Umarł pomidor, niech żyje ogórek, czyli kozy na pięciolinii i życie pod prąd

Nie pomogły zastrzyki,

recenzje i pomniki

ni kwaśne mleko…”

(Fragment utworu „Śmierć poety” Konstantego Ildefonsa Gałczyńskiego)

Ani nawet serwatka z koziego sera. No nic nie pomogło, choć ja akurat nawet nie próbowałam ratować tych pomidorów, a Żozefin spryskała szklarnię całą tablicą Mendelejewa i pomyjami z elektrowni w Czernobylu, i też nic jej z tego nie przyszło. O czym ja mówię? A o zarazie, co padła na pomidory, podobno nie tylko moje i Żozefinowe, ale wszystkie pomidory w całej okolicy. Żozefin uparła się, że to szara pleśń, a mnie to raczej wygląda na zarazę ziemniaczaną:

zaraza ziemniaczana zaraza ziemniaczana 2

No więc ona spryskała („Pani Aniu! Kupi mi pani taki środek na szarą pleśń!”, „No dobra, a on się jakoś konkretnie nazywa, czy wszystko jedno?”. „Szara pleśń się nazywa!), a ja nie, bo z zasady niczym swoich upraw nie pryskam, i stawiam na proste, a przez miliony lat sprawdzone mechanizmy ewolucji: przeżyją osobniki najsilniejsze i najlepiej przystosowane. Nie wyrwałam krzaków, choć żal patrzeć na ten pomór, bo moje pomidory jeszcze walczą, wypuszczają nowe liście i pędy, więc trzeba dać im szansę. Najlepiej, jak na razie, bronią się odmiany „Black Cherry” i „Tigerella”, z nasionek od Zeroerhaplus (a właśnie – gdzie jest Zeroerha?):

tigerella od Zeroerha 1 tigerella od Zeroerha tigerella od Zeroerha 2 black cherry od Zeroerha 1 black cherry od Zeroerha

No i oczywiście kiełbasa, która występuje poza konkursem, i podejrzewam, że żadna zaraza nie dałaby jej rady:

wychodzimy pies pod kielbasa

O, a tu JEDNA sadzonka, co położyła podporę w ogródku, ale sobie dopełzła do ogrodzenia i jedzie dalej:

kielbasiany najezdzca

Piękna roślina, zaradna, uparta, silna i delikatna zarazem, imponuje szybkim przyrostem masy i ma dobrze rozwinięte cechy kobiece – wszystkiego się czepia i idzie po trupach do celu, tylko nie nadaje się do szklarni, gdyż osiągnąwszy pułap sufitu zabudowuje go liśćmi i ze szklarni robi się ciemna piwnica.

Kapusta pod firanką poległa, bo firankę porwał wiatr, na co te wściekłe motyle tylko czekały, a ziemniaki zeżarła mi stonka. STONKA! Poletko ziemniaków miało kilka metrów kwadratowych, ot tyle, żeby na kilka jesiennych obiadów starczyło, a menda w paski i tak je wypatrzyła, sobie siadła i zjadła. Małżonek mówi, że to koniec świata, no ale szarańczy jeszcze nie było. Za to w tym roku po raz pierwszy od lat mogę powiedzieć, że mam ogórki:

ogory

Kilka takich wiader zebrałam i już się kiszą w piwnicy. O, a kolejną taczkę cukinii postanowiłam ususzyć w plasterkach, dla zwierzaków na zimę, a że się zrobiło słonecznie, to wyłożyłam je na tej wolierce, która służyła za odchowalnik dla małych kurczaków i gęsi:

suszenie cukinii

Ale długo nie posuszyłam, bo plasterki zwąchał Rosół i natychmiast zawołał wszystkie swoje małżonki:

kury i zlodzieje

A przecież dostają tej cukinii codziennie po dziesięć sztuk, wielkich jak maczugi, no ale to są kurczaki, i może Pimpacy ma rację, że tak ich nie cierpi, bo to wredny naród złodziejski i szkodnik i morderca. Kurczaki, nie Pimpacy. Chociaż Pimpacy czasem też. No w każdym razie nie ma suszonej cukinii, i zobaczymy, co naród dziadowski będzie zimą jadł, za to nareszcie mogę się pochwalić, że mamy już ogrodzenie elektryczne, które działa. Na razie ogrodzona została łąka północna, ta ze stawem:

e-pastuszek 5 e-pastuszek 4 e-pastuszek 3 e-pastuszek 2 e-pastuszek

I na początku drutów było cztery, bo mieliśmy niczym nieuzasadniony przypływ optymizmu, ale się okazało, że Kredens jest w stanie przeskoczyć pomiędzy drugim a trzecim drutem od ziemi (i jeszcze się okazało, że umie ryczeć basem), a Ziokołek to nawet nie skakała, tylko zwyczajnie przelazła, i nawet słowem nie pisnęła, gdy zahaczyła cyckiem o drut. Twarda z niej sztuka – Pacanek tylko nosem dotknął i odrzuciło go na pięć metrów do tyłu (ale musiał dotknąć jeszcze z siedem razy, żeby się przekonać, że nie lubi prądu i nie chce mieć z nim więcej do czynienia). Próba generalna była późnym popołudniem i nikomu już się nie chciało lecieć z rolką drutu, żeby dorzucić brakującą kreskę na pięciolinii, a następnego dnia rano przestał działać śliczniutki, nowiutki elektryzator, i główny dyrygent był bliski podcięcia sobie gardła smyczkiem.

Kupiliśmy drugi elektryzator, pociągnęliśmy ten piąty drut, i kozy odzyskały wolność:

kozy wolne owce tez wolne

Małżonek zrobił dla elektryzatora taką budkę:

budka

Od której idzie sobie kabelek zasilający, początkowo w rurce pcv:

kabel w rurce

A później po ścianie komórki na siano:

do komorki

A później wchodzi do komórki, gdzie znajduje się normalny, kulturalny włącznik. A gdybyście kiedyś potrzebowali gniazdka naściennego, a dysponowali tylko takim zwykłym, podtynkowym, to naścienne z podtynkowego można zrobić tak:

gniazdko natynkowe typu homemade

Pudełko po tym pilingu cukrowym trzymałam chyba ze cztery lata i jestem niemożliwie wręcz dumna z tego, że wcale nie trzymam po kątach zbędnych rupieci, tylko kluczowe podzespoły do instalacji elektrycznych. A małżonek już kończy budować swój własny elektryzator, na wypadek, gdyby sklepowy znów zawiódł:

elektryczne pomidory

To po lewej to cewka zapłonowa od starego BMW, a po prawej układ, o którym nie mam bladego pojęcia. W tle widać próbę przekucia porażki w sukces, czyli ocalałe z ziemniaczanej zagłady pomidory „Black Cherry” w zalewie słodko-kwaśnej, na zimę (nie pasteryzuję! Ogórków też nie). To wszystko będzie jakoś ze sobą połączone (oprócz pomidorów), tylko nie mam aż tak dużych pudełek po pilingu, więc cewka jest na razie bezdomna, za to firmowa etykieta na elektryzator już jest:

DSC05015

Tak wygląda oscyloskop:

oscyloskop

A tak krajobraz po zerwanej podłodze (tę właśnie robotę małżonek musiał rzucić, by zająć się elektrycznym pastuszkiem):

moj jest ten kawalek braku podlogi

A tak wygląda Kanionek, do którego nie przyjechał rycerz na spalinowej wykaszarce:

Kanionek z wykaszara

A pamiętacie ten dowcip o kobiecie, co jedzie autostradą, a w radiu mówią, że po autostradzie jakiś wariat jedzie pod prąd, a ta kobieta mruczy pod nosem: „żeby jeden! Ja tu już kilkunastu minęłam!”? No to ja też się kiedyś z niego śmiałam…

Pojechaliśmy w miniony piątek do Elbląga, załatwić jedną sprawę i pomacać węgiel. Może nie wiecie, ale dobry gospodarz zawsze maca węgiel przed zakupem, oraz indaguje wystraszone panienki z biura składu węglowego o zawartość siarki, popiołu, wilgotność, kaloryczność, i inne takie kwestie kluczowe. A przynajmniej małżonek tak robi. No więc pojechaliśmy organoleptycznie ocenić jakość naszego zimowego opału przed zakupem, a że nie do końca wiedzieliśmy, gdzie ten węgiel się znajduje, tośmy jechali tak trochę na „wydaje mi się, że”. No i po drodze trafił się Metalzbyt, to jeszcze zajechaliśmy pomacać zasuwki (do koziarni), siatki stalowe o drobnych oczkach (przyszłościowa szafka do dojrzewania serów w piwnicy), i przy okazji zapytaliśmy sprzedawcę gdzie ten węgiel, no i on nam powiedział, że trzeba pojechać mostem Unijnym, z mostu w lewo i zaraz w prawo, no i poszliśmy do samochodu roztrząsać kwestię, czy ten most tośmy już minęli i trzeba jechać w lewo, czy może jest jeszcze przed nami i z Metalzbytu trzeba skręcić w prawo. Po namyśle i trzech rzutach monetą wyszło nam, że jednak należy zawrócić, czyli w lewo.

