Ręce precz od Tradycji, czyli krótko i na temat

To będzie bardzo dziwny wpis, bo go wcale nie będzie. Polecam wszystkim taki artykuł sprzed niespełna roku:

http://www.polskatimes.pl/artykul/3410997,fiskus-i-urzednicy-niszcza-tradycyjna-polska-zywnosc-nawet-unia-jest-bardziej-liberalna,id,t.html?cookie=1

 

I od siebie dodam tyle, że nic się w tej materii jak dotąd nie zmieniło. Tytuł mojego wpisu-nie-wpisu zainspirowany został ostatnim akapitem powyższego artykułu, który wydał mi się zabawnie (a może wcale nie) na miejscu, jak w mój własny osobisty pysk dał.

I bądźcie pewni, że gdy jesteście na wczasach, „w tych góralskich lasach” (albo mazurskich, albo nadmorskich), to w przydrożnej knajpie jecie: warzywa z Biedronki, jajecznicę na jajkach z betonowej fermy, rybkę z importu, a ser z Holandii. Do kawy zaś mleko z kartonu, a i tak pół biedy, że wciąż jeszcze polskie. Bo właściciel gospody nie może kupić „wiejskich smakołyków” od wiejskiego gospodarza. Bo nasz urzędas jest gorszy od faszysty. I często nie zna, albo nie rozumie przepisów, które stosuje (tak, mam w tym zakresie własne doświadczenia), ale to już jest materiał na wpis, a obiecałam, że wpisu nie będzie. Przepraszamy za usterki i brak optymizmu. Chwilowo wyszedł z magazynu, ale jak znacie Kanionka – zaraz wróci.

Ty się zając nie śmiej, czyli w gruncie rzeczy o facetach

“People die at the fair”
(ludzie giną na kiermaszach)

Z filmu “A Million Ways to Die in the West”, 2014

 

 

Po pierwsze, zanim zapomnę, a ciągle o czymś zapominam – przyleciały żurawie!

żurawie 22 luty 2015

A listonosz mówi, że gęsi już też.

Ziemia rozmarzła zaś na tyle, że można wyciągnąć chciwe ręce po dary lasu. W nawiązaniu do dawnego wpisu o śmieciach i dowcipu z komentarzy – dziś w ofercie Cebulackiego Ryneczku:

Pyszniący się bogactwem niespodzianek Kosz Rozmaitości:

kosz rozmaitości

Oraz promocja w dziale mody męskiej – odzież robocza “Zbroja Wędrowca Północy” i Kamasz Jednonogiego Bandyty, odporny na warunki atmosferyczne i złe czary, klamrą z niewidocznej na zdjęciu strony zdobiony:

pantofelek Kopciuszka

Zapakować?

folia spod ziemi

I tak codziennie po troszeczku, aż do śmierci.

Tymczasem w koziarni.
Jesteśmy już gotowi na przyjęcie dostawy sanek, wiadra gospodarczego i łyżworolek Rudolfa:

konstrukcja od strony porodówki

konstrukcja od strony salonu

Niech mi wolno będzie zauważyć, iż rogata część konstrukcji to był mój własny pomysł (to będzie dziwnie wyglądać, Kanionek), a oprócz wizji architektonicznej mój wkład stanowią trzy wbite gwoździe. MOJE gwoździe, które mam od około dwudziestu lat i wszędzie ze mną jeżdżą, podobnie jak hoja, którą dostałam kiedyś w postaci liścia z korzonkami od Babci, a dzisiaj jest całkiem sporą rośliną doniczkową. Zarówno gwoździe jak i hoja mają nadzieję, iż ten dom jest ostatnim przystankiem w ich życiowej podróży. No ale ja się tu jak zwykle rozwlekam, a jeszcze muszę zmieścić kozy, kury i myszołowa.

