Pełno ich, a jakoby nikogo nie było

“Miła ma

czy nie ty?

Zdrowa wczoraj

chora dziś

Ból i lęk

to ci zostało

Anioł Stróż

tobie dał

piekło”

Fragment utworu “Dziewczyna w cierniowej koronie”, z albumu “Oddech wymarłych światów” grupy KAT, 1987

 

 

Złoty promień słońca wpadł przez zachodnie okno koziarni wprost w rozwartą szeroko źrenicę. Wpadł, i przepadł jak topielec, w czarnej otchłani przerażającej pustki. Przez szklistą zasłonę łez widzę mokre oczy małżonka.

***

W chłodnym i ciemnym korytarzu drugiej połowy domu, na starym, biało-różowym kocu, leży moja królowa. Najpiękniejsza, najmądrzejsza, jedyna.

“Nie udawaj, kobieto, że umiesz czas zatrzymać”.

***

“Tuk, tuk” – rogata głowa pokonuje dwa schodki pod drzwiami drugiej części domu. Z czeluści części załadowczej białego vana bucha nieprzyjemny, gęsty zapach śmierci. “Tu pani podpisze, i tu, i to z naszej strony byłoby już wszystko”. “Nic panu nie płacę?” – pytam nieswoim głosem. “Nie, my już dalej wszystko załatwimy, pani się już o nic nie musi martwić”, uśmiecha się.

O nic. Może poza tym, że nie wiem co mam ze sobą zrobić. I nie chcę, żeby ten biały samochód odjeżdżał, zabierając ją na zawsze.

***

Nie wiem jak się z Tobą pożegnać, Bożena. Nie umiem i nie chcę. Nie zdążyłam się na to przygotować, wyrazić zgody. Nie zdążyłaś mi powiedzieć, że nie mamy już wiele czasu, ale nie martw się, Kanionek, wszystko będzie dobrze. Jasne, widziałam, że starzejesz się ostatnio jakby szybciej. Że już Ci się często nie chce. Że zostajesz z tyłu. Że siano już trochę dla Ciebie za twarde, a rogi wytarłaś sobie do połowy. Ale jeszcze wczoraj wciągałaś swoje ukochane, zmielone ziarka, połowę zawartości miski rozsypując hojnie po podłodze, bo przecież “co ci to szkodzi, Kanionek, po prostu dosypiesz mi więcej”. Ja się spodziewałam, Bożena, że kiedyś. Że pewnie zimą, gdy wszystko i tak jest beznadziejne i złe, człowiek nie wygląda jutra, bo i po co, a śmierć wydaje się całkiem na miejscu. Ale nie w taki piękny dzień czerwcowy, Bożena, bo to jak w dziecko rzucić kamieniem.

Pamiętasz, że ja Ciebie z początku nawet wziąć nie chciałam? Bo myślałam, że koza z rogami to będzie problem i zagrożenie dla innych kóz. I teraz sobie myślę, że gdybym wtedy postawiła na swoim, to nie siedziałabym teraz w łazience z oczami jak dwa dojrzałe pomidory. Jasne, że na tej biedafarmie Boskiego Farmera nie przeżyłabyś pewnie kolejnej zimy, ale powiedz – czym mam zasypać tę dziurę w sercu, która mi po Tobie została? Chcę iść do koziarni i Ci się wyżalić. Chcę, żebyś chuchała mi w ucho gorącym oddechem o zapachu fermentu i starych trampek, i żebyś mi powiedziała, że tak, Ty też w ubiegłym roku straciłaś kogoś bliskiego i nie martw się, Kanionek, z czasem ten ból minie. Kupiliśmy przepiękne, zielone, miękkie siano. Mogę Ci je kroić nożyczkami, ucierać marchew i jabłka, mogę Ci szykować owsiankę, ale nie chcę się z Tobą żegnać, Bożena.

***

Pracuję, bo muszę, ale jestem jak automat do kawy. Bez duszy. Mięśnie jak ze słomy, żołądek z kamienia. Siadam skulona w ponurej krypcie swojego ciała, a zdziczałe, wychudzone myśli wypełzają z piwnicznych nor i podchodzą mi pod gardło. “Tyle jabłek, Bożena, zaraz zaczną spadać twoje papierówki”, “lipy kwitną, naćpałabyś się jak smok”, “takie piękne siano kupiliśmy, pachnie jak milion dolarów, a Żozefin powiedziała, że możemy naciąć u niej wierzby, ile tylko zechcemy”. Przełykam te myśli razem ze łzami, chcę je strawić, przemielić w kamiennym żołądku na proch, ale one wciąż wracają, bo dobrze im u mnie – starej, roztrzęsionej padliny; mają co żreć.

Już ponad tydzień minął, Bożena, i nic nie jest takie, jak dawniej.

 

5 lipca 2018

Muszę Wam opowiedzieć, kim była Bożena, nawet jeśli tego nie chcecie. Nikt nie znał jej tak dobrze, jak ja. Owszem, Mały Żonek też zawsze wiedział, że nasze stado składa się z kóz i Bożeny, ale czy wiedział dlaczego?

