Chór staruszków z miasta Brubershrübernichtverstehen, czyli o BTW, MPO, i kąpielach na sucho

Pytam małżonka, czy na obiad może być pizza, oczywiście własnej roboty, ale bez pieczarek, bo nie mamy, a on patrzy na mnie tak, jakbym mu zaproponowała co najmniej hot-doga bez parówki i bez bułki. A ja się Państwa pytam – co za różnica? Serwuję mu na ten przykład aromatycznego kurczaka w sosie śmietanowo-grzybowo-ziołowym, z młodymi ziemniaczkami z ogrodu, szczypiorkiem i koperkiem też z ogrodu, a on siada do stołu z widelcem w jednej i kalkulatorem w drugiej dłoni, i jedną ręką je, a drugą coś liczy zawzięcie, mrucząc pod nosem jakieś niezrozumiałe formuły i matematyczne zaklęcia, a gdy go pytam, czy obiad mu smakuje, to słyszę: “niee, no dobrze. Tak, dobrze będzie”. Następnym razem o nic nie zamierzam pytać, podam mu pizzę BEZ SPODU, i zobaczymy, czy w ogóle zauważy.

Jednakowoż i ogólnież to nie mogę na małżonka narzekać, a z tych jego wyliczanek często coś pożytecznego wychodzi, bo on jest MPO, czyli Mistrzem Przecenionych Okazji, i czasem, gdy mi się wydaje, że siedzi bezproduktywnie przed kompem godzinami oglądając gołe baby, to się okazuje, że owszem, gołe, ale co najwyżej kable (i już mi kiedyś tłumaczył, że gołych bab nie da się godzinami, za to kable – choćby i tydzień, z jedną przerwą na siku), albo o, takie coś na przykład:

okapik okapik w środku

To jest, proszę Państwa, nowoczesność w domu i zagrodzie, która zawitała do mnie znienacka, prawie dwa miesiące po urodzinach i trzy tygodnie po jedenastej rocznicy ślubu, o której znów zapomnieliśmy, i nazywa się okap kuchenny. Mieszkamy w lesie, wilgotność powietrza jesienią sięga na zewnątrz dziewięćdziesięciu i więcej procent, a w kuchni jest przeciętnie 70 w porywach do 80, cukier trzeba trzymać w szczelnych butelkach, a suszone grzyby pakuję tak, jakby miały nurkować głębinowo, więc dodatkowa woda z parujących garów zawsze była małżonkowi solą w oku (ale zupy w proszku by nie zjadł, a jak ja mam coś ugotować bez wody?). No i płynąc do brzegu pragnę Państwa poinformować, że ten nówka-blaszka (bardzo kurwa cienka blaszka, jak skwitował ponuro małżonek) okap kosztował nas 29 złotych, a z przesyłką 40, a wszystko dlatego, że został w magazynie czymś ździebko piźnięty w daszek:

pizniecie

Wgniecenie było większe (przecież na tej fotce nic nie widać, Kanionek), ale nie zdążyłam zrobić zdjęcia, bo MPO już je wyklepał. Teraz potrzebne jest nam jedynie wiertło koronowe o takiej długości roboczej, żeby wywaliło dziurę przez mur o grubości prawie metra, i jesteśmy w domu, a para wodna poza domem. Takie wiertło kosztuje tyle, co kilka okapów i to niepiźniętych, więc małżonek szuka kogoś, kto już ma takie wiertło w swoich zbiorach BTW (bardzo typowych wierteł) i byłby chętny wpaść na chwilkę i sobie poużywać za niewielką opłatą, albo i całkiem za darmo. Wy się nie śmiejcie – są tacy faceci, co lubią sobie kupić ultramęską zabawkę, na przykład wiertło koronowe jak lufa do czołgu, którego potem nie ma nawet jak na spacer wyprowadzić i popuszczać, żeby się wybiegało, bo sąsiad zaraz wezwie Policję, a stara nie zgadza się na ścianę w przedpokoju a la ser koryciński, ale jak tu nie kupić, skoro TAKIE FAJOWE WIERTŁO. Ja się nie zdziwię, jeśli któryś z Waszych małżonków to ma, skitrane gdzieś w szufladzie, dla niepoznaki obciągnięte skarpetą, i wyciąga raz do roku w środku nocy, gdy już wszyscy śpią, i głaszcze, poleruje, i się smutno, acz czule, uśmiecha. Jeśli więc kiedyś wstaniecie w nocy za potrzebą, a spod przymkniętych, kuchennych drzwi sączyć się będzie światło, i dobiegnie Was cichy szloch i odgłos tarcia irchą o metal, to spokojnie. Możecie iść siku i z powrotem spać, bo to tylko wiertło koronowe, niegroźna przypadłość, rano zaś kupcie małżonkowi bilet do Kanionkowa i niech chłop ma, i się wyszaleje. On i jego wiertło. (no i musicie przyznać, że tak zawoalowanego zaproszenia do roboty na cudzym i za darmo to jeszcze nie widzieliście)

