Idzie bose, czyli o jaraniu się jajkiem i podwyżce

(…)
The children shared the wonder
Of the leather and the lace
But one child went away, and
one child stayed to play

For one night in the city
One night looking pretty
One night in the city
One night looking pretty

But chains don’t make a wall
And dreams lay where they fall
Dark is never night
When dreams make up the light
(…)”

Fragment utworu „One Night in the City”, z albumu „The Last in Line” DIO, 1984 (https://www.youtube.com/watch?v=EQet9sYssc0)

Na samym wstępie chciałam podziękować osobie, która zostawiła w komentarzach link do „ewangelizacji inaczej”. Ja wiem, że to było dawno, ale jestem pewna, że pamiętacie, bo tego się NIE DA zapomnieć. Dzień w dzień, przez potwornie długie stulecia, jarałam się Marią (za darmo), aż przepaliło mi się kilka obwodów w głowie, zapewne tych kluczowych, i to będzie miało wpływ na całe moje dalsze życie, a może już ma, bo zaczęłam na przykład przemawiać do przedmiotów nieożywionych. Ja rozumiem – gadać do siebie, albo do zwierząt, bo one przynajmniej odpowiadają, ale wystawcie sobie: idę do drewutni, chwytam siekierę, ustawiam na pieńku klocek brzozowy do połupania na mniejsze kawałki, i po kilku łupnięciach mówię do tej brzozy: „Wiesz co? Jak ty się tak ładnie, równo łupiesz, to może cię weźmiemy na rozpałkę?”. Zupełnie jakbym się spodziewała, że ona mi odpowie. („Och tak! Całe życie marzyłam o tym, by zginąć w płomieniach!”).

Albo na przykład wywożę sobie gnój taczką do ogrodu, a ona mi zaczyna piszczeć. Wiecie, taczka nie jest pojazdem skomplikowanym mechanicznie i ma tylko jedno kółko, ale nawet gdyby miała pół kółka, to te pół kółka w końcu musiałoby zacząć piszczeć, bo taka jest natura rzeczy martwych – złośliwa. No więc to kółko najpierw nieśmiało popiskuje, żeby po ósmej rundzie z porcją gnoju zacząć drzeć japę na całego, no i mówię do tej głupiej taczki: „Oh come on, don’t pull that shit on me now!”. Bo to oczywiste, że taczki lepiej rozumieją po angielsku. Przynajmniej w teorii, bo w praktyce moja jest jakaś głupia – nic nie zrozumiała, i dalej piszczała jakby ją z resztek rdzy obdzierali. No i musiałam poszukać czegoś do smarowania złośliwych rzeczy martwych, a że niczego sensownego nie znalazłam, to nakarmiłam ją olejem rzepakowym, trochę używanym (do smażenia ryby dnia poprzedniego), no i się wzięła w końcu i zamknęła, ale sami widzicie, co taka ewangelizacja robi ludziom w głowę, choć ze mną nie jest jeszcze tak źle, jak na przykład z panem Dżerym.

Pan Dżery obiecał swojemu sąsiadowi Sławkowi, że zje jego psa Fafika, a Kanionkowi, że się z nim ożeni. To znaczy OŻENIŁBY SIĘ, gdyby Kanionek już nie miał męża. Sama nie wiem, co straszniejsze: ten biedny Fafik w postaci pieczonych żeberek (bo serio, ten pies jest mniejszy od Pimpacego i składa się praktycznie z SAMYCH żeberek), czy ewentualny ślub z panem Dżerym. Drugą nurtującą mnie kwestią jest: czy pan Dżery zje Fafika z nienawiści („bo mnie ten Fafik *ebany strasznie wku*wia”), czy z oryginalnego, uczciwego głodu („te ku*wy *ebane nie dały mi prawa do renty, że niby do roboty mam zapie*dalać” – chodzi oczywiście o Zakład Upartych Sku*wysynów, przypis Kanionka, „a te MOPSY *ebane mi cofnęły zasiłek”). Choć Fafikowi to pewnie wszystko jedno.

