Krótki, spięty debiut, czyli w oczekiwaniu…

Nota prawna.

Zdjęć małych kózek wrzucał nie będę, bo Kanionek mi zabronił. Powiedział, że ma dużo lepsze, coś tam, coś tam, Ty lepiej coś tam, potem biały szum, reszty nie pamiętam. W ogóle relacje damsko-męskie są ciekawe, wraz z całą masą stereotypów, które im towarzyszą. Pamiętam taki żart, że kłótnia z kobietą jest jak koncert: najpierw nowości, później najlepsze przeboje. No ale śmierci w oczy zaglądać przecież nie będziemy.

Treść właściwa.

Za polami, za lasami, gdzie Kanionek się kryje z kozami (nie nawzajem), rzecz się dzieje niebywała. Ziarnko nadziei okryte śniegiem, błotem, starego siana kłosami, uniosło się lekko i wątłe światło chwytając, pęd swój pierwszy puściło, miejsca szukać dla siebie zaczęło, wygrało z mrozem i zawieruchami.

Tak, udało się Kanionka zawlec do lekarza, dostał skierowanie na zestaw badań, a co z tego wyjdzie, to się okaże.

Moim okiem to ja może lepiej nie będę opisywał rzeczywistości, gdyż jak wiadomo, ustalona równowaga ma małą bezwładność i jedno nieopatrzne zdanie może ją zaburzyć.

Więc…podobnie jak Wam, zima niestety doskwiera, z sianem kombinujemy jak się da, węgla już teraz widać (nie widać), że więcej zużyliśmy niż rok temu i bez dokupienia chociaż jednej tony nie da rady. Swoją drogą ciekawe jest, jak w różnych regionach kształtują się koszty. Pamiętam nasze poprzednie mieszkanie – małe, ale własne (około 36sqm) i tam czynsz, tj. woda ciepła i zimna, ogrzewanie, kanalizacja, wywóz odpadów i fundusz remontowy pochłaniały mocno ponad 400zł miesięcznie. Obecnie pewnie około 500zł. Subiektywnie wydaje mi się, że to dużo jak na zwykłe PRL-owskie blokowisko. Mama Kanionka (Gdańsk) za nieco większe płaci mniej, ale widać Elbląg to taki północny Sosnowiec, niebawem pewnie i tam wprowadzą wizy.

Tyle marudzenia.

Udało się nam zmajstrować paśnik z pozostałości po poprzednich, letnich pracach. W zasadzie tylko żelastwo montażowe trzeba było kupić (około 15zł). I stanął! Wszyscy są zadowoleni, nam w sumie też wygodniej, mniej siana się marnuje, żyć nie umierać.

Idziemy?

Idziemy!

Radości nie było końca.

No a później jak zwykle.

Poza tym, u nas wygląda tak:

A u odizolowanych z powodu innych poglądów tak:

 

Wracając do świata dwunożnych, oprócz wizyty u lekarza zrobiliśmy standardową rundkę po sklepach. Trochę już zmęczeni, kupiliśmy sobie po małej coli, której to konsumpcję rozpoczęliśmy przy samochodzie. Pewna starsza pani zwróciła nam uwagę, że to chemia i lepiej było się napić choćby wody. Brzmi dobrze, prawda? Pomijając, że odparłem jej „jak zwierzęta?”, ironia ma swoje własne ścieżki i okazało się, że handluje ruskimi fajkami.

Sprawy organizacyjne – kalendarz. Mogę zrobić zakładkę, pop-up, cokolwiek, ale widzę to tak, że najsampierw musi być ukończony projekt i jasno wyznaczona osoba, do której należy uderzać w tymże temacie (podany kontakt). Inne pomysły mile widziane.

Z ostatniej chwili! Jerry (Wiedzący, Mistrz w dziedzinie postępowania z kobietami, Ten Który Zna Wszystkich), dnia 05/02/2017, tuż po ukończonym wykładzie, będzie podpisywał książki – wszystkie.

małyżonek

 

Będąc młodą piekarką, czyli nudy, bo nic nie wybuchło

2e9ad9857dfe02a66971cafe1823401e

(z serdecznym pozdrowieniem dla naszych walecznych, oborowych dyskutantek. Nie udało mi się znaleźć autora – może ktoś kojarzy?)