Z innych okazji wyszperanych przez MPO mogę wymienić kuchenkę mikrofalową Whirlpool, wystawioną na Allegro jako strasznie zepsutą, całkiem na amen i zimny zgon. Mikrofalówka była niekomunikatywna i nic jej się nawet nie świeciło, gdy do nas przyjechała, a po pół godzinie była gotowa grillować, rozmrażać, gotować i piec (jeden kabelek w środku się rozlutował), za jedyne 80 złotych, czyli jedną dziesiątą wartości rynkowej. Dziewczyna, która ją wystawiła na sprzedaż, używała mikrofalówki tylko do podgrzewania soczków dla dziecka, i sprzęt wyglądał jak prosto z fabryki. Służy nam już kilka lat, i choć nie jestem fanką mikrej fali, to zgrillować serek na kanapeczce i owszem, lubię, a i czasem coś na szybko rozmrozić jest nie od czapki.

Tymczasem kilka dni temu. Wyszłam zajrzeć do skrzynki na listy, którąśmy sobie zainstalowali całkiem na zewnątrz, czyli przy drodze za bramą, żeby listonosz nie musiał portek łatać po spotkaniach z pieskami przy okazji każdej doręczonej przesyłki, wracam, jeszcze do bramy nie doszłam, a zza krzaków żywopłotu słyszę takie oto słowa:

–  Panie złoty, przecież my z Niemiec pochodzimy, a patrz pan, na co nam przyszło. Niemcy piękne, wszystko takie równe, gładkie, błyszczące. Tam nawet rzeki, panie, mają stosunek do życia uregulowany, i płyną nie inaczej, jak prosto przed siebie. A na polach uprawnych to się można geometrii precyzyjnej uczyć. Nie to, co tu – łachy jakieś, ugory dzikie, a gdzie pan nie spojrzysz, to wszystko krzywe. Panie, ja od roku nieumyty jeżdżę!

Zdębiałam i całkiem mnie wryło w ten na drodze piach, bo skąd niby u mnie na podwórku jacyś Niemcy, w dodatku jeden od roku nieumyty?

