Chór staruszków z miasta Brubershrübernichtverstehen, czyli o BTW, MPO, i kąpielach na sucho

Pytam małżonka, czy na obiad może być pizza, oczywiście własnej roboty, ale bez pieczarek, bo nie mamy, a on patrzy na mnie tak, jakbym mu zaproponowała co najmniej hot-doga bez parówki i bez bułki. A ja się Państwa pytam – co za różnica? Serwuję mu na ten przykład aromatycznego kurczaka w sosie śmietanowo-grzybowo-ziołowym, z młodymi ziemniaczkami z ogrodu, szczypiorkiem i koperkiem też z ogrodu, a on siada do stołu z widelcem w jednej i kalkulatorem w drugiej dłoni, i jedną ręką je, a drugą coś liczy zawzięcie, mrucząc pod nosem jakieś niezrozumiałe formuły i matematyczne zaklęcia, a gdy go pytam, czy obiad mu smakuje, to słyszę: “niee, no dobrze. Tak, dobrze będzie”. Następnym razem o nic nie zamierzam pytać, podam mu pizzę BEZ SPODU, i zobaczymy, czy w ogóle zauważy.

Jednakowoż i ogólnież to nie mogę na małżonka narzekać, a z tych jego wyliczanek często coś pożytecznego wychodzi, bo on jest MPO, czyli Mistrzem Przecenionych Okazji, i czasem, gdy mi się wydaje, że siedzi bezproduktywnie przed kompem godzinami oglądając gołe baby, to się okazuje, że owszem, gołe, ale co najwyżej kable (i już mi kiedyś tłumaczył, że gołych bab nie da się godzinami, za to kable – choćby i tydzień, z jedną przerwą na siku), albo o, takie coś na przykład:

okapik okapik w środku

To jest, proszę Państwa, nowoczesność w domu i zagrodzie, która zawitała do mnie znienacka, prawie dwa miesiące po urodzinach i trzy tygodnie po jedenastej rocznicy ślubu, o której znów zapomnieliśmy, i nazywa się okap kuchenny. Mieszkamy w lesie, wilgotność powietrza jesienią sięga na zewnątrz dziewięćdziesięciu i więcej procent, a w kuchni jest przeciętnie 70 w porywach do 80, cukier trzeba trzymać w szczelnych butelkach, a suszone grzyby pakuję tak, jakby miały nurkować głębinowo, więc dodatkowa woda z parujących garów zawsze była małżonkowi solą w oku (ale zupy w proszku by nie zjadł, a jak ja mam coś ugotować bez wody?). No i płynąc do brzegu pragnę Państwa poinformować, że ten nówka-blaszka (bardzo kurwa cienka blaszka, jak skwitował ponuro małżonek) okap kosztował nas 29 złotych, a z przesyłką 40, a wszystko dlatego, że został w magazynie czymś ździebko piźnięty w daszek:

pizniecie

Wgniecenie było większe (przecież na tej fotce nic nie widać, Kanionek), ale nie zdążyłam zrobić zdjęcia, bo MPO już je wyklepał. Teraz potrzebne jest nam jedynie wiertło koronowe o takiej długości roboczej, żeby wywaliło dziurę przez mur o grubości prawie metra, i jesteśmy w domu, a para wodna poza domem. Takie wiertło kosztuje tyle, co kilka okapów i to niepiźniętych, więc małżonek szuka kogoś, kto już ma takie wiertło w swoich zbiorach BTW (bardzo typowych wierteł) i byłby chętny wpaść na chwilkę i sobie poużywać za niewielką opłatą, albo i całkiem za darmo. Wy się nie śmiejcie – są tacy faceci, co lubią sobie kupić ultramęską zabawkę, na przykład wiertło koronowe jak lufa do czołgu, którego potem nie ma nawet jak na spacer wyprowadzić i popuszczać, żeby się wybiegało, bo sąsiad zaraz wezwie Policję, a stara nie zgadza się na ścianę w przedpokoju a la ser koryciński, ale jak tu nie kupić, skoro TAKIE FAJOWE WIERTŁO. Ja się nie zdziwię, jeśli któryś z Waszych małżonków to ma, skitrane gdzieś w szufladzie, dla niepoznaki obciągnięte skarpetą, i wyciąga raz do roku w środku nocy, gdy już wszyscy śpią, i głaszcze, poleruje, i się smutno, acz czule, uśmiecha. Jeśli więc kiedyś wstaniecie w nocy za potrzebą, a spod przymkniętych, kuchennych drzwi sączyć się będzie światło, i dobiegnie Was cichy szloch i odgłos tarcia irchą o metal, to spokojnie. Możecie iść siku i z powrotem spać, bo to tylko wiertło koronowe, niegroźna przypadłość, rano zaś kupcie małżonkowi bilet do Kanionkowa i niech chłop ma, i się wyszaleje. On i jego wiertło. (no i musicie przyznać, że tak zawoalowanego zaproszenia do roboty na cudzym i za darmo to jeszcze nie widzieliście)

Z innych okazji wyszperanych przez MPO mogę wymienić kuchenkę mikrofalową Whirlpool, wystawioną na Allegro jako strasznie zepsutą, całkiem na amen i zimny zgon. Mikrofalówka była niekomunikatywna i nic jej się nawet nie świeciło, gdy do nas przyjechała, a po pół godzinie była gotowa grillować, rozmrażać, gotować i piec (jeden kabelek w środku się rozlutował), za jedyne 80 złotych, czyli jedną dziesiątą wartości rynkowej. Dziewczyna, która ją wystawiła na sprzedaż, używała mikrofalówki tylko do podgrzewania soczków dla dziecka, i sprzęt wyglądał jak prosto z fabryki. Służy nam już kilka lat, i choć nie jestem fanką mikrej fali, to zgrillować serek na kanapeczce i owszem, lubię, a i czasem coś na szybko rozmrozić jest nie od czapki.

