Ciastko z wiórkiem, czyli o zimorodku

Uwaga. Proszę odsunąć dzieci od odbiorników, będą WYRAZY.

“If I can’t smoke and swear, I’m fucked!” (Jeśli nie pozwoli mi pani jarać i kląć, to mam przejebane)

Ricky do sędzi, odcinek z rozprawą sądową, Trailer Park Boys (“Chłopaki z baraków”), Kanada, 2001.

“Ile kalorii ma słonecznik NIEłuskany, ale bez tych łupinek?”

Internet, 2014.

Nad naszym stawem widziałam ZIMORODKA. Pierwszy raz. I że się go w ogóle nie spodziewałam zobaczyć, to w pierwszej chwili pomyślałam: rany Rosoła, KOLIBER!

Bo mi małżonek napchał głowę informacjami, że jakieś duże papugi kolonizują niemieckie parki miejskie. Ale nie. Nie papuga, nie koliber, tylko piękny, szmaragdowogrzbiety zimorodek. Poderwał się z odsłoniętego brzegu, zrobił dwa kółka nad stawem i odleciał. Ach.

I co, że tyle wystarczy i mi się więcej nie należy? A figę. Bo kilka godzin później widziałam dzięcioła zielonego. Też ten jeden, jedyny raz. Dzięcioła dużego widujemy często, zwłaszcza jesienią. Raz na akacji przysiadł krętogłów, a w ubiegłym roku coś zawzięcie opukiwało nasz strych, ale wyleciało spod dachu tak szybko, że nie wiem, który z dziesięciu gatunków naszych dzięciołów to był. Ale ten zielony… Ach.

Innymi słowy, jest pięknie nadal i wciąż. Nawet jeśli o mały włos nie oślepłam, nie ogłuchłam, a nawet całkiem nie umarłam. Tak, piję do tego dowcipu o seksie niekonwencjonalnym. I my się też z małżonkiem umiemy zabawić, na przykład przy użyciu drewna na opał. Zanim ruszy z kopyta Wasza wyobraźnia wyjaśniam, że chodzi o to, że znów byłam podajnikiem do drewna. Ja trzymałam długie, małżonek ciął na krótkie. I przez pierwszą godzinę miałam piłę spalinową pół metra od lewego ucha, a gdy już całkiem przestałam na nie słyszeć, to – ze względów bezpieczeństwa – zmieniliśmy strony i po kolejnej godzinie ogłuchłam na ucho prawe. Oślepłam od bryzgających wściekłą fontanną wiórów, które lgną do miękkich soczewek kontaktowych jak spam do skrzynki, a zaniemówiłam dlatego, że z dźwiękiem piły się nie konkuruje. Małżonek szczęśliwy, jak nigdy dotąd. Żona, która nie widzi, nie słyszy i NIE MÓWI, jest na wagę złota.

Po dwóch godzinach poprosiłam o przerwę na kawę. “A jak się tej kawy nie napijesz, to co?” – zapytał mój padalec. “To wtedy już całkiem umrę” – pokazałam na migi. I wiecie co? On to nawet przez chwilę rozważał! Znaczy się zalety takiego obrotu spraw. Niedoczekanie. Zawsze mam zapas kawy i cukru, bo to podstawa mojego survivalu.

Dziś robimy cotygodniowe zakupy, i tak, również dla pani J. I już wczoraj dyktowała mi listę niezbędnych artykułów przez telefon. Między innymi kupimy jej więc program TV na dwa tygodnie oraz granulat dla kur nieśnych ze sklepu paszowego koło Netto. NAWET SŁÓWKIEM NIE PISNĘŁAM. Dostanę ciasteczko? :)

PS. Dobrze, już wiem, że tej pani od kalorii chodziło o to, że kupiła paczkę nasion słonecznika niełuskanego i miała tam podaną ilość kalorii. A chodziło jej o to, ile kalorii będzie miał słonecznik bez tych łupinek. Czy ktoś z Was umie odpowiedzieć na pytanie, czy producent podając wartość energetyczną słonecznika niełuskanego wlicza również łupinki? Wcale się nie czepiam. To są ważne sprawy.

1 2 3 13