No więc tak się rzeczy mają po zimie, ale oto zaprawdę powiadam Wam – idzie wiosna! Patrzajcie bowiem, co ja znalazłam:

jajko z Meliny

Dla porównania ujęcie z jajkiem od kury:

dla porownania

TAK, to Melina zrobiła to jajko! Porzuciła je ot tak, na ziemi, na terenie małego wybiegu, w dodatku rankiem po tej nocy, gdy znów było minus pięć, więc jajko zabrałam, bo i tak nic by z tego nie wynikło. Na drugi dzień było już następne, a potem znów, i pojawiło się coś na kształt gniazda. Na polskim forum hodowców drobiu wyczytałam, że gęś znosi jajko co trzy, a nawet co cztery dni. Melina składa jedno dziennie, a w piątek zaszalała i rano złożyła jedno, a wieczorem kolejne. Czy jaja są „przy nadziei” to już ciężko powiedzieć, trzeba by inkubować, ale w sobotę po raz pierwszy widziałam, jak Menel z Meliną bawili się w mamę i tatę, i choć Menelowi niezgrabnie to szło, to kiedyś pewnie nabierze wprawy. No i teraz nie wiem, co robić. Zostawić jej te jajka? W nocy wciąż miewamy przymrozki, a ona po złożeniu jajka siedzi przez kilka minut na „gnieździe”, a potem sobie idzie i w ogóle do niego nie zagląda. „Gniazdo” ujęłam w cudzysłów, bo sami Państwo zobaczcie, jak się prezentuje efekt Melinowych wysiłków budowlanych:

gniazdo meliny

No ale kim ja jestem, żeby ją krytykować? Ja mam inkubator Z KARTONU. I część mebli też.

Pytanie co z tymi jajkami? Inkubować? Z tego co wyczytałam, inkubacja jaj ptactwa wodnego to wyższa szkoła jazdy. Zabierać na noc (bo przymrozki) i rano podrzucać z powrotem? Nie chciałabym, żeby Melina zniechęciła się do macierzyństwa, a rozumiecie, że takie znikające i pojawiające się znikąd jajka mogą wzbudzić w niej podejrzliwość. No więc nie wiem i się denerwuję, a małżonek mówi, że i tak nic z tego nie będzie, bo gniazdo jest tuż przy siatce i psy na dłuższą metę tego nie zniosą, zrobią dziurę i zeżrą jajka, albo tak długo będą ujadać na gęś, że ta w końcu sama zrezygnuje z wysiadywania. Szkoda mi tych jajek. Jeśli nie małe gąski, to chociaż jajecznica mogłaby z nich być, albo taki omlet: https://youtube.com/watch?v=OBibHmHzLKw (autorka tego materiału umieściła na youtube również filmik o tym, jak jej gęś znosi jajko, a te jej gęsi to wypisz, wymaluj Menel i Melina: https://youtube.com/watch?v=Imdhv6uml60).

Tymczasem Prezes Kaczka całkiem zwariowała i też mi jej trochę szkoda, bo w sensie gatunkowym jest sama. Albo sam. Nadal nie wiem, czy Kaczka jest kaczką, czy kaczkiem. No w każdym razie Kaczce padło na głowę i wydaje jej się, że jest kogutem. Nie dość, że wdzięczy się do kurczaków, to samozwańczo mianowała się strażnikiem kurzego gniazda. Zaglądam sobie przez okienko do tego większego kurnika, który niedawno wysprzątałam i do którego wstawiłam drewnianą skrzyneczkę po owocach, wyściełaną siankiem, żeby kurczaki nie składały jajek gdzie popadnie (na przykład w ogródku), a w skrzyneczce zostawiłam jedno jajko na zachętę, i dnia następnego zaglądam przez wspomniane okienko żeby sprawdzić, czy skrzynka spełnia swoje zadanie, no i co widzę: w skrzyneczce siedzi kura, z twarzą pełną skupienia produkując jajko, a obok skrzynki siedzi Kaczka i na mój widok zaczyna syczeć! Nastroszyła pióra na czubku głowy, rozwarła dziób i syczy, że mam spie*dalać, i nie wtykać nosa w nie swoje sprawy (i najwyraźniej uważa, że te jajka to JEJ sprawa, a w niedzielę widziałam, jak się wtrącała w gniazdo Meliny – coś tam poprawiała dziobem, coś tam złośliwie komentowała, aż ją Menel musiał pogonić).