Tymczasem kilka dni temu. Wyszłam zajrzeć do skrzynki na listy, którąśmy sobie zainstalowali całkiem na zewnątrz, czyli przy drodze za bramą, żeby listonosz nie musiał portek łatać po spotkaniach z pieskami przy okazji każdej doręczonej przesyłki, wracam, jeszcze do bramy nie doszłam, a zza krzaków żywopłotu słyszę takie oto słowa:

–  Panie złoty, przecież my z Niemiec pochodzimy, a patrz pan, na co nam przyszło. Niemcy piękne, wszystko takie równe, gładkie, błyszczące. Tam nawet rzeki, panie, mają stosunek do życia uregulowany, i płyną nie inaczej, jak prosto przed siebie. A na polach uprawnych to się można geometrii precyzyjnej uczyć. Nie to, co tu – łachy jakieś, ugory dzikie, a gdzie pan nie spojrzysz, to wszystko krzywe. Panie, ja od roku nieumyty jeżdżę!

Zdębiałam i całkiem mnie wryło w ten na drodze piach, bo skąd niby u mnie na podwórku jacyś Niemcy, w dodatku jeden od roku nieumyty?

–  A pan, jeśli wolno spytać, długo już w Polsce? – przerywa pierwszemu drugi głos.
– Ano… Jakem tylko dziesięć lat ukończył, to już koniec, panie, butem wmorden i zabramen. Nie ma miejsca dla takich staruszków w pięknych Niemczech, oj nie ma. Czas było emigrować za chlebem, za życiem może gorszym, ale jednak życiem… A żyć się jeszcze chciało, panie, serce jak dzwon i ochota w tłokach niewygasła. No i tak to. Dziewięć lat za taksówkę w Bydgoszczy robiłem, w BYDGOSZCZY, rozumie pan? Ja to tego z początku nawet wymówić nie mogłem. Bremen, Bachhauserfilz, Berlin-Baumschulenweg, to rozumiem, ale Bydgoszcz? A weź pan powiedz: w czasie suszy szosa sucha, toż idzie sobie popychacze hydrauliczne połamać. Ja czasem słyszę, jak ONI mówią, że mi zawory klekoczą. Jakie zawory, panie!? To JA tak sobie pod nosem śpiewam w drodze po niemiecku, żeby już całkiem ojczystego języka nie zapomnieć. Ale co oni tam wiedzą, panie… Ja od roku nieumyty jeżdżę…
–  Ciesz się pan, żeś pan kiedyś umyty jeździł. Ja, odkąd w tej zabitej dechami dziurze wylądowałem, to jeszcze ani razu myty nie byłem. ON mi nawet płynu do spryskiwaczy żałuje, a pan, jak słyszałem, to i od środka wyprany był, i nawoskowany nawet kiedyś.
–  No jak mnie kupiła, to z początku o mnie dbała, nie powiem. Nowy olej nawet dostałem, i buty eleganckie, całoroczne, ale co z tego? Było, minęło. Pan wie, że ja w piątek sto pięćdziesiąt litrów wody pod górę wiozłem, jak wielbłąd jakiś? A latem, panie, to tyle zboża we mnie napchała, do bagażnika, na tylną kanapę, i jeszcze worek pszenicy na fotelu pasażera upchnęła, a co ja jestem – furmanka?
–  No, aleś im się pan odpłacił ostatnio, w B. Niezły numer z tym strajkiem na skrzyżowaniu, he he.
–  Jaki numer, panie? Tak mie w biodrze strzeliło, od tego ciągłego tyrania, że ja panu nie życzę. I ciągnęli mnie potem przez zwanzig kilometrów na jakimś sznurku, jak KROWĘ, proszę pana. A żebyś pan widział tego mechanika, co mi w bebechach grzebał, i jego podwórko – toż ja z początku myślałem, żem na złomowisko trafił, i mało mie serce nie pękło. A serce jak dzwon, i jeszcze by pożyło trochę. A właśnie, pan nie wie przypadkiem, co to się stało z tą naszą przestronną koleżanką, co tu obok zawsze stała?
–  Z Agilą? Sprzedali. Poszła do tego mechanika, w rozliczeniu za pańskie biodro i docisk sprzęgła nowy. Ja tam za nią nie tęsknię. Pana to kiedyś parkowali gdzie indziej, to pan nie wie, ale ona strasznie narzekająca była. Ciągle nawijała o tym swoim bolesnym przegubie, i jak jej ktoś kiedyś bark przetrącił, i że makijaż pod prawym okiem rozmazany, i że soczewka jej się krzywo na oku układa, i że jej z tej zgryzoty już całkiem pompa paliwa wysiadła, i że ciągle w nią coś pchają – a to chleb do suszenia, a to zielsko jakieś, i że to pewnie dlatego, że ma taki wielki tyłek i zero talii, więc wszystko się w niej mieści. Mnie, panie, od tego jej codziennego jojczenia to już całkiem brzuch rozbolał, że aż jeździć mną przestali, i masz pan – stoję tu jak ten posąg w muzeum, i tyle mojego, że sobie na widoczek za stawem popatrzę, i czasem z czaplą przez płot pogadam, a czapla światowa persona, i przez Niemcy czasem leci, to i nowinki z ojczystej ziemi przyniesie.
–  No i sam pan widzisz, na co to nam przyszło na tej emigracji. Bieda z nędzą i zardzewiałe błotniki. A w Niemczech tak pięknie, czysto, wszystko równe i gładkie…
– To TAK wam źle?! – nie wytrzymałam, i wyskoczyłam zza krzaków. – Toście już panowie zapomnieli, że w tym waszym kraju-raju dawno by was na puszki do konserw przerobili? I co z tego, że nieumyty? – wrzeszczę na mojego Gwiazdolota – ja też czasem nieumyta chodzę, i gwiazda, tfu, korona mi z głowy nie spadła!

