Cudze chwalicie, swego nie widzicie, czyli o łowach w rowach i dlaczego pójdę do piekła

Jesień zagląda już do ogrodu, przekwitają ostatnie sałaty na śmierć przez wszystkich zapomniane, pękają w szwach przegapione cukinie, i łodygi zbyt gęsto wysianych nagietków pokrywają się białym meszkiem leśnej pleśni. Jesień nocami podchodzi już pod sam dom, liże okna, zostawiając na szybach srebrzystą mgiełkę. Skulony w okiennej wnęce pająk strzepuje z długich nóg nad ranem te październikowe krople zimna i mruczy: kurde, ale żeby tak w sierpniu…?

Po brodzie cieknie pomidorowy sok, w kuchni znów pachnie suszonymi ziołami, a w sieni aromat tysiąca główek czosnku miesza się ze słodką wonią nagrzanych słońcem papierówek. Jesień już niesie grzyby i jarzębinę, już inaczej krzyczą nad ranem żurawie, na do widzenia, na do widzenia… Wiecie, ile owoców jarzębiny wchodzi na jeden kilogram? Około dwa tysiące sześćset. Tak, pory roku się zmieniają, ale u nas wszystko po staremu. I nie dziękujcie, że ja to dla Was policzyłam i teraz Wy już nie musicie – poświęcenie dla dobra ludzkości jest u mnie odruchem naturalnym.

.

 

–  A słyszałaś, co ON ostatnio mówił Kanionkowi? Słyszałaś?
–  No co mówił?
–  Mówił, że był w sąsiedniej wsi, i pod sklepem spożywczym zaczepiła go jakaś Karyna z dzieckiem, i cała była ucieszona, że ona właśnie niedawno wybrała się na spacer z dzieckiem po lesie, i pokazała temu dziecku „te pana owce”. A ON ją zapytał jakie owce, a ona mu na to, że no te wszystkie owce, co pan tam ma w tym lesie, takie kolorowe, dziecku się BARDZO podobały.
–  No i?
– No i ty jeszcze pytasz?! Toż to się teraz rozprzestrzeni jak zaraza, to się rozejdzie szerokim kręgiem szeptanej propagandy, że my wszystkie jesteśmy owce! Rozumiesz?! Owca Bożena, owca Irena…
–  A widziałaś kiedy owcę z brodą i rogami? No więc NA PEWNO nie „owca Bożena”. Za to ty to i owszem, nawet trochę wyglądasz – dzwonki masz, a owce chodzą z dzwonkami, łeb łysy, no i w ogóle wyglądasz trochę jak ostrzyżona, trędowata owca, bo przecież masz te plamy…
–  O świnio ty! – Irena aż wypluła smakowity kwiat koniczyny. – Nic ci więcej nie powiem. W ogóle nie gadam z tobą. Odchodzę i nie wracam, patrz jak idę.
–  I tak zaraz wrócisz, bo niby komu będziesz opowiadać te wszystkie plotki – konstatuje ze spokojem Bożena.
–  NIE WRÓCĘ! – krzyczy zza zakrętu Irena, krocząc sztywno z dumnie uniesioną głową, gdzieś mniej więcej na wschód.
–  Tajasne, policzę do trzynastu i zaraz będziesz z powrotem.

.

A jednak Bożena się pomyliła, bo doliczyła nawet do stu trzynastu, i dalej to już jej się trochę zaczynało mylić, a Irena nie wróciła. I gdybym się akurat do szklarni nie wybrała, to nie wróciłaby pewnie i do wieczora, bo jak zwykle, jak co roku, jak prawie każdego tygodnia, utknęła:

Tak, to jest ta najmądrzejsza, wszystkowiedząca i wszystkim dobrze radząca koza, co po raz setny dała się złapać w siatkę na własnym podwórku.

.

