Dwakroć jadłem jagody, czyli o szczęściu i przeznaczeniu

"A time will come
when all will see: In the end - it's just a game
Time will tell
when all these things that have come to pass - still remain"

Króciutki fragment dynamicznego utworu “Inferno (Unleash The Fire)” z albumu “The Odyssey” grupy “Symphony X”, 2002

***

–  Jestem dzisiaj szczęśliwym człowiekiem – małżonek wpada do kuchni sprężystym krokiem młodego człowieka, twarz ma rumianą i cały promienieje odświętnym blaskiem, jak ta choinka w centrum handlowym.

Rany boskie, i co teraz!? Ukradkiem spoglądam w lusterko, czy może jakoś bardziej korzystnie dzisiaj wyglądam, ale nie – wyglądam zupełnie niekorzystnie, czyli jak zawsze. No to jeśli nie chodzi o mnie, to niby dlaczego on jest taki szczęśliwy?

–  Że co? – Pytam uprzejmie, całą swą niekorzystną twarzą wyrażając życzliwe zainteresowanie.
–  No to słuchaj. Wreszcie, po kilku latach rozmyślań, doszedłem do wniosku, że czas nie istnieje! I jestem teraz spokojny.

No masz ci los. A już zdążyłam pomyśleć, że może on w tajemnicy przede mną wypełnił kupon lotto i właśnie wygraliśmy dwanaście milionów pieniędzy.

–  Aha – mówię ostrożnie. – Cieszę się razem z tobą, mój najdroższy małżonku. (Bo gdy się nie wie o co chodzi, to najbezpieczniej jest udawać życzliwego głupka. Albo po prostu nim być).

Małżonek patrzy na mnie z pełnym napięcia oczekiwaniem, oczy mu błyszczą, i mam wrażenie, że zaraz cały spuchnie i eksploduje.

–  Ale ty nie rozumiesz wszystkich tego konsekwencji! CZAS NIE ISTNIEJE. Nie ma czegoś takiego jak czas, w znaczeniu “wielkość fizyczna”. Żadne tam czary-mary, czwarte wymiary. Jest tylko energia. A to oznacza, że podróże w czasie są niemożliwe. Nie można się przemieścić w czasie ani w jedną, ani w drugą stronę.

SZLAG. Czyli nie wrócę już nigdy do tego dnia, gdy w Lidlu sprzedawali piersi z gęsi po dziesięć złotych za kilogram. A mówiłam wtedy, żeby wziąć więcej i zamrozić, bo to się nigdy nie wróci. I jak zwykle miałam rację.

Nie przytoczę Wam tutaj całej naszej dyskusji, a zwłaszcza jej obszernego fragmentu dotyczącego wzoru E=mc2, gdzie małżonek stwierdził, że “c” to można sobie na śmietnik wyrzucić, albo w różne otwory powsadzać, bo to nie może być wartość stała. Powiem tylko, że jeśli za naszego życia naukowcy dojdą do wniosku, że czas nie istnieje, to ja, tu i teraz, zgłaszam małżonka do nagrody Nobla, bo wuj ze sławą, ale te miliony pieniędzy nam się przydadzą. Jeśli tego nie dożyjemy, to wnoszę o chociaż jakiś skromny pomnik uwieczniający osobę mojego męża. A ponieważ zasadniczo zgadzam się z koncepcją braku czasu (i codziennie ten brak odczuwam!), to proszę o uwzględnienie również mojej lichej osoby przy budowie tego pomnika. Mogę być malutka, bo jestem człowiekiem ze wszech miar skromnym, i wystarczy mi, jeśli moja głowa wraz z kawałkiem popiersia będzie wystawać z kieszeni płaszcza mojego męża (sama głowa wielkości orzecha wyglądałaby co najmniej dziwnie).

