Idzie luty, zaparz śruty, czyli o żebrach i żeberkach

A było to tak:

Rankiem pierwszego dnia lutego małżonek wpuścił do domu Majączka, który miał nocną zmianę na podwórku. Wypuścił na zewnątrz Puszczaka i Paszteta i zajął się przygotowywaniem swojego śniadania. Pusiołak i Pasztefon to takie cieniasy, że już dwadzieścia minut później trzęśli się z zimna, więc małżonek wpuścił ich z powrotem do domu, po czym zasiadł z talerzem przed komputerem. Kanionek w tym czasie nadal smacznie spał, jak ten stary niedźwiedź w Bieszczadach, i śniło mu się, że pracuje na lotnisku JFK w charakterze bagażowego (jeśli komuś się wydaje, że to bardzo dziwny sen, to nie. Dziwny to był ten, w którym zarządzałam ogromną posiadłością Paula McCartneya, albo ten sprzed miesiąca, w którym mój mąż zamienił się w psa).

Jaszczomp oczywiście nie spał i niezwłocznie wykorzystał lukę, która pojawiła się w systemie ochrony podwórka. Gdy małżonek zorientował się, że coś suche te jego kanapki i ruszył do kuchni po majonez, zobaczył przez okno taki widok: jaszczomp siedział na kurczaku, zajęty wyrywaniem piór z kurzej dupy, a dwa metry dalej siedziały sobie spokojnie dwa Szybkotki i zastanawiały się, czy dla nich też coś z tego wszystkiego zostanie (koty takie są. Gdyby Kanionek, w samobójczym uniesieniu, rzucił się głową naprzód do nagrzanego piekarnika, to koty najpierw cierpliwie poczekałyby, aż się ładnie i równo opiecze, a później pokłóciłyby się o to, kto mu wyżre oczy, a kto ma prawo do ptasiego móżdżku).

Ale to jest nic. To tylko temat zastępczy, bo tak naprawdę to ja tu już od dwóch tygodni siedzę cała w nerwach i zastanawiam się, JAK TO PAŃSTWU NAPISAĆ. Znaczy się o tym, co się wydarzyło się. I przez ten cały tydzień wymyśliłam tyle:

Podejrzewam jednak, że zanim odmówią sobie Państwo porcji frytek z MacDonalda, albo przejazdu tramwajem z jednego końca Łodzi na drugi, albo innej tego typu przyjemności, i postanowią przekazać te 5 złotych żebrakowi (to o mnie), to najpierw chcieliby Państwo wiedzieć dlaczego. I żeby było jasne – ja w sumie też nie wiem dlaczego, ale może zacznę od początku.

Na początku była Buka, która napisała do mnie maila z propozycją z gatunku nie do odrzucenia, a mianowicie taką, że jeśli zdecydujemy się zabrać dziewczynę Kajtka na zabieg sterylizacji, to ona, Buka, bardzo chętnie zostanie sponsorem tego przedsięwzięcia. Może nie wszyscy kojarzą kim jest Kajtek, a tym bardziej jego dziewczyna, więc przypomnę: Kajtek to jeden z naszych Szybkotków, który ponad rok temu zamieszkał u pani Żozefin, a dziewczyna Kajtka to półdzika kocica, która właśnie tej zimy zaczęła się zaprzyjaźniać z Kajtkiem i jego miską.

Nie muszę chyba pisać, że bardzo mnie ta propozycja Buki wzruszyła i ucieszyła. Po pierwsze dlatego, że ktoś z drugiego końca Polski postanowił ot tak, z dobrego serca, pomóc zwierzęciu, o którym Kanionek napisał bodaj jedno zdanie w którymś z komentarzy, a po drugie dlatego, że wiadomo, jak by się sprawy potoczyły bez tej sterylki.

Mała Buka (nazwana tak na cześć swojej Dobrej Cioci Z Daleka), wygląda tak:

To znaczy tak wyglądała w dniu pojmania – wściekła na Kanionka, który ją zwabił podstępem na gotowane mięsko, po czym pochwycił i wsadził do pudła, a jeszcze przed zapuszkowaniem Mały Żonek z latarką oglądał podwozie Małej Buki, żeby się upewnić, że nie jest matką karmiącą wczesny miot skitrany na strychu pana Dżerego.