Speszyły się nasze poczciwe graty, mojemu to nawet kropelka jakiejś cieczy kapnęła z rury wydechowej (może być, że rosa, a może się z tego zaskoczenia popłakał, staruszek).
–  No ale my tylko tak, towarzysko sobie gawędzimy, każdy musi czasem na coś ponarzekać, prawda, bo to przecież stary, polski obyczaj, a my już tacy trochę jakby spolszczeni, przez te wszystkie jahry, więc jakoś tak samo przyszło… – plącze się w zeznaniach Gwiazdolot małżonka, a że szyby ma przyciemniane, to nie wiem nawet, czy ściemnia, czy prawdę mówi.
–  No niech wam będzie. Mycia wam nie obiecam, ale na święta każdy dostanie po choince zapachowej. Może być?
–  Ja, ja, Christbaum, natürlich! Vielen dank, frau Kanionek!

Ni w ząb nie rozumiem po niemiecku, ale wyglądali na zadowolonych. I w ogóle nie wiem, co się tak uparli na to mycie. Wszyscy tu sobie jakoś radzimy, nawet kozy:

wiecej kurzu nasza plaża mamunia sie teraz wytarza bosko ooo jak dobrze chcesz spobowac

Taką sobie plażę nad stawem urządziła. A kurczaki też sobie radzą, korzystając z uprzejmości krecika (i od razu pardą za tę jazdę po siatce wolierowej, z pewnością nie dla epileptyków, i urwanie się taśmy w bez sensu momencie – no reżyser ze mnie, jak z koziej wątróbki termofor):

Bo jak się chce, to można, a jak się komuś nie podoba, to niech wyjeżdża do Szwecji. A z tymi prostymi rzekami w Niemczech to uważam, że grubo przesadzili. Śwagier kazał się podczas tegorocznej wizyty zaprowadzić nad naszą rzeczkę, i prawie się ze wzruszenia w pokrzywach przybrzeżnych wytarzał, TAK mu się środowisko naturalne podobało. I te zwalone przez bobry pnie, i krzaki, i meandry, i postrzępione urwiska, wszystko należycie krzywe i anarchistycznie nieuregulowane. Faktem jest, że ryby w tej rzece, choćby martwej, jeszcześmy z małżonkiem nie widzieli, ale nie chciałam siostrze z dzieckiem i wzruszonym szwagrem psuć wspomnień z Polski jakąś tam głupią rybą, prawda.

I przez kilka ostatnich dni chodziłam bardzo nerwowa, no bo ten owies (sołtys sprzedał na płatki, magazyn zbóż sprzedał na płatki! co do ziarenka, w dwa miesiące po żniwach wymiotło owies z całej okolicy), ale już nie muszę. Już jestem spokojna i mogę nawet we śnie umierać, bo podstawowe potrzeby żywieniowe kóz i drobiu mam załatwione na całą zimę, a może i na dłużej. Walka o owies była może krótka, ale najeżona trudnościami, a na godzinę przed planowanym zrzutem towaru wszystko stanęło pod znakiem zapytania (“pani, ja już więcej takich interesów robił nie będę! Jakim samochodem on mie przyjechał – OPLANDEKOWANYM! My tu tera kombinujemy, ale nie wiem, jak to będzie. Najwyżej nie będzie. Ja już więcej takich detalicznych biznesów robił nie będę, pani” – a tym głupim oplandekowanym samochodem to jego znajomy przyjechał, do którego ON SAM kazał mi dzwonić, pan jeden, owsiana jego mać hurtowa), ale owies przyjechał, i to jaki! Goły! Znaczy nieoplewiony, bezłuskowy, nagi, no różnie go zwą, a najważniejsze w nim to, że ma więcej białka i tłuszczu, niż owies zwyczajny, no i objętościowo go mniej wychodzi, niż tego w łuskach. Taka oto niepozorna kupka:

luźna kupka owies nagi

Prawda, że malutka? A waży tysiąc siedemset pięćdziesiąt kilogramów. Miał facet dorzucić jeszcze kilka worków pszenicy, żeby razem dwie tony były, ale się wziął z tych nerw i zapomniał. A kupka luźna przyjechała, bo pan miał jedenaście ton tego owsa na przyczepie, i jeśli w worki, to mógł tylko w takie półtonowe zapakować, a kto mi ściągnie z paki worek ważący pół tony? Nawet Wąski jest na to za wąski, a poza tym, takie cztery półtonowe wory potem trzeba by jeszcze jakoś do magazynu zatachać, czyli do Różowego Pokoju, więc nie było opcji, musiał luzem być. I kto to słyszał, żeby na gospodarstwie ciągnika rolniczego nie było?! (to jak już będziecie sprawdzać ślubnym szuflady pod kątem wiertła koronowego, przejrzyjcie też pod kątem ciągnika, może a nuż…?). No więc nie dość, że kozy hodują, to nawet ciągnika głupiego nie mają, i weź rób z takimi biznesy. Ale kierowca tysiąc trzysta i pięć złotych należnego wziął (w tym stówa za transport) i myślę, że panu hurtowemu śmierdzieć ta kasa nie będzie, a ja w końcu mogę spać spokojnie.