I się tam nie śmiejcie, drodzy Państwo, bo ja całkiem serio, a jeśli ktoś zechce rzucić propozycją, żeby małżonek najpierw swoją tezę udowodnił, to ja powiem przewrotnie: niech najpierw ktoś udowodni, że czas istnieje. Może to Państwa zdziwi, ale w żadnej encyklopedii, ani w internecie, nie znajdą Państwo definicji czasu, co do której cały świat nauki byłby zgodny. To znaczy wszyscy zgodnie twierdzą, że czas istnieje, tylko nikt za cholerę nie potrafi powiedzieć, CO TO WŁAŚCIWIE JEST. Serdecznie Państwu polecam tę krótką lekturę: https://encyklopedia.pwn.pl/haslo/czas;3889272.html

No więc małżonek jest człowiekiem szczęśliwym, a ja tylko bywam, ale dobre i to. Miałam na przykład takie malutkie marzenie, żeby zrobić kiedyś obiad w stylu śląskim, z prawdziwymi kluskami śląskimi i modrą kapustą. Rolady, zwane u nas zrazami, to już nieobowiązkowo, bo bardziej mi pasowała gęś pieczona z jabłkami, ale tak czy siak – odkładałam to wyzwanie na “kiedy indziej”, bo mięso z gęsi jest w Polsce droższe od ośmiorniczek, a poza tym – “na pewno nie uda mi się odtworzyć tego smaku modrej kapusty, jaki pamiętam z restauracji, a kluski śląskie są podobno niby proste, a jednak nie każdemu wychodzą”. Gdy się jednak nadzialiśmy na tę promocję w Lidlu, o której wspomniałam kilka akapitów wyżej, to już nie było odwrotu, klamki zostały rzucone, wiktuały kupione i…

Prawda, że śliczne? Żarłam to przez cztery dni z rzędu, i dziś stwierdzam, że o czterdzieści dni za krótko. W kapuście, oprócz kapusty, jabłka i cebuli, znalazły się: rodzynki i żurawina, GOŹDZIKI, ocet balsamiczny, cukier, sól i pieprz, i tłuszczyk z gęsi, na którym to wszystko smażyłam. Kapusta wyszła tak pyszna, że jadłam ją nie tylko do obiadu, ale podjadałam łyżką wielokrotnie w ciągu dnia, tak prosto z lodówki. Tylko goździki powinnam była zmielić, bo goździk jest tu co prawda niezbędny, ale rozgryziony okazuje się wredny. Taki jakiś gorzko-piekący. Małżonek nie jadł ani kapusty (bo poza kapustą wstrętne mu są wszystkie pozostałe składniki tej przystawki), ani klusek (bo to przecież ziemniaki, tylko inaczej, więc po co to cudować?), więc wszystkie te wspaniałości były tylko dla mnie i przez cztery dni promieniałam osobistym szczęściem, jak święci na obrazkach łagodnym światłem i miłością.

Szczęśliwy był dla mnie również ten dzień, w którym odkryłam, że zamiast lepić setkę zwykłych pierogów, mogę zrobić pięćdziesiąt pierogów gigantów i wyjść z kuchni o dwie godziny szybciej:

Miałam obawy, czy się te pierogulce nie rozpadną podczas gotowania, bo ciasto zawsze wałkuję cienko (nie lubię pierogów do żucia; wolę takie delikatne, w których nadzienie wręcz prześwituje przez poszewkę), ale dwa jajka w cieście załatwiły sprawę. Na jeden obiad małżonek zjada takich mutantów cztery, a ja dwa. Następnym razem do wykrawania krążków z ciasta wezmę doniczkę, i małżonek na obiad będzie jadł dwa pierogi, a ja jednego, bo życie trzeba sobie ułatwiać, a nie utrudniać, prawda?

O, albo kojarzycie takiego mema z internetów?

No to ja muszę uczciwie przyznać, że w tym roku też miałam udane życie, albowiem dwakroć jadłam borówkę (liczba pojedyncza użyta zupełnie nieprzypadkowo) i raz nawet pół gruszki (drugie pół rzuciłam kozom, bo gruszka była okropna. Nie wiem dlaczego gruszki się tutaj nie udają – albo nie ma ich wcale, albo, jak już jest ich pełno, to nie dojrzewają, tylko pozostają takie twarde, bez smaku i niesoczyste, po czym pewnego dnia gniją, tak całkiem bez ostrzeżenia).

