Wigilijne opowieści dziwnej treści, czyli Diabeł na święta

W sobotę rano dzwoni telefon, wyświetlając na ekranie “Żozefin 2015” (bo Żozefin zmienia telefony jak rękawiczki, a wraz z nimi numery kontaktowe).

–  Pani Aniu!

–  Tak, pani Żozefin?

–  Pani Aniu! Czy ma pani coś przeciwko wątrobie?

Spokojnie, myślę sobie, nie należy wpadać w panikę. W tym wypadku, gdy jeszcze nie wiadomo o co dokładnie chodzi i po czyjej warto opowiedzieć się stronie, najlepsza będzie odpowiedź wyważona, w stylu Wałęsy, trochę “za”, a trochę “przeciw”.

–  Zasadniczo to nie,  –  mówię powoli  –  bo jednak czasem się ta wątroba przydaje, ACZKOLWIEK  –  tu robię pełną namysłu pauzę  –  można by się na przykład przyczepić do tego, że skoro już sobie wątroba wypracowała mechanizm autoregeneracji, to mogłaby, prawda, podpowiedzieć innym narządom jak to się robi, i żylibyśmy długo i szczęśliwie.  –  Tu postanawiam zakończyć zdanie i nie brnąć dalej, nim dowiem się, w co tym razem wdepnęłam.

–  ??? (trzy znaki zapytania reprezentują co najmniej trzy sekundy ciszy, jaka zapadła na drugim końcu drutu plecionego z cienkich wiązek eteru i absurdu). Bo pani Aniu! Ja całą noc nie spałam, tak mnie łupie, że już chyba ducha wyzionę!
–  Aaa!  –  oddycham z ulgą, że to jednak prosta sprawa.  –  A to chyba nie będę nic miała, ale oczywiście poszukam.
–  To dobrze! To do zobaczenia, pani Aniu! A tylko trzy jajka z majonezem zjadłam!

No i tak. W mojej podręcznej apteczce można dziś znaleźć: trzy rolki bandaża, opakowanie plastra opatrunkowego, fabrycznie zamknięte igły i strzykawki, Rivanol, Octenisept, gencjanę, nadmanganian potasu (wet zostawił po kastracji koziołków, żeby robić roztwór do chlustania na rany), czopki glicerynowe (tkwią tam od wypadku Atosa), lignokainę (z czasów kolczykowania koziołków), pół kilo wapna i wit. D (od klientki, dla gąski), wit. B complex (nikt tego nie żre, ale ma jeszcze ważność) i – tadam! – nospę (inaczej: preparat o nazwie NO-SPA), której też nikt nie używał, opakowanie pełne, termin ważności: maj 2016.

Wzięłam nospę, na dużej kartce drukowanymi literami napisałam zalecenia odnośnie stosowania (lektura ulotki mogłaby zająć Żozefin zbyt wiele czasu) i ruszyłam, z poczuciem misji wiejskiej znachorki, do pokonanej przez majonez pacjentki.

W kuchni pani Żozefin, gdzie jest zawsze gorąco jak w piekle, na środku stołu królowała ogromna, plastikowa micha pełna śledzi w oleju. Przekazując Żozefin instrukcje pobierania tabletek (teraz pani weźmie dwie i popije szklanką wody, a wieczorem już tylko jedną. Gdyby się pani nie polepszyło, to rano też jeszcze jedną), zezowałam na lekko pożółkłe płaty w misce, zastanawiając się, jak długo już stoją w tym kuchennym upale.

–  A tych śledzików to pani na pewno nie jadła? Może lepiej schowa je pani do lodówki?
– Niee, tylko taki mały kawałeczek spróbowałam, o, jak paznokieć, czy aby nie za słone chciałam sprawdzić.
–  Aha. To może lepiej niech pani ich nie je, a teraz proszę wziąć dwie tabletki i się położyć. Może uda się pani zdrzemnąć i odpocząć, i niech pani do mnie zadzwoni za kilka godzin. Jeśli nadal będzie tak mocno bolało, to pojedziemy do szpitala, dobrze?
–  Dobrze, pani Aniu  –  Żozefin posłusznie łyknęła nospę, popijając wodą.

Wróciłam do domu. Za jakieś dwie godziny warczy na parapecie telefon.
–  Pani Aniu! Pani Aniu! Ja się już bardzo dobrze czuję! Ooo, jak mi ta neospa pomogła! Już zjadłam znowu dwie tabletki, a wieczorem zjem jeszcze jedną!
–  Pani Żozefin… – jęknęłam – wzięła pani KOLEJNE dwie tabletki, po tych, które brała pani przy mnie?
–  Tak! Bardzo dobrze mi pomogła ta neospa, musi mi pani tego kupić w aptece. Ooo, jak się już dobrze czuję, pani Aniu!
–  Pani Żozefin, niech już pani nie bierze dzisiaj więcej tabletek, dobrze?
–  Nie brać?
–  Nie, już pani wzięła wystarczająco dużo.
–  No to już nie wezmę, pani Aniu.

Pewnie i tak wzięła. Dobrze, że odcięłam jej z blistra tylko osiem sztuk, a wziąwszy pod uwagę, iż z jednej pani Żozefin można by ulepić ze dwa Kanionki, mogłam się nie martwić, że ofiara majonezu rozluźni sobie wszystkie mięśnie gładkie na śmierć.