No i tu dochodzimy do tego, co Kanionek odwalił za numer. Otóż dojeżdżając do drogi głównej, wziął i skręcił w lewo. I przez chwilę tylko się zastanawiał (ułamek sekundy króciutki), dlaczego u diabła musi przekroczyć linię ciągłą, ale gdy już ją przeciął, wszystkie troski poszły precz (słowo daję – miliony lat ewolucji, a mój mózg potrafi jedynie stwierdzić: “hej, coś tu jest nie tak, ale SPOKO, jedź dalej”), a małżonek to w ogóle niczego niezwykłego nie zauważył, bo w głowie już sobie ten węgiel przesypywał i torturował niewinne panienki, i tak sobie ujechaliśmy ze sto metrów, gdy jadący z naprzeciwka samochód (prawym pasem jechał) dał mi nerwowy sygnał długimi światłami. Spojrzałam na pokrętło od świateł Gwiazdolota – światła mijania włączone, spojrzałam w lusterka – nic nam się nie dymi, ani za nami nie ciągnie, więc o co mu cho… I nagle natenczas, a nawet na horyzoncie, nie tak bardzo znów daleko, oczom mym ukazały się samochody. Jadące po tej samej jezdni, lewym pasem, prawym pasem, a wszystkie w kierunku dokładnie przeciwnym do naszego, całkiem jakby nam na spotkanie. Noż urwał nać!

Udało mi się w czasie poniżej dziesięciu sekund wyhamować, wykonać manewr zawracania na trzy, i ruszyć w odpowiednim kierunku, z miną „jak gdyby nigdy nic”, zanim te samochody nas dopadły. A małżonek tylko stwierdził, że o jasny szlag, gdybyśmy się nadziali na gliny, to pierwsza tona węgla kosztowałaby nas ponad tysiąc złotych. Ja tu pod prąd, jak blondynka z dowcipu zaiwaniam, jak ten beton bezkomórkowy jednokierunkową w złym kierunku gnam, a ten mi o węglu! Ja tego do końca dnia nie mogłam przełknąć. Taki śliczny Kanionek, taki mądry, taki zdolny, takie ma ładne prawo jazdy od lat dwudziestu będzie z okładem, i jedyne dwa mandaty co w życiu dostał, to za się spieszenie do pracy, a tu taki… taki… no jak to będzie w moim CV wyglądało!? No jak dupa w elbląskim kanale maczana.

I taka już byłam do końca dnia zdenerwowana, że nawet nie pamiętam, jak żeśmy do tego węgla dojechali, i tylko taka scenka, co się pośród czarnych hałd rozegrała, mi w pamięci została, którą Wam pokrótce przedstawię.

Po zwyczajowym przesłuchaniu w biurze składu opałowego (popiół, siarka, klasa, badania, a czy węgiel w hali, czy pod gołym niebem), w wyniku którego Pani Obsługująca wpada w bełkotliwy słowotok (moja taktyka! Dużo mówić, żeby zmylić i zmęczyć przeciwnika), małżonek życzy sobie wizji lokalnej i macania trupa. Znaczy się surowca. Pani prowadzi nas czarnym szlakiem płyt betonowych pokrytych warstwą węglowego miału, wprost do takich eleganckich, murowanych z gazobetonu boksów („jak dla zwierzątek”, myślę od razu), a w każdym boksie mniejsza lub większa kupka węgla innego sortymentu. Nas interesuje groszek, czyli rozmiar 25-50. Bardzo nas interesuje. Wciąga i pasjonuje. Pani cofa się o trzy kroki i patrzy na nas jak na dwa zdziczałe lemury, co się urwały z rezerwatu: jeden lemur jest bosy i właśnie dokonuje inspekcji czarnych od węglowego pyłu podeszew, stojąc na jednej nodze i zaglądając sobie pod spód drugiej, a drugi lemur, ubrany jak na pogrzeb samego Lucyfera, kuca przy kupce węgla i rzuca wybranymi bryłkami o ziemię.