Wzięliśmy więc wiadra, worki (kolejne 45 zł wydane), szuflę, i po trzech godzinach po kupce zostało tyle, co gęś napłakał:

tyle zostało

I tylko dwa razy obiecano mi śmierć w męczarniach (bo ja przetargałam może ze dwieście kilo, a resztę, czyli półtorej tony, małżonek), a raz padło stwierdzenie, wypowiedziane nie bez gorzkiej nuty rozczarowania, że jednak głupi ma szczęście (bo prognozy widziały deszcz od jedenastej, a ziarno przyjechało z dużym opóźnieniem, gdzieś około trzynastej, i małżonek mówił, że mi to wszystko zamoknie i o kant dupy będzie cały ten interes), jakbym i bez gadania nie wiedziała. A widać głupia jestem do tego stopnia, że nawet słońce wyszło około szesnastej, i zrobiło się pięknie, więc powiem Wam tyle, że głupim też trzeba umieć być odpowiednio, i na to się całe życie pracuje. No i tak to, trzydzieści pięć worków po 50 kg każdy, zdeponowane w Różowym Pokoju:

worki z owsem worki2

My cali w owsianym pyle, jak te mączniki młynarki (dobrze, że nie zdążyłam dzisiaj szkieł kontaktowych założyć, bo jednak okulary się szybciej przeciera), gęsi i kaczka zadowolone, bo znów miały okazję poprzeszkadzać w robocie:

buszujące w zbożu

A kozy już przetestowały jakość ziarna i bardzo im smakowało, a zapomniałam jeszcze dodać, że ziarno zawiera domieszkę 2% grochu żółtego (“nie żadna tam pelucha, tylko normalny groch jadalny dla ludzi, do zupy może sobie pani wydłubać”), a w owsie od poprzedniego dostawcy trafiały się kamienie i drobne elementy posadzki betonowej, też mniej więcej dwa procent, które musiałam wygrzebywać, jak ten Kopciuszek, bo jak przegapiłam, to Bożena szarpała miską, a Ziokołek złośliwie wysypywała wszystko, bujając ryjem w misce na boki, więc happy guten Alleluja, wszyscyśmy zadowoleni. Lucek z tego zadowolenia nawet puknął Bożenkę, a ona TAK była zadowolona, że mu pozwoliła. Małżonek pyta, czy któraś z Was nie chce mnie adoptować. Poszukiwane osoby z ogródkiem lub dużym balkonem, bo gdzieś te kozy trzeba będzie upchnąć. W zamian za kretynkę z kozami chętnie przygarnie faceta z wiertłem koronowym.

PS. A dla Was, na deser, kanapka z Kotkiem:

kanapka z kotkiem

A Mając, z naszej nieobecności korzystając (po te worki na owies żeśmy w trybie nagłym jechali), rozpruła worek z kocią karmą, świeżutko przyjechany, i pieski trzy ubyły z worka dwa kilogramy kulek. Atos najwięcej i to było widać – wyglądał jak wał przeciwpowodziowy i tak też się zachowywał, czyli leżał nieruchomo aż do rana dnia następnego (próbowałam go wysikać, ale zachodziło zbyt duże ryzyko, że kocie kulki pociekną mu z oczu).

PPS. A Zeroerha mówiła, że z tą tarniną to już przegięłam, no to gnijmy po całości. Oto jabłka:

jabłka

Śliczne, nie? Mam też takie brzydkie, z jabłonki która rośnie w cieniu świerków (serio, co oni mieli, ci Cebulaccy, z tym sadzeniem drzew owocowych po jakichś mrocznych i zawilgłych zakątkach?), ale co Wam będę brzydkie jabłka pokazywać na takim ładnym blogu (moja Ciocia B. powiedziała, że wszystko ładnie, ale mogłabym nie używać WYRAZÓW. A wszystko przez Was i przez ten Wasz konkurs, że Mama cioci linka do bloga wysłała, żeby ciocia zagłosowała, i jej koledzy z pracy też, i teraz obciach na całe Trójmiasto. A wyrazów muszę czasem używać, zwłaszcza gdy się nie umiem inaczej wysłowić). O, a tu jeżyny z ogrodu, cukrem szronione:

jezyny z ogrodu

I październikowe truskawki:

truskawy w pazdzierniku

A tu, jeszcze szóstego października, nagietki, kwitnący cząber i kapusta ozdobna:

ogrodek

Ale to było PRZED przymrozkami minus dziewięć. Teraz wszystko wygląda tak:

magnolia po przymrozkach zmarznieta akacja zmarznieta lipa

Nie zdążyło nawet zżółknąć, ni się zaczerwienić, tylko zmarzło, zgniło, i straszy. A z lilaków bzowych opadają zielone liście:

zmarzniety lilak

I też bym chętnie powiedziała, że to przez Was, ale teraz nie mogę, bo ciocia czyta, i muszę mówić samą prawdę.

Estoy libre mañana por la mañana, czyli widelcem po teflonie, oraz o fermencie i koprofagii

She’s gone,
Out of my life
I was wrong
I’m to blame
I was so untrue.
I can’t live without her love.

(…)

Lady, won’t you save me?
My heart belongs to you.
Lady, can you forgive me?
For all I’ve done to you.

(…)”

Fragment utworu “She’s gone” grupy Steelheart, 1990

(czyli w skrócie: odeszła z mojego życia, bo jestem zakłamanym idiotą; czy mi wybaczysz, ocal mnie od zatracenia, moje serce należy do ciebie)

Piosenkę dedykuję Kachnie, bo jest piękna (jeśli zastanawiacie się, czy mam na myśli Kachnę, czy piosenkę, to mam na myśli obie). Utwór w wersji koncertowej, czyli bez ściemy, można zobaczyć i usłyszeć tutaj: https://www.youtube.com/watch?v=Elx_Xnm7KTo

Mili Państwo, pal diabli banalną fabułę, zwróćcie uwagę na ten wokal! I oczywiście całą aranżację muzyczną. I proszę się nie śmiać z koszuli w groszki i grzywki à la “my beautiful pony”, bo to były lata dziewięćdziesiąte, za to dzisiaj facet wychodzi na scenę uzbrojony po zęby w ćwieki, sprzączki i gwoździe w łuku brwiowym, a jak zaśpiewa, to kucykom na całym świecie kurczą się jądra. I odpadają, całkiem z tej sromoty uschnięte. Serio – nie wiem, co ma dzisiejszym dzieciakom do zaoferowania “era Biebera”, prócz bezkrwawej kastracji, ale skoro każda wielka cywilizacja musi w jakiś sposób upaść, to czemu by nie poprzez całkowite wymarcie gatunku. A jeśli muzyka do kogoś nie przemawia, to tu jeszcze taki ciekawy artykuł: http://forsal.pl/artykuly/892182,dzieci-pierdoly-hodujemy-zombie-ktore-nie-wiedza-kim-sa-i-dokad-zmierzaja.html
Jeśli w związku z treścią powyższego zapałacie żądzą wymiany zdań, to może na FORUM? Jest takie coś, o ile jeszcze pamiętacie ;-P