A tymczasem u nas nudno i po staremu.

„Pssst!” – leżę sobie późnym wieczorem z klaptopem na łóżku, gdy w drzwiach pojawia się głowa małżonka. Głowa ma poważną minę i rozglądając się na boki mruga do mnie porozumiewawczo, niczym północnokoreański przemytnik ryżu, ale w oczach małżonka widać też błysk dziecięcej radości, jakby właśnie otrzymał fuchę dilera sardynek w gdańskim fokarium.

„Pssst!” – powtarza nagląco. – „Mogę wejść?”

„No pewnie, właź” – odpowiadam, bo gościnność i kurtuazja przede wszystkim.

Skulona postać w czarnym swetrze przemyka bezszelestnie w półmroku mojego pokoju, ostrożnie stąpając, by nie rozdeptać leżącego przy łóżku Atosa, po czym przysiada na krawędzi łóżka, i wtedy dostrzegam, że boss ryżowego podziemia kitra coś w zaciśniętej pięści schowanej pod swetrem.

„Mam coś dla ciebie” – oznajmia szeptem małżonek, wciąż rozglądając się na boki, „tylko ciii, żeby pieski się nie kapnęły!”.

„Coś do żarcia masz?” – pytam też szeptem i z oczywistym niedowierzaniem, bo zazwyczaj jest jednak na odwrót – małżonek przychodzi do mnie, żeby podprowadzić coś z mojej „Magicznej Szufladki”, w której trzymam małe, słodkie conieco na czarną godzinę („jak tak patrzę na zasoby twojej Magicznej Szufladki, Kanionek, to odnoszę wrażenie, że całe twoje życie to jedna wielka, czarna godzina”).

„Niee, mam coś lepszego, coś specjalnie dla ciebie. Długo nad tym myślałem” – i już widzę, jak drżą mu kąciki ust, a diler sardynek jest gotów uchylić wieczka swojego wiadra.

„No to dawaj” – prostuję się do pozycji siedzącej, żeby przyjąć ten niesamowity prezent z godnością, i wyciągam ku małżonkowi otwartą dłoń. Jeszcze tylko jedno spojrzenie w prawo, jedno w lewo, i zaciśnięta pięść wychodzi spod swetra, a na mojej dłoni ląduje TO:

gwozdz-romantyczny

Proszę nie regulować odbiorników – to JEST długi, zardzewiały gwóźdź. Widzicie, małżonek rzadko daje prezenty, ale jak już daje, to zawsze coś przemyślanego, wyszukanego i oryginalnego. Coś, czego żadna kobieta na świecie jeszcze nie dostała – stary, zepsuty transformator toroidalny o wadze około 5 kg, który miałam nosić na serdecznym palcu w charakterze pierścionka zaręczynowego (ale to dostałam już po ślubie, bo przed ślubem na zaręczyny zwyczajnie nie było czasu – pobraliśmy się jakoś pół roku po pierwszej wymianie maili, a jeśli policzyć tylko te dni, w które się osobiście widzieliśmy, to po miesiącu), wykopaną spod ziemi podkładkę sprężynową, albo Kształt Nieodgadniony wykoncypowany artystycznie z kawałka izolacji zdjętej z kabla oświetleniowego. Nie dość, że oryginalny, małżonek jest na dodatek romantyczny, bo te prezenty dostaję zupełnie bez okazji! Takie są, wiecie, spontaniczne, z odruchu serca, a to się według wszystkich podręczników podrywu liczy najbardziej.