–  A pan, jeśli wolno spytać, długo już w Polsce? – przerywa pierwszemu drugi głos.
– Ano… Jakem tylko dziesięć lat ukończył, to już koniec, panie, butem wmorden i zabramen. Nie ma miejsca dla takich staruszków w pięknych Niemczech, oj nie ma. Czas było emigrować za chlebem, za życiem może gorszym, ale jednak życiem… A żyć się jeszcze chciało, panie, serce jak dzwon i ochota w tłokach niewygasła. No i tak to. Dziewięć lat za taksówkę w Bydgoszczy robiłem, w BYDGOSZCZY, rozumie pan? Ja to tego z początku nawet wymówić nie mogłem. Bremen, Bachhauserfilz, Berlin-Baumschulenweg, to rozumiem, ale Bydgoszcz? A weź pan powiedz: w czasie suszy szosa sucha, toż idzie sobie popychacze hydrauliczne połamać. Ja czasem słyszę, jak ONI mówią, że mi zawory klekoczą. Jakie zawory, panie!? To JA tak sobie pod nosem śpiewam w drodze po niemiecku, żeby już całkiem ojczystego języka nie zapomnieć. Ale co oni tam wiedzą, panie… Ja od roku nieumyty jeżdżę…
–  Ciesz się pan, żeś pan kiedyś umyty jeździł. Ja, odkąd w tej zabitej dechami dziurze wylądowałem, to jeszcze ani razu myty nie byłem. ON mi nawet płynu do spryskiwaczy żałuje, a pan, jak słyszałem, to i od środka wyprany był, i nawoskowany nawet kiedyś.
–  No jak mnie kupiła, to z początku o mnie dbała, nie powiem. Nowy olej nawet dostałem, i buty eleganckie, całoroczne, ale co z tego? Było, minęło. Pan wie, że ja w piątek sto pięćdziesiąt litrów wody pod górę wiozłem, jak wielbłąd jakiś? A latem, panie, to tyle zboża we mnie napchała, do bagażnika, na tylną kanapę, i jeszcze worek pszenicy na fotelu pasażera upchnęła, a co ja jestem – furmanka?
–  No, aleś im się pan odpłacił ostatnio, w B. Niezły numer z tym strajkiem na skrzyżowaniu, he he.
–  Jaki numer, panie? Tak mie w biodrze strzeliło, od tego ciągłego tyrania, że ja panu nie życzę. I ciągnęli mnie potem przez zwanzig kilometrów na jakimś sznurku, jak KROWĘ, proszę pana. A żebyś pan widział tego mechanika, co mi w bebechach grzebał, i jego podwórko – toż ja z początku myślałem, żem na złomowisko trafił, i mało mie serce nie pękło. A serce jak dzwon, i jeszcze by pożyło trochę. A właśnie, pan nie wie przypadkiem, co to się stało z tą naszą przestronną koleżanką, co tu obok zawsze stała?
–  Z Agilą? Sprzedali. Poszła do tego mechanika, w rozliczeniu za pańskie biodro i docisk sprzęgła nowy. Ja tam za nią nie tęsknię. Pana to kiedyś parkowali gdzie indziej, to pan nie wie, ale ona strasznie narzekająca była. Ciągle nawijała o tym swoim bolesnym przegubie, i jak jej ktoś kiedyś bark przetrącił, i że makijaż pod prawym okiem rozmazany, i że soczewka jej się krzywo na oku układa, i że jej z tej zgryzoty już całkiem pompa paliwa wysiadła, i że ciągle w nią coś pchają – a to chleb do suszenia, a to zielsko jakieś, i że to pewnie dlatego, że ma taki wielki tyłek i zero talii, więc wszystko się w niej mieści. Mnie, panie, od tego jej codziennego jojczenia to już całkiem brzuch rozbolał, że aż jeździć mną przestali, i masz pan – stoję tu jak ten posąg w muzeum, i tyle mojego, że sobie na widoczek za stawem popatrzę, i czasem z czaplą przez płot pogadam, a czapla światowa persona, i przez Niemcy czasem leci, to i nowinki z ojczystej ziemi przyniesie.
–  No i sam pan widzisz, na co to nam przyszło na tej emigracji. Bieda z nędzą i zardzewiałe błotniki. A w Niemczech tak pięknie, czysto, wszystko równe i gładkie…
– To TAK wam źle?! – nie wytrzymałam, i wyskoczyłam zza krzaków. – Toście już panowie zapomnieli, że w tym waszym kraju-raju dawno by was na puszki do konserw przerobili? I co z tego, że nieumyty? – wrzeszczę na mojego Gwiazdolota – ja też czasem nieumyta chodzę, i gwiazda, tfu, korona mi z głowy nie spadła!

Speszyły się nasze poczciwe graty, mojemu to nawet kropelka jakiejś cieczy kapnęła z rury wydechowej (może być, że rosa, a może się z tego zaskoczenia popłakał, staruszek).
–  No ale my tylko tak, towarzysko sobie gawędzimy, każdy musi czasem na coś ponarzekać, prawda, bo to przecież stary, polski obyczaj, a my już tacy trochę jakby spolszczeni, przez te wszystkie jahry, więc jakoś tak samo przyszło… – plącze się w zeznaniach Gwiazdolot małżonka, a że szyby ma przyciemniane, to nie wiem nawet, czy ściemnia, czy prawdę mówi.
–  No niech wam będzie. Mycia wam nie obiecam, ale na święta każdy dostanie po choince zapachowej. Może być?
–  Ja, ja, Christbaum, natürlich! Vielen dank, frau Kanionek!