Po tym liryczno-sentymentalnym wstępie czas jednakowoż wrócić na ziemię, albo – jak mawiał pewien kierownik budowy o ciężkim nazwisku – jechać z tematem. I nie, Państwo zostawią wujka Google w spokoju, to nie jest aluzja do żadnego filmu, tylko Kanionka reminiscencje z życia w korpo. No więc temat jest taki, że ja się pytam, czy my naprawdę nie możemy mieć choć jednego NORMALNEGO psa w tym domu? Jednego, całkowicie zdrowego na ciele i umyśle? Jeśli Państwo akurat przy śniadaniu, albo ogólnie wrażliwi, to proszę pominąć następne dwa akapity (ale i tak wiem, że przeczytacie).

Kiedy po raz pierwszy Majka wylądowała na naszym podwórku, niemalże natychmiast zaczęła węszyć w trawie i z rosnącym apetytem zjadać gęsie odchody. Złożyliśmy to zachowanie na karb stresu związanego ze zmianą środowiska, trochę później winę zwalać zaczęliśmy na wydumane niedobory witamin, a na końcu uznaliśmy, że Mając jest pewnie ciągle głodny, ale wszystkie te teorie trzeba było z litości dobić i szybko pogrzebać, gdy się okazało, że Mając po tygodniu, dwóch, trzech i więcej, karmiony tą samą karmą, co wszystkie nasze psy, tylko w nieco mniejszej ilości, ani nie schudł jakoś szczególnie, ani nie zamierza ustawać w wysiłkach, odkurzając podwórko ze wszystkiego, co wyszło z cudzej… no wiadomo. I nie mówimy tu tylko o gęsiej dupie. Owszem, sprzątamy po naszych psach, bo przy tej ich ilości nasze podwórko szybko zamieniłoby się w pole minowe, ale nie zawsze zdążymy przed Mającem, który wręcz czyha na “okazję”. O ile Państwo pamiętają, Atos jest w swojej tylnej części nieco niepełnosprawny, i nadal trzeba go ręcznie wysikiwać, a tę drugą potrzebę fizjologiczną załatwia sam, tyle że gdzie i kiedy mu akurat wypadnie. I Mając dobrze o tym wie…

rozprawa Majaca

(autor tutaj: www.extrafabulouscomics.com)

Przeryłam tonę poradników na stronach behawiorystów, weterynarzy, jak również wątek dotyczący koprofagii na jakimś psiejskim forum, i nadal jestem nic mądra. Mając nie jest niedożywiony (o, zdecydowanie nie jest), oprócz suchej karmy dostaje kozie mleko i warzywa (sama sobie pobiera, wyżerając kurczakom dynie i cukinię, kaszę, marchew i pomidory), odpada też teoria pt. “ktoś ją karcił za brudzenie w domu, więc zjada po sobie, żeby uniknąć kary”, bo Mając nie zjada po sobie. Zjada tylko po innych, bez względu na gatunek dostawcy tego wątpliwego pożywienia. Ciężko wyeliminować problem, którego przyczyna pozostaje nieznana, a bieganie za psem-koprofagiem i krzyczenie “fe!” co kilka sekund (gęsi naprawdę dużo produkują) jest, w naszym przypadku, nierealne. Co począć? Jeden z behawiorystów radzi, żeby – wyeliminowawszy wszystkie możliwe przyczyny zjawiska, którym można zaradzić – się przyzwyczaić. Facile dictu… No więc chciałam się tylko Państwu poskarżyć, że do naszego panteonu gwiazd dołączył pies-koprofag z prawdziwym zacięciem, i że to trochę tak, jak z tymi małżeństwami, którym ciągle się rodzą dziewczynki, a oni próbują, i próbują, i próbują zrobić sobie choć jednego chłopca, i kończą z zastępem dwunastu kapryśnych księżniczek, z których każda ma kompleksy (bo nie jest chłopcem) i wymaga pomocy psychiatrycznej. No ale, jak to mówią, jaki pan, takie stoisko na targach, i chyba coś w tym jest.

Małżonek pracuje ostatnio nad pewnym projektem (taki tam efekcik gitarowy, ale na razie nic więcej nie powiem), powoli przychodzą zamówione do prototypu podzespoły, i co? I spieprzył jeden drobiazg podczas projektowania płytki drukowanej. I byłby z rozpaczy rozszarpał listonosza w afekcie, ale nasz listonosz nie taki głupi, i gdy przychodzi coś grubszego, to wręcza i odjeżdża, i tylko przy cienkich kopertach bez naklejki “polecony” pozwala sobie na towarzyskie pogawędki. Przez pół dnia małżonek chodził jak zbity pies, nie mogąc zrozumieć, jakim cudem spieprzył, skoro siedział nad tym cackiem kilka nocy z rzędu, sprawdzając wszystko po trzy razy. W końcu otrząsnął się i wymyślił rozwiązanie problemu, choć skaza na ego pozostała.

