Chłopak z dojarą i kobieta bez klasy, czyli o ściętej ripoście i lotach w kosmos

(…)

Higher
I’ve set my limits and bounds
There’s a fire
It’s burnin’ so hot in my head

Oh, I hear you say
That is the way of the world
No, hear what I say
I wanna do so much in my way

(…)”

Fragment utworu „A Little Time” grupy Helloween, z albumu „Keeper of the Seven Keys Part I”, 1987

 

 

 

Szedł sobie mały, Gupi Kanionek, przez wielki, ciemny las, i – dla dodania sobie otuchy – śpiewał, na melodię z piosenki o księżycowym kamieniu:
–  Co ja mam, co ja mam…. – nucił cienkim głosikiem Kanionek.
–  No na pewno nie klasę – odpowiedział ponuro ciemny, wielki las.
–  …świeci się, błyszczy się… – dośpiewał z rozpędu Kanionek, choć już lekko drżały mu usteczka.
–  Twoje spocone, prostackie czoło – zarechotał las, a świerki to się tak gięły ze śmiechu, że jeden to się aż złamał, ale Kanionek się z niego nie śmiał, bo dobrze wiedział, że w życiu już tak jest, że dzisiaj hihi, haha, patrzysz na kogoś z góry, a jutro leżysz jak zapałka złamany, i na co ci to było, żywocie marny?

No więc Kanionek się nie śmiał, a wręcz przeciwnie – rozpłakał się, bo i owszem, to wszystko była prawda. Nie miał ani klasy, ani rozumu. Ani zdrowia jakoś ostatnio, ani szczęścia, czy nadmiaru optymizmu. I brzydki był, brzydki jak noc i resztki rybnej konserwy. I do tego wszystkiego był bardzo, bardzo smutny, bo nie umiał w przymiotniki (w tłumaczeniu na angielski: „Kanionek was mop”. Jeśli ktoś nie wierzy, to proszę, ja nie zmyślam, ja to widziałam kiedyś w telewizji: https://www.youtube.com/watch?v=m2YJcxgj-WU).

No i tak, mogłam sobie podarować ten komentarz, i tak zapewne postąpiłaby kobieta z klasą (prawda, pani Ewo, prawda?), ale nie, musiałam to wszystko napisać, żeby poprawić sobie samoocenę. I teraz wcale nie czuję się małą, złośliwą wydrą, taką prymuską na Uniwersytecie Życia, co to uczęszczała na wykłady pt.: „Jak zbawić cały świat”, a otrzymawszy dyplom z paskiem ruszyła między pospolite tłumy, by głosić dobrą nowinę o tym, że naukowcy właśnie odkryli WIĘCEJ PRZYMIOTNIKÓW, a kto użyje słowa „zajebisty”, ten jest wsiowy ciul i w organizmie człowieków z klasą powoduje wstrząs ana(l)filaktyczny i nagłą śmierć z obrzydzenia.

Wcale a wcale.

Teraz czuję się wręcz „zaje…” (ale pani wie, pani Ewo, że „wielokropek” to nie to samo, co „wiele kropek”?), i myślę sobie z dumą, że „ale jej powiedziałam”, i już nawet chciałam usiąść na wycieraczce i cierpliwie czekać na listonosza, co mi przecież lada moment przyniesie polecony z zawiadomieniem o przyznaniu mi tytułu Mistrza Ciętej Riposty (i to nie jakiegoś okręgowego mistrza, czy tam krajowego; nie, ŚWIATOWEGO od razu), no ale w porę sobie przypomniałam, że ten komentarz ma już prawie dwa tygodnie, i już po zawodach, i kolejna korona mi z głowy spadła, a tytuł przeszedł koło parchatego nosa! A wszystko przez to, że w dzień zamachu, tj. wtedy, gdy pani Ewa mi napisała, że sobie kiedyś obiecała, to ja akurat leżałam ścięta podstępną chorobą, co to człowiekiem rzuca o ściany i zamienia sufit w podłogę, i ja w takich warunkach nie byłam w stanie utrzymać w ryzach oczopląsu, czyli użyć klawiatury bez skutków wymiotnych. No i trudno, jakoś to muszę wytrzymać.