No i trochę wiśni pojadłam, tyle ile mi kosy i szpaki zostawiły, że nie wspomnę o Pacanku, który obgryzł pół drzewa od zachodu, bo jak stanie na tylnych nogach, przednimi oprze się o płot, i wyciągnie tę swoją saaneńską szyję, to ma pewnie ze dwa i pół metra wysokości, a jedno drzewko wiśniowe rośnie niefortunnie blisko granicy ludzko-koziej. O borówkach to już nawet szkoda gadać – ptaszyska, w tym kurczaki, obeżrą wszystko, co tylko się zaróżowi na krzakach, a do tego dwa razy mieliśmy w tym roku nalot koziego stada na nasze podwórko, no a kozy to wiadomo, że borówki konsumują nie inaczej, jak tylko razem z krzakiem. Właściwie to owoce są dla nich produktem ubocznym krzaka.

I ja wiem, że wychodzi na to, iż jestem szczęśliwa tylko w tych krótkich chwilach, które spędzam nad talerzem, oraz wtedy, gdy śpię i nic nie muszę robić, ale co z tego? Nasze psy też głównie jedzą, śpią i szczekają na śmieciarkę, a wyglądają na szczęśliwe.

(Nie, ja jeszcze nie szczekam na śmieciarkę, ale kto wie, co przyszłość przyniesie? Człowiek dziczeje w tym lesie).

Aha, z dumą i radością również oświadczam, że udało mi się odzyskać scyzoryk, który niedawno utopiłam w przerębli. Gdyby Państwo kiedyś potrzebowali wędki na scyzoryki, to można ją zrobić ze złamanego słupka od pastucha elektrycznego, kawałka ogólnodostępnej linki niewiadomego przeznaczenia*, oraz głośnika:

Najpierw na wędkę złapał się stary, zardzewiały gwóźdź bez łebka:

A kilka minut głaskania dna stawu głośnikiem później…

Najadł się trochę piachu i glonów, ale już jest czysty i suchy.

(* linka jest ogólnodostępna, bo takie linki dowolnej grubości można kupić w każdym sklepie budowlanym, a niewiadomego przeznaczenia, bo jak się przeczyta uwagi i ostrzeżenia na etykiecie przyklejonej do belki z linkami, to wychodzi na to, że chyba nawet sam producent nie wie, po co w ogóle te linki zrobił, albowiem na etykiecie wymienił jedynie pięćset zastosowań, do których te linki się NIE NADAJĄ).

Pokazałabym Wam też, jak się naprawia zepsuty, szesnastoletni wyciskacz do czosnku, ale naprawiłam go taśmą izolacyjną, a – jak to kiedyś słusznie zauważył Mały Żonek – są jeszcze jakieś granice przyzwoitości na tym blogu, więc tego Wam nie pokażę. Dość powiedzieć, że wyciskacz w miarę działa, tylko mocno ucierpiał na urodzie.

W granicach przyzwoitości powinien się za to zmieścić mój nowy strach na kurczaki, którego zmontowałam latem na obraz i podobieństwo swoje (no wiecie – głupi wyraz twarzy, brak koordynacji ruchowej kończyn i widoczne deformacje stawów, do tego okrycie wierzchnie niedbałe, czyli obraz nędzy i rozpaczy. Jedno, co nas różni, to buty. To znaczy strach ma buty, bo nie wiedziałam, z czego ulepić mu stopy):

Miał straszyć kurczaki i bronić mojego ogrodu, a wyszło jak zwykle, czyli kurczaki to mu na głowę nasrały, a ja kilka razy dostałam zawału serca na widok “obcego faceta siedzącego na moim płocie”, zanim się do niego przyzwyczaiłam.