Kozy się ostatnio nie przemęczają:

spanie na sianie 4

spanie na sianie

spanie na sianie2

spanie na sianie3

I już tłumaczę, na czym rozlała się Bożena. To jest taki zakątek na zewnątrz podwórka, od strony południowej osłonięty ścianą komórki na siano, a od wschodniej psim kojcem z podwójną budą. W ten uroczy narożnik wyrzucałam przez płot te partie siana, które wydawały mi się lekko nadpsute (balot był przemoknięty z jednej strony), a gdy się uzbierał ładny materacyk kozy to skwapliwie wykorzystały. Teraz dorzucam im na wierzch suchego, świeżego siana, które sobie na leżąco konsumują. W wypoczynkowym narożniku rosła też kiedyś róża, ogromny krzak, nigdy nie pielęgnowany, ot – dzielny byt niezależny, co roku wygrywający wojnę o słońce z pokrzywami i kwitnący jakby jutro miało nie nadejść. No i sama sobie wykrakała, ta róża, bo jak się domyślacie, dziś jest już ledwie wspomnieniem i jej jutro stoi pod wielkim znakiem zapytania – nawet kolce zostały zeżarte w ramach uzupełniania niedoborów witamin zimą. Z wiosennych zaś przysmaków kozy przepadają za kwiatostanami leszczyny. Wszystkie “pędraki” obżarły z tych gałęzi, które wisiały nierozważnie nisko. No i mamusia im jeszcze trochę zerwała z tych wyższych.

Aha, myszołów. Jakieś trzy dni temu wybraliśmy się z małżonkiem na spacer, z Laserem w kagańcu i kozami luzem. Szliśmy sobie tym korytarzem Energi na łąkę, później łąką wzdłuż lasu i wyszliśmy na drogę wiodącą z powrotem do naszego domu. I wchodząc już w las kątem oka dostrzegliśmy dziwaczny dość widok. Pikujący od strony łąki myszołów wpadł między drzewa, przeleciał kawałek, rąbnął w świerk i spadł. To znaczy tyle to ja widziałam, bo małżonek załapał akcję dopiero od momentu, gdy ptak odbił się od świerku i z rozpostartymi skrzydłami opadł na ziemię. Staliśmy przez dobrą minutę na tej drodze, kozy wygryzały z pobocza co się dało, Laser kluczył w poszukiwaniu polnych myszy, a my czekaliśmy, aż w spodziewanym miejscu upadku myszołowa coś się wydarzy. Małżonek był zdania, że ptak polował i coś tam dorwał, ja twierdziłam uparcie, że to niemożliwe, bo nie zdecydowałby się na atak w takiej odległości od dwóch ludzi, psa i czterech kolorowych dziwadeł.

Czas mijał, nie działo się nic, zachodziło ryzyko, że Laser coś w końcu zwęszy, więc zdecydowaliśmy się ruszyć w kierunku miejsca upadku. Niełatwo było dostrzec brązowego na grzbiecie ptaka w ściółce z brązowych liści, ale znaleźliśmy delikwenta.
Pamiętacie kawał, w którym kruk uczył zająca latać? I jak zając spadł z drzewa i przysolił w ziemię? No, to ten myszołów wyglądał właśnie jak tamten zając. Leżał dziobem zaryty w ściółkę, z wciąż rozpostartymi skrzydłami, nieruchomy jak rozdeptany borowik. Kozy zbliżały się zaciekawione znaleziskiem, a w ślad za nimi Laser (on ma respekt wobec Ireny), więc zgarnęłam ptaka delikatnie składając mu skrzydła i podniosłam z ziemi. Był przytomny, z lekka oszołomiony, ale od razu ostrzegawczo otworzył dziób i wbił we mnie spojrzenie jednego oka. Drugie oko wyglądało nieco gorzej, ale też odpowiednio groźnie.

myszołów2

Do domu mieliśmy niespełna pół kilometra, Bożena co rusz usiłowała dosięgnąć i oskubać ptakowi żółte palce, ale donieśliśmy go bez większego niż już doznał uszczerbku. Kozy zostały za płotem, Lasera zamknęliśmy w domu i wtedy można było na spokojnie ocenić stan niefortunnego lotnika.

myszołów3

myszołów4

myszołów

Skrzydła całe i sprawne, nogi niepołamane, głowa obracająca się swobodnie, oko żywe i umysł przytomny, tylko ta krew po prawej stronie, prawdopodobnie na szyi, blisko dzioba, ale nie na samej głowie. Była świeża, ale nie sikała frenetyczną fontanną, a że nie chcieliśmy stresować gościa bardziej niż to było konieczne, zadziałaliśmy zachowawczo. Myszołów trafił do koziarni, ułożony na ławce, żeby ochłonął, przemyślał parę spraw i spróbował sam się ogarnąć w zaistniałej sytuacji. Zaglądaliśmy co jakiś czas przez okienko, a gdy już stanął na własnych nogach i zaczynał się rozglądać, otworzyliśmy drzwi. Nastąpiła chwila paniki, ptak wylądował pod przeciwległymi drzwiami i trwał w przyczajeniu. Niestety brakowało już tylko godziny do zmierzchu, więc trzeba było podjąć decyzję za niego.