Bożena jako jedyna doskonale rozumiała, że kozi los wisi na cienkim włosku ludzkiej łaski. Nawet Irena, choć pochodzi z tej samej biedafarmy, nie zdaje sobie z tego sprawy, ani Kozy Włoskie (młodość patrzy w przyszłość, krzywd nie chce pamiętać), a o reszcie naszych kóz to nawet nie ma co mówić – dzieci pampersowe, wychowane w dobrobycie, noszone na rękach i całowane w dupkę, uważają po prostu, że to wszystko im się należy, i że tak właśnie jest z kozami na całym świecie.

Bożena nie strzępiła sobie języka na darmo, jak niektóre kozy, co chodzą i beczą bez względu na ustrój i okoliczności. W zasadzie Bożena odzywała się tylko do nas, ludzi, a do utrzymania porządku w koziarni miała inne, twarde argumenty (“Dlaczego ty tak wszystkich tłuczesz, Bożena? – A bo inaczej nic do nich nie dotrze”. Miałaś rację, Bożena. Przez pierwszy tydzień od Twojego odejścia, nikt nie odważył się spać w Twoim pokoju. One chyba się bały, że wyszłaś tylko na chwilę, a jak wrócisz, to wszystkim się oberwie. Dopiero ósmego dnia Krówko wzięła ze sobą Arankę i położyła się pod Twoim paśnikiem. Nie chcę, żeby Krówko rządziła w koziarni, bo jest na to zbyt wredna i niemądra, ale co ja mogę zrobić bez Ciebie, Bożena?).

Mówiła więc tylko do nas, ludzi, ale pamiętam też jej komunikaty niewerbalne. Stała sobie na przykład na dojalnicy i wciągała owies z miski ze stali nierdzewnej, podczas gdy ja ją doiłam. Gdy owies się kończył, zaczynała nerwowo przebierać nogami, ale ten oczywisty przekaz nie zawsze do mnie docierał, więc ostatecznie brała miskę w zęby i wyrzucała ją z korytka na betonową podłogę. Dźwięk był donośny i nieprzyjemny, a Bożena odwracała głowę w moim kierunku i patrzyła wymownie to na mnie, to na miskę, i znowu na mnie, i znów na miskę, a jej kpiące spojrzenie mówiło: “Widzisz, Kanionek? Pełna miska – w korytku. Pusta miska – na podłodze. Widzisz? ROZUMIESZ?”. Doskonale wiedziała, jak mnie to denerwuje, i mało jej oczy z głowy nie wypadły od powstrzymywanego śmiechu. W końcu zmieniłam miskę na plastikową, i tyle było mojego, że nowa miska robiła mniej hałasu, ale to z kolei psuło całą zabawę Bożenie, więc w ramach kary, po wyrzuceniu miski na podłogę, Bożena robiła hałas szarpiąc metalowym koszem korytka.

Bożena zawsze patrzyła mi prosto w oczy. Nie w sufit, nie w podłogę, nie w bliżej nieokreśloną przestrzeń, tylko prosto w oczy. Gdy chciała powiedzieć mi coś szczególnie ważnego, wysilała głos tak, że oczy wychodziły jej na wierzch, a ja słuchałam pilnie, jakbym się właśnie miała dowiedzieć, gdzie leży złoto zakopane przez pradziadka Bożeny. Naukowcy dowiedli, że psy, przebywając z ludźmi te długie tysiące lat, nauczyły się mimiki ludzkiej twarzy i potrafią z niej wyczytać emocje. Kóz pewnie nikt pod tym kątem nie badał, i nie wiem jak inne kozy, ale Bożena umiała odróżnić uśmiech od łez. Niejedną łzę zlizała z mojej twarzy, i nie myślcie, że to z braku soli, bo w każdej koziarni wiszą po dwie kostki solne i można je sobie lizać aż język zdrętwieje.

Wiedziała też, po co człowiek ma ręce. Gdy, zamyślona, przestawałam ją drapać po grzbiecie, brała w zęby mankiet mojego rękawa i próbowała zarzucić sobie moją rękę na plecy. Inne kozy też podchodzą do nas, żeby je podrapać, ale chyba żadna z nich nie wie, jak my to właściwie robimy. Bożena wiedziała.

Nie wiem, ile dokładnie miała lat, ale była starsza ode mnie. Wiekiem i doświadczeniem. Była doskonałą, troskliwą matką. Była moją, wśród kóz, najlepszą przyjaciółką. Nigdy, NIGDY nie przyszła do dojenia z brudnymi cyckami. Gdyby miała do wyboru: położyć się w gównie, albo położyć się w błocie, nie położyłaby się wcale. Niecałe cztery lata temu uszyłam jej obrożę, której ani razu nie zgubiła, i nosiła ją do samego końca, niezniszczoną, lekko tylko spłowiałą od słońca. I tyle mi teraz zostało – gadać do obroży.

Wciąż słyszę Twój głos, Bożena, i widzę Cię, wracającą z łąki; kolebiesz się na boki i stękasz tym swoim zachrypniętym głosem: “zaczekajcie na mnie, łachudry”. I zderzam się z pustką, gdy miraż okazuje się tylko mirażem.

Hodowla z sercem jest nieopłacalna. Bije po dupie i po kieszeni, i w pysk dać też lubi dać. A serce boli i nie chce niczego rozumieć.

1 2 3 167