Człowiek to świnia, czyli o jesiennym żarciu (i piciu)

Kupiłam sobie paczuszkę słodyczy, a na tej paczuszce ozdobnymi, wesołymi literkami stoi napisane: “SugarLand”. SUGAR LAND! I lecę do małżonka, cała uchachana, żeby mu to pokazać, no bo wiecie, to się doskonale wpisuje w poczet tych wszystkich “Krain Mięsa” i “Światów Drobiu”, a małżonek tak patrzy (a ja się tak śmieję), patrzy na torebkę cukierków, potem na mnie, i mówi: “taak, Kanionek. Ty się możesz śmiać ile zechcesz, ale mnie nie oszukasz. Ty się nie śmiejesz z tej torebki. Ty się śmiejesz DO NIEJ”. “Że jak?” – pytam. “Ano tak, że ja dobrze wiem, że ty byś chciała tam zamieszkać”. “W tej torebce?”. “Nie, nie w torebce. W ŚWIECIE CUKRU”.

No w sumie racja, taka torebka to ledwie jak ciasna kawalerka z aneksem kuchennym i prysznicem w szafie, wynajęta na jedną godzinę, a w PRAWDZIWYM Świecie Cukru według Kanionka to byłoby tak: błoto na podwórku nie składałoby się z ziemi, gliny i wody, a z najpyszniejszej, mlecznej czekolady. Kamienie byłyby orzeszkami (przeróżnymi, bo kocham wszystkie), wszelkie budynki robiłoby się z ciasta (Sernikowe Przedszkole, Pierniczkowa Szkoła Podstawowa, Dom Spokojnej Starości “KEKS”, osiedle mieszkaniowe “Tiramisu”, przychodnia lekarska “Szarlotka” i dyskont spożywczy “Murzynek”, obowiązkowo z czekoladowym pokryciem dachowym – opcje są nieskończone), poduszki formowane z masy marcepanowej, a kołdry z marschmallows… Na drzewach, których korony byłyby watą cukrową, rosłyby owoce od razu kandyzowane (a wiśnie obowiązkowo w alkoholu, z czekoladową pestką), a zimą staw wypełniony syropem klonowym pokrywałaby puszysta kołderka lodów śmietankowych…

– I wtedy przyszedłby Kanionek i zeżarł cały świat.

Jezu, w tym domu to sobie nawet pomarzyć na głos nie można.

(A wiecie, że w Teksasie jest miasto, które się właśnie Sugar Land nazywa? Może ktoś ma wtyki w ambasadzie i wie, jak szybko zdobyć wizę do USA?)

A tymczasem na zwykłej ziemi…

No znowu, znowu. Ale były też bułki, bo nie samym chlebem człowiek żyje:

Nawet dobre, najlepsze ze wszystkich dotychczasowych, ale to wciąż nie ten smak, co go pamiętam z dzieciństwa. Mała piekarenka u Szuty, w starej, węglem opalanej kamienicy na gdańskiej Oruni, vis a vis dworca kolejowego, ustawiła bułczaną poprzeczkę tak wysoko, że ja mogę pod nią tylko przejść. A może takiej mąki jak wtedy już nie ma? Może drożdże jakieś inne…? A może przyjdzie mi upiec dwa wagony bułek, zanim osiągnę upragniony cel? Prosta, biała bułka z przedziałkiem. Ciężka, nie taka nadmuchana. Oprószona mąką, jeszcze gorąca, posmarowana suto śmietankowym masłem i…

Dobra, wiem że przynudzam, ale sami powiedzcie: gdzie są bułki z tamtych lat? Gdzie te dziewczyny, gdzie tamten świat? Za moich czasów to były czasy. Teraz nie ma czasów. Ech. Za to u nas znowu były placki ziemniaczane, tym razem z sosem pieczarkowym. Wyglądają jak najtańsze, odgrzewane danie z podłej knajpy, ale były całkiem niezłe, a to zawsze o dwie godziny roboty mniej niż przy plackach po cygańsku:

A teraz wiadomości z bagienka. Nie wiem czy wspominałam, ale kurierzy i listonosz się poddali, i nikt już do nas nie dojeżdża.