(A tak NAPRAWDĘ, pani Ewo, to wcale się nie gniewam, a z tymi przymiotnikami to postaram się dokształcić, bo niby wiem, że prócz „zajebistego” jest jeszcze „fajny”, ale niewykluczone, że żyję w mrokach niewiedzy i ignorancji, jak cały świat, co do niedawna myślał, że płcie są tylko dwie, a okazało się, że jednak jest ich dużo więcej!).

A teraz wróćmy do stałej części programu.

W marcu jak w garncu, więc przez długi czas wszyscy grzecznie żarliśmy ten pyszny bigosik z błota, gówna i śniegu:

Choć może nie wszyscy, bo osoby uprzywilejowane dostają również kolorowe sałatki:

A im bliżej kwietnia, tym częściej między kozi włos wplecie się promyk słońca, albo dwa:

Persony uprzywilejowane dostały też dwa nowe paśniki, zainstalowane w koziarni:

W tym pierwszym widać pęczki suszonej pokrzywy, a zdjęcie z PEŁNYM pokrzywy paśnikiem udało mi się zrobić tylko dlatego, że przy paśniku na łące powiesiłam wiechcie suszonej bylicy i wrotyczu, więc tam rozgrywały się dantejskie sceny (kwiaty wrotyczu o tej porze roku to jak słynna promocja karpia w Lidlu – warto sobie kopyta połamać), a ja mogłam spokojnie dokumentować postęp robót w zagrodzie. O, tu na przykład widać nowiutką furtkę, która dzieli kozi wybieg na dwie części:

Proszę zauważyć te izolatory, kreatywnie wykoncypowane z butelki po oleju silnikowym:

Ale to jeszcze nic, bo najlepszy jest zatrzask, pełniący jednocześnie funkcję zamknięcia furtki i podłączenia jej do elektrycznego obiegu:

Teraz to jest zatrzask, a jeszcze kilka dni temu to była lampka, która od sześciu lat szukała swojego miejsca w naszym nowym, wiejskim życiu, a ta czarna wajcha jest plastikowa, i kiedyś była częścią krzesła obrotowego, które się połamało. Tu widać resztki lampki, już po pobraniu z niej niezbędnych do wykonania zatrzasku organów:

TAK, to małżonek zrobił i wymyślił, ale to WCIĄŻ JESZCZE NIC, bo patrzcie Państwo na to:

To jest dojarka! W kawałkach! I oprócz tego, że jest to dojarka, trochę stara i używana, i małżonek jeszcze musi ją poskładać do kupy, przeprowadzić testy, być może coś poprawić, doprowadzić jakieś trzy fazy do budynku obory, i kilka razy zapytać filozoficznie: „na co mie to wszystko było?”, to przede wszystkim jest to DOJARKA OD WAS! Jak? No tak! Państwo może mieli pewne podejrzenia, może sobie myśleli, że my ten zysk z akcji „kup pan kalendarz” roztrwonimy na jakieś pierdoły, typu więcej schabowych, albo dwie wycieczki z przewodnikiem po Fromborku, ale nie! My kupiliśmy dojarkę, jak śmiertelnie poważni i odpowiedzialni ludzie, i TYLKO TROCHĘ się jej boimy, ale nie takie bestie małżonek w życiu obłaskawiał, więc jak tylko ta kupka gratów zacznie przypominać urządzenie do udoju kóz, to ja Wam zaraz zrobię dokumentację zdjęciową z prawdziwego zdarzenia, ze mną, całą dumną i bladą, i uśmiechniętym Ziokołkiem w tle.

Nie wiem dlaczego, ale gdy myślę o tej dojarce, to obowiązkowo widzę siebie w drewniakach, białym fartuchu i takim staromodnym czepku kucharskim, też białym. Może dlatego, że skany instrukcji obsługi tej dojarki przedstawiają pożółkłe strony gęsto zadrukowane szczegółowymi objaśnieniami, a takie instrukcje to tylko za komuny robiono (sobie wyobraźcie, że tam jest nawet napisane, jakimi DOKŁADNIE wkrętami należy mocować poszczególne części urządzenia do ściany, ORAZ jakiego rozmiaru podkładki użyć; jest nawet wskazówka, iż dziury w ścianach murowanych najlepiej robić wiertarką z udarem!), a na zielonej okładce stoi napisane: „Zjednoczenie Przemysłu Maszyn Rolniczych Agromet”, i jak to wszystko czytam, to się mimowolnie przenoszę w tamtą epokę. Tylko skąd ja taki czepek…? I drewniaki? Uśmiechnięty Ziokołek to żaden problem – jak się sama z siebie nie będzie chciała uśmiechać, to się jej kąciki ust taśmą klejącą w kierunku uszu podciągnie. Nie takie rzeczy my ze szwagrem w Pegieerze robili.