A teraz spójrzcie, drogie dzieci, co sobie mamusia przygruchała:

Sliczne, prawda? NIE MAM POJĘCIA, CO TO JEST. Czaiłam się na to zielsko już od lipca ubiegłego roku – rośnie w niektórych przydrożnych rowach, zwłaszcza w tych, co nie są gorliwie golone do gołej ziemi (czyli, zasadniczo, przy gorszych drogach, takich posklejanych łatami asfaltu we wszystkich odcieniach szarości, po których poruszam się tylko ja, ciągnik rolniczy Cześka zza miedzy i jedna kulawa krowa), a gdy jest tego więcej, to z daleka wygląda jak łan lawendy, tylko że jest dużo wyższy. No ale nie jest to lawenda, a weź tu teraz człowieku szukaj nazwy gatunku wśród setek tysięcy tychże (muszę zajrzeć na bloga Aniki, może już zidentyfikowała delikwenta), a co jeden to do drugiego bardziej podobny. No w każdym razie czaiłam się, czaiłam, i nigdy nie było okazji pobrać sadzonek, bo jak jadę z małżonkiem to wiadomo, strata czasu i coś ty Kanionek znowu wymyślił, no a niedawno nadarzyła się okazja, że jechałam sama do Młynar i zrobiłam akcję kamikadze: zatrzymałam Gwiazdolota w pozycji okrakiem (czyli trochę na drodze, a trochę na trawiastym poboczu), włączyłam awaryjne, przebiegłam na drugą stronę jezdni, poparzyłam stopy pokrzywami, pokonałam zasieki z jakichś kolczastych krzaków, wyrwałam pęczek zielska z rowu i do bagażnika, po czym odjechałam, tak jakby masło nie topiło mi się w pysku (czyli jak gdyby nigdy nic).

Przez jedną noc bryła korzeniowa sadzonki moczyła się w wiadrze, a na drugi dzień wetknęłam ją przy jabłonce w ogrodzie, w bliskim sąsiedztwie ławki wierzbowej, bo nie miałam lepszego pomysłu. Trochę się spóźniłam ze zrobieniem zdjęcia, bo kwiatki już zaczynały więdnąć, ale jeśli te wiechcie mi się rozmnożą, to któregoś roku pokażę Wam, jak ładnie ta roślina wygląda w grupie. Tak, wiem że to nudne, a dalej będzie tylko gorzej.

Statystyki mówią, że najwięcej wypadków zdarza się w domu i blisko domu, i jeśli nigdy nie mieliście żadnego wypadku blisko domu i zastanawiacie się, kto tak winduje te idiotyczne dane, to już Wam mówię. Wstaje sobie Kanionek rano, nastawia kawę w blaszanej kawiarce i człapie do garażu, żeby drobiowi ziarna w międzyczasie rzucić, i gdy drzwi tego garażu otwiera, to błędnik Kanionka postanawia rzucić Kanionkiem znienacka w lewo, i Kanionek leci w to lewo i z całym impetem nadziewa ramię na ostro zakończoną zasuwę.

Tak, TAKI siniak i trochę zdartego naskórka, ale to jeszcze nie koniec. Rzuca Kanionek to ziarno do stóp niewdzięcznego drobiu, aż tu nagle, ni z tego, ni z owsianego, ten potwór gąsior dziabie Kanionka w łydkę! Tak po prostu, za darmo, bo chce i może:

Bolało jak diabli, no ale nie czas żałować łydki, gdy tam już pewnie kawa kipi na kuchenkę, więc wraca Kanionek do domu i zasiada przy stole z kubkiem słodkiego naparu z kozim mlekiem, i delektuje się tą jedyną przyjemnością, jaka mu w życiu została, ale tak sobie natychmiast myśli, że przecież nie będzie siedział bezczynnie, gdy może w międzyczasie pozszywać obrożę Kawki, którą Kawka już kilka razy zgubiła, bo sprzączka źle trzyma. No i zszywa sobie ten Kanionek, tak zapamiętale i z rozmachem wbijając igłę w polipropylenową taśmę, że aż sobie wbił igłę pod paznokieć. No szlag! Ledwie z łóżka wstał, kawy jeszcze nawet nie dopił, a już ma ranę kłutą, tłuczoną i szarpaną.

No i tak sobie myśli, że przecież tylko do trzech razy sztuka, więc nic mu już tego dnia nie grozi, i oczywiście się myli. Idzie z tą obrożą poszukać koziego towarzystwa, które – wcześniej już wypuszczone przez małżonka – akurat sterczy pod papierówką, bo choć jabłonka rośnie na podwórku, to część jej konarów zwisa nad ogrodzeniem i częstuje kozy pierwszymi w tym roku jabłkami.