A kilka dni temu – idziemy sobie przez las, zmierzając w kierunku dolinki, oddalonej od naszego domu o około kilometr, gdzie małżonek z Pusią odkryli niedawno istne tarninowe zagłębie, no i zabraliśmy ze sobą wszystkie mobilne pieski. Mająca trzeba przeprowadzić na smyczy przez cały odcinek drogi, przy której biegnie nasz pastuch, więc podaję małżonkowi pojemnik na tarninę, taki z fioletową pokrywką, żeby mi było wygodniej, i tak sobie idziemy, idziemy, minęliśmy strefę zagrożenia prądem, więc puszczam Mająca wolno, i dalej sobie idziemy, aż w końcu małżonek zirytowany rzecze: „No weź to już ode mnie Kanionek, bo jak ja z tym wyglądam?!”, i wciska mi ten pojemnik. No to ja mówię, że uuu, to słabo, małżonku, skoro głupi pojemnik jest w stanie odebrać ci całą męskość, a on mi na to, że kto powiedział, że zaraz całą? „Ja tylko mówię, że przez ten pojemnik doznałem uszczerbku na zajebistości, i to wystarczy!”. Do czego wystarczy to już nie pytam, bo co ja się tam znam na zajebistości, ale jak tak patrzę na małżonka ubłocone, wojskowe trepy (liczą sobie z pięćset lat, albo i lepiej), dziurawe i wyblakłe spodnie (niegdyś czarne dżinsy) oraz skórzaną płaszczokurtkę, z której spłowiały od słońca naskórek odchodzi całymi płatami, to fakt – ten elegancki pojemnik nijak do niego nie pasuje. Za to bryłka węgla, którą małżonek nosi w kieszeni już od trzech lat, i którą w razie nagłej potrzeby w tej kieszeni ściska i gładzi, to już bardziej.

No taki jest małżonek, i dla Waszego dobra długo tę jego zajebistość ukrywałam, ale nie wstydźcie się zazdrości – to naturalny, ludzki odruch, a w ramach pocieszenia mam dla Was fotki innego przystojniaka, o które tak bardzo prosiliście w komentarzach:

romeo-1 romeo-2 romeo-3

Mam nadzieję, że po tej publikacji ogień w Waszych alkowach zapłonie nowym, żywym płomieniem, i zupełnie nie przejmujcie się tym, że Bożena na zdjęciach nie wygląda na zachwyconą – ona po prostu jest już w tym wieku, gdy obowiązki małżeńskie traktuje się tak, jak sama nazwa wskazuje, i dlatego nie wdzięczy się i nie ślini do Pacanka jak inne kozy, tylko stoi cierpliwie, wbijając znudzone spojrzenie w ścianę, a pod nosem mruczy sobie różne takie, jak: „czy ja wyłączyłam żelazko?”, oraz: „jak mus to mus, tylko się streszczaj, bo widzę że łachudra idzie do nas z jabłkami”.

i-po-jablkach

andrzej aranka ela-i-czesio czesio-i-szczuroro jas takie-tam-nad-stawem w-drodze-na-druga-lake

stanowisko-do-czochrania-owiec

I na specjalne życzenie Małgosia:

malgosia-2 malgosia

Jabłek nie widać, bo zdążyły zeżreć zanim doleciałam z aparatem, a tu macie jeszcze wesołe kaczki i Pana Gąsia:

kupka-biegusow kupka-biegusow-2 kaczuszki pan-gas pan-gas-2 jalowiec

No dobra, a teraz żarty się skończyły, Kanionek piecze CHLEP. I od razu Wam zdradzę, jaka jestem wspaniałomyślna, bo historia o chlebie Kanionka to miała być istna chlebopeja, na dwieście stron minimum, z mnóstwem szczególików, niuansów i innych wynurzeń detalicznych, gdyż jeszcze dwa tygodnie temu wydawało mi się, że to bardzo, bardzo ważne (no bo przez kilka dni byłam dumnym z siebie człowiekiem-chlebem, a mąkę miałam wszędzie. WSZĘDZIE), ale dziś sama myśl o tej chlebopei powoduje u mnie śmierć z nudów i umączenia, więc będzie parę zdań i trochę zdjęć.