W związku z tym przesyłki pocztowe odbieramy u Żozefin (AŁA!), paczki z serami transportujemy “do mostu”, czyli miejsca, gdzie nasza droga gruntowa zalicza awans i przeistacza się w drogę asfaltową, a z worków pełnych śmieci budujemy małe miasteczko (no dobra, dzisiaj, po kilkutygodniowej przerwie w świadczeniu usług, przyjechała śmieciarka i zabrała miasteczko, ale panowie obsługujący śmieciarkę mieli takie miny, jakby zgubili silnik w którymś z głębszych bajorek po drodze i musieli tę śmieciarkę do nas pchać. Niewykluczone zresztą, że tak właśnie było).

No i tak sobie niedawno pojechałam, rowerem na randkę z kurierem, oddałam paczki i wracam do domu. Dzień chłodny, bo to listopad już, ale humor mi dopisuje. Jadę. Lekko zdyszana, bo właśnie pokonałam spory kawałek pod błotnistą górkę, ale zadowolona, bo krew wreszcie zaczęła docierać do zmarzniętych koniuszków palców. Podziwiam zwartą konstrukcję lasu, głęboką zieleń świerkowych igieł i błyszczące po deszczu pnie młodych buków. Wdycham grzybowy zapach leśnej ziemi i butwiejących liści, i myślę: “JAK CUDOWNIE. To niesamowite, że tu jestem, bo przecież przez bardzo długie lata, praktycznie od dziecka o czymś takim marzyłam, ale nigdy do końca nie wierzyłam, że się stanie”. Jadę, lewą ręką trzymając kierownicę, a prawą, uzbrojoną w chusteczkę, ocieram spod nosa gile. Jadę i podziwiam. Wdycham i kontempluję. Napawam się krótkotrwałą chwilą i filozuję o życia meandrach. Nagle – JEBS! Cały las wywalił się na prawy bok, obraz odwrócił o 90 stopni. “Tak, DOKŁADNIE o tym marzyłam”.

Leżę. Podziwiam stalowoszare niebo, które leniwym lotem przecina kruk. “Rozdziobią nas kruki i wrony” – myślę. “Albo kurczaki” – chichoczę sama do siebie, gramoląc się niezdarnie na kolana, w samym środku obfitej, zimnej kałuży. “Ecce homo”, myślę na głos, “choć teraz to raczej zwykła świnia w błocie”.

No każdy ma jakieś tam przemyślenia na temat życia, i czasem chce się nimi z kimś podzielić, jak na przykład ostatnio pani Żozefin, która nadal chodzi na grzyby, i przez całą drogę powrotną snuje przemyślenia na temat tych dziwnych tworów, które właśnie zebrała i niesie do domu, i te przemyślenia to w sumie zawężają się do jednego, jedynego pytania: czy to jest jadalne? I gdy tak niedawno wracała, z koszem pełnym butelki z wodą do picia, nożyka, chusteczki, telefonu, siateczki, oraz kilku sztuk zmarzniętych do sinej szarości grzybów, i zauważyła mnie na podwórku (a ja zauważyłam, że ona zauważyła, i już nie mogłam udawać, że zostawiłam żelazko na kurczaku i muszę lecieć zakręcić kran z makaronem), to natychmiast chciała się ze mną tymi przemyśleniami podzielić.

– Pani Aniu! Pani Aniu! Ma pani chwilkę? – woła już z daleka, machając wylewnie koszem i wolną ręką, jakby chciała naprowadzić samolot na właściwy pas startowy.
– No nie bardzo! – odwrzaskuję mało uprzejmie, próbując przekrzyczeć pięć psich gardeł, które już od kilku dni czekały w nerwowym napięciu, żeby kogoś solidnie opierniczyć, i właśnie nadarzyła się okazja.
– Bo ja grzyby mam!