Ja na szczęście nie zajmuję się w życiu niczym mądrym, więc nawet jeśli spieprzę, to konsekwencje są do przełknięcia i skwitowania zwyczajowym: “gupi Kanionek”. Wymyśliłam sobie niedawno na przykład, że te kafelki, co nam odpadły w łazience (razem z całą ścianką, co się chyba profesjonalnie nazywa “obudową wanny”), mogę wykorzystać w kuchni, jako podkładki pod gorące garnki, czy coś. Tylko że do kafelków wciąż przyklejona była ta szara masa klejowa, twarda jak kamień, która psuła mi całą koncepcję, bo kafelek z jej powodu nie chciał leżeć płasko. No to chwyciłam pierwszy z brzegu młotek (a młotki są u nas wszędzie, czyli nigdzie konkretnie) i zaczęłam skuwać ostrożnie tę masę, twardą jak głaz, i tak sobie pracowicie skuwałam, kawałeczek po kawałeczku, dumna z siebie, że mi jeszcze kafelek nie pękł i że tak dobrze mi idzie, gdy małżonek zapytał: “co ty robisz, Kanionek?”. No to mu cierpliwie wytłumaczyłam mój genialny plan, i że skuwam, bo samo odpaść nie chce, a małżonek na to: “no tyle to ja widzę i nawet prawie rozumiem, ale MŁOTKIEM DO KOSY?” No i cóż. Faktycznie, niestety, młotkiem do kosy. A muszą Państwo wiedzieć, że młotek do klepania kosy to nie jest byle jaki młotek. Owszem, kosztował ledwie 15 zł, ale ile ja się tego młotka po świecie naszukałam! (i owszem, chcecie, czy nie chcecie, będzie teraz wykład o młotku)

Młotek młotkowi nierówny, i nie mam tu na myśli różnic pomiędzy młotkiem blacharskim, a ciesielskim. Bo wydawałoby się, że jeśli młotkiem idzie komuś rozbić łeb, to znaczy, że młotek jest twardy, a tu taką figę z zaprawą klejową. Nie każdy twardy młotek jest twardy na tyle, żeby wyklepał ostrze kosy, bo chodzi o to, że młotek do klepania kosy musi być twardszy, niż stal, z której wykonana jest kosa, ponieważ w przeciwnym razie wyklepiemy sobie młotek, a kosa pozostanie tępa i niewzruszona, jak cham w amfiteatrze na przedstawieniu “Jezioro łabędzie”. I pokazałabym Państwu jak wygląda “miękki” młotek, który tak długo klepał kosę, aż mu się czółko rozjechało, ale nie mogę go znaleźć, bo – jako się rzekło – młotki są wszędzie, czyli nigdzie konkretnie, i to jest podobno również moja wina. Mogę za to pokazać jak wygląda młotek o twardości 55 HRC (o skali twardości wg Rockwella można poczytać tutaj: https://pl.wikipedia.org/wiki/Skala_twardo%C5%9Bci_Rockwella), czyli wystarczającej do wyklepania najtwardszej nawet kosy, na przykład takiej wykonanej w Kirgistanie (serio, to była nasza pierwsza kosa, i właśnie na niej rozklepałam swój pierwszy młotek):

mlotek do klepania kosy

Nie wiem, czy to dobrze widać na zdjęciu, ale młotek do klepania kosy powinien mieć również odpowiednio ukształtowany obuch, taki lekko wypukły:

mlotek 2

I tego właśnie młotka długo szukałam, po tym, jak już się zorientowałam, dlaczego wielogodzinne klepanie kirgiskiej kosy nie dało spodziewanych rezultatów, i już bym to wszystko ciepnęła w pierony (a małżonek wymiękł na długo przede mną i potraktował kosę szlifierką elektryczną), gdyby nie wrodzona czepliwość i niezdrowa skłonność do drążenia dziur w całym (bo małżonek powiedział, że na cholerę mi jakieś archaiczne metody z młotem i kowadłem, skoro po to człowiek idzie z postępem, żeby sobie życie ułatwić szlifierką; przy okazji – kowadło, na którym klepiemy kosę, też musi być z odpowiednio twardej stali, inaczej się rozklepie i straci fason całkiem). Czepiając się i drążąc dotarłam w końcu do sensownych informacji, i tu znów muszę z nieskrywanym żalem stwierdzić, że praktycznie wszystkiego, co wiem o klepaniu kosy i niezbędnych do tej pracy narzędziach, dowiedziałam się od Brytyjczyków i Amerykanów. My, Polacy, jesteśmy już zwyczajnie ZBYT nowocześni, a jeśli spytacie w sklepie budowlanym o młotek do kosy, to obsługa wybałuszy na Was gały, jak na jakichś cyrkowych odmieńców. I nawet jeśli ostatecznie wskażą Wam kształtem odpowiedni młotek, to o poznaniu jego twardości możecie zapomnieć. Młotek to młotek, gwoździa pani wbije, czego więcej chcieć od młotka?

I już, już byłam skłonna zgodzić się z małżonkiem, że szlifierka über alles, gdy wtem znalazłam. Młotek firmy JUCO z Sułkowic. To nie jest żadna reklama, tylko czysta wdzięczność kretynki, która na widok młotka z PODANYM STOPNIEM TWARDOŚCI STALI uroniła łzę wzruszenia, a druga taka łza padła na ostrze kosy, gdy ostrze owo, po czwartej rundzie klepania młotkiem Juco, zaczęło się wreszcie należycie “wyciągać”.

I gdy tak sobie klepałam, a donośny i dźwięczny, metaliczny odgłos uderzania stalą o stal odbijał się zwielokrotniony od ściany lasu, pomyślałam, że może, może niektóre z rosnących tu drzew jeszcze taki dźwięk pamiętają, i może im też się łezka wzruszenia w liściu zakręci na wspomnienie starych, dobrych czasów, gdy ludzie konno jeździli, dobrze wyklepać kosę umiał jeden tylko we wsi, a kowal był KIMŚ, i w ogóle – in your face, szlifierka! No i taka to była wzruszająca historia, a teraz przejdźmy do mojego eksperymentu z fermentem, który to eksperyment zrobił się właściwie sam, czyli przez kretynki roztargnienie, i może ja Państwa tym razem z góry uprzedzę, żeby nie było rozczarowań, że jaki naukowiec, taki eksperyment, więc lotów w kosmos nie będzie, ani nawet strusia napędzanego węglem.

