Zajęczą nogę w biały dzień zobaczyć, czyli wady i zalety późnego macierzyństwa

Ale o skocznych kończynach później, bo najpierw ciut przedawniona informacja o tym, co się wykluło z dziesiątego jajka. O, właśnie takie coś:

kazda potwora znajdzie swojego inkubatora

No kto by się spodziewał, prawda?

A teraz zapowiadany nius sezonu. Nius można obejrzeć tutaj:

nius 1

Choć może lepszy widok będzie stąd:

nius 2

Widzą Państwo? NO PEWNIE, że Państwo nie widzą, bo właśnie o to chodzi! I gdyby nie moja Mama, nikt nie wiedziałby, o co chodzi, i w ogóle nie byłoby żadnego niusa.

Mam wrażenie, że ja to jakoś Państwu niedokładnie wytłumaczyłam, więc może od początku.

Mama przyjechała na trzy dni, i przejęta tymi wszystkimi nowymi narybkami na naszym podwórku, popadła w nerwicę liczydła. Liczyła po kilka razy dziennie wszystkie zasoby – gdaczące, kwaczące, piukające, ćwierkające i miauczące, żeby mieć pewność, że – jak na parkingu strzeżonym przez pana Miecia od “dej pięć złotych” – nic nie zginęło. I przez pół soboty chodziła nerwowa, bo księgi jej się nie zgadzały w rubryce “gdaczące”. “Są tylko trzy kury, mówię wam. Kiedy je ostatni raz liczyliście?”. “Wczoraj. Wczoraj na pewno były cztery, bo ja je liczę codziennie, nawet wbrew własnej woli, bo mi głosy każą wszystko liczyć”, mówię ja. “No to dzisiaj są tylko trzy kury”, mówi Mama, zupełnie niezrażona wyznaniem o głosach, bo do córki wariatki też idzie się z czasem przyzwyczaić. “Może jedna została za koziarnią? Albo gdzieś w krzakach siedzi?”. “Nie, ja już wszędzie byłam, i są tylko trzy kury”.

I faktycznie, przypomniałam sobie, że nawet małżonek mnie pytał godzinę wcześniej, czy Mama tropi węża w trawie, bo widział ją przez okno, taką dziwnie pochyloną i przemieszczającą się lekkim zygzakiem w niespiesznym tempie. A Mama właśnie wtedy lustrowała przestrzeń pod krzakami żywopłotu, w poszukiwaniu tej nieszczęsnej, czwartej kury. Wzruszyliśmy ramionami, bo cóż – doświadczenie mówiło nam, że jeśli kurczaka porwał Rudy Ryj albo Jaszczomp, to już i tak, że się tak brzydko wyrażę, po ptakach. A jeśli kura zamarudziła gdzieś w lesie, bo znalazła pyszne robaki, to na wieczór wróci do kurnika i wtedy zrobi się ostatni spis z natury i wszystko będzie jasne. Jednak Mama nie chciała czekać do wieczora, była gotowa przeczesać pół hektara łąki własnym grzebieniem, i wzruszywszy ramionami na nasze wzruszenie – postanowiła poszukać czwartej kury JESZCZE RAZ. I wiecie co? Znalazła! Właśnie tam, gdzie Wam pokazałam, na tych zdjęciach, co na nich nic nie widać.

Kura, która poczuła spóźniony zew natury, siedzi za podwójną budą, w dawno nieużywanym psim kojcu, pośród gąszczu pokrzyw i ostów. Doskonała miejscówka dla partyzanta, muszę przyznać. Daszek nad głową, dokoła chaszcze, NIKT nie miał pojęcia o siedzącej tam kurze, a ja z wrażenia zapomniałam Mamę zapytać, jakim cudem ona ją tam odnalazła. Techniką tropienia węża zapewne. I nie powiem, bardzo nas ucieszyła ta niespodzianka, tylko zachodzimy w głowę, NA CZYM właściwie siedzi ta kura? W sensie, że wiemy, że na dupie, ale co pod nią, bo chyba nie jajka? Gdyby kury składały jajka w tej partyzanckiej kwaterze, Laser już by o tym wiedział. Kojec był cały czas otwarty, bo po co zamykać – żeby pokrzywy nie uciekły? A że kura zasiadła dopiero tydzień temu w sobotę, to dam sobie durny łeb obciąć, bo do czterech jeszcze umiem zliczyć, a – jako się rzekło – liczę codziennie. Wszystko. Wielokrotnie. No to nie wiem. Może ona zwariowała, późne macierzyństwo ją dopadło, i wszystko jej jedno, na czym siedzi? Może na kawałku cegły, albo na psiej piłce… Jeśli tak, to za trzy tygodnie trzeba ją będzie stamtąd wyciągnąć, bo moim zdaniem choćby nie wiem jak długo człowiek siedział na piłce, małych piłeczek się nie doczeka. A tymczasem podstawiłam biedaczce miskę z ziarnem i drugą z wodą prawie pod sam dziób, i nawet jabłuszko podrzuciłam, bo ona ani drgnie! Udaje, że jej tam wcale nie ma. Poparzyłam sobie pokrzywami nos i lewe przedramię, żeby dostarczyć jej wyżywienie na co najmniej tydzień, a ona nawet okiem nie mrugnęła, przyczajona jak dwa smoki i tygrys, rozpłaszczona jak parasol, z łbem blisko ziemi i okiem nieruchomym (nie, na pewno nie zdechła. Gdyby zdechła, oko byłoby zamknięte).