Aha, i kubki udojowe trzeba będzie mniejsze dokupić, bo jak patrzę na te z oryginalnego zestawu, to jakoś nie widzę w nich cycków Raszika. To znaczy widzę, owszem, CAŁE cycki Raszika by się w te kubki zmieściły, bo same strzyki to by tam „hop hop” wołały i trzy dni czekały na odzew ze strony echo.

A tak mówiąc w bardzo dużym skrócie – DZIĘKUJĘ. Akcja „kalendarz” przerosła moje najśmielsze oczekiwania, bo ja to w sumie oczekiwałam tylko tyle, że sobie zrobicie ten kalendarz dla własnej satysfakcji, i że pięć osób na krzyż będzie sobie na niego patrzeć i kiwać głową z zadowoleniem, a teraz ja patrzę na kalendarz ORAZ dojarkę i kiwam głową; z zadowoleniem, jak najbardziej, ale i z takim zakłopotaniem, że ze mnie to jednak człowiek małej wiary. A skoro już jesteśmy przy akcjach dobroczynnych, to ja Wam przecież wciąż nie pokazałam tego siana w kostkach, a ono wyglądało tak:

Ciężko sfotografować różowy pokój pełen siana – kostki były poustawiane tak, że został nam jedynie wąski korytarzyk prowadzący do zamrażarki, więc gdy się stało w tym korytarzyku, to dookoła było siano, aparat się gubił w tej wszechobecnej zieloności, no i zdjęcia są, jakie są. Ostatnia dostawa siana w kostkach (170 sztuk) wylądowała w garażu, i tu znów pojawił się problem ze zrobieniem dobrego ujęcia, głównie dlatego, że mam brudny obiektyw:

W sumie zjedliśmy tej zimy (to są wyliczenia obejmujące również kwiecień) 400 kostek i 30 balotów siana. Przyjąwszy, że kostka waży średnio 8 kg, a balot, po zdjęciu zewnętrznej, nienadającej się do skarmienia warstwy, średnio 200 kg, otrzymujemy zawrotną masę blisko dziesięciu ton siana. Dziesięć ton siana! Nawet jeśli przyjmiemy, że ze dwie tony tego siana kozy zmarnowały (co spadło z paśnika na ziemię to już fuj), to wciąż wychodzi nam bardzo dużo siana, które my musieliśmy targać (obsługa balotów jest najgorsza), a kozy i owce musiały zjeść, ale wszystko się zgadza: przyjmując średnio 2 kg siana na głowę dziennie, i mnożąc to przez dwadzieścia parę głów, otrzymujemy około 50 kg siana na dobę, czyli półtorej tony miesięcznie, a że zima trwa u nas pół roku, to nie chce wyjść inaczej, jak właśnie 10 ton.

Aha, ktoś pytał, czy ja nadal piekę chleb. Tak, średnio co cztery dni. Przez dobre dwa miesiące jedliśmy głównie „chleb niemiecki pszenno-żytni”, który robi się z użyciem zakwasu i drożdży:

ale niedawno wróciliśmy do tatterowca, tyle że teraz dodaję do niego 140 g ziaren słonecznika. Tatterowiec jest najlepszy – może i długo rośnie (u mnie w sumie około ośmiu godzin, ale to dlatego, że za dnia mamy w kuchni od szesnastu do siedemnastu stopni), ale zawsze się udaje i jest smaczny, a wymaga takiej ilości zakwasu (400 g), że nie muszę słoika z zakwasem trzymać w lodówce, tylko codziennie go dokarmiam i on sobie żyje aż do dnia pieczenia chleba, po czym dokarmiam resztki w słoiku i tak w kółko.

