i małżonek miał do pomocy tylko pieski.

Aha, i ktoś chyba doniósł kurczakom o moich zbrodniczych wobec ich narodu planach, bo kurczaki założyły firmę ochroniarską:

Oraz powiesiły sobie tabliczkę ostrzegawczą na drzwiach kurnika:

(Z pozdrowieniami dla Magdy Zza Oceanu, która te tabliczki kurczakom przysłała. Dostałam jeszcze jedną dla kóz, i gdy tylko wymyślę gdzie ją powiesić, to Wam pokażę).

A tu macie świeżutki filmik z tańcem na lodzie. Ten jednostajny szum w tle to wiatr, a takie dziwne skrzypienie, pojawiające się od czasu do czasu, to mój głos:


W którymś momencie tego filmu wyjaśniam, że Szybkotek gania suche liście napędzane wiatrem. Nie martwcie się, wiedziałam że lód jest zbyt gruby, by pękł pod futrzakiem, bo rano rozbijałam taflę przy brzegu i musiałam użyć naprawdę ciężkiego kamienia.

No i, głupia klempa, zapomniałam, że 10 października nagrałam dla Was taki piękny film z kozami!


PS. A jeśli chodzi o tę zimę stulecia, a może nawet tysiąclecia, którą straszycie w komentarzach, to powiem Wam, że to całkiem możliwe, że ona nadejdzie właśnie teraz, albowiem posadziłam trzy sadzonki winorośli. Jak mieszkamy tu już osiem lat, tak co roku obiecywałam sobie to zrobić, aż się tej jesieni w końcu wzięłam i posadziłam, żeby wiecie, zdążyć przed śmiercią, a do tego jeszcze czereśnie, więc jeśli nie teraz, to niby kiedy ta zima stulecia ma przyjść? Jak dla mnie to już prawie pewnik. Inwestujcie w kożuchy z syberyjskiego niedźwiedzia i buty ze skóry bawołu. Mnie nie stać, ale już zbieram mech, żeby go sobie napchać w styczniu do kaloszy.

PPS. Wszystkiego Andrzejkowego! Oczywiście zapomniałam, ale internet od razu rzucił mi w twarz garść kluczy i wiadro wosku, więc już wiem. Bawcie się dobrze, a jeśli znajdziecie chwilę, to wywróżcie Kanionkowi chociaż ze trzy rzeczy: nowe kolano, nowe biodro i nową głowę :)

Oraz informuję, że wszystkie pełnoletnie kozy już miały romans z Pacankiem lub Bożydarem. Wszystkie OPRÓCZ ZIOKOŁKA. Małżonek triumfuje i powtarza: “A nie mówiłem, że tak będzie? Nie bez powodu nazywam ją Nierobkiem”. Nazywa ją też Zakałkiem. “Zakałek rodu koziołków”. Ja uważam, że Ziokołek, zwana niegdyś Tradycją, jest po prostu jak stara dobra jabłoń – owocuje raz na dwa lata.