No i to jest właśnie ta niespodzianka, i owszem, trochę mi głupio, że to jednak nie paw, albo stado tapirów, ale co ja poradzę – jaki lajfstajl, taka sensacja. I jeśli macie niedosyt wrażeń, to nie ma sprawy, bo ja mam jeszcze w zanadrzu Gamonia i jego sklep z używanymi częściami zamiennymi.

Jakiś czas temu podsłuchałam niechcący fragment rozmowy Atosa z Gamoniem, i pamiętam z niej tyle, że Atos tłumaczył Gamoniowi, jak ważne w życiu są nogi, i że są tylko cztery, a jak się któraś zepsuje, to życie już nigdy nie jest takie jak dawniej, i że w ogóle do dupy z takim czymś, bo jak się człowiekowi coś posypie w samochodzie, to człowiek sobie może zepsutą część na niezepsutą wymienić, i samochód jedzie dalej, a z psami to co, kurde? No i Gamoń tak niby słuchał, a niby sobie lizał łapkę, wyglądając przy tym całkiem zwyczajnie, czyli gamoniowato, ale okazuje się, że jednak słuchał uważnie, bo co ja zobaczyłam kilka dni później, w dzień upalny sierpniowy? Gamonia, powracającego z lasu od strony wschodniej, taszczącego w pysku coś, co nie było ani wężem, ani nawet wiewiórką, a na czym Gamoniowi musiało szczególnie zależeć, bo mimo trzydziestu stopni w cieniu taszczył pilnie i z dużym poświęceniem. Przeczołgawszy się pod skrzydłem bramy dobrnął pod północną ścianę domu, minąwszy mnie tak, jakbym nie istniała, i na trawniku z namaszczeniem ułożył TO:

calkiem swieza nozka

zabezpieczony na wypadek wypadku

Musicie przyznać, że zadbał nawet o to, by jego zapasowa noga na czarną godzinę była w odpowiednim dla niego rozmiarze. No i musiał przy okazji nogi ubić jeszcze jakiś inny interes, bo nie tylko z powodu upału ledwo się do domu z tą nogą doczłapał – TAKI miał brzuch wypchany. I jak padł na beton, to leżał jak beton przez kilka betonowych godzin, dysząc ciężko. No i później słyszałam jak skarży się Atosowi, że zdrzemnął się tylko na chwilkę, a w tym czasie ktoś mu całkiem dobrą nogę podpie*dolił. I powiem Państwu szczerze, że jestem pełna obaw, bo idzie jesień, dziki podchodzą coraz bliżej ludzkich domostw, i co ja zrobię z nogą odyńca? Na dziczą gicz to już całkiem spory dołek trzeba wykopać, a ziemia twarda i sucha. Same zmartwienia z tym kotem, a Wy się dziwicie, że próbuję go komuś wcisnąć. Może na ognisko pójdzie? Gicz, znaczy się, nie Gamoń. No ale tym się będziemy martwić później, a tymczasem przejdźmy do dnia, w którym przywieźliśmy Majkę.

Wtorek, osiemnasty sierpnia, dzień jasny, słoneczny. Wszyscy w radosnym nastroju (wszyscy oprócz Bożeny. Bożena jest zawsze poważna jak wezwanie do obowiązkowego stawiennictwa w najbliższej jednostce wojskowej, bo Bożena uważa, że radosne nastroje są dla niefrasobliwych idiotów, a jak już człowiek coś w życiu widział i trochę o życiu wie, to mu się zaraz odechciewa nieuzasadnionych wybuchów optymizmu), koguty pieją, jaskółki uczą dzieci polować na muchy, kaczki wypchane ziarnem człapią uśmiechnięte nad staw. Kończę właśnie doić ostatnią kozę, gdy dzwoni w kieszeni telefon.

–  Halo? – zagajam rozmowę uprzejmie.

–  Halo! – wrzeszczy słuchawka.

–  Dzień dobry, pani Żozefin. – mówię, jeszcze niczego nie przeczuwając.

–  Halo! – tak, to normalne.

–  Czy mnie pani słyszy? – pytam nadal radośnie i uprzejmie.

–  No teraz słyszę.

–  To dobrze. Co się stało?

–  Nic się nie stało! Pani Aniu!