No to zabrałam głowę z okienka i już miałam się zabrać całkiem z małego wybiegu, gdy zza drzwi koziarni dobiegł mnie zrozpaczony głos Ireny (kozy właśnie wracały z łąki na południową sjestę):

–  …i teraz one się rozmnożyły i jest ich JESZCZE WIĘCEJ! Ja mówiłam, że tak będzie!
–  No i co? – odpowiedział przepity głos Bożeny – ty też się zaraz rozmnożysz i będzie cię jeszcze więcej.  Swoją drogą – wyglądasz jakbyś kajak połknęła, a on ci utkwił w poprzek, he he.
–  Ale tu jest KOZIARNIA! – wrzasnęła rozwścieczona Irena – i to chyba NORMALNE, że kozy się tu rozmnażają, nie? Czego nie można powiedzieć o owcach, tak? I sama jesteś kajak. Wielki, rozpuchły, zatęchły, zbutwiały, stary kajak, a w środku siedzi wielki, otyły, wąsaty kajakarz, co się obżarł starej mielonki i spuchł, i…
–  A w łeb chcesz? – przerwała jej spokojnie Bożena.

No i powiem Państwu szczerze, że się nie dowiedziałam, czy Irena chciała w łeb, bo mnie samą już od tego wszystkiego łeb rozbolał – gęś odmrażająca sobie jajka, kaczka na straży kurzego gniazda, kozy w nastroju prenatalnym – to wszystko zbyt wiele jak na jednego człowieka, więc sobie poszłam do ogrodu, sprawdzić czy wiosnę już widać, no i owszem, trochę widać. Pamiętacie, jak w ubiegłym roku Mp wysłała mi sadzonki czosnku niedźwiedziego? No i on tak niby ciężko zniósł tę podróż i po wetknięciu w ziemię zaraz zmizerniał i przepadł całkiem, aż się Mp zmartwiła, a tu proszę:

czosnek niedzwiedzi2 czosnek niedzwiedzi

Może nie jest tego wiele, ale to jego pierwsza wiosna u mnie i mam nadzieję, że mu się spodoba i się rozrośnie. Z ziemi zaczął też wyłazić szczypiorek cebuli siedmiolatki, więc niedługo zjemy pierwszą jajecznicę z wiosenną nowalijką.

siedmiolatka

A propos jajecznicy – stan dzikiego drobiu na dziś to dziewięć kur i CHYBA sześć kogutów, ale pewności nie mam, bo oni się codziennie rozłażą po lesie, a część, jak przypuszczam, nie nocuje w kurniku, tylko na strychu obory. O, tu widać separatystyczny duet samobójczy buszujący w olszynowym lasku na zachodzie:

frajer pompka

To znaczy widać tylko koguta (frajer!), bo kura ma barwy maskujące. I w ogóle powiem Wam szczerze, że hodowla kurczaków wolnowybiegowych jest nie tylko nieopłacalna, ale i frustrująca. Ile ja się nachodziłam przy tych kurczakach z inkubatora i ile nerwów mnie kosztuje przeliczanie kurczącego się stada, to wiem tylko ja, ale nie tylko ja dochodzę do takich wniosków. O, tu jest taka babka: http://ourmountainhearth.com/ducks-vs-chickens/, która twierdzi, że kaczki znoszą jajka przez prawie cały rok, do tego są kulturalne i nawet jeśli wlezą do ogródka, to nie rozgrzebią go jak banda studentów pierwszego roku archeologii, nie wydziobują oczu swoim ziomkom i są praktycznie samowystarczalne, poza sezonem zimowym. No i są śliczne i zabawne, a od siebie mogę jeszcze dodać, że psy z jakiegoś powodu nie interesują się kaczką i gąskami, za to kurczaki zwyczajnie działają im na nerwy. Nie żebym zaraz chciała całkiem pozbyć się kurczaków, ale… Chciałabym mieć więcej kaczek. A ponieważ tak mnie zauroczyły te biegusy (oczywiście, że to WASZA wina), to chcę właśnie biegusy, których NIGDZIE nie ma, i ja się Was pytam, co ja mam teraz zrobić? Pozostaje mi puszczać sobie kaczkę na stawie i marzyć o gruszkach na wierzbie.