Ale, ale! Państwo przecież na pewno czekają na zdjęcia najnowszego „wypieku” Ireny, czyli marcowej Idy. Jedna, jedyniutka się urodziła, co po ubiegłorocznych Trzech Muszkieterach było dla mnie dużym zaskoczeniem, i do tego taka z niej… delikatna śnieżynka. Zaraz po urodzeniu widać było czarny pasek sierści na szyi, jedną (tak, tylko jedną) czarną piętę, i łaciate uszka. Łaciate uszka zniknęły, gdy tylko wyschła na nich sierść (to znaczy uszka nie zniknęły, tylko te czarne łaty. Może jeszcze kiedyś wyjdą na wierzch), za to teraz widać, że jedno oko jest delikatnie podmalowane czarną kreską. Spodobało mi się imię „Ida”, choć może powinnam ją nazwać „Najki”:

A tu trochę widać, że lewe oko wydaje się większe od prawego, bo ma makijaż:

A tu już różne takie, słitaśne:

I skoro jesteśmy przy białasach, to Państwo sobie zobaczą, jak te Kachny chłopaki urosły:

Nic dziwnego, że matka wygląda jak suchar na wykałaczkach, choć dostaje podwójną porcję ziarek i warzyw, a siana to oczywiście ile zmieści. Te dwie białe pijawki wyciągnęły chyba wszystkie Saaneńskie geny z obojga rodziców i rosną jak magiczna fasola. Jeśli któregoś dnia zniknie z nocnego nieba księżyc, to bądźcie pewni, że to oni zeżarli, bo już prawie są w stanie dosięgnąć.

A Elka sobie ze mnie drwi, „rodzi” od miesiąca, ja się przejmuję, porodówkę szykuję, sianko pod nosek podtykam, i za każdym razem figa z owsem, i dzisiaj jej powiedziałam, że skoro tak, to ja oficjalnie umywam ręce i NIC A NIC mnie to nie interesuje, co, kiedy i jak ona urodzi, bo zachowuje się jak ten pasterz z przypowieści, co dla żartu wołał „wilki, wilki”, a jak wilki faktycznie przyszły, to nikt mu nie uwierzył, więc co prawda wilków Elce nie życzę, ale gdyby jakieś koziołki, czy coś, to ja jestem na fochu. NIC mnie to nie interesuje. Może sobie różowe bobry urodzić, a ja nawet nie drgnę, i nie powiem „o, jakie śliczne masz dzieci, Elu kochana” (a wszystkim kozom ZAWSZE mówię, że śliczne mają dzieci i że jestem z nich dumna), taka to będzie straszliwa kara.

Jeśli nie pamiętacie, która to Ela, to proszę, to ta szara mądrala z długimi rogami:

Ciut nieostre, bo światło było słabe, a Ela właśnie była zajęta wybijaniem Kredensowi z głowy jakichś idiotycznych planów związanych z dominacją.

Tymczasem w sobotę jedziemy sobie Gwiazdolotem do mechanika, jedziemy i wszyscy wiedzą, że jedziemy, nawet ci, co mieszkają kilometry stąd, albowiem zdezintegrował nam się tłumik i Gwiazdolot zaczął ryczeć, jakby właśnie w kosmos startował, no więc jedziemy, żeby nam mechanik przyspawał jeden kawałek rdzy do drugiego kawałka rdzy, i ja sobie jadę jak ta Miss Daisy, na fotelu pasażera, i tak patrzę na małżonka czarny rękaw od kurtki, a tam charakterystyczna, biała plama. I wrzeszczę do niego, próbując przekrzyczeć ryk silników rakietowych, że „coś ci nasrało na kurtkę!”, a on najpierw wrzeszczy „coo?”, no więc ja powtarzam, on patrzy na rękaw, wrzeszczy „noo!” (ale uwierzcie, my tak ze sobą nie rozmawiamy na co dzień, że „co” i „no”. Normalnie małżonek odpowiedziałby: „w rzeczy samej, drogi Kanionku, coś mi napaskudziło na rękaw, gdym żem patrzył był w inną stronę”, jednak lot rakietą międzyplanetarną, bez hełmów i interkomu, wymusza na człowieku dalece uproszczoną formę konwersacji), wzrusza ramionami i jedzie dalej. Jedzie dalej! I ja w pierwszej chwili myślę, że o mój Porze, my się już całkiem stoczyliśmy, wzrok nasz mętny i suknia plugawa, ale w drugiej chwili mnie olśniło, że oto właśnie nie! My się wręcz wybiliśmy, hen wysoko ponad przyziemne błahostki, które są stanem przejściowym i wcale nie świadczą o całym człowieku, a w końcu gdyby taki na przykład Hermaszewski się byle gównem przejmował, to on by nigdy w ten kosmos nie poleciał.