–  Tak, pani Żozefin?

–  Pani Aniu! Czy jedzie pani dzisiaj do miasta?

–  Ano jadę.

–  To i ja z panią pojadę.

I bum! Jak za dotknięciem atomowego grzyba, radosny nastrój poszedł w drzazgi i trzaskające pierony. Świat zrobił się czarny, a wiatr zawodził żałobnie. Z drzew spadły wszystkie liście, jaskółki zdechły w locie, a koguty zaczęły składać czarne jajka. I czemuż, pomyślicie, czemuż Kanionek taki wredny? Wszak wzion ostatnio 30 butelek wody z kranu Żozefin, a teraz kobiecinie głupiej wycieczki do miasta żałuje? Ano nie żałuje, nigdy nie żałował, zawsze woził i zakupy zatargać do domu pomagał, tylko DLACZEGO DZIŚ? Akurat dziś, kiedy mamy odebrać Majkę ze schroniska, i już słyszę jak pani Żozefin prycha przez całą drogę powrotną, że “a co to”, “a na co to”, “a mało już tego macie?”, “a to przecież żreć musi”, i tak dalej. A ja nic nie mogę powiedzieć o dwóch telewizorach wielkości boiska do koszykówki, włączonych non stop, bo – kurna jej kaczka blaszkodzioba – etykieta nie pozwala. No to uknułam na szybko sprytny plan, że się powie pani Żozefin, że Majka do nas tylko na przechowanie, bo znajomy na urlop pojechał, czy coś, i odetchnęłam z ulgą, a świat znów odzyskał kolory, jaskółki, liście i koguty bez jaj.

I wiecie co? W miasteczku B. rozdzieliliśmy się, każdy załatwiać swoje sprawy, a gdy o umówionej godzinie spotkaliśmy się pod katedrą, pani Żozefin nie powiedziała NIC. Owszem, wpatrywała się w Majkę jak pyton w morską świnkę, ale jakoś zdzierżyła i nie rzekła nic. Dopiero w połowie drogi powrotnej nie wytrzymała, odwróciła się do mnie siedzącej na tylnym siedzeniu (bo matka zawsze siedzi z tyłu), i przepowiedziała złowieszczo: “TO wam całą wodę ze studni wypije”. Na jej usprawiedliwienie warto wspomnieć, iż Majka faktycznie wygląda trochę jak smok, co zeżarł worek siarki, no bo cóż – była ulubienicą opiekunów w schronisku, i pewnie nie raz kapnęło jej do miski coś więcej, niż przydziałowa porcja schroniskowej karmy, a do tego ruchu nie za wiele, i masz babo placek, z siarką i funtem kłaków. Albo i dziesięcioma funtami. Teraz za to na brak ruchu Majka nie będzie narzekać, bo Laser jej na to nie pozwoli, a ze studni to już i tak nie ma co wypijać.

Majka jest u nas zaledwie kilka dni i dopiero zaczyna się rozkręcać, ale już widać, że jest z natury radosnym, żywiołowym stworzeniem, i tylko upośledzony zmysł wzroku powstrzymuje ją od wywrócenia podwórka do góry nogami. Stopień jej niedowidzenia musi być znaczny, bo pies porusza się po terenie podwórka i domu z grubsza na pamięć, a gdy wcześniej np. otwarte drzwi zostaną zamknięte, Majka dowiaduje się o tym fakcie dopiero po walnięciu w niego nosem, ale niewiele sobie z tego robi (“idę sobie, idę, jebut, okej, idę dalej, łup, nie ma sprawy, idę sobie dalej, brzdęk, spoko, pardąsik, skręcę w lewo, idę sobie, długo idę, wdepnęłam w wodę, idę dalej, o, mój człowiek, oprę się o niego i trochę odpocznę”). I po kilku dniach obserwacji jesteśmy z małżonkiem zdania, że gdyby nie ograniczał jej wzrok, Majka byłaby psem idealnym na Rude Ryje i jaszczompie. Jest chętna do nauki i zabawy (tylko niestety gubi piłeczkę, a Laser natychmiast to wykorzystuje), zwraca uwagę na każde nasze słowo i zawsze przybiega na zawołanie, czego nie można powiedzieć o niektórych takich tu z nami zamieszkujących. I tylko zważyć się nie pozwoliła – na każdą próbę uniesienia jej choćby pół centymetra nad ziemię reaguje piskiem i ucieczką. Ki diabeł? A jednak chciałabym wiedzieć, ile podać jej tabletek na robaki i środka przeciw pchłom i kleszczom. Podejrzewam, że choć Majka przypomina skrzyżowanie stolika do kawy z mieszkańcem planety Melmak, to pod tą górą futra ukrywa się niewielki, dwudziestokilogramowy piesek, ale jednak lepiej mieć pewność.