„No to”, myśli sobie Kanionek, „skoro one tu sterczą, to przerzucę im więcej jabłek przez ogrodzenie, i może nakoszę im zielonego, bo po naszej stronie pastucha wszystko takie bujne i soczyste, a kozia łąka już jednak nieco wygryziona”, i idzie naostrzyć kosę. I nie, wyobraźcie sobie, że nie ucina sobie ręki, ani nawet głowy, i tak, też jestem zaskoczona. Idzie w okolice skrzynki na listy, kosi to zielsko kwitnące wszystkimi kolorami tęczy, kosa aż furczy (bardzo przyjemny dźwięk), kozy niecierpliwie przytupują, patrząc w Kanionka jak w święty obrazek (one wiedzą, że jak koszę, to dla nich, i wystarczy im dźwięk osełki sunącej po ostrzu kosy, by się zgrupowały i czekały grzecznie przy pastuchu od strony leśnej drogi), aż tu nagle, wtem i wobec, osa użarła mnie w rękę! Znaczy Kanionka. Tak po prostu, bo akurat tamtędy przelatywała, i pomyślała sobie – a czemu by nie?

Bolało przez trzy dni, a opuchlizna zeszła dopiero na czwarty, bo ja tak mam.

.

Ale tak poza tym to był mój szczęśliwy tydzień, bo oprócz wspomnianego zielska wyszarpanego z rowu udało mi się znaleźć coś, czego bezskutecznie wypatrywałam od miesięcy, lustrując nieużytki, rowy, zapuszczone łąki i leśne głusze, choć niestety również głównie z okna Gwiazdolota, ponieważ poza wyprawami na zakupy właściwie nie opuszczam swej serowarskiej twierdzy. Chodzi o żywokost, takie tam zielsko kwitnące fioletowymi dzwoneczkami drobnych kwiatów, o charakterystycznym, prawie czarnym korzeniu palowym (czarny jest z wierzchu, bo w środku to już normalny), któremu to korzeniowi przypisuje się lecznicze właściwości, takie mianowicie, że przyspiesza zrastanie się kości, znosi obrzęki związane z urazami kości i stawów i tym podobne. On nawet po angielsku nazywa się boneset (to znaczy oficjalnie to comfrey, ale lud prosty sobie rzeczy nazywa po właściwym imieniu), więc sława jego wielka i światowa, no i ja go bardzo chciałam mieć w ogródku, żeby w razie potrzeby móc sobie tego korzenia urząchać, zetrzeć na papkę i się nią obłożyć, bo mnie to stawy bolą prawie wszystkie, a kto wie, może i na głowę by pomogło.

No więc szukałam, wytężając wzrok za każdym razem, gdy mijaliśmy Gwiazdolotem jakieś zarośnięte tereny, ale to nie takie łatwe, w splątanych gąszczach zielonego żywiołu wyodrębnić z daleka akurat to, czego się szuka. W lipcu ograniczyłam skanowanie terenów zielonych do wypatrywania niebieskawo-fioletowych kwiatów, ale wszystkie okazywały się jak nie chabrami, to cykorią podróżnik, albo czymś jeszcze innym, tylko nie żywokostem. I już sobie miałam dać spokój, już wyszukałam nasiona w internecie i nawet sadzonki na allegro, aż tu nagle, dnia dziesiątego miesiąca ósmego, czyli w czwartek, pojechaliśmy do miasta, zarejestrować tegoroczne koziołki i wyczyścić sklepy z kartonów, tudzież wstąpić do budowlanego po jakieś żelastwo, którego potrzebował małżonek. I tak sobie idziemy chodnikiem, tuż przy ruchliwej jezdni, i ja tak z czystego odruchu Pawłowa zerkam sobie na prawo, gdzie pyszni się miejski rów, a za nim spory kawał zachwaszczonego nieużytku, za którym jest już tylko skład węgla i tory kolejowe, i tak patrzę, patrzę, a tam, jak gdyby nigdy nic, rośnie sobie żywokost! A tak mi się przynajmniej z daleka wydaje. Cały jeden. Jeszcze kwitnie, choć na dwóch łodyżkach są już świeżo zawiązane nasiona.