PS. Wiem, że nudy, ale idzie zima i będzie już tylko gorzej, i Wy to wiecie, że od przeznaczenia nie da się uciec, a ja mam nawet dowody. Otóż latem kupiłam małżonkowi kilka podkoszulków przez internet, bo te stare już miał tak podarte, że nie było w co igły z nitką wbić. Takie tam, proste, tanie i niewyszukane ciuchy do roboty w upalne dni. Rozpakowałam paczkę, oglądam te koszulki, czy nie dziurawe już na wstępie, i co widzę? Meeee-tkę! Podkoszulek marki “Fruit of The DOOM”:

No nie spie*dolisz, kozy dopadną cię nawet w szafie.

PPS. A teraz UWAGA, ogłoszenie serowarskie:

To już ostatni dzwonek, żeby zamówić sery przed świętami. Nie, nie, świeżych i wędzonych już nie będzie, aż do kwietnia, ale fabryka ma w magazynie jeszcze trochę serów dojrzewających. Zwykłych, bez dodatków, łagodnych z natury, jak również szwajcarskich (tylko uprzedzam, że tegoroczny szwajcar jest barrrdzo aromatyczny, dwieście procent sera w serze, nie dla ludzi o słabej konstrukcji, choć jednocześnie polecam, bo do wina jest wprost idealny), że nie wspomnę o tym hiszpańskim cudaku:

Mam też jeszcze trochę goudy z kolorowym pieprzem, jak i bez pieprzu (to jest ser wg przepisu na goudę, ale zrobiony z koziego mleka, więc nie jest klasyczną goudą, jaką znacie ze sklepu. Zapewniam jednak, że nie śmierdzi Pacankiem, i w ogóle zaliczam go do serów bardzo udanych), może z pół kilograma Toscano pepato:

Toscano mam więcej, cały kilkukilogramowy krążek, ale on dojrzeje najwcześniej na wiosnę, tak jak i kakaowy Dry Jack.

No i trochę się boję reklamować Belper knolle, ponieważ wyszedł świetnie! I dlatego zostały mi już tylko dwie kulki. Każda kulka, wskutek dojrzewania, skurczyła się o połowę, ser w środku jest dość kruchy:

Za to w smaku – czosnkowo-serowo-pieprzowa poezja! W swej wyobraźni widziałam ten ser wkruszony do jakiegoś sosu, którym polałabym makaron (np. z brokułami, pieczarkami i szynką), ale na marzeniach się skończyło, ponieważ tak często sprawdzałam, jak bardzo smaczny jest ten ser, że swoją kulkę zjadłam w jeden wieczór, bez żadnych dodatków. Resztę rozdrapaliście Wy (bo niektórzy zamówili ten ser już we wrześniu), zostały dwie kulki i wszyscy musimy się z tym jakoś pogodzić, a w przyszłym roku po prostu zrobię więcej Belper knolle.

W przyszłym roku będę również robić fromage, o ile zaistnieje coś takiego jak zapotrzebowanie. Fromage należy do grupy serów o krótkiej trwałości, termin przydatności do spożycia takiego sera bez konserwantów to 10 dni od daty produkcji, więc raczej będę go robić na zamówienie, żeby zawsze docierał do Was jak najświeższy. A tu macie moje kanapeczki z kozim fromażem i ostatnią papryką, którą udało mi się uratować przed atakiem kurczaków:

Ostatnim dniem wysyłki serów miał być poniedziałek 17 grudnia, ale dla chętnych i plujących ryzyku w twarz mogę coś wysłać jeszcze w środę. Ryzyko, że paczka nie dotrze do Was przed świętami jest niewielkie, bo w zakresie terminowych dostaw przesyłek kurierskich od wielu miesięcy ufam już tylko korporacji UPS, i jeszcze się nie zawiodłam (raz był fakap, ale z winy brokera), no ale zawsze jednak jest, bo przed świętami świat staje na głowie.

(Tu powinna być fotka Kanionka stojącego na głowie, no ale nie oszukujmy się – Kanionek to już ledwie na nogach stoi).

1 2 3 171