“To musi pan mocniej cisnąć, żeby się ten węgiel rozpadł” – podpowiada pani. “A to niedobrze” – ciska kolejną bryłką pogrzebowy lemur. “… i w ten sposób otrzymujemy stop stopy z węglem…” – mruczy do siebie bosy lemur, na co pani już nie wie, co powiedzieć, więc zaczyna dyskretnie stukać w swojego smartfona (“Ale kogo tu wezwać – Policję, czy pogotowie?”).

A w poniedziałek rano…

Pakuję Wasze sery, zwyczajowo szastając taśmą, będzie już półtorej godziny, gdy do kuchni wchodzi małżonek (zajęty uprzednio montażem domku dla elektryzatora – żeby mu deszcz ze śniegiem na głowę nie padał, i w ogóle żeby mu się długo i dobrze u nas żyło), i mówi: „Kanionku, kozy to już by chyba chciały być wydojone, wiesz?”. „Tak?” – odwijam z trzaskiem kolejny metr taśmy – „A co powiedziały?”. „Yyy, ekhem…” – tu małżonek odchrząkuje dyskretnie, dla lepszej emisji głosu, „powiedziały: BEEEE!”. „Aha, no to faktycznie. Powiedz im, że zaraz kończę i do nich idę”. „Oczywiście, Kanionku, POWIEM IM” – mówi małżonek z miną troskliwego ordynatora oddziału psychiatrii dziecięcej. „A nie wiem, czy słyszałaś…” – tu przerwało mu kolejne „srututut” taśmy klejącej, „że ma być podobno tutaj w okolicy organizowany jakiś kurs sensownego pakowania paczek. Pojedziesz?”. „Ale że co – POPROWADZIĆ?”

kotki dwa

PS. A propos konia. Tu macie kilka fotek Kanionka na koniu, sprzed jakichś dziesięciu lat (robione takim aparatem, co lubił wszystko na zielono). Możliwe, że już je pokazywałam, ale nie pamiętam, więc się nie liczy:

My beautiful picture

My beautiful picture

My beautiful picture

I niech Was nie zwiedzie pozorny, sielski urok tych obrazków, że niby Kanionek taki śliczny, tak sobie ładnie siedzi na tym koniu, głową do przodu nawet, taki prawie jakby się na koniu urodził i konia z rzędem zjadł i beczką soli poprawił, a siodła, lonże i popręgi to mu z ręki jadły. Nie-nie-nie-nie. Kanionek na tym koniu był tak sztywny ze strachu (to był najwyższy koń w całej okolicy!), że po półgodzinnej lekcji trzeba go było kijem strącać, bo sam by nie zszedł. Małżonek mi kupił trzy lekcje (na urlopie na Kaszubach byliśmy, i to była znienackowa niespodzianka), i wierzcie – przez te trzy dni paczka Solpadeiny poszła. I nie myślcie sobie, że ja się tak z przyjemności uśmiecham – ten uśmiech miałam przyklejony na stałe, bo wyczytałam gdzieś, że koń WIE, kiedy jeździec jest niepewny siebie, a bardzo mi zależało na tym, żeby ten akurat koń nie wiedział, więc uśmiechałam się jak ta łagodna łania do mglistego wrzosowiska, ale wszystko na nic, bo koń i tak WIEDZIAŁ (to jakaś cwana klacz była), i wbrew instrukcjom tej pani na drugim końcu lonży próbował przechodzić w kłus (a moje serce w galop), albo stawać na tylnych nogach (a moje serce po prostu stawać), albo odwracał łeb, by popatrzeć na mnie kpiąco, i co ja mogłam? Się tylko uśmiechać, a w duchu powtarzać: „wszyscy zginiemy”. No więc ja się koni boję, ale podobno każdy strach można przezwyciężyć, a Bożeny też się przecież bałam, a teraz jesteśmy najlepszymi przyjaciółkami. No więc ja nie mówię, że zaraz sobie kupię konia, ja tylko mówię, że bym chciała.

PPS. A z tą jazdą pod prąd, to nie żebym się tłumaczyła, ale akurat bardzo gorąco było, a w Gwiazdolocie na tylnym podszybiu suszył się cząber, a cząber ma zapach wprost OSZAŁAMIAJĄCY, i cała kabina Gwiazdolota była pełna tej atmosfery oszołomienia i pośpiechu, A W DODATKU był to dzień zaraz po niżu znad Morza Czarnego, a ja jestem psychobiometeopatką.

A wiecie, że dżem z jarzębiny leczy hemoroidy? To znaczy DOUSTNIE się go stosuje, a i tak leczy. Tak tylko pytam, dla odwrócenia uwagi.

ja tez sie susze

1 2