Podeszłam powoli, on oczywiście natychmiast zaprezentował dumnie wypiętą pierś, całą rozpiętość skrzydeł i język, ale pozwolił się podjąć z podłogi bez dalszych szykan. Wyniosłam go na teren małego wybiegu dla kurczaków, oddaliliśmy się z małżonkiem o kilka metrów i obserwowaliśmy. On rzecz jasna obserwował nas. I tak sobie trwaliśmy, zapamiętali w swych obserwacjach, a gdy już z małżonkiem straciliśmy nadzieję na pozbycie się kłopotliwego gościa, deliberując nad kwestią pojenia go ze strzykawki i godząc się z koniecznością rozmrożenia kawałka mięsa na jego kolację, myszołów nagle odbił się od ziemi, bez trudu wzbił w powietrze i – przelatując nad krawędzią siatki wolierowej – poszybował w stronę lasu.

Natenczas samotnie przechadzający się po podwórku i obserwujący dziwnego gościa zza siatki kogut podniósł lament. Bo dopiero ujrzawszy złowieszczą machinę w ruchu pojął, iż oto wroga i złoczyńcę jego państwo na podwórko własnymi siłami przytargali!
I choć niewielki i zupełnie dla niego niegroźny myszołów dawno już zniknął z horyzontu, kogut nadawał rozpaczliwe “ratuj się kto może” do swoich pobratymców rozsianych po olszynowym lesie za oborą (tam są najpyszniejsze robaki). Mało nie pękłam ze śmiechu, gdy ich zobaczyłam.

schowaliśmy się

schowaliśmy się 2

Całe towarzystwo tkwiło u stóp krzewu jaśminowca obrastającego jeden ze świerków za oborą, a miny mieli nietęgie. Nie mieli szans widzieć myszołowa, ale wrzask koguta rozlegający się po drugiej stronie budynku utwierdzał ich w przekonaniu, że zaraz spadnie na nich koniec świata, kwaśny deszcz i ptasia grypa. Faceci.
No ale może i lepiej zareagować niepotrzebnie, niż nie reagować wcale.

Rosół na drzewie2

No i to by w sumie było na tyle. Chyba. Bo ciągle o czymś zapominam, a dzisiaj znalazłam coś, czego od trzech dni nerwowo szukałam, i znów się okazało, że to po prostu stało. Przed moimi oczyma. Cały kurde czas.
Aha, aha! Impreza urodzinowa Tradycji była SZALONA – wszyscy dostali suszone śliwki, plasterek banana, suszony chlebek (musowo) i napar z rumianku (no co?). Siedzieliśmy sobie wesoło plotkując o wszystkim i niczym, uczesałam dziewczynom brody i włosy na plecach, Bożena była wyjątkowo miła dla Tradycji i nawet pozwoliła jej obwąchać czubek swojej głowy, więc było naprawdę sympatycznie, a na koniec Andrzej zepsuł cały nastrój. Musiał, no po prostu MUSIAŁ znów zaprezentować broń i przystąpić do konserwacji bagnetu. Faceci!

mam nadzieję że żartował

nadal mam taką nadzieję

Widniejąca na zdjęciu czapeczka imprezowa, wykonana tymi grabiami stajennego i zamocowana na Tradycji tradycyjną gumą od majtek, nie przetrwała dłużej niż kilka minut, ponieważ wszyscy chcieli sprawdzić, czy się aby do jedzenia nie nadaje, no i musiałam zarekwirować rekwizyt. Ale kompromitujące zdjęcie zdążyłam zrobić i tu PRZEPRASZAM MAŁŻONKA, który powiedział, że jeśli założę kozom czapeczki, to on się uroczyście pójdzie powiesić. Faceci…

WHAT