A propos wznoszenia się ponad przyziemne drobiazgi, to powiem Państwu, że jednak trochę mnie krew zalała, gdy przez ponad trzy miesiące nie mogła do nas dojechać śmieciarka (za dużo wody spadło jesienią i zimą), no bo wyobraźcie sobie – obydwa zamykane kubły od dawna pełne, a co ja worek ze śmieciami za bramę wystawię, to za godzinę już koty na nim siedzą, jak Maria Skłodowska na odpadach radioaktywnych, i już tam łapką grzebią, bo a nuż coś WYNAJDĄ (nie wiem jak tam Skłodowska, ją to chyba kręciły inne rzeczy, ale koty to sobie na przykład lubią wylizać papierek po maśle, albo łeb wsadzić w kubek po śmietanie), i nam te śmieci potem po całym terenie latają. Trzymaliśmy więc rosnące góry śmieci w przybudówce, jak jacyś kolekcjonerzy na żółtych papierach, i pół biedy, gdy temperatura na zewnątrz była ujemna, bo przybudówka nie jest ogrzewana, ale wraz z nadejściem wiosennego ocieplenia góry zaczęły emitować właściwe sobie aromaty, no i wtedy właśnie oko mi bielmem zaszło, zadzwoniłam do Pana Śmieciarza (to ten, co małą Pippi z siatki ogrodzeniowej niegdyś wyplątywał), i wtedy krew zalała mnie po raz drugi.

Jak mi wyjaśnił Pan Śmieciarz, śmieciarka jest jego własnością i kosztuje STRASZNE pieniądze, a jak on w rowie wyląduje, to się musi z niego na własny koszt wyciągnąć, bo firmę, czyli MPO, to nie interesuje (kolejna ciekawa forma zatrudnienia) i swoją śmieciarkę do porządku doprowadzić. I oni to już kilkanaście razy do naszej gminy zgłaszali, na co usłyszeli, że no trudno, to niech nie odbierają tych śmieci, bo gmina jest biedna i nie utwardzi drogi dojazdowej do jakichś tam Kanionków. No to Pan Śmieciarz zasugerował, żeby może gmina chociaż większy zbiornik na śmieci nam postawiła, tak z tysiąc litrów, żeby nam na kwartał wystarczyło, to się okazało, że niestety też NIE, bo nam taki zbiornik NIE PRZYSŁUGUJE. I ja się tak teraz zastanawiam, gdy robię przelew o – jak mi się kiedyś wydawało – jednoznacznie brzmiącym tytule: „za wywóz śmieci”, ZA CO ja właściwie płacę? Może czas zmienić głupie nawyki, wpisać w tytule: „za niewywożenie śmieci”, a w przypadku podatku rocznego: „no niech stracę”, a i jeszcze z pięć stówek wpłacić do kasy gminy, ot tak, z tytułu: „za wszystko inne, czego nie robicie”.

A wody to naprawdę spadło od licha i trochę, o czym może Państwu opowiedzieć nasz staw, czyli leśne bagienko. To znaczy mógłby, gdyby nie wyszedł z siebie, no ale wyszedł i poszedł na łąkę:

Nie wiem, czy Państwo wiedzą co widzą, więc podpowiem: widzą Państwo trawiasty, niegdysiejszy brzeg stawu, obecnie od dłuższego czasu pod wodą. Żeby dostać się na pomost trzeba dać długiego susa, choć odradzam, bo sam pomost jest jak słowo honoru pijaka, że zapłaci, jak tylko dostanie kasę z MOPS-u, czyli wiadomo, że nie zapłaci, bo pomosty i pijacy nigdy nie płacą, za to często lubią się przewracać. Kto jeszcze nie płaci – pilarze na przykład. Nie tylko nie zapłacili, ale nawet słówkiem nie pisnęli o tym, że kilka razy udało im się wjechać w ten lub inny słupek naszego pastucha, choć stawialiśmy je celowo przynajmniej metr od krawędzi drogi:


Niby koszty niewielkie, bo tylko trzy słupki, ale mogli chociaż powiedzieć, że coś zepsuli, a nie, że drut leży na ziemi i strzela Chińczykom prądem w stopy, a my nic o tym nie wiemy. W ogóle to nie jesteśmy mściwi donosiciele, szkody sobie naprawiliśmy, ale denerwuje nas na przykład taki widok w lesie prawie tuż za oknem:

Pilarze robią sobie przerwy w pracy, grzejąc się przy ognisku, a po skończonej robocie zostawiają takie tlące się kłody i jadą sobie do domu, a musicie Państwo wiedzieć, że las świerkowy pali się niezwykle pięknie i szybko, ze względu na wysoką zawartość łatwopalnej żywicy w drewnie. Dwa lata temu, w któryś zimowy dzień, poszliśmy z psami na spacer, i po drodze minęliśmy taką właśnie niedogaszoną kupkę drewna, z której sączyła się ledwie smużka błękitnego dymu. Przeszliśmy ze dwa kilometry, zawróciliśmy, a gdyśmy doszli do owej kupki, to tam już płonęło normalne ognisko. Wokół żywej duszy (wołaliśmy, łudząc się, że może pilarze poszli na siusiu), więc nie było co się gapić – wzięliśmy się za ugaszanie ogniska, obkładając kupę drewna obficie śniegiem, po czym zadzwoniliśmy do leśniczego, że jakby co, to zrobiliśmy cośmy mogli, ale nie możemy stróżować w lesie nocą by sprawdzić, czy ognisko na pewno zgasło.

No dobra, jestem zła z jeszcze jednego powodu:

Tu gdzieś leży „moja” leśna jabłonka. No wiem, wiem, co to leśniczego obchodzi, przecież to jest las, a nie sad owocowy. Ale mi żal, bo ona nikomu nie wadziła, ta jabłonka, rosła sobie skromnie na skraju drogi i się łokciami nie rozpychała. A jeszcze bardziej mi żal prawie kilometrowego pasa tarniny, która rosła od lat pod lasem, dzieląc go od tej łąki, na którą czasem zabieraliśmy psy, a niegdyś i kozy:

W tych tarninowych gąszczach na wiosnę grało takie ptasie radio, tyle się tam działo, a z jesiennych owoców zadowoleni byli wszyscy, choć może głównie ja, a teraz został po tarninie smutny, łysy pas ziemi ze sterczącymi w górę kikutami. I najpierw myśleliśmy, że leśniczemu odbiło (wiadomo, człowiek dziczeje w tym lesie), że taką zarządził masakrę, a przecież krzewy tarniny w niczym lasowi nie bruździły, no i te wszystkie ptaszki, morze białych kwiatków na wiosnę, i w ogóle co za zwyrodnialec, ale się okazało, że to nie leśniczego interes, tylko nowego najemcy łąki.

Poprzedniego dzierżawcę mieliśmy okazję poznać osobiście, podczas jednego z wypadów z pieskami, i on nam powiedział, że możemy sobie na tę łąkę przyprowadzać co chcemy – psy, kozy, tchórzofretki, jemu nie ubędzie, bo tej łąki jest kilkadziesiąt hektarów, a w ogóle to on się zastanawia, czy komuś tego wszystkiego nie podnająć, bo jemu to w sumie ta łąka potrzebna, jak psu dziura w zębie. I my tak wtedy pokiwaliśmy głową, że no tak, bo pan ma w sumie daleko, i w ogóle, no a dla nas to z kolei tej łąki za dużo, ale tak naprawdę to ani przez chwilę nie myśleliśmy, że z tego wszystkiego wyniknie taka katastrofa, a jednak wynikła, i nie tylko o tarninę mi chodzi – kilka dni temu przyjechały na łąkę dwa ciągniki i zorały wszystko po sam horyzont. I na drugi dzień poprawiły, i dowiozły wielkie wory z nawozami. Pewnie więc łąki już tam nie będzie, tylko pole uprawne, a na nim – nie daj zboże – kukurydza, i nie wiem, czy nasze żurawie będą z tego zadowolone, ale Majączek na pewno nie.

Po pilarzach to chociaż coś dobrego zostało, a mianowicie setki świerkowych gałęzi, i dziesiątki całych koron, ciężkich od zielonego igliwia i szyszek, a wiecie, kto najbardziej lubi choinki:

To jeszcze pokażę Państwu, jak się robi obroże dla kóz, i już dam Wam spokój. Obroże dla kóz powinny być nie tylko wytrzymałe (zmienne warunki atmosferyczne, niezdrowe zainteresowanie kóz wszelkimi materiałami niejadalnymi, ocieranie się o pnie drzew – to tylko niektóre z czynników wpływających niekorzystnie na długość życia przeciętnej obroży), ale i wygodne dla kóz i ich człowieków. Czyli przede wszystkim powinny być wykonane z szerokiego paska materiału, żeby nie wpijały się w te łabędzie szyje. Szeroka obroża, z tych dostępnych w sklepach, to jednocześnie bardzo długa obroża, zdolna opasać niedźwiedzia, a do tego kosztuje tyle, co proteza nogi, a do tego lubi się kozie gdzieś niechcący zgubić, jeśli producent poskąpi szlufki, w którą można wetknąć końcówkę. Kupiłam więc ileś tam metrów taśmy w trzech kolorach, szerokości 4 cm (chciałam jeszcze szersze, ale się powstrzymałam, bo to jednak obroże miały być, nie kołnierze ortopedyczne), pół wiadra sprzączek do pasków (przyszłościowo myślę), kilka garści tych półksiężyców, do których w razie potrzeby można przypiąć karabińczyk smyczy, a zamiast szlufki na końcówkę użyłam regulatorów długości pasków przy torbach listonosza, i zrobiłam takie o:

Nie wiem, czy ładne, ale wyszły poniżej pięciu złotych za sztukę, żadna się jeszcze nie zgubiła, ani nie rozpadła, zrobienie jednej obroży trwa około godziny, a u ludzi sprytnych i zdolnych pewnie nawet krócej. Tak wyglądają materiały wykonawcze:

Tu pokazuję, jak przyszyć sprzączkę (ja szyję krzywo, brzydko i nierówno, ale nie ma takiego przymusu i jeśli ktoś umie prosto, ładnie i równym ściegiem, to proszę bardzo):

Jeszcze takie drobiazgi:

I trochę swądu podczas wypalania dziurek rozgrzanym gwoździem:

I gotowe:

PS. Pytacie, kiedy się można zapisywać na sery – zapisywać to się można już teraz, ale zaznaczam, że to jest opcja dla ludzi o silnych nerwach. Ja sama nie wiem jeszcze, jaką dzienną ilość mleka będę uzyskiwać pod koniec kwietnia, więc choćbym chciała, nikomu nie podam terminu wysyłki. Za to mogę zapewnić, że kto się zapisze, ten na pewno dostanie, a tymczasem mogę Wam zaoferować fotkę z moim wiosennym, bladym pyskiem, w towarzystwie urodziwego kawalera:

To po to, żebyście się pocieszyli, że inni mają gorzej, bo ani sera, ani wdzięku, ani WIECIE CZEGO nie mają.

PPS. Aha, jeszcze przecież, na specjalne życzenie, świeżutki Jałowiec:

A co tam, macie wszystkie koty. Tyle, że od tej brzydszej strony, bo akurat przy śniadaniu:

Że konia nie ma to każdy widzi, czyli kup pan kalendarz

Nie nie, spokojnie. Państwo usiądą i przestaną bić brawo, bo jeszcze się nie poskładałam do kupy (chyba, że kupa nieszczęścia się liczy), a moja kondycja i aparycja przypominają końcówkę mopa (no wiecie – szarą, poskręcaną i przyziemną). Wykazuję też silne analogie do czopka, i co to oznacza to chyba też nie muszę tłumaczyć.

Wyczytałam niedawno w internetach, że to bardzo niedobrze, gdy się widzi nad sobą bezkresne, błękitne niebo, usiane puszystymi obłoczkami, spoza których zalotnie wyziera radosne słoneczko. Zwłaszcza wtedy, gdy powinno się widzieć czaszę spadochronu.

No więc Wy mi piszecie, że o ho ho, Kanionku, to już wiosna, a ja patrzę w to niebo, po którym szybują żurawie, i wpadam w panikę, bo GDZIE JEST MÓJ SPADOCHRON!?

No i nic na to na razie nie poradzę, że szklanka wciąż w połowie pusta, a jak już kiedyś pisałam – z pustego, nawet w połowie, to i Salomon bicza nie ukręci, więc jestem biedniejszą wersją bicza, czyli mopem. I jeszcze sobie ukułam taką teorię, że skoro (podobno) ludzki organizm wymienia sobie komórki na nowe co siedem lat, to u mnie po prostu podczas szóstej wymiany doszło do tragicznego błędu systemu, a mianowicie stare komórki zapomniały powiedzieć tym nowym, jak być Kanionkiem. I dlatego wciąż jestem czopkiem. (I się tam proszę nie krzywić, że co to za teoria z dupy wzięta, bo każda teoria jest dobra, póki jej ktoś naukowo nie obali, a że większość naukowców jest zajęta grzebaniem przy wymysłach Einsteina, to ja o swoją teorię jestem całkiem spokojna, że się nią pies z kulawym kotem nie zainteresują, i jeszcze długo będę się mogła jej trzymać).