(Mój dobry Boże. Dlaczego?)

– Nie słyszę pani, bo psy szczekają!

(NIE CHCĘ oglądać twoich grzybów. Jestem zła jak pies, mam PMS, zaczyna siąpić deszcz, a jeszcze musimy nanieść wody i siana do koziarni, zanim zapadnie zmierzch)

– Poczeka pani! – i już leci, choć w jej przypadku to określenie jest mocno na wyrost, w kierunku naszej bramy.

Wlokę się jej naprzeciw, przedzieram przez kłębowisko psów pod bramą i przechodzę na drugą stronę. Pasztefon szarpie zębami stalowe pręty dzielące go od wroga odzianego w nieśmiertelny ortalion w perski wzorek.

– O takie – sapie nasz wspólny, ortalionowy wróg, pokazując mi tkwiącą w koszyku kupkę nieszczęścia składającą się z szarawo-zielonkawych grzybów blaszkowych. – To dobre?
– Nie wiem, pani Żozefin. Nie znam się. Blaszkowych nie zbieram, kijem nie dotknę, tego jest milion gatunków i wszystkie do siebie podobne.
– To myśli pani, że niedobre?

Patrzę w niebo i czuję, jak rosnące ciśnienie wewnątrzczaszkowe wypycha mi gałki oczne, które teraz zapewne wyglądają jak dwie piłeczki do golfa ustawione na słupkach.

– NIE WIEM, pani Żozefin, bo się NIE ZNAM na grzybach blaszkowych i ich NIE ZBIERAM.
– Nawet kurek? – teraz to ona ma oczy jak piłeczki do golfa.
– Nie no, kurki zbieram, ale kurki to ciężko z czymś innym pomylić.
– Ja myślę, że to są boczniaki, co? Pani Aniu?
– NIE WIEM, ponieważ się NIE ZNAM – powtarzam i czuję, że zaraz się rozpłaczę.
– A ja myślałam, że będzie pani wiedzieć.

(A ja myślę, że zaraz mi odpadną zgrabiałe z zimna ręce. A jeszcze pięć minut temu myślałam, że zaraz pójdę do domu. A prawie czterdzieści lat temu myślałam, że jak sobie zrobię skrzydła z tektury, to będę latać jak Piotruś Pan. Się okazuje, że co sobie człowiek w życiu pomyśli, to prawie zawsze źle)

– No ale nie wiem i szczerze mówiąc, ja bym tych grzybów nie jadła. Ma pani tego jakieś dwie garście, to ani najadł, ani polizał, a jeśli okażą się trujące, to chyba nie warto, co?
– No to chyba wyrzucę – powiada Żozefin, patrząc tępo w koszyk.

I tu robi mi się jej trochę żal, bo wiem, że co najmniej cztery godziny łaziła po tym mokrym i zimnym lesie, a oprócz smętnej kupki rzekomych boczniaków ma w koszyku jeszcze tylko trzy garście kurek. Które, nota bene, też wyglądają na przemarznięte. Co ona w ogóle ma z tymi grzybami? Nie zbiera ich z głodu, tyle wiem na pewno. Fiksacja jakaś. Rok w rok nabija na licznik dziesiątki kilometrów w pogoni za grzybami, a że teraz ktoś jej powiedział, że gąski rosną nawet pod śniegiem, to pewnie będzie ich szukać do końca stycznia.

– No ja bym wyrzuciła, pani Żozefin, bo szkoda zdrowia. Jedna pomyłka może się okazać tragiczna w skutkach.
– A pani Aniu? A taki biały kotek, co ja go tu często w lesie widuję, to pani?
– Cały biały? To tak, to nasz. On się lubi szwendać po lesie, ale zbyt daleko nie odchodzi. A co?
– No bo ja go często tu widuję i się tak zastanawiałam, czy to pani. Ale tak sobie właśnie myślałam, że chyba tak, bo on taki ładny, taki czysty, i widać, że nie głodny. Bo te u moich sąsiadów to takie jakieś brudne chodzą, żebra im widać, nic te ludzie nie dbają. A ten to taki ładny, aż miło popatrzeć.