Ni w ząb nie rozumiem po niemiecku, ale wyglądali na zadowolonych. I w ogóle nie wiem, co się tak uparli na to mycie. Wszyscy tu sobie jakoś radzimy, nawet kozy:

wiecej kurzu nasza plaża mamunia sie teraz wytarza bosko ooo jak dobrze chcesz spobowac

Taką sobie plażę nad stawem urządziła. A kurczaki też sobie radzą, korzystając z uprzejmości krecika (i od razu pardą za tę jazdę po siatce wolierowej, z pewnością nie dla epileptyków, i urwanie się taśmy w bez sensu momencie – no reżyser ze mnie, jak z koziej wątróbki termofor):

Bo jak się chce, to można, a jak się komuś nie podoba, to niech wyjeżdża do Szwecji. A z tymi prostymi rzekami w Niemczech to uważam, że grubo przesadzili. Śwagier kazał się podczas tegorocznej wizyty zaprowadzić nad naszą rzeczkę, i prawie się ze wzruszenia w pokrzywach przybrzeżnych wytarzał, TAK mu się środowisko naturalne podobało. I te zwalone przez bobry pnie, i krzaki, i meandry, i postrzępione urwiska, wszystko należycie krzywe i anarchistycznie nieuregulowane. Faktem jest, że ryby w tej rzece, choćby martwej, jeszcześmy z małżonkiem nie widzieli, ale nie chciałam siostrze z dzieckiem i wzruszonym szwagrem psuć wspomnień z Polski jakąś tam głupią rybą, prawda.

I przez kilka ostatnich dni chodziłam bardzo nerwowa, no bo ten owies (sołtys sprzedał na płatki, magazyn zbóż sprzedał na płatki! co do ziarenka, w dwa miesiące po żniwach wymiotło owies z całej okolicy), ale już nie muszę. Już jestem spokojna i mogę nawet we śnie umierać, bo podstawowe potrzeby żywieniowe kóz i drobiu mam załatwione na całą zimę, a może i na dłużej. Walka o owies była może krótka, ale najeżona trudnościami, a na godzinę przed planowanym zrzutem towaru wszystko stanęło pod znakiem zapytania (“pani, ja już więcej takich interesów robił nie będę! Jakim samochodem on mie przyjechał – OPLANDEKOWANYM! My tu tera kombinujemy, ale nie wiem, jak to będzie. Najwyżej nie będzie. Ja już więcej takich detalicznych biznesów robił nie będę, pani” – a tym głupim oplandekowanym samochodem to jego znajomy przyjechał, do którego ON SAM kazał mi dzwonić, pan jeden, owsiana jego mać hurtowa), ale owies przyjechał, i to jaki! Goły! Znaczy nieoplewiony, bezłuskowy, nagi, no różnie go zwą, a najważniejsze w nim to, że ma więcej białka i tłuszczu, niż owies zwyczajny, no i objętościowo go mniej wychodzi, niż tego w łuskach. Taka oto niepozorna kupka:

luźna kupka owies nagi

Prawda, że malutka? A waży tysiąc siedemset pięćdziesiąt kilogramów. Miał facet dorzucić jeszcze kilka worków pszenicy, żeby razem dwie tony były, ale się wziął z tych nerw i zapomniał. A kupka luźna przyjechała, bo pan miał jedenaście ton tego owsa na przyczepie, i jeśli w worki, to mógł tylko w takie półtonowe zapakować, a kto mi ściągnie z paki worek ważący pół tony? Nawet Wąski jest na to za wąski, a poza tym, takie cztery półtonowe wory potem trzeba by jeszcze jakoś do magazynu zatachać, czyli do Różowego Pokoju, więc nie było opcji, musiał luzem być. I kto to słyszał, żeby na gospodarstwie ciągnika rolniczego nie było?! (to jak już będziecie sprawdzać ślubnym szuflady pod kątem wiertła koronowego, przejrzyjcie też pod kątem ciągnika, może a nuż…?). No więc nie dość, że kozy hodują, to nawet ciągnika głupiego nie mają, i weź rób z takimi biznesy. Ale kierowca tysiąc trzysta i pięć złotych należnego wziął (w tym stówa za transport) i myślę, że panu hurtowemu śmierdzieć ta kasa nie będzie, a ja w końcu mogę spać spokojnie.