Mam dla Państwa krótki materiał filmowy z Majką w roli prawie głównej. Krótki, ponieważ mój aparat ma jakieś wapory – wyłącza się kiedy chce, i włącza zresztą też. Stuknęło mu już chyba z osiem lat, więc ja się nie czepiam, bo przecież mógł się zepsuć po dwóch, i Państwo mu, mam nadzieję, wybaczą.

I jeszcze jeden o tym, jak Majka tresuje kurczaki (dla oglądających w pracy – na końcu jest dawka szczekanych decybeli):

I garstka zdjęć:

Majka z Atosem i Laserem Majka ić stont a gdzie moja miska Majka 3 Majka Majka promienna Majka 2 poznajmy sie

Aha, i jeszcze prywatna wiadomość dla Buły od Atosa. Cytuję: “Buła! Tylko i na zawsze Ty! Ja nie wiem, co oni sobie myśleli?! Że mogą mnie na siłę wyswatać z kim popadnie, a ja się na pierwszą lepszą laskę rzucę jak Lucek na drewnianą kozę? Owszem, Majka jest wporzo i spoko, ale płomień w moim sercu gore tylko dla Ciebie. Na zawsze Twój – Atos.

PS. I nie zwracaj uwagi na takie zdjęcia:

nie moja bajka ta Majka

Bo to tylko z braku miejsca. Wiesz, przy łóżku Kanionka są najlepsze miejscówki, i każdy chciałby tam leżeć. Ale jak widzisz – nie przytulamy się! Ja TYLKO RAZ obwąchałem jej tyłek, serio, żeby się lepiej poznać, i to wszystko. Tęsknię. Kiedy przyjedziesz? Sikałem dziś pod porzeczką. Twój Atos”

I to na razie tyle o Majce, bo jeszcze gąski i kurczaki. Menel i Melina od kilku dni mieszkają na podwórku i robią co chcą, a wieczorem idą do szafy:

szafka na gesi

Ich kartonową zagrodę w różowym pokoju zajęły kurczaki, które mają już miesiąc życia za sobą i przestały się mieścić w tym M2, które dla nich zbudowałam z trzech kartonów:

M2 kurczakow pokoj zabaw w piasku sypialnia jadalnia tak sobie przechodzimy do innego pokoju

A w Różowej Zagrodzie oczywiście tylko nocują (w nocy temperatura na zewnątrz spada już nawet do pięciu stopni):

rozowa zagroda kurczaki w rozowej zagrodzie

Potrafią już nawet same z niej wyjść:

gotowy do drogi sam sobie zejde

Ale to tylko rano, gdy przychodzi czas na przenosiny do wolierki i emocje sięgają zenitu – kurczaki wyskakują wtedy z zagrody jeden po drugim, jak na powyższym zdjęciu, i pozwalają się złapać i włożyć do klatki transportowej. Pozwalają, ale czasem nie omieszkają dziobnąć ręki, która je karmi, bo to są bardzo niezależne kurczaki i w ten sposób dają nam do zrozumienia, że to one robią nam łaskę, a nie odwrotnie. A za jakieś dwa, może trzy tygodnie przeprowadzą się do swojego własnego kurnika, nad którego odnowieniem pracuje małżonek (oprócz uprzątnięcia śmietnika po Cebulackich trzeba było z niego wyrzucić stare gniazda i grzędy przeżarte przez robactwo, zrobić nowe wyposażenie godne porządnego kurczaka, no i wymalować ściany wapnem), a ja będę miała… Święty spokój z kurczakami? A figę. Będę miała całkiem nowe, małe kurczaki, które trzeba karmić co dwie godziny i co tydzień przeprowadzać do większego kartonu :)

bomba cholesterolowa

dwudziestu wojownikow

Tak, od 20 sierpnia w inkubatorze wygrzewa się Dwudziestu Wspaniałych, a przynajmniej tyle jajek tam upchnął Kanionek. Bo nadal nie wie, czy Matka Kurka (zbieżność nazwisk przypadkowa) wysiaduje jajka, czy cegłę, to po pierwsze, a po drugie – Żozefin kupiła sobie ostatnio czterdzieści pięć kur i co, ja mam być jakaś gorsza? A gdyby kogoś ciekawiło, co jedzą małe kurczaki, to służę informacją. Zaraz po pierwszym, kilkudniowym okresie kanibalizmu (siekane, gotowane jajko i płatki owsiane), kurczaki przeszły na dietę składającą się z: płatków zbożowych różnych, otrębów, zielska (pokrzywa, krwawnik, babka lancetowata, liście i płatki nagietka, mniszek lekarski, mlecz zwyczajny, szczypiorek, pietruszka, ogórecznik, liść buraczka, liść selera, mięta, melisa), pomidorka, gotowanego ziemniaka, kaszy, łuskanego słonecznika, twarogu koziego i czasem makaronu. I to wszystko, proszę Państwa, się sieka na drobne i podaje kurczakom kilka razy dziennie w ilościach niereglamentowanych, bo kurczaki mogą jeść do rozpęku, a nie tyją.