AŻ MIŁO POPATRZEĆ! Całkiem zapomniałam o żelazku i makaronie, grzybach w śniegu, tudzież rękach zmarzniętych, peemesie, latającym Piotrusiu i wszystkich świętych, i nawet na chwilę udało mi się odizolować moje myśli od tego psiego jazgotu, który nadal trwał po drugiej stronie bramy. Bo wiecie, ROZUMIECIE, że stał się cud? Żozefin, która nie lubi psów ani kotów, ta sama Żozefin, która zawsze nam truła, że “po co to tyle tego wszystkiego, toż to żreć musi” (a Majka wypić całą wodę ze studni), no więc ta właśnie Żozefin powiedziała, że miło popatrzeć na naszego kota.

– I w ogóle wszystkie te u pani zwierzęta takie zadbane i czyste. Te kozy. I nawet te psy takie błyszczące. Ładne.

Padłam. I do tej pory nie wiem, czy ktoś tu zapomniał wziąć z rana swoje tabletki, czy może ja zaczynam mieć zaburzenia słuchu. W końcu akomodacja oka mi się sypie, co jest podobno normalne po czterdziestce, więc czemu nie miałoby mi się rzucić na uszy?

Kilka dni później zaczęłam mieć podejrzenia, że jednak chodzi o coś zupełnie innego, bo się okazało, że pani Żozefin ma do mnie tak zwany interes, a nawet dwa, a ten drugi to taki całkiem gruby. Tak gruby, że normalnie to bym jej powiedziała, żeby poszła w gąski i leśne pierony, no ale teraz to już nie mogę, prawda? A z drugiej strony, sobie pomyślałam, gdyby te komplementy były w ramach przygotowania gruntu pod prośbę o przysługę, to przecież ona mogła nie sprzeniewierzać się swoim poglądom dotyczącym zwierząt ogółem, nie opowiadać mi głodnych bajeczek o ładnych kotkach, tylko zwyczajnie zasunąć kurtuazyjnym poglądem, że to JA ostatnio ładnie wyglądam. No ale później sobie pomyślałam, że bez sensu, bo nawet ona rozumie, że to już byłoby zbyt grubymi nićmi szyte.

A propos niedomagań wieku starczego – czy Wy też tak macie jesienią i zimą, że w głowie zalega Wam jakaś magma, albo kula surowego, drożdżowego ciasta, albo taki ciasno upchany między uszami kłąb waty gęstej jak mgła? (Zauważcie, że choć bardzo chciałam, to nie napisałam: “kłąb mgły gęstej jak wata”, bo kto, do licha, gładko i bezboleśnie wymówi “kłąb mgły”? Wiem, że to docenicie). Bo ja tak mam. Przez ten magmokulokłąb chodzę taka ospała i otępiała, a każda myśl jedna, co by się chciała z kulokłębu wydostać, musiałaby sobie drogę torować maczetą, albo wypalać w wacie ścieżki płomyczkiem zapałki, a że ani jednego ani drugiego te moje myśli nie mają, to one brną, bidulki, przez gęstą i lepką materię magmowaty, zębami i pazurami się wspomóc próbują, a i tak nigdzie nie docierają, tylko padają gdzieś wyczerpane, w nieprzebytej gęstwie kulokłębu uwięzione, i tam już zostają, jak larwy włośnicy, na zawsze, w otoczce niemocy i zniechęcenia. I nie mogę już zostawiać pisania na wieczór, ani nawet przeglądania fotek do wpisu, bo po zapadnięciu zmierzchu gapię się w monitor jak zombie w porcję brukselki i zupełnie nie wiem, co ja mam z tym wszystkim zrobić.