I krzyczę do małżonka, który już zdążył przejść na drugą stronę jezdni, że ja muszę na chwilę do rowu, on tylko wytrzeszcza oczy, wraca na moją stronę i pyta z lekkim niepokojem, „że jak?”, no to mu tłumaczę, że tam chyba żywokost, o zobacz, piękny jeden egzemplarz, i ja już przecież tego tak długo szukam, że już przecież nigdzie tego nie znajdę, a tu jest, więc ja muszę do tego rowu i wyrwać. No to on mówi, całkiem niewzruszony, że spoko, ale to może lepiej jak sobie kupię łopatkę w budowlanym i go wykopię, tego żywognata, czy coś, no i ja się zgodziłam, bo przecież chodzi o to, żeby jak najwięcej korzenia ukopać, prawda, choć trochę się bałam, że jak wrócę to żywokostu już nie będzie, bo mi go ktoś ukradnie przede mną, bo przecież jest TYLKO JEDEN w całym powiecie, a może nawet i województwie.

.

Wybór łopatek nie rzucał na kolana, bo sezon się kończy, i przez chwilę widziałam siebie jak lecę z wielkim i błyszczącym szpadlem Fiskarsa kopać doły w zieleni miejskiej, ale cena była zaporowa, więc stanęło na cienkiej i wąskiej łopatce ogrodowej za siedem złotych.

Małżonek za moją radą ruszył sobie poczekać przy samochodzie, skwapliwie wybierając opcję „usmażę się w tym słońcu na asfaltowym parkingu” nad „będę świadkiem upokarzającego zjawiska i ktoś się domyśli, że to moja żona”, a ja, bosa i uzbrojona w łopatkę, wypięłam tyłek do przejeżdżających samochodów i zabrałam się za wykopki. Nie było lekko, bo to nie zadbany trawniczek przed warszawską willą, tylko dzikie chaszczowisko kilka kilometrów od granicy polsko-ruskiej, ale tak jak wiara góry przenosi, tak szaleństwo łopatką kopiec Kościuszki mogłoby przekopać, gdyby uznało, że warto . Gdy już na kolanach mocowałam się z oporną bryłą ziemi, ujrzałam w trawie jeszcze kilka mniejszych sadzonek do wzięcia, i ochoczo się za nie zabrałam, aczkolwiek łopatka poddała się już przy trzeciej, wygięła i pękła. Wciąż jednak – było warto. Niosąc w objęciach pięć kilo błota z wystającymi z niego cudotwórczymi wiechciami dotarłam do Gwiazdolota, gdzie małżonek właśnie wypacał z siebie szesnasty litr wody. Na mój uśmiech szaleńca wywrócił tylko oczami i ruszyliśmy w drogę do domu.

.

No i ja sobie tak jadę cała szczęśliwa, nucąc wesoło pod nosem: „żywo-kost, żywo-kost, daje kości ładny zrost” („i pomaga na bóle staaawów”), i taka jestem z siebie dumna, taka och-jaka-sprytna, Sokole Oko Co Mu Nic Nie Umknie, doktor Klimuszko w spódnicy, bosy Indiana Jones, warmiński Sherlock Holmes, i zajeżdżam na podwórko, parkując Gwiazdolota w takim narożniku, gdzie Cebulaccy zakopali kiedyś całą piwnicę, z drzwiami, dziadkiem Józiem i słoikiem kiszonych buraków rocznik 1965, i gaszę silnik, obmyślając już gdzie ja sobie wetknę ten cudowny żywokost (w sensie, że w ogródku gdzie, a nie w organizmie), i już łapię za klamkę, gdy wzrok mój pada dwa metry od lewej burty Gwiazdolota, i co ja tam widzę? No co ja tam widzę!? Przytulony do ściany pokrzyw, ostów i łopianów – żywokost. Jako żywy. Na moim własnym podwórku. I mówię do małżonka, który już zdążył wysiąść i zabrał się za odkręcanie klemy przy akumulatorze, że „zobacz, małżonku, co tu rośnie, tuż pod Kanionka nosem. Żywokost!”. I małżonek tak wtedy na mnie spojrzał, takim chrystusowym wzrokiem… Ale wiecie, nie tym łagodnym, pełnym zrozumienia i wybaczenia wzrokiem, że „twoje winy będą ci odpuszczone, odejdź w pokoju i nie grzesz więcej”, tylko takim „zaprawdę powiadam ci, pójdziesz do piekła, Koninek”. Pff, też mi nowina.