No i tak to. Najpierw minus dziewięć i poranne skuwanie lodu w wannie należącej do Prezes Kaczki, a niecałe dwie doby później – trzynaście na plusie, słońce pogwizduje pod nosem, po koziarni tłucze się motyl, mnie komar użarł wczoraj pod łopatką (a propos łopatki – gówno jeszcze nierozłożone, zupełnie nie rozumiem, co mnie powstrzymuje), a pająk w łazience narobił sobie nadziei na lepsze jutro i uwija się przy budowie imponującej sieci.

pajak zimowy

I jak tu, w takich okolicznościach, pisać świąteczne notki? Z przegapionych przez kurczaki ziarenek owsa wyrosły na podwórku soczyste, młode rośliny, a same kurczaki też jakoś nie zorientowały się, że już koniec grudnia, i znoszą jajka w trybie letnim. Fakt, że tylko stare kury, czyli całe trzy sztuki, bo młode są jeszcze za młode i jedyne, co muszą znosić, to nieudolne zaloty kogucików ze swojego rocznika, ale zawsze. Zielony owies, jajka i kłębiaste owieczki – Wielkanoc, jak w pysk przylutował, i mam ochotę życzyć Państwu smacznego jajka ze śledziem i majonezem, i żebyście zawsze mieli coś przeciwko wątrobie, ale na szczęście mam na te święta asa w rękawie. Którego trzymam już od dawna, jak skąpy Szkot pod podszewką tapczanu (naprawdę nie wiem, co ma tapczan na wierzchu – podszewkę, poszycie, pokrowiec, obicie?), na specjalną okazję, i teraz tak sobie myślę, że okazja nadeszła.

Wiele, wiele milionów lat temu, jakoś mniej więcej wtedy, gdy Ziokołek powiła swe pierwsze koźlątka, Diabeł w buraczkach przysłał mi piękny obrazek pod tytułem “jak widzę Kanionka”. Obrazek dostałam nie tylko w postaci pliku cyfrowego, ale i na żywo, w wielu egzemplarzach, rozmiarach i wersjach, i zrobił mi on coś takiego, że mi się wszystko w środku rozpłynęło (ale nie tak brzydko, jak wnętrzności w zleżałych zwłokach, tylko słodko i przyjemnie, jak w salaterce pełnej lodów bakaliowych i malaga, i cytrynowych i czekoladowych, z orzechami laskowymi i syropem jeżynowym). I Diabeł już wtedy martwił się, że obrazek nieaktualny, bo zwierzaków mi przybywa, no ale z drugiej strony – jak on by je wszystkie miał zmieścić na dachu… A ja Ci mówię, Diabeł, że ten obrazek jest jak wieczne pióro i dobry gust – ponadczasowy. I mam nadzieję, że wszystkim zrobi tak dobrze, jak mi:

jak Diabel widzi Kanionka

Że to nie jest motyw świąteczny? Dla mnie święta to miły nastrój, odczucie wewnętrznego ciepła, złudzenie szczęścia i dobrobytu, choćby tylko na chwilę. Nie ubieram choinki, nie robię dwunastu potraw (dla dwóch osób?), a w Wigilię równie dobrze mogę się wziąć za malowanie łazienki (kupiłam w pewnej upadającej sieci wiaderko farby w kolorze, którego nie chciałam, ale było tak bardzo przecenione, że będę miała łazienkę zielono-zieloną i nie ma o czym gadać), no i oczywiście posiedzę dłużej w koziarni. Może w tym roku zrobimy z małżonkiem takiego bałwana?

balwan cieplarniany

Wychowałam się w religijnej, niezamożnej, ale pełnej ciepła rodzinie. Rodzinie mojej Mamy. I choć odpadłam daleko, jak to jabłko od choinki, i świąt w zasadzie nie obchodzę, one i tak są we mnie, siłą wspomnień z dzieciństwa. Pamiętam stary, solidny stół babciny, na święta przyoblekany w gruby, starannie odprasowany obrus w kolorze ecru. Doskonale symetryczną choinkę o tłustych od ciemnozielonych igieł gałązkach, którą wybierała Ciocia B., inżynier budowy okrętów (“co mi pan tu jakiś wiecheć wciska? Przecież ta choinka jest łysa, o tu! Proszę tamtą, gęstą… O nie, ta też nie, ta ma tutaj krzywo gałązkę”), a która rok w rok ubierana była w te same ozdoby, które znałam na pamięć, i przez to były mi bliskie, nasze, swojskie. Przy stole istny babiniec, na szybach starych, drewnianych okien szron, za oknami śnieg i pierwsza gwiazdka, a dużo później – prezenty. Wtedy tabliczka czekolady była jak dwutygodniowy pobyt w raju i choć nadal od czekolady nie stronię, żadna już tak nie smakuje. Fenomen wspomnień z dzieciństwa. Co dziwne – te wspomnienia się nie zużywają. Po trzydziestu latach nadal mogę tam wrócić, dotknąć porysowanej bombki w kształcie sopla lodu, wejść pod stół i zobaczyć kapcie Babci i wszystkich ciotek. Proste, drewniane krzesła z wytartym, zielonkawym obiciem. Stary, ciężki, ciemnobrązowy kredens i telewizor z wypukłym okiem. Fenomen ludzkich wspomnień – dziś ledwie pamiętam, jak się nazywał mój ostatni zakład pracy, ale zapytajcie mnie Państwo, po której stronie zamykanego na klucz barku stała karafka z wiśniówką, w tym starym, babcinym kredensie…

Życzę Państwu świąt niezapomnianych.
A tym, którzy całkiem i w ogóle nie obchodzą, albo w tym roku nie mogą, żeby popatrzyli na piękny obrazek Diabła w buraczkach i wyciągnęli z niego tyle ciepła, uczucia szczęścia i spokoju, ile się tylko da, a wiem, że da się z niego wyciągnąć wiele. Sama wracam do niego tak często, jak do tamtych świąt.

PS. I jeszcze z cyklu “propozycje kulinarne Kanionka” – świąteczna szynka z kota:

szynka z kota

Po spożyciu przyjąć ze dwadzieścia tabletek neospy i popić majonezem.

1 2 3