Po pierwsze więc, jeśli zastanawiacie się nad pieczeniem chleba w domu, to serdecznie nie polecam, bo to jest z pozoru taka męcząca robota, dodatkowy obowiązek, upierdliwość pilnowania czasów i przebiegów, a w rzeczywistości TO WCIĄGA. Jak heroina, od pierwszego razu. Ja już mam w domu co najmniej osiem kilogramów mąki różnego autoramentu (a że grubsza, a że cieńsza, a że z otrębami, a że białka 11g, to ja zaraz biorę, A MOŻE BY TAK UPIEC ORKISZOWY?) i musiałam z jedynej wiszącej w kuchni szafki wyciągnąć kilka kubków i innych klamotów, bo mi się mąka nie mieściła, i to wszystko wcale nie dlatego, że z powalającym na kolana sukcesem upiekłam już tysiąc chlebów, tylko ja mam wielkie plany, bo przepisów na chleb jest tysiąc pięćset, a przecież nie zapominajmy, że są jeszcze bułki!

Po drugie – jeśli chcecie sobie „zrobić chlep” i myśleliście o zakupie automatu do chleba, to nie idźcie tą drogą, bo ja wyczytałam, że w automatach można robić tylko chleb na drożdżach, a na drożdżach to przepraszam Was bardzo, ale można upiec drożdżówkę, albo pizzę, ale chleb to musi być na zakwasie, a automat jest na to za głupi – drożdże są przewidywalne i ciasto z nimi wyrabiane będzie się zachowywało tak, jak programista przewidział, a zakwas to jest dzikie zwierzę i jego się nie da wytresować jak byle małpę, więc za taką furę pieniędzy, co trzeba wydać na automat, to ja proponuję kupić kilka worków mąki i na nich siedzieć, przeglądając tysiąc pięćset przepisów na chleb (tylko nie zapomnijcie choć raz na dobę nakarmić zwierzaka, to jest zakwas, bo zdechnie i będzie Was po nocach straszył horrorami o chlebie tostowym na drożdżach i konserwantach).

Na temat zakwasu to sobie znajdziecie w sieci tyle porad i przepisów, co na chleb, i na początku dojdziecie do wniosku, że prędzej zrobicie doktorat z chemii, niż ożywicie mieszaninę wody i mąki, ale to nieprawda, bo doktorat się robi dużo dłużej, niż tydzień, i chyba potrzeba do tego czegoś więcej, niż mąki i wody (jakiejś wiedzy, czy coś, tak słyszałam), a do zakwasu to jeszcze tylko słoik i trochę ciepła. Ja miałam problem z tym ostatnim, ale nie takie doktoraty z survivalu się w życiu robiło:

akcelerator-dzikich-drozdzy

To jest, proszę Państwa, domowej roboty akcelerator dzikich drożdży, czyli inkubator do zakwasu. Składa się z plastikowego pojemnika, połamanego styropianu, trzech worków z wodą i folii aluminiowej. Styropianem wyłożyłam dno i ścianki pojemnika, na środku stał słoik z zakwasem, a wokół niego ciasno upchnięte worki z wodą podgrzaną do 30 stopni Celsjusza. Całość czule owijałam w folię, zabieg podgrzewania wody powtarzając dwa razy na dobę, bo przez dwanaście godzin inkubator dawał radę utrzymać temperaturę nie niższą, niż 24 stopnie. O, tak to wyglądało w środku:

wnetrze-akceleratora

Ale to tylko przez te pierwsze siedem dni, bo później mój zakwas był już na tyle mocny, że nawet pobyt w lodówce na czas mojego wyjazdu do Mamy nie zdołał go zabić. Z początku, czyli między trzecim a siódmym dniem, wyglądał tak:

mlody-zakwas

Był jasny, bo używałam zwykłej mąki żytniej typ 720, i chyba trochę za rzadki, ale bąbelki robił i ja się nie czepiałam. Za to gdy zaczęłam go karmić żytnią razową, to rozbujał się jak szympans na linie i zaczął robić małpie numery, czyli wychodzić ze słoika w środku nocy (zapewne szedł do kuchni po więcej żytniej, ale zbyt wysoka przyczepność do sztucznej wykładziny go powstrzymała). Dzisiaj umiem już przewidzieć jego zachowania, a tak wyglądają resztki zakwasu zeskrobane ze ścianek słoika w godzinę po dokarmieniu:

po-karmieniu po-karmieniu-2

I dzięki Wam, drogie piekarki, za podrzucenie linka do przepisu na tatterowiec (http://www.mojewypieki.com/przepis/tatterowiec—chleb-razowy-na-zakwasie), bo gdybym nie zaczęła od chleba foremkowego, tylko od formowania bochenków, to pewnie już byłoby po zawodach, o czym za chwilę, a teraz fotka zasłużonego bohatera:

tatterowiec tatterowiec-z-gruba-skorka kromki-tatterowca

Tak wygląda ciasto chlebowe pozostawione w foremce do wyrośnięcia:

przed-wyrastaniem

A tak po jednej, dwóch, lub trzech godzinach, w zależności od temperatury otoczenia i humoru zakwasu (i tego właśnie automat nie ogarnia, a Kanionek już prawie tak, i tylko raz mu się ciasto przykleiło do folii okrywającej formę):

wyrosniety-przed-pieczeniem

Nie wiem w czym rzecz, ale zamiast 150 g wody podanych w przepisie muszę dawać co najmniej 250 g, bo inaczej ciasto zamiast „dość luźne i klejące” mam o konsystencji zaprawy klejowej do glazury, PO WYSCHNIĘCIU. Palca wbić nie idzie, a co tu mówić o wyrabianiu. Inna sprawa, że daję mąkę żytnią razową, bo w przepisie jest do wyboru, a pszenną pół na pół zwykłej i razowej, więc może te otręby takie chciwe. Zamiast cukru demememe czy innej kurary, daję polski miód, i konia z rzędem temu, kto wyczuje jakąś różnicę. Swoją drogą – przejechałam się nieco na tak precyzyjnych określeniach, jak „dość rzadkie”, albo „luźne”, bo wybaczcie, ale dość rzadkie to są futra z szynszyli w mojej szafie, a luźny to był ząb Mająca, zanim wypadł, i prawda jest taka, że zanim nauczycie się subtelnej różnicy pomiędzy „dość rzadkie” a „rzadkie jak psie rzygi”, lub pomiędzy „luźne” a „luźne jak stolec po marchwiowym Gerberze”, to może Wam wyjść takie coś:

nie-mylic-z-mercedesem

To jest chleb pszenny na zakwasie (stąd: http://www.mojewypieki.com/przepis/chleb-wiejski-wg-zorry), który upiekłam dla siebie, a że stopniowanie trudności i mozolne zdobywanie doświadczenia jest dla ludzi słabych i małej wiary, albo takich, co mają całe życie przed sobą, a ja mam już tylko pół, no to ja od razu po upieczeniu najprostszego chleba na świecie (tatterowiec) wzięłam się za „mercedesa wśród chlebów”, i… upiekłam sobie całkiem funkcjonalną Multiplę. No i zgoda, powinien być trzy razy wyższy i mieć o połowę mniejszą średnicę, ale dobrze wiemy, że nie liczy się krzywy ryj, tylko bogate wnętrze, a wnętrze ten chleb miał jak milion dolców, a do tego wypełnił cały dom zapachem piekarni, i nic nie szkodzi, że zjadłam pięć kromek długości przeciętnego przejścia dla pieszych, gdy chleb był jeszcze ciepły, a później w środku nocy obudziła mnie zgaga. Jestem tego warta! A następnym razem dam mniej wody, więc może mi się bochenek nie rozleje po piekarniku, i zrobię ten chleb z połowy porcji, bo jednak prawie dwa kilogramy chleba to ja będę jadła przez dwa miesiące (pokroiłam w półkromki i zamroziłam).