Oto więc przed Państwem słoik ze zsiadłym mlekiem:

zsiadly eksperyment

Po prostu zsiadłe mleko, wynik działania bakterii podstawowej fermentacji mlekowej, skrzep nieco rozwarstwiony, serwatka koloru właściwego – ni to żółtawa, ni to zielonkawa. I nie byłoby w tym słoiku niczego dziwnego, gdyby nie fakt, iż stoi on sobie tak od… lipca. Każdego dnia, przed udojem właściwym, zdajam z każdej kozy kilkadziesiąt mililitrów mleka do słoika, i to mleko dostaje się kotom, psom, kurczakom, każdemu po troszku, dla zdrowotności. Ten na zdjęciu okazany słoik jednak, odstawiony gdzie bądź w pośpiechu, został zapomniany na tak długo, aż mleko się zsiadło. Po tym, jak się zsiadło, został przestawiony bliżej zlewu kuchennego, żebym nie zapomniała, że trzeba to stojące już zbyt długo mleko wylać, a słoik umyć. No ale jakoś tak wyszło, że przy tym zlewie tylko przeszkadzał, więc został odstawiony na piecokuchnię, a tam już całkiem zapomniany. Teraz już za nic tego mleka nie wyleję, bo zżera mnie ciekawość, co też się stanie z jego zawartością i kiedy W OGÓLE coś się stanie. Bo jak na razie nie dzieje się nic! Na wierzchu nie pojawiła się pleśń, a przecież zarodniki pleśni są wszędzie, w tym w wodzie i powietrzu. Skrzep i serwatka są prawidłowego koloru, jeno rozwarstwione lekko. Z zawartości nie ulatnia się, najwyraźniej, nadmierna ilość gazów, bo wieczko słoika nie jest ani trochę wypukłe. Ki diabeł? Ludzkość już dawno odkryła, że fermentacja jest jednym ze sposobów konserwacji żywności (ogórki i kapusta kiszone, wino, to wszystko wynik takiej, czy innej fermentacji), ale żeby zsiadłe mleko, tak długo? Być może wyciągam błędne i całkiem od czapki wnioski, ale stopień zachowania się tego mleka w dobrym stanie przez tak długi czas każe mi podejrzewać, że moje kozy dają zdrowe mleko, wolne od niepożądanych patogenów, a do tego posiadające cudowne właściwości konserwujące. Gdyby Kleopatra miała dostęp do mleka od moich kóz (ale nie miała, bo zawsze mieszkałyśmy zbyt daleko od siebie, a w tamtych czasach transport był powolny), to na bank kąpałaby się w moim, i do tego zsiadłym. I być może żyłaby dzięki temu do dziś, jak ja.

(A jeśli ktoś chciałby mi wytknąć POZORNĄ nieścisłość, polegającą mianowicie na tym, że owszem, ja jestem wiekowa i to widać, ale moje kozy nie mogą mieć kilku tysięcy lat, to powiem Wam tyle: oczywiście, że nie mogą. Powłoka cielesna kóz jest bardzo nietrwała, i moje kozy musiały przejść przez mordęgę wielu inkarnacji, zanim mogliśmy się znów wszyscy spotkać w jednym miejscu. Andrzej twierdzi, ża raz był nawet Napoleonem, i ja mu wierzę, bo po pierwsze – wygląda, a po drugie – ja moim kozom po prostu wierzę w każde słowo, od lat. Od kilku tysięcy lat, gwoli ścisłości.)

Ale co tam młotki i zsiadłe mleko – BALOTY PRZYJECHAŁY! Fakt, że kilka tygodni po umówionym terminie, i że mam pięć balotów słomy, a tylko trzy siana, choć miało być dokładnie na odwrót, ale to wszystko nieważne. Na wsi już tak jest, że “jutro” znaczy czasem “za tydzień”, jednostki miary stanowią wiadra, dwukółki i METERY (jeden meter ziarna to w przybliżeniu sto kilogramów), i trzeba się do tego przyzwyczaić. Baloty więc przyjechały, wzbudzając powszechną radość (choć może nie u mnie, bo zdrożały o dychę za sztukę), i nastąpiły zwyczajowe kontrole przeprowadzone przez uprawnione jednostki. Laser testował zwięzłość i stopień ubicia materiału:

test laserowy 2 test laserowy

Rosoły sprawdzały zawartość ziarna w słomie:

komisja Rosolow

Gęsi badały podatność sznurka na szarpanie dziobem (nienawidzą sznurków, odkąd przywiązałam wajhę kranika na zewnątrz sznurkiem do rurki, żeby nie mogły kaczce wody nalewać do basenu), a kaczka, nie mogąc dosięgnąć sznurka, wyciągała po prostu źdźbła siana z balotów, w celu zwyczajnie mi na złość:

zlap i pociagnij a ja bede szarpac kaczka

Gamoń oceniał komfort i poziom wtajemniczenia Zen słomy owsianej:

co wy wiecie o zen

A potem przyleciały sikorki, które niczego nie oceniają, tylko biorą życie jakim jest:

sikorka sikorka na balocie

Wąski nie ma uprawnień do kontrolowania czegokolwiek, bo on się tak w kontrolowaniu zapamiętuje, że jak nam na przykład przetrzepał warsztat, tośmy po godzinie sprzątania nie wiedzieli, czy nadal szukać tych kilku brakujących wierteł i worka śrubek, czy dać sobie spokój i najlepiej wszystko podpalić i zapomnieć. Państwo uwierzą, że bydlę zeżarło pół wiaderka kitu szklarskiego (tak, tego czekoladowo-buraczkowego, co mi został po szkleniu okienka w koziarni), i NIC mu nie było? Po dwóch dniach od konsumpcji zrobił po prostu trochę bardziej zieloną kupkę, i po sprawie. Kto wie, może i ten młotek, co się na kirgiskiej kosie rozklepał, też Wąski zeżarł podczas swej obłąkańczej kontroli w warsztacie, a jeśli tak, to spodziewam się, że najdalej za kilka dni będzie srał śrutem i trocinami. Przepraszam, znów mi się gówniany wątek wplątał, a miało być o radości i kupie słomy.