No w każdym razie tak wygląda żywokost kradziony:

A tak mój własny, rodzony:

Nie zakwitł, bo musiałam go już ze dwa razy w tym roku skosić, razem z całą masą zielska, jakie tam zwykle rośnie.

.

A małżonek chyba mi jednak wybaczył, bo właśnie robi nową, piękną szafkę pod zlewozmywak. Specjalnie dla mnie. Piękną. Całą z drewna, własnoręcznie na deski i słupki pociętego.

Będzie miała drzwiczki! Bo ta obecna ma już tylko zasłonkę na żyłce, a przewaga drzwiczek nad zasłonką jest taka, oprócz kwestii że drzwiczek nie trzeba prać, że zasłonka jest całkowicie nieodporna na Pasztefona, który notorycznie wykrada mi nowiutkie gąbki do mycia naczyń, które trzymam właśnie pod zlewem w kuchni, i przerabia je na tysiąc wacików i rozprowadza szczodrze po całym domu, a nawet podwórku, choć go tyle razy prosiłam, żeby tego nie robił, bo w końcu ile można kupować gąbek, no ale mnie w tym domu nikt przecież nie słucha.

.

A co u kurczaków, zapytacie. Ano nic. Znaczy nic w tym sensie, że nadal unikają kurnika, a teraz to nawet nie muszą unikać, bo i tak jest zamknięty ze względu na to, że odchowują się w nim te wszystkie nielegalnie wysiedziane dzieciaki, a jest ich już chyba szesnaścioro. Zauważyliśmy za to, że kurczak im bardziej dziki, tym mocniej go ciągnie zew natury. Odżywają w tym kurzym móżdżku jakieś śladowe ilości zakodowanych wspomnień o bezkresnych przestworzach, o błękitach nieba, o akermańskich stepach, gdzie dzięcielina i pała, i takiemu kurczakowi zaczyna się wydawać, że to właśnie do niego należy cały świat, a człowieki to mu mogą co najwyżej na skrzydło napluć, no i może ziarek z rana podrzucić, bo jednak nie samą dzięcieliną kurczak żyje, prawda, i tak się jakoś w naturze złożyło, że ewolucja kurczaka przebiega w kierunku dokładnie przeciwnym do ewolucji człowieka – my zeszliśmy z drzewa i czym prędzej chcieliśmy się od niego oddalić (tak na milion kilometrów betonowych słupów i asfaltu), a kurczak wręcz przeciwnie: wchodzi na drzewo i ma takie ambicje, by wdrapać się jak najwyżej. A że trwa sezon na papierówkę, to można połączyć wysiłek związany z rozwojem osobistym z czystą przyjemnością jedzenia:

I to tyle na dziś, bo zaraz wybije północ, a o szklarni, ogrodowych ekscesach, kartoflanej telenoweli, baletach na balotach i serowych eksperymentach (narobiłam się! Ale może warto) to już w kolejnym wpisie, a teraz tylko dodam, że już suszę pomidory i bazylię do serów:

Wypatrujcie więc pilnie kolejnego odcinka, tak jak Pasztefon wypatruje listonosza:

PS. Aha, i znowu upiekłam chleb pszenny na żytnim zakwasie, tym razem taki z dodatkiem koziego twarogu (wpływa pozytywnie na wilgotność i sprężystość miąższu), i znowu wyszedł mi taki mały spodek latający:

Był na tyle smaczny, że podejmę kolejną próbę, tylko ktoś mi musi odciąć wodę albo trzymać za łapy, bo zawsze, ale to ZAWSZE wydaje mi się, że w przepisie jest błąd i wody za mało, no i potem masz babo placek. A Mały Żonek się uparł, że upiecze sernik z ricotty, i bardzo ładny mu wyszedł, tylko nie smakował jak sernik, bo ricotta nie jest kwaskowa. Ten wściekle żółty kolor to oczywiście jajka od dzikich kurczaków. Ja ten sernik-nie-sernik zjadłam, bo smaczny był, puszysty (ricotta już taka jest – delikatna jak pianka), może ciut za słodki, ale co to za problem, choć sam twórca się od niego odciął, bo, cytuję: „daj spokój, to smakuje jak posłodzona jajecznica”. Ja bym raczej powiedziała, że jak soczysty omlet. Gdyby jeszcze był z wiśniami…

O właśnie, toż ja Wam nie pokazałam truskawek w tym roku:

Yes, my job is done here.