Wzięliśmy więc wiadra, worki (kolejne 45 zł wydane), szuflę, i po trzech godzinach po kupce zostało tyle, co gęś napłakał:

tyle zostało

I tylko dwa razy obiecano mi śmierć w męczarniach (bo ja przetargałam może ze dwieście kilo, a resztę, czyli półtorej tony, małżonek), a raz padło stwierdzenie, wypowiedziane nie bez gorzkiej nuty rozczarowania, że jednak głupi ma szczęście (bo prognozy widziały deszcz od jedenastej, a ziarno przyjechało z dużym opóźnieniem, gdzieś około trzynastej, i małżonek mówił, że mi to wszystko zamoknie i o kant dupy będzie cały ten interes), jakbym i bez gadania nie wiedziała. A widać głupia jestem do tego stopnia, że nawet słońce wyszło około szesnastej, i zrobiło się pięknie, więc powiem Wam tyle, że głupim też trzeba umieć być odpowiednio, i na to się całe życie pracuje. No i tak to, trzydzieści pięć worków po 50 kg każdy, zdeponowane w Różowym Pokoju:

worki z owsem worki2

My cali w owsianym pyle, jak te mączniki młynarki (dobrze, że nie zdążyłam dzisiaj szkieł kontaktowych założyć, bo jednak okulary się szybciej przeciera), gęsi i kaczka zadowolone, bo znów miały okazję poprzeszkadzać w robocie:

buszujące w zbożu

A kozy już przetestowały jakość ziarna i bardzo im smakowało, a zapomniałam jeszcze dodać, że ziarno zawiera domieszkę 2% grochu żółtego (“nie żadna tam pelucha, tylko normalny groch jadalny dla ludzi, do zupy może sobie pani wydłubać”), a w owsie od poprzedniego dostawcy trafiały się kamienie i drobne elementy posadzki betonowej, też mniej więcej dwa procent, które musiałam wygrzebywać, jak ten Kopciuszek, bo jak przegapiłam, to Bożena szarpała miską, a Ziokołek złośliwie wysypywała wszystko, bujając ryjem w misce na boki, więc happy guten Alleluja, wszyscyśmy zadowoleni. Lucek z tego zadowolenia nawet puknął Bożenkę, a ona TAK była zadowolona, że mu pozwoliła. Małżonek pyta, czy któraś z Was nie chce mnie adoptować. Poszukiwane osoby z ogródkiem lub dużym balkonem, bo gdzieś te kozy trzeba będzie upchnąć. W zamian za kretynkę z kozami chętnie przygarnie faceta z wiertłem koronowym.

PS. A dla Was, na deser, kanapka z Kotkiem:

kanapka z kotkiem

A Mając, z naszej nieobecności korzystając (po te worki na owies żeśmy w trybie nagłym jechali), rozpruła worek z kocią karmą, świeżutko przyjechany, i pieski trzy ubyły z worka dwa kilogramy kulek. Atos najwięcej i to było widać – wyglądał jak wał przeciwpowodziowy i tak też się zachowywał, czyli leżał nieruchomo aż do rana dnia następnego (próbowałam go wysikać, ale zachodziło zbyt duże ryzyko, że kocie kulki pociekną mu z oczu).

PPS. A Zeroerha mówiła, że z tą tarniną to już przegięłam, no to gnijmy po całości. Oto jabłka:

jabłka

Śliczne, nie? Mam też takie brzydkie, z jabłonki która rośnie w cieniu świerków (serio, co oni mieli, ci Cebulaccy, z tym sadzeniem drzew owocowych po jakichś mrocznych i zawilgłych zakątkach?), ale co Wam będę brzydkie jabłka pokazywać na takim ładnym blogu (moja Ciocia B. powiedziała, że wszystko ładnie, ale mogłabym nie używać WYRAZÓW. A wszystko przez Was i przez ten Wasz konkurs, że Mama cioci linka do bloga wysłała, żeby ciocia zagłosowała, i jej koledzy z pracy też, i teraz obciach na całe Trójmiasto. A wyrazów muszę czasem używać, zwłaszcza gdy się nie umiem inaczej wysłowić). O, a tu jeżyny z ogrodu, cukrem szronione:

jezyny z ogrodu

I październikowe truskawki:

truskawy w pazdzierniku

A tu, jeszcze szóstego października, nagietki, kwitnący cząber i kapusta ozdobna:

ogrodek

Ale to było PRZED przymrozkami minus dziewięć. Teraz wszystko wygląda tak:

magnolia po przymrozkach zmarznieta akacja zmarznieta lipa

Nie zdążyło nawet zżółknąć, ni się zaczerwienić, tylko zmarzło, zgniło, i straszy. A z lilaków bzowych opadają zielone liście:

zmarzniety lilak

I też bym chętnie powiedziała, że to przez Was, ale teraz nie mogę, bo ciocia czyta, i muszę mówić samą prawdę.

1 2 3