multipla-w-kromkach

Są jeszcze takie utrudnienia, jak brak koszyczków do wyrastania chleba, brak łopaty, na której mógłby delikatnie wylądować wyrośnięty w koszyczku bochenek i brak blachy, na którą ze wspomnianej łopaty chleb mógłby się wdzięcznie i bez siniaków na delikatnej siateczce glutenowych powiązań zsunąć, ale w dupie – mnie nie powstrzymają takie drobiazgi. Mam plastikową miskę i ściereczki z bawełny, mam deskę do krojenia wszystkiego, a „blachę” robię tak, że owijam ruszt folią aluminiową (no ruszt, bo to taka blacha z podłużnymi dziurami. Dobra, nie wiem jak to się nazywa), i jak tylko opanuję kwestię konsystencji ciasta, to już nic mnie nie powstrzyma, chyba żeby robaki w mące, ale jeszcze nie miałam. Aha, no i piekarnika też musiałam się nauczyć, bo okazuje się, że chleb to nie murzynek, który upiecze się w dowolnie wybranej temperaturze pomiędzy 150 a 300 stopni, a że mój piekarnik pamięta jeszcze ten dzień, gdy Bóg stwarzał zwierzęta i powiedział: „a kozę to zrobimy człowiekowi na złość”, to do setki przyspiesza w pół godziny, ale tylko pod warunkiem, że w kuchni jest minimum 20 stopni na starcie.

I jeszcze przy okazji – ja nie rozumiem podstawowych rzeczy w tych przepisach! Jak jest napisane, że „nastawić temperaturę na 200 stopni i piec przez godzinę”, to znaczy, że godzinę od „nastawienia”, czy godzinę od osiągnięcia przez piekarnik pożądanej temperatury? Bo w przypadku mojego grata to robi dużą różnicę. Na razie radzę sobie wstępną oceną na oko, a jeszcze gdzieś doczytałam, że jak chleb ma w środku 90 stopni, to już jest upieczony, więc po ocenie „na oko” wtykam w bochenek sondę termometru serowarskiego i wiem więcej, no ale takie zabiegi szybko wychładzają piekarnik.

No i nauczyłam się, że dwa chleby naraz jestem w stanie upiec w czasie lekko poniżej czterech godzin, więc teraz piekę po jednym i zajmuje mi to tylko o pół godziny dłużej, niż mówi przepis. A tamte dwa chleby to już chciałam spisać na straty, czyli dla kurczaków, bo po tych czterech godzinach pieczenia przy próbie naciśnięcia przypominały do złudzenia te kamienie, których się używa na fundamenty pod co większe bazyliki, no ale wciąż byłam ciekawa, co mają w środku i już chciałam lecieć do warsztatu po piłkę do drewna, na co małżonek powiedział, żebym nie była mięczak, wziął długi nóż z ząbkami i przepiłował swojego tatterowca (ten drugi to był mój chleb, pszenno-żytni, ale nie razowy), i okazało się, że on w środku jest całkiem normalny, tylko ta skórka o grubości dwóch warstw geologicznych… Ale małżonek bohatersko powiedział, że to jest bardzo dobry chleb i on go będzie jadł, a gdy z niepokojem o jego szczękę zapytałam, co z tą skórką, i że może by ją sobie odkrawał z każdej kromki, to powiedział, że ja to mam zawsze jakieś problemy, a on nie – po prostu śniadanie będzie jadł trochę dłużej, niż zwykle (tak mniej więcej do obiadu).

To na razie tyle o chlebie, ale będę Was jeszcze straszyć co ciekawszymi bochenkami w miarę rozwoju moich eksperymentów (a tak, ktoś pytał w komciach o mleczne eksperymenty w słoikach – oczywiście, że nadal mają się doskonale. Jeden ze słoików został ostatnio potrącony przez kota i się przewrócił, zawartość się lekko wzburzyła, ale nic poza tym, więc przykro mi, ale to chyba nie wybuchnie i ostatnia nadzieja w wilczym gównie):

eksperyment-co-nie-chcial-wybuchac

…a teraz przejdźmy się trasą naszego nowego pastucha:

O, tu się łączą obie nitki:

tu-sie-lacza-dwa-pastuchy

I nowy pastuch biegnie na południe:

pierwszy-odcinek pierwszy-naroznik

I po skręcie na wschód:

pod-olszynowym-laskiem

Robi slalom między brzozami:

slalom-miedzy-brzozami

I dalej biegnie na wschód:

to-bylo-najwiecej-jezyn i-dalej-przez-las o-tu-nam-dziki-drut-zerwaly znowu-zakret

Aż do południowo-wschodniego narożnika, skąd skręca na północ:

naroznik-w-lesie-2 i-przez-las

Do narożnika północno-wschodniego, tuż przy leśnej drodze:

naroznik-w-lesie kolejny-naroznik

A stamtąd już na zachód, do domu:

przedostatni-odcinek

Śliwka od Tejpani została wykluczona z pastwiska:

sliwka-od-tejpani sliwka-od-tejpani-2

Wygląda elegancko, prawda? TERAZ wygląda, bo fotki robiłam, gdy już wsiąkła w ziemię nasza krew,  siódme poty, smarki i gorzkie łzy, i choć leśne echo nadal powtarza: „wamać… wamać… wamać….”, to tego nie słychać na zdjęciach. I to TERAZ tak wygląda, że pastuch biegnie sobie wygodną, gładką i szeroką ścieżką, którą musieliśmy sobie z lasem wynegocjować, kosami, siekierą, kilofem, i takim dużym sekatorem z teleskopowymi rączkami, który nazywamy „ciachaczką”. Na tej trasie było wszystko: pospolite chwasty, wiadomo, oset i pokrzywa po uszy, gąszcze dzikich jeżyn i innych zakrzaczeń, przerośnięte trawami stare pniaki i gałęzie po dawnych wycinkach, albo taki ogromny świerk, o którym nawet nie wiedzieliśmy, że pilarze go ścięli i zostawili na pastwę losu, a który leżał akurat w poprzek wyznaczonej przez nas trasy. Zasadniczo nitka pastucha biegnie zgodnie z granicą łąki, choć w niektórych miejscach musieliśmy ustąpić dorosłym już drzewom, rezygnując z kawałka pastwiska na rzecz jak najdłuższych odcinków prostych, ale i tak słupków drewnianych poszło chyba ze dwadzieścia pięć, czyli tyle samo dołków musiał wykopać małżonek, i nic dziwnego, że dębowy trzonek od łopaty pękł w ostatnim dniu roboty, a małżonek miał ochotę pęknąć razem z nim, no i wciąż mamy rozciągnięte na słupkach tylko cztery druty (nasze zmagania z Popierdolonym Zwojem opisałam w komentarzach do poprzedniego wpisu i nie każcie mi przywoływać tych wspomnień), ale okazuje się, że to w zupełności wystarczy, bo kozy i tak nie chcą się nawet zbliżać do ogrodzenia, co zresztą stanowiło problem przez pierwszych kilka dni, gdy próbowaliśmy je namówić do przejścia na tę drugą łąkę.

O, tędy teraz mogą przechodzić:

przejscie-na-druga-strone-teczy

I musieliśmy im to długo udowadniać, codziennie przeprowadzając po jednej, opierającej się ze wszystkich sił kozie na drugą stronę, a dzieciaki to łapaliśmy jak pchły w cyrku i nosiliśmy za matkami na rękach, bo wpadały w popłoch i zostawały w tyle, drąc się wniebogłosy, co powodowało rozbicie stada i próby powrotów na stare śmieci, więc rozumiecie, że trochę zamieszania z tym było, ale było warto, a kozy są zadowolone:

ziokolek-i-male-zlo ziokolek-bez-fify

(Po fifie Ziokołka nie ma już nawet śladu)

stado-na-nowym-pastwisku ofce male-zlo kawka-na-drzewie juz-korzystaja jeszcze-jest-co-jesc jas-i-malgosia