Ale nade wszystko kurczaki kochają robaki, i po kilku dniach grzebania w ziemi i obmywania wijących się dżdżownic z piasku i zbutwiałych liści przypomniałam sobie, że przecież ja mam swoją własną hodowlę mącznika młynarka, prowadzoną od prawie ośmiu lat ze względu na potrzeby pokarmowe mieszkańców mojego terrarium, i że larwa mącznika jest bardzo zdrowa, wysokobiałkowa i polecana nawet rekonwalescentom. O, taka jest pyszna, tłusta i zdrowa:

Bear Grylls lubi to

I wiecie co? Mączniki to był strzał w dziesiątkę, a dokładniej ósemkę, bo tyle mam kurczaków. Co bym do miski nie wrzuciła, mączniki wybierane są w pierwszej kolejności. Aha, i nadal nie widać, który kurczak jest Rosołem, a który kurczakiem, i w związku z tym mam pytanie. Jeśli się okaże, że wyhodowałam sobie osiem Rosołów, to co sądzicie o takich butach?

nie znam autora zdjecia ani projektanta tego wyrobu obuwniczego

A teraz Państwo wybaczą – Kanionek idzie do ciemnego kąta, pozastanawiać się nad tym, dlaczego jest taki głupi, beznadziejny, nie wierzy w siebie, wszystko musi sprawdzać pięć razy i choć dobrze wie, ile jest kroków od drzwi do bramy, to i tak znów je policzy, zeżarł dwa opakowania Solpadeiny w dziesięć dni i czy jest szansa, że na starość coś mu się we łbie poukłada. A nie, starość jest już teraz. No to na późniejszą starość czy mu się poukłada, będzie się zastanawiał Kanionek.

PS. Z cyklu “Opowieści dziwnej treści” – krótka opowieść o zdrowej, wiejskiej żywności: małżonek rozmawia z Żozefin, i ta go pyta, czy mamy w tym roku pomidory. On odpowiada, że owszem, mamy. Na to Żozefin mówi, że ona to nawet swoje pomidory sprzedaje. I po chwili zadumy stwierdza: “Zarobek to na tym żaden, ledwie parę groszy, no ale przynajmniej na opryski będzie”. Smaczny i zaradny, wiejski pomidorek sam zarabia na swoje Karate!

PPS. A te zbiorniki z wodą, które widać na pierwszym filmie, to efekt telefonu do gminy i przyjazdu Straży Pożarnej. Przywieźli nam wodę, co prawda “niezdatną do picia przez ludzi”, ale zawsze wodę. Co się nie zmieściło w studni, która jest stosunkowo płytka, to się wlało w te właśnie zbiorniki. Woda będzie niestety powoli uciekać, bo poziom wody w stawie jest już poniżej dna studni, ale może choć przez tydzień lub dwa Kanionek nie będzie klęczał przed wanną. Wraz z Ochotniczą Strażą, ochotniczo przyjechał do nas Dyrektor Wodociągów, zapewne przyjrzeć się z bliska dwóm ostatnim osobnikom na tej polskiej ziemi, co żyją bez wody z wodociągu. I wiecie, co powiedział? Że nikt nam tu nie doprowadzi wodociągu. Wyliczał kilometry i stawki, warianty i ilości niezbędnych pozwoleń i orzekł, że do końca naszego życia nie zużylibyśmy tyle wody, żeby opłacało nam się ją dostarczać. Pozostaje nam więc tradycyjna modlitwa o deszcz i życie w emocjonującym napięciu, lub inwestycja w różdżkarza i studnię wierconą.

PCV. I bardzo, nie wiecie nawet JAK BARDZO, dziękuję Wam za życzliwy odzew w sprawie koziego koszyczka, a jeszcze bardziej za to, co do niego wrzuciliście. Moje wzruszenie sięgnęło zenitu, gdy ktoś w polu “odbiorca” wpisał po prostu “Kanionek”. I małżonek mówi, że w sumie tak powinnam mieć wpisane w dowodzie osobistym, bo byłam Kanionkiem, jestem Kanionkiem, i Kanionkiem umrę, i na co mi jakieś piny, kody i pesele? No i tu był bukiet wdzięczności dla Was:

kozi bukiecik

Ale go kozy zjadły:

i po bukiecie i po bukiecie 2 Kachna z pachnacym groszkiem a czo to

Prowadził ślepy kulawego, czyli nie lękajcie się, albowiem leci z nami Kanionek

Ale nie leci z Wami w kulki, no co Wy?! Hasło do bloga o kozie i pomidorach to trochę jak bilet wstępu na chodnik pod blokiem, a przecież chyba jeszcze do tego nie doszło w tym kraju, prawda. I w ogóle na tym darmowym wstępie, po tej długiej przerwie, chciałam poinformować, iż dziś znów gościmy w studio Hiszpańską Inkwizycję, czyli będzie o czymś innym, niż moglibyście się spodziewać i zupełnie o czymś innym, niż byście chcieli. Taki jest Kanionek, i co ja Wam na to i tak dalej.