kaczka zadowolona

A teraz konkursik bez nagród (bo łatwy) – znajdź jeden szczegół nie pasujący do tego obrazka:

czterech muszkieterow

czterech muszkieteow 2 czterech muszkieteow 3

Parafrazując tekst piosenki ze wstępu: „But one child got away, and one child stayed to play, for one day in Sheep City”. A reszta stada się rozlazła:

rozlazlo sie

stado w rozsypce

I jeszcze trochę tych słodkości:

Wirus Moira i Misery Misery(2) matka karmiaca Moira Mariusz trojca paranormalna baranek Mariusz baranek paranormalny z matka wirusy sa zawsze wesole baranek Mariusz 2

W sobotę wzięliśmy pieski na spacer do lasu; my zrobiliśmy niecałe trzy kilometry, a pieski w tym czasie nakręciły pewnie z piętnaście.

spacer z pieskami2 spacer z pieskami bazie na wierzbie bazie na wierzbie2

Zdjęć zrobiłam mało, bo w połowie drogi znalazłam piękną gałąź sosny, jeszcze świeżą, którą po prostu MUSIAŁAM zabrać, bo koziołki bardzo lubią sosnowe igły, a w pobliżu domu mają głównie świerki, i w ogóle gałęzie sosny rzadko spadają z nieba. No więc ręce miałam zajęte, małżonek coś tam mruczał, że bez sensu targać sosnowy konar przez jakieś kilometry, ale ja lubię zrobić moim kozom przyjemność, a konar wcale nie był AŻ TAK ciężki, zwłaszcza pod koniec drogi, gdy niósł go małżonek, więc o czym tu gadać. No i oczywiście, że kozy się na niego rzuciły i opędzlowały w kwadrans, nie tylko z igieł, ale i kory – nie został nawet centymetr kwadratowy, i aż żałuję, że nie znalazłam więcej.

Znalazłam za to, podczas wiosennego przeglądu zapasów nasion, zmiętą torebkę z garścią nasion rukoli, więc kompulsywnie wysiałam (ta podłużna „doniczka” jest kolejnym przykładem na to, że w życiu można się w sumie urządzić na samych kartonach – tu karton podprowadzony ze sklepu, wyłożony starym workiem po ziemi do rozsad. Worek przyszyty do brzegów kartonu zszywaczem biurowym, ziemia pożyczona z kreciego kopca):

rukola

Będzie do kanapki z jajkiem, albo dam gęsiom na Wielkanoc. Wysiałam też seler, choć obiecywałam sobie, że nigdy więcej się w rozsadę selera bawić nie będę, bo to kapryśne nasionka są, a gotowe sadzonki można kupić na rynku po 30 groszy za sztukę. No ale miałam jeszcze 1/3 torebki starych nasion, więc żeby się nie zmarnowało…

poczatki selera

Te nasionka są malusie. Mniejsze od pchły. Może wielkości pchlej rzepki kolanowej. No i kłopot z nimi taki, że kiełkują tylko przy dostępie światła słonecznego, więc nie wysiewa się ich normalnie, zasypując ziemią (już sobie tak kiedyś czekałam, aż seler wzejdzie, i zanim się zorientowałam że nic z tego nie będzie, miałam miesięczne opóźnienie z rozsadą), tylko zostawia nasiona na wierzchu, a że na ciemnej ziemi nic nie widać (a ja MUSZĘ widzieć co się dzieje), to wymyśliłam sobie, że wysieję nasiona na kawałku ręcznika papierowego zwilżonego wodą. No i to się sprawdza, bo widać wyraźnie, czy nasiona kiełkują, czy nie, tylko trzeba pilnować wilgotności podłoża. Ja umieszczam ten mokry ręcznik w tacce po kurczaku z marketu, nakrywam tackę od góry folią, w której robię kilka dziurek dla wentylacji, i mam taką miniszklarnię, w której wszystko widać jak na dłoni. O, tu widać, że nasiona zaczęły kiełkować:

poczatki selera zblizenie

No i wtedy następuje drugi etap produkcji rozsady, czyli ostrożne przenoszenie skiełkowanych nasion na ziemię w doniczce. Używam do tego drewnianego patyczka do szaszłyków – dzięki przyciąganiu międzycząsteczkowemu mokre nasionka przylegają do końcówki patyczka, a żeby je umieścić na ziemi i nie uszkodzić, wystarczy stuknąć patyczkiem o brzeg doniczki.

seler na patyku

Dwa lata temu zrobiłam w ten sposób dwieście sadzonek selera. W tym roku będzie ich może ze trzydzieści, bo już wiem, że dwieście selerów to lekka przesada. Tak wygląda nasionko rzucone na glebę:

seler rzucony na glebe

nasiane jak mrowek

I trzeba je delikatnie zrosić wodą, żeby malusi korzonek naprawdę zaliczył glebę, ale DELIKATNIE, żeby kruchego dziadostwa nie uszkodzić, i żeby te wszystkie pchły nie spłynęły w jedno miejsce.

zroszone

Po upływie doby roślinki zaczynają wstawać z kolan i jest nadzieja, że coś z tego wyniknie.

powstanie selera

Za kilka tygodni, gdy sadzonki będą miały po kilka centymetrów wzrostu, trzeba będzie każdą z osobna przesadzić do malusiej doniczki. A po dwudziestym maja – do ogrodu. Ale można też po dwudziestym maja kupić trzydzieści sadzonek po trzydzieści groszy każda, jeśli się ma trochę rozumu w głowie.

Z ogłoszeń duszpasterskich: SERdecznie zachęcam do zamawiania serów, zanim podrożeją. A podrożeją od 1 maja, ponieważ wszystko drożeje, nawet owies i siano, a rząd odrzucił mój wniosek o dotację w wysokości dwudziestu sześciu milionów, bo kościół pod wezwaniem Świętego Kanionka Od Kóz ma zbyt mało wyznawców, by się z nim liczyć.

prowans pomid

PS. I jeszcze oparta na doświadczeniach własnych porada dla początkujących wiejskich gospodyń: NIGDY nie smarujcie twarzy wazeliną, choćby nie wiem jak zimno było na zewnątrz, przed pracą w charakterze pomocnika pilarza. No chyba, że po robocie wybieracie się na konkurs na najbardziej autentyczną żonę drwala i twarz oblepiona pyłem drzewnym jest Wam na rękę.

PPS. No i owszem, zaczęłam chodzić boso. Tak trochę. Na razie tylko po domu. I odrobinę na zewnątrz. Wiecie, jak się człowiek tak całkiem zjara Marią, a ona go zdrapie z chodnika, to człowiek już nigdy nie będzie taki sam. A poza tym – od kilku tygodni czytam kilka blogów związanych z tematem berfutingu, i tak: autor jednego z nich jest fizykiem (dwadzieścia lat bez butów), drugi profesorem biologii wykładającym na pewnym amerykańskim uniwersytecie, a ten facet, którego raz widziałam na boso we Fromborku, okazuje się być astronomem. No to ja Państwa bardzo przepraszam, ale przecież nie będę gorsza. Nauki ścisłe zawsze były moją piętą Achillesową, ale buty jeszcze zdjąć potrafię. Więcej o bosych eksperymentach, powodach które kierowały autorką oraz innych pikantnych szczegółach – w następnym odcinku.

Menel rodzice kazdy ma swoj kartonik