Aha, zanim pokażę Wam zdjęcia tegorocznych, małych koziołków, to jeszcze ważna informacja: prace nad „Kalendarzem Kanionka” dobiegają końca, zbliża się termin złożenia zamówienia w drukarni, więc kto już podjął odważną decyzję, że chce wejść w posiadanie najbardziej koziego kalendarza na całym świecie, niechaj spluwa na stalówkę i spieszy wypełnić druczek przelewu. Kalendarz kosztuje 50 zł, w cenie zawarty jest koszt druku i przesyłki, jak również honorarium dla modelek, a Mitenki i Paryja odwalają robotę za darmo, ku chwale koziego narodu (TERAZ można wstać i bić brawo). Rok w kozim kalendarzu zaczyna się 1 kwietnia, bo – jak powiedziała Bożena, i ja się z nią zgadzam – pierwszego stycznia to nie ma żadnych powodów do radości, a petardę to człowiek ma sobie ochotę wsadzić tam, gdzie czopek, i dopchnąć kijem od mopa, za to w kwietniu to już chociaż pokrzywę można przekąsić i stare futro na promieniu słońca zawiesić.

Każdy kozi miesiąc ma sobie przypisane zdjęcie i cytat (jeśli koniecznie chcecie znać burzliwe dzieje kalendarza, poczuć ból jego narodzin, nadszarpnąć zdrowie i tak dalej, to proszę bardzo, poczytajcie stosowny wątek na Forum, ale ja Wam mówię, że dalece prościej będzie nie wnikać, tylko zamówić kalendarz i cieszyć się nową jakością życia od 1 kwietnia), i w ogóle kalendarz będzie w kopytko, bo to Wasze dzieło. Uprasza się więc wszystkich chętnych o dokonywanie wpłat do 5 marca (konto z koziego koszyczka, tytuł przelewu: „kal – nick z bloga – ilość sztuk”, czyli np. „kal – kanionek – 1”, ale drobne odstępstwa będą łaskawie tolerowane, byle było wiadomo ile i dla kogo), oraz przesyłanie danych do wysyłki na adres Paryi: paparyja(małpa)gmail.com.

Kalendarze zostaną zamówione 6 marca, a do Was powinny dotrzeć pod koniec marca, o ile wszystko pójdzie zgodnie z planem.

A teraz już dawno obiecane (NO WIEM) kozie dzieciaki. Miałam problem z uchwyceniem poszczególnych osobników pojedynczo, bo maluchy tworzą zgraną paczkę, praktycznie nie trzymają się swoich matek (a synowie Kachny bezczelnie stołują się zarówno u matki, jak i u Raszika), więc tylko napiszę, że te dwa białe króliki, identyczne jak Jacek i Placek malutkie kopie Pacanka, to synowie Kachny urodzeni 23 stycznia. Syn i córka Raszika przyszli na świat dwa dni później i występują w wersji biało-szaro-czarnej, a córka Czesia jest z piątego lutego i nie jest do nikogo podobna, albowiem jej ojcem był kozioł ze starego stada Krychy, Eli i Czesia. Przy okazji – Ela już od kilku dni obiecuje (lub grozi), że zaraz się rozsypie, no ale nie uprzedzajmy faktów. Proszę, oto paczka cukierków:

 

I jeszcze takie tam:

A ja wracam szarpać tę linkę od spadochronu.

PS. Byłabym zapomniała. Znaleźliśmy ostatnio w lesie takie dziwne ślady:

Nie mam pojęcia, co to za zwierzę.

(Dobra, żarcik taki. Żeby Wam podnieść ciśnienie po nudnej lekturze. Nie chodzę boso po śniegu. JESZCZE).

PPS. Już mnie ten WordPress trochę wku*wia. Po każdej aktualizacji coś się zmienia, najczęściej na gorsze. Tym razem zniknęła opcja „wyjustuj tekst”, więc jest jak widać. Za kilka lat zniknie opcja PISANIA TEKSTU i będzie można wklejać tylko obrazki, co mnie zresztą wcale nie zdziwi. Dobra, wiem, idę szukać spadochronu ORAZ czopka na ból dupy.