No to zacznijmy od pierwszego primo. Jeśli doznaliście przyspieszonej akcji serca, szczękościsku, a może nawet napadu podwyższonego ciśnienia wewnątrzczaszkowego na ten widok:

tabula rasa

To nie lękajcie się, ja też. A może ktoś jeszcze pamięta, jak kilka tygodni temu (lub miesięcy, nie wiem, bo mi kalendarz zapieprza jak pstrąg w górskim strumieniu) po odpaleniu “kanionka” można się było dowiedzieć, że firma Jakaśtam SA poszukuje do pracy monterów, spawaczy, czy innych poławiaczy pereł? No była taka sytuacja. I wtedy też miałam zawał. I to wszystko dzięki uprzejmości i profesjonalnej obsłudze władców serwera, czyli firmy Mintshost. No ale my za hosting płacimy jakieś marne kilkadziesiąt złotych, a nie kilkadziesiąt tysięcy, jak niektóre instytucje rządowe, więc niby o co pretensje, choć z drugiej strony – na publikacje rządowe ludzie wchodzą chyba tylko po to, żeby sobie zepsuć humor, a na stronę Kanionka wręcz przeciwnie, więc kto tu powinien mieć lepszą obsługę, ja się pytam? No ale przecież, powiecie, nikt mi w życiu nie zabraniał zostać premierem, albo prezydentem, i szastać publiczną kasą na bełkot populistyczny z unijnymi sztandarami, więc teraz to się pocałuj Kanionek w wiaderko, a jak się coś nie podoba, to sobie zmień firmę hostingową. I niewykluczone, że tak właśnie zrobię, a jeśli do tego czasu znów się tak zdarzy, że zamiast bloga o kozie zobaczycie ogłoszenie sprzedawcy myjek ciśnieniowych lub np. błękitne tło z napisem “Lord is our savior”, to oddychajcie w torbę papierową i módlcie się do znajomych bogów, żeby tym razem władcy serwera nie wysłali w kosmos całej bazy danych Kanionka. A wierzcie mi, że mogą, a na końcu umyją ręce.

Po drugie primo, dokupiłam małe wiaderko transferu i nie wiem, na jak długo wystarczy, więc dzisiaj zdjęć będzie mało. O, tyle tylko, żebyście wiedzieli co, kto i jak:

kurczaki w wolierce

w wolierce2 w wolierce przy jabluszku

kiedy kurczaki beda gotowe kaczki wracaja do stawu kaczki na stawie 2 kaczki na stawie 3 kaczki na stawie uratuje te kaczki przed utonieciem jakies kaczki po moim stawie plywaja

Mama karmi gaski gaski w wolierce gesi pasanie

pol koszyka borowika

Po trzecie primo, o co chodzi z tym ślepym i kulawym w tytule, czyli przejdźmy do sedna, a właściwie do samego dna. Jak być może niektórzy z Was pamiętają, minęło już dziewięć miesięcy od awarii Atosa, i choć zrobił on niemałe postępy i nadal wierzymy, że będzie chodził, to o powrocie do jego dawnej sprawności raczej możemy zapomnieć. Cieszymy się, gdy robi tak:

stoje znow stoje

Ale wciąż jeszcze próby stawiania kroków kończą się splątaniem łap i siadem.

No i w związku z, oraz z uwagi na jaszczompia i Rudego Ryja, tak sobie od jakiegoś czasu myśleliśmy o przygarnięciu psa, który mógłby, nie bez własnej satysfakcji, pełnić rolę stróża porządku, a nawet organu ścigania na naszym podwórku i w jego najbliższej okolicy, bo na przykład nie dalej jak wczoraj niejaki jaszczomp zrobił dwie rundki nad naszym terenem, i kaczki mało nóg nie pogubiły w drodze na środek stawu, że nie wspomnę o znerwicowanych kurczakach, czy miauczących z przerażenia gąskach. No i tak się złożyło, że w miasteczku na literę B, gdzie ludzie na obiad jedzą chleb z kurzem, a Urząd Pracy wyświetla tylko nieaktualne oferty, jest do wzięcia suczka mieszana, a nawet wstrząśnięta, ale to się okazało dopiero później.