No ale trzymajmy się chronologii zdarzeń. Propozycja Buki przyszła mailem jakoś w połowie stycznia, a termin zabiegu został wyznaczony na 4 lutego, i tak poza tym nie działo się nic. A przynajmniej tak się głupiemu Kanionkowi zdawało…

29 stycznia, już po wieczornym obrządku zwierzyńca, Kanionek miał doskonały humor (jak na warunki zimowe) i w tym nastroju krotochwilnym zrobił sobie psa ze śniegu:

“Hi hi, ha ha”, pomyślał sobie Kanionek, “napiszę na blogu, że mamy szóstego psa!”. Przewyborny żart, nie sądzą Państwo? Bo Wy byście mi napisali, że chyba zwariowałam, a ja bym Wam napisała, że wcale nie, bo to jest bardzo grzeczny i niewymagający pies, co pilnuje podwórka dzień i noc, i do tego jest niezwykle tani w utrzymaniu, HA HA, i wtedy pokazałabym Wam te zdjęcia, a Wy odetchnęlibyście z ulgą.

Głupi, głupi Kanionek.

Szósty pies pilnował podwórka przez całe trzy dni, ale później przyszło lekkie ocieplenie i okazało się, że ta rasa, choć ogólnie wytrzymała, jest kompletnie nieodporna na temperatury powyżej zera. Pies dosłownie wsiąkł. Rozpłynął się jak wróżbiarski wosk i wsiąkł sobie w podwórko. Okazało się jednak, że to nic nie szkodzi, albowiem Koleje Losu S.A. już miały na to środki zaradcze, już szykowały piękną, ciężką lokomotywę zdarzeń i podstawiały ją na tor kolizyjny z życiem głupiego Kanionka. Po cichutku, pomalutku, para buch! Koła w ruch…

Po południu dnia trzeciego lutego wzięłam przenośny kontenerek na kota i ruszyliśmy wraz z Małym Żonkiem piechotą przez las. Dziewczyna Kajtka miała być u nas nakarmiona o osiemnastej, a później ścisły post aż do zabiegu w gabinecie weterynaryjnym. Pod drzwiami rezydencji Żozefin nastąpiło krótkie zamieszanie, gdy Żozefin usiłowała mi wcisnąć Kajtka jako kandydata do zabiegu, choć trzy razy jej przecież mówiłam, że chodzi o KOTKĘ, i że cała ta akcja ma na celu zapobieżenie nagłemu wzrostowi populacji kotów na jej podwórku. Gdy już wytłumaczyłam jej to po raz czwarty i zapewniłam, że Kajtek jest rodzaju jak najbardziej męskiego, w drzwiach stanął pan Dżery i uderzył w te słowa:

– Pani Aniu kochana, pani wejdzie z panem Żonkiem do środka, bo ja mam do pani sprawę.

Westchnęliśmy sobie z Małym Żonkiem bezgłośnie, albowiem ubrani byliśmy oboje jak myśliwi na Syberii, a w domu Żozefin i Dżerego temperatura zimą rzadko spada poniżej trzydziestu pięciu stopni, a to jest dwa razy cieplej niż w naszym domu, i zawsze gdy muszę przejść obok kominka w salonie pani Żozefin to mam wrażenie, że stopią mi się brwi i rzęsy.

– Bo jest taka sprawa, pani Aniu, czy by pani nie chciała psa?

Patrzę na Małego Żonka, który patrzy w sufit, i szybko sobie kalkuluję, co będzie dla mnie bardziej korzystne: zapytać “jakiego psa?”, czy może rzucić się w huczące ogniem czeluści kominka i mieć to wszystko raz na zawsze z głowy.

– Yyy… Ale my już mamy pięć psów… – odpowiadam ostrożnie.
– No – potwierdza radośnie pani Żozefin – ale dwa są chore!
– Yyy… No tak, ale wie pani, one jeszcze żyją.
– A to nie można ich uspać? – pani Żozefin uśmiecha się dobrodusznie, jak Święty Mikołaj do grzecznego dziecka.

Z gardła Małego Żonka wydobywa się trudny do zidentyfikowania dźwięk: coś pomiędzy szlochem a warknięciem, a ponieważ on stoi zdecydowanie