Przyjazd balotów, a przede wszystkim mająca się na padanie mżawka, wymusiły na nas szybkie uprzątnięcie garażu (oprócz rozmaitych gratów, w tym również po Cebulackich, tkwiły w garażu dynie, patisony i wielkie pęki suszonego wrotyczu, bylicy, melisy, dziurawca i pokrzywy) i przetoczenie do niego zimowego zapasu siana i ściółki. Jeden balot słomy wylądował w komórce na siano, a wolna połowa komórki będzie najprawdopodobniej zimową sypialnią dla kaczki i gąsek, choć to się jeszcze zobaczy, bo one mają swoje zdanie na każdy temat, i teraz na przykład umyśliły sobie spać na kupie kompostu na małym wybiegu. Ze sprzątania garażu i krytycznej oceny uzyskanego w ten sposób wolnego miejsca wynikła jeszcze taka korzyść, że dwie obskurne, ale wciąż trzymające się kupy szafki z płyty wiórowej trafiły z garażu do mojego pokoju, więc część moich ubrań nareszcie zamieszka w meblach, zamiast w kartonach.

No i co ja Wam na koniec powiem – niestety owsa facet nie przywiózł, choć w ubiegłym roku zapewniał mnie, że owies ma i będzie miał ZAWSZE, i że nie muszę brać dużo na zapas, bo w każdej chwili mogę podjechać po kilka worków itd. “No ale w tym roku”, mówi, drapiąc się po czapce, “dwadzieścia pięć ton sprzedałem do Torunia, na płatki. No i teraz nie wiem, czy dla mnie nawet tego owsa wystarczy; może sam będę musiał od kogoś kupić ”. NA PŁATKI. Mili Państwo, jedząc sobie pyszną, gorącą owsiankę na śniadanie, wspomnijcie, proszę, moje kozy. Ja tam nikomu płatków niby nie żałuję, ale jednak… BIEDNA BOŻENKA. Biedna, stara, zniedołężniała, GŁODNA Bożenka. Z pustym brzuszkiem. I te wielkie, wielkie oczy, wpatrzone w Wasz talerz PEŁEN PŁATKÓW. Hm? No to Wy się teraz zastanawiajcie nad swoją małodusznością i luksusem opływania w płatki, a ja idę wydzwaniać po okolicznych potentatach owsianych, po prośbie. Podobno sołtys sąsiedniej wsi jeszcze w lipcu miał półtorej tony, czyli akurat tyle, ile mi trzeba.

PS. I w ogóle chciałam Wam powiedzieć, że nienawidzę tego zimowego ubierania się na cebulę. To znaczy owszem, ubieram się na cebulę, ale nienawidzę, bo to zajmuje TYLE czasu. Z rzeczy, których jeszcze nienawidzę mogę wymienić moje lenistwo. Na tyle oszczędnie gospodarujemy opałem, że rano w kuchni miewam ledwie 16 stopni, ale NIE CHCE MI SIĘ UBIERAĆ. Nastawiam więc wodę na kawę, trzęsąc gaciami i wyklinając na czym świat stoi, po czym lecę, na tych gaciach, zadać kurczakom, gęsiom i kaczce żarcia, no i wracam do kuchni, w której wtedy wydaje mi się być całkiem ciepło, siadam taka sino-zielona przy kubku gorącej kawy, i obejmując go czule czekam, aż odzyskam władzę w zdrętwiałych z zimna palcach. I nadal nie chce mi się iść i ubrać jak człowiek. Co jest ze mną nie tak, Droga Komisjo do spraw orzekania o niepełnosprawności intelektualnej?

PPS. A Mając przez cały tydzień przyjmowała te kropelki od weterynarza bez mrugnięcia okiem, aż byłam z niej dumna jakbym ją sama tak dobrze wychowała, ale jej się znudziło. I teraz ma wapory, kręci kosmatym łbem na wsze strony, i piszczy jak ogniem podżegana jeszcze zanim kropla trafi w oko. A tu wciąż przed nami kilka tygodni, po cztery razy dziennie, po jednej kropelce do każdego oka, dwóch różnych medykamentów! I obcięliśmy jej tę firanę na ogonie, bo już TYLE rzepów nałapała, że ogon ważył chyba ze dwa kilo, a weźcie z tej sierści długiej i karbowanej wyciągnijcie dwa kilo rzepa, zwłaszcza, gdy właścicielka ogona strzeże go pilniej, niż Polak niepodległości. I w ogóle okolica rufy Mająca jest niedotykalska. Nie rusz łapek, nie wycieraj z błotka, ja sama, łapy precz od mojego ogonka, co mi tam grzebiesz, łachudro?! Żeby obciąć firanę trzeba było się uciec do sztuczki z moją gumką do włosów, czyli Mając szarpał moją gumkę, którą ja udawałam, że chcę jej wyszarpać, a małżonek w tym czasie dokonywał krótkich, zdecydowanych cięć, doskakując do Świętego Ogona w co bardziej dogodnych momentach. Ogon cięty z doskoku wygląda tak:

nowy ogon Majaca 2 nowy ogon Majaca

A z gumki to już nie ma co pokazywać.

PRL. Jeśli ktoś z Państwa jeszcze czeka na ser, to uprzejmie proszę mi się mailem przypomnieć, bo mi paracetamol wyżarł tę część mózgu, która jest odpowiedzialna za dobrą pamięć. Nie pamiętam, jak się ta część nazywa. I w ogóle – co się nazywa? Aha, tak wyglądają owoce tarniny:

tarnina zwana tarka tarnina

A tak marmolada z tarniny:

marmolada z tarniny

A tak wyglądają psy, które MUSZĄ asystować przy obieraniu orzechów, i zeżarły jedną dziesiątą naszych zbiorów:

tyle orzeszkow zjadlem gdy nie patrzylas nie badz zyla dej jednego

I to już wszystko na dziś.

sniadanie u dyniowego