Suczka nazwana przez opiekunów tymczasowych z takiego nibyschroniska (na terenie takiego nibyogrodu zoologicznego) Majeczką, prezentowała się na zdjęciach jako osóbka bystra, z błyskiem w oku, a z opisu wynikało, że jest przyjazna człowiekowi i ma około roku. Byliśmy już praktycznie zdecydowani, więc zadzwoniłam żeby się umówić na odbiór Majeczki, i wtedy wynikło coś, co nie wynikało ani ze zdjęć, ani z opisu. Otóż Majeczka przeszła jakąś ciężką chorobę (ale pani nie miała dużo czasu przez telefon i nie wiemy o jaką chorobę chodzi), w wyniku której z suczki z błyskiem w oku stała się suczką z brakiem wzroku. A dokładniej – jest mocno niedowidząca. No i masz babo placek, z zaćmą, zakalcem i kataraktą.

I wtedy małżonek powiedział, że szkoda, no ale bez sensu, co to za pies na jaszczompia, który nie widzi jaszczompia, albo ma pobiec za lisem, a w zębach przynosi nam naszą własną kaczkę, prawda, i ja się z nim całkowicie musiałam zgodzić, ale od razu przyszedł mi do głowy wprost genialny pomysł, że owszem, na jaszczompia to całkiem bez sensu, ale… NO ALE! Na towarzyszkę życia dla Atosa jak znalazł! On jest niepełnosprawny, więc nie będzie się czepiał, że ona jakaś wybrakowana, a ona z kolei na tyle mocno niedowidzi, że może się nawet wcale nie kapnąć, że z Atosem coś nie halo, i w ten sposób będą żyli długo i szczęśliwie. No czyż nie pięknie to wymyśliłam? (i w tym miejscu przepraszam Bułę. Wiesz, Buła, że Atos darzy Cię szczególnym uczuciem, ale sama rozumiesz – związek na odległość mógłby nie przetrwać próby czasu, a do tego zachodzi ryzyko mezaliansu. Ty, kobieta elegancka i z wielkiego miasta, a Atos taki jakiś wiejski, w obszarpanych kapciach… Wybaczysz?)

Cudowne Rozwiązanie Kanionka ma, jednakowoż, pewien feler. Bo jeśli weźmiemy Majeczkę, to wciąż będziemy potrzebowali psa na jaszczompia, i babcia miała rację, powtarzając mi od dziecka znane porzekadło: “czemuś biedny? boś głupi” i tak dalej. I nie zrozumcie mnie źle, moja babcia też nie śpi na materacu wypchanym dolarami, a gdyby się miała wyspać na tej kopercie z emeryturą, którą kiedyś przynosił jej listonosz, to na bank odgniotłaby sobie wszystkie żebra, no ale powiedzonko bardzo lubiła i sama się do siebie śmiała z tego, że ono takie życiowe. No więc zgadza się, jestem kretynką, ale Majeczkę już tak jakby miałam za swoją przed tym fatalnym telefonem do opiekunki, i przecież Atos taki biedny, bo nie nadąża za Laserem, a tu taka fantastyczna okoliczność matrymonialna… I wszyscy będą tacy zadowoleni, a zwłaszcza komornik, gdy przyjdzie zlicytować nam taczkę i dwa kółka od roweru.

No więc odwlekam tę chwilę i przeciągam jak mogę, ale basta. Oto samo dno i pukanie od spodu. Postanowiłam uruchomić żebralnik. Wirtualną tacę. Słomiany kapelusz na drobniaki. Wiem, że Wy też nie śpicie na materacach ze zwitkami banknotów zamiast sprężyn, i tylko Zeroerha ma złote krany w łazience, ale jeśli ktoś, kiedyś, może jutro albo w październiku, będzie miał wolne pisiont groszy i zechce je przesłać kretynce z inwentarzem, to kretynka nie pogardzi żadnym, nawet najdrobniejszym nominałem. Jako tytuł wpłaty można wpisać co wujenka uważa, np. “na okulary dla Majki”, “na tornister dla Lucka” (na piórnik nie wysyłajcie, bo Lucek i tak zeżre wszystkie kredki), “na studnię bez dna, za to z wodą”, albo: “złotówka na nowy serwer dla Kanionka, by żyło się lepiej, WSZYSTKIM”. Można też napisać: “a masz i się wypchaj”, albo nie pisać i nie przesyłać niczego. Można przez PayPal, a jeśli komuś ta forma obca jest i wstrętna, to podałam też stary, dobry numer konta.

I tak, proszę Państwa, wyplułam to z siebie i szybko zmieniam temat. Nadal mam stan podgorączkowy, tj. dokładnie 37,6 i ani drgnie (raz drgnęło pod wieczór i dobiło do 37,8), ale skoro mówicie, że od tego się nie umiera, to lepiej skasuję zlecenie na nagrobek, bo jeśli się okaże, że to nie nowotwór płaskonabłonkowy trzustki, tylko stan zapalny skórki przy paznokciu lub przemęczenie z przegrzaniem, to jednak głupio wyjdzie.

goraco

PS. A w środę miała miejsce sytuacja następująca. Bełtając sobie piętnaście litrów mleka w garnku usłyszałam znajomy warkot śmieciary pod bramą, więc chwyciłam worek z plastikami, żeby panowie go przy okazji zabrali. Wychodzę z workiem na plecach, i co ja widzę? Uparta, chytra i nienażarta jak matka, córka Bożeny stoi pod jabłonką, z głową zaklinowaną w oczku siatki ogrodzeniowej. I zapewne beczy, ale warkot śmieciary ją zagłusza. Dzień w dzień, po kilkanaście razy, kozy zaglądają pod papierówkę, z której sypią się mniej lub bardziej dojrzałe jabłka, i które dla nich przerzucam przez siatkę na “ich” teren.

na jablkach na jablkach 2 na jablkach 1 dzie japka

Ale że jabłka nie chcą się trzymać mojego harmonogramu i spadają kiedy im się podoba, to zdarza się, że kilka z nich leży po stronie podwórka, a Pippi ubzdurała sobie, że jak wsadzi łeb w siatkę, to ich jakoś dosięgnie. Dwa razy już ją uwalniałam z opresji, bo zakrzywione do tyłu rogi mają to do siebie, że łeb w oczko gładko wchodzi, ale tylko w jedną stronę. No i cóż ja widzę dnia onego, gdy z workiem opakowań plastikowych na plecach sunę w kierunku warczącej bramy?

Otóż widzę jak Pan Śmieciarz, chłop w barach nieszeroki i w tyłku też wąski, na oko pod pięćdziesiątkę, w fantazyjnych okularach przeciwsłonecznych, błyskający w tym południowym słońcu gołą klatą i złotym łańcuchem na szyi, rusza małej Pippi na pomoc! I wyplątawszy durny kozi łeb z ogrodzeniowych wnyków uderza do mnie, będącej już pod bramą, w te słowa: “Szefowa, siatka ma za duże oczka, i się pani koziołek zaplątał!”. Widzicie? WIDZICIE? No nie widzicie, ale ja Wam całą prawdę mówię, że nie dość, iż rozpoznał z jakim gatunkiem zwierzęcia ma do czynienia (a w przypadku Pippi to wcale nie takie oczywiste, że ona jest kozą), to nawet nie zapytał ni razu: “a po co pani te kozy?”, ani też żadnym gestem, słowem czy uczynkiem nie dał mi do zrozumienia, że mam coś z głową, tylko zwyczajnie, po ludzku, pomógł jednej kretynce i wytłumaczył drugiej w czym problem. I dlatego powiadam Wam, drodzy czytelnicy, że jeśli ruszycie kiedyś na poszukiwanie dobra i ogólnie rzecz biorąc ludzkich odruchów w tym zdziczałym świecie, to zacznijcie nie od inteligenckich elit i polerowanych salonów, a właśnie od proletariatu. Bo prędzej Pan Śmieciarz przejdzie przez bramy niebieskie, niż niejedna ministra lub obsługa techniczna mojego serwera przez ucho igielne, czy jakoś tak. Zawsze miałam problem z cytatami, ale wiadomo o co chodzi. I jeszcze udało mi się załatwić, że szkło też ode mnie zabiorą, choć przecież wcale nie muszą, bo to ja powinnam ze szkłem zaiwaniać grom wie ile kilometrów do odpowiedniego pojemnika należącego do odpowiedniej gminy. Takie cudy, panie, że deszcz meteorów wysiada.

PPS. I doszły długo oczekiwane termostaty, i małżonek – przy pomocy starych zasilaczy od czegoś tam i wiatraczka komputerowego – przerobił mój inkubator na bombę zegarową:

bombowa bomba

I już, już mieliśmy umieścić w bombie ładunek szesnastu uzbieranych i przez Kanionka wyselekcjonowanych pod kątem wszelkiej zajebistości jajek, gdy wówczas nagle i naonczas okazało się, że figę z makiem i syntetycznym haszyszem, bo Energa. Energa w osobie dwóch panów w dużym samochodzie dostawczym przywiozła nam uroczyste zawiadomienie wydrukowane na grubym, błyszczącym papierze formatu A4, że w dniach 18 i 19 sierpnia nie będzie prądu w godzinach od 8:00 do 16:00. I musimy z odpaleniem bomby czekać do czwartku, i pięć najstarszych jajek zeżreć. Pięciu niedoszłych Wspaniałych skończy jako jajecznica na kurkach (na kurkach! o, ironio losu), a akurat teraz nasze cztery kury uparły się składać jakieś dziwne jajka o fantazyjnych kształtach. Albo ze skorupką tak chropawą, że możnaby jajkiem przypalone gary szorować. Albo jajka bez skorupki wcale.

PMS. A na rynku w B. usłyszałam ostatnio ciekawą konstrukcję logiczną, mianowicie: “ogórek w tym roku będzie drogi, bo go nie ma”. Mnie też ostatnio często nie ma, więc zwracajcie się do mnie per “drogi Kanionku”.

10 kg cebuli