A w przyszłości będzie za koziarnią szeroka furtka, żebyśmy mogli wypasać stado raz na jednej, raz na drugiej łące. Małżonek zrobił też jedną furtkę dla nas, na drugim końcu ogrodzenia, żeby nie trzeba było latać pół kilometra w jedną i pół w drugą stronę przy przeglądach pastucha, czy wykaszaniu w sezonie. Furtka dla ludzi została zrobiona ze starej ramy okiennej zawieszonej na zawiasach z grubego, stalowego drutu:

furtka-dla-ludzi furtka-dla-ludzi-2 zawias

No i na tym na razie rozdział o pastuchu z ulgą możemy zamknąć, bo tylko raz dziki zerwały nam ten najniższy drut i więcej nie próbowały. One mają takie SPA, w lasku oddzielającym naszą łąkę od tej dużej, sąsiedniej, na którą często zabieramy psy, i w tym SPA są bajorka z leczniczym błotem:

pierwsze-bajorko drugie-bajorko

I dziki miały w zwyczaju najpierw ryć na naszej łące, doprowadzając nasze psy do szału, potem kąpać się w bajorkach, a potem lazły na łąkę sąsiada, żeby tam ryć dalej, a teraz muszą chodzić dookoła, jakimiś nowymi ścieżkami.

A małżonek w chwilach wolnych od pracy fizycznej pracował nad kolejnym wynalazkiem, który wymyślił, zaprojektował i złożył do kupy, a który ma nam nieco ułatwić życie od strony obsługi centralnego ogrzewania. Wynalazek wygląda tak:

ruskie-porno-czyli-gole-kable przylutowac-komus wiecej-golych-kabli wynalazek-w-obudowie

I będzie odpowiedzialny za: włączanie pompy, gdy temperatura na piecu osiągnie wartość 40 stopni, wyłączanie jej, gdy temperatura spadnie poniżej trzydziestu stopni (bo po co ma chodzić, gdy piec już nie grzeje), robienie straszliwego hałasu, gdy temperatura na piecu przekroczy 80 stopni, żebyśmy wiedzieli, że coś poszło nie tak i trzeba lecieć do pieca, zanim on odleci w kosmos, a z nim kupa pieniędzy, których nie mamy, a DO TEGO WSZYSTKIEGO będzie jeszcze dorabiał za mały upees, czyli w razie potrzeby załączał i odłączał zasilanie z akumulatora, który ma podtrzymywać pracę pompy w przypadku awarii zasilania z sieci. I coś jeszcze będzie robił, małżonek mi mówił, ale to było bardzo długie zdanie i nie zapamiętałam, i tylko jednego jeszcze w tym wynalazku brakuje: żeby sam chodził po węgiel i rąbał drewno, bo tak poza tym to nie można się przyczepić. Teraz małżonek siedzi nad delikatną kwestią kalibracji urządzenia, a spieszy się, bo z niedzieli na poniedziałek zapowiada się pierwszy tej jesieni Armagedon, czyli porywy wiatru o prędkości ponad 100 km/h, i na bank utnie nam dostawę prądu.

Na koniec chcę Wam bardzo, BARDZO podziękować za entuzjastyczne zakupy herbatki i piwnicznych serów, oraz różne wpłaty i mandaty a konto siana (pani Radosławo – dwieście razy dziękuję :)), dzięki czemu mogę na razie odsunąć w czasie wyprzedaż swoich książek, a siano wystąpi w następnym odcinku, bo baloty już są, ale kostki wciąż czekają – najpierw na przeszkodzie stała pogoda, a później transport zaniemógł, ale kazał do siebie dzwonić w przyszłym tygodniu. A na koniec końców jeszcze taka rozrywka intelektualna: znajdź jeden szczegół, którym różnią się te dwa obrazki:

kotek-na-haju kaczka-na-wysokosciach

PS. Przywiało do nas i niepokój, i grad, i śnieg z deszczem. Właśnie zrobiliśmy ostatnie poprawki przy balotach przykrytych folią, ale czarno to widzę przy tych porywach wiatru, kozy siedzą w koziarni i z braku innych rozrywek demolują lokal i tłuką się po łbach. Jeszcze ze dwa razy doniesiemy im siano i wodę, na wieczór wanna koziej surówki i ryglujemy drzwi, wchodzimy z pieskami pod łóżko i czekamy na lepsze jutro.

wichry-niespokojne czekamy