A skoro już tak ciągle o tym żarciu…

Nie wiem czy też tak macie, ale jesienią zwykle nachodzi mnie nieposkromiony apetyt na okropne, ociekające tłuszczem kalorie z rodzaju fastfud. Przychodzi taki dzień, gdy w głowie zapala mi się lampka w kształcie cheeseburgera, a każdy mój krok śledzi cień wielkiego hot-doga ze stacji benzynowej, i naprawdę ciężko od nich uciec. Czizburger to, czizburger tamto, a może by tak hot-doga…? Koniecznie z trzema sosami – czosnkowym, musztardowym i keczupem. Najbliższa stacja serwująca olej napędowy i podobne w smaku hotdogi znajduje się 17 kilometrów stąd. Najbliższa knajpa starego McDonalda – 27 km. Co zrobić, żeby nie płacić za bułkę z kotletem kilkudziesięciu złotych, spędziwszy na dodatek godzinę w podróży? Trzeba ją sobie zrobić. Koniecznie. Trzeba sobie zrobić czizburgera znienacka w listopadzie, TYM BARDZIEJ, że oto po trzynastu latach małżeństwa ja się dowiedziałam, że Mały Żonek nigdy, NIGDY w życiu nie jadł czizburgera! Ani hamburgera. Ani żadnego innego burgera w ogóle i wcale. Nie zna tego smaku, nie wie o co chodzi, i w ogóle na co to komu. Rozumiecie? Ja wiem, że większość z nas umrze nie wspiąwszy się na ani jeden ośmiotysięcznik. Są ludzie, którzy nigdy nie zrozumieją, czym jest prąd. Ba, są tacy, co nie potrafią czytać i pisać, i ja to wszystko szanuję, ale – na litość boską – żeby nie wiedzieć jak smakuje hamburger?!

Przepis wzięłam stąd: http://www.slodkastrona.com/2015/01/domowy-big-mac.html

I wyszło mi to:

Ja wiem, że ten czizburger wygląda trochę tak, jakby ktoś go na ulicy zapytał, czy ma jakiś problem, no i się okazało, że on niestety miał. Ale uwierzcie mi, że w smaku był wyśmienity. Prawdę powiedziawszy, gdyby nie brak posmaku kartonu i plastikowej folii, to można by dać się nabrać, że jest prawdziwy. Znaczy – kupiony w knajpie specjalizującej się w składaniu bułek i kotletów do kupy. Aha, wołowinę kupiłam najtańszą, 400 g mielonej z Lidla, i jeśli zawierała krowę wraz z psem, który jej pilnował, to nie chcę o tym wiedzieć. Po prostu MUSIAŁAM zeżreć czizburgera, OK? I wciąż muszę kupować mięso w sklepie, bo przecież własnego psa nie zjem. Do sosu nie dodałam sosu Worcestershire, bo takiego nie mam i nie zamierzam kupować, musztarda była sarepska, a majonez “Kielecki”. Ogórki z piwnicy, czosnek świeży, a zmieloną gorczycę pominęłam, bo mam tylko jeden młynek i on jest do kawy. Mimo tego sos wyszedł łudząco podobny do oryginalnego. Koszt wykonania sześciu sporych i bardzo sycących czizburgerów zamknął się w kwocie lekko poniżej 20 zł, a najedliśmy się z małżonkiem na dwa dni.

Mały Żonek miał wersję bez ogórka i bez sosu, bo sos zawierał ogórka konserwowego i musztardę, czyli rzeczy według niego niejadalne, więc w sumie to miał bułkę z kotletem i majonezem, ale twierdzi, że mu smakowało, że nawet nienajgorsze było, tylko “wiesz, Kanionek, wołowina mi chyba nie służy, bo jakoś tak długo na żołądku leży”. Wyjaśniłam mu, że to dlatego, że nigdy nie jadamy wołowiny, więc jego żołądek był po prostu lekko zaskoczony, a poza tym najważniejsze, że mu smakowało, prawda? PRAWDA?

Gdyby ktoś się zdecydował na te domowe burgery, to niech weźmie sobie do serca przestrogę autorki o tym, że kotlety na patelni się kurczą. Bo to nie jest tak, że one się “trochę jakby kurczą”, tylko one się kurczą z rozmiaru paletki do ping-ponga do rozmiaru kapsla od butelki. A kurcząc się, robią się jednocześnie grubsze. Coś jakby zbierały się w sobie, żeby komuś wp… znaczy pomóc w rozwiązaniu problemu. Aha, ja swoje rozpłaszczyłam na desce do krojenia posmarowanej olejem, a ponieważ placek mięsa o grubości pół centymetra i średnicy 12 cm nijak się nie pozwoli przenieść na patelnię w całości, to zrobilam jak radzi autorka przepisu i deskę z surowymi kotletami wsadziłam do zamrażarki na jakieś 10 lub 15 minut. I po wyjęciu podważałam cienką, szeroką, drewnianą łopatką.

No ale to było DAWNO, a teraz nic mi nie smakuje, na nic nie mam ochoty, łykam pantoprazol i czekam na lepsze jutro. Przy okazji promocji śmieciożarcia – co Wam to przypomina?

Tanią konserwę turystyczną, prawda? A nieprawda, bo to jest zupełnie nietani ser Pijany Ziokołek w przekroju. Wyszedł chyba taki, jaki miał wyjść: bardzo zwarty, dość twardy, zalatujący lekko winem, choć w smaku – o dziwo – łagodny. Zrobiłam tego sera tylko tę jedną, próbną partię, z której zostały mi dwa krążki o wadze około 400 g, więc jeśli ktoś dawno temu zaklepywał ten ser i nadal go pragnie, niech się przypomni. Jeśli w przyszłym roku znów zapragnę stać pół nocy nad serowym garem, to zamiast kilku małych krążków zrobię jeden duży i będzie można sobie zamawiać po kawałeczku na spróbowanie.

Z najnowszych zaś wieści to mogę Wam powiedzieć tyle, że nie tylko Kanionek się psuje na jesień, bo właśnie przedwczoraj padła nam pompa w piwnicy i nie da się jej rozkręcić, bo jest bardzo, bardzo chińska. Padł również komputer Małego Żonka, i to nie dlatego, że jest chiński, tylko dlatego, że ktoś do niego nasikał, o czym gdyby Mały Żonek wiedział, to nie próbowałby go uruchomić, no ale kto przy zdrowych zmysłach i we własnym domu sprawdza przed uruchomieniem, czy nie nasikano mu do komputera? Po krótkim śledztwie obejmującym analizę “wysokości nasiku” oraz innych okoliczności towarzyszących, krąg podejrzanych skurczył się do jednego osobnika:

Mimo rozkręcenia sprzętu do ostatniej śrubki i dokładnego osuszenia wszystkich podzespołów nie udało się reanimować pacjenta, a gdyby Pasztefon nie skrył się zachowawczo pod moim opiekuńczym łokciem, to jego być może też już nie dałoby się nigdy uruchomić, bo ten komputer to Mały Żonek sobie długo składał, i to było takie jego dziecko, stanowiące jednocześnie jaskinię, przytułek, schron przed całym złem tego świata (czyli głównie Kanionkiem), do którego to schronu Mały Żonek uciekał się wieczorami, by tam, w nieobmierzłej rzeczywistości dalekich, wirtualnych światów, stawać się na przykład Wiedźminem, i na wiernej Płotce gnać gdzieś hen, daleko stąd, a zwłaszcza jak najdalej od Kanionka i jego fantastycznych przyjaciół, co szczają ludziom do kompów. No i jak trzeba było coś naprawić ze skryptem komentarzy na blogu, albo poprowadzić kogoś przez zawiłe ścieżki stawania się pełnoprawnym użytkownikiem Forum Obory Kanionka, to też na tym kompie się odbywało, więc w związku z tym…

Jest u mnie jeszcze granat w świątecznym ubraniu i nie zawaham się go użyć:

Ja nie mówię, że sprzedaję tegoroczną nalewkę na kwiatach czarnego bzu, po dwajścia pińć złotych za butelkę 250 ml, ani że sprzedaję wysoce alkoholizowaną galaretkę porzeczkową, nazywaną roboczo “czarnoporzeczkowym likierem”, która jest doskonała jako sos do lodów śmietankowo-czekoladowych, albo jako zimowy wsad do herbaty (uwaga: ilość towaru mocno ograniczona. Dokładnie do trzech butelek po 250 ml, po 30 zł za sztukę), ani że mam jeszcze w piwnicy mocno już dojrzałą tarninówkę sprzed dwóch lat, z miodem, goździkiem i jałowcem, albo trzyletnią (!) staroświecką wiśniówkę, czy cytrynówkę z imbirem, miętą i melisą z roku 2015, lub równie starą jeżynówkę z leśnych jeżyn, za które, gdybym je sprzedawała, chciałabym jakieś co łaska, jednak nie mniej niż czterdzieści złotych per buteleczkę 250 ml. No więc ja nie mówię, i jeśli ktoś nie chce kupić, niech pisze maila na info@kanionek.pl.

Uroczy zaś słoiczek na tem zdjęciu powyższem zawiera spektakularnie wyjątkowy, przewyborny i odlotowy, dżemor jarzębinowo-jabłkowy. Polecany przez Polskie Stowarzyszenie Amatorów Konfitur, dżemor ten może być spożywany nie tylko przez osoby cierpiące na hemoroidy, czy inne problemy z naczyniami krwionośnymi. Nie. On jest dla wszystkich. Dla Ciebie i dla mnie. Prawdziwie polski, wykonany prawilnie z niepryskanych, niegiemonizowanych owoców TEJ ZIEMI, zamknięty czułą ręką Kanionka w dizajnersko skromnym słoiczku wydmuchanym w polskiej hucie szkła usteczkami małych, polskich dzieci… A nie, wróć. No w każdym razie – polecam na zdrowie, za jedyne 15 zł łamane przez sztukę, a w wielkiej, czarnozimowej promocji Kanionka nawet po 12 zł, pod warunkiem, że bierzecie dla siebie i babci, czyli minimum 5 sztuk. I nie żebym Wam chciała coś wcisnąć, ale może babcia napiłaby się herbaty z syropem z kwiatów czarnego bzu? Bo też mam, prawie darmo rozdaję, mój Porze, bo tylko po 15 zł/200ml.

(Weźcie coś zamówcie, bo gdzie ja z Pasztetem zamieszkam? W ŚRODKU ZIMY?).

Aha, zostały mi jeszcze resztki, resztunie, dosłownie ze dwa kilogramy, mojego autorskiego sera dojrzewającego (pisałam Wam, chyba w sierpniu, że robię eksperyment z nową, własną recepturą), który roboczo nazwałam “jogurtowym”. Jest mięciusi i milusi, o zalotnych, małych oczkach, powstałych dzięki niewielkiemu dodatkowi bakterii jogurtowych; mnie akurat smakuje najbardziej ze wszystkich dotychczasowych dojrzewających:

No. Całkiem udany eksperyment, choć zdjęcie takie sobie, i teraz tylko muszę sobie przypomnieć, GDZIE ZAPISAŁAM TAJNĄ RECEPTURĘ.

Na koniec mam dla Was kilka jesiennych ujęć kozich osobistości, a na początek tego końca fotka Małgosi (zwanej też Pocztówką) z końca listopada ubiegłego roku:

I tej samej Małgosi obecnie:

Niewiarygodne? Niemożliwe? A jednak. Rodzona córka Lucka, co chyba wszystko tłumaczy.

PS. A może babcia lubi napar z melisy? Ekologicznie czystej, zielonej nawet po ususzeniu?

Albo Herbatkę Leśnego Dziadka? Ja mam wszystkie niezbędne materiały! Oprócz kwiatów lipy, bo zapomniałam zebrać, i suszonych jabłek, bo jabłka niedobre w tym roku, ale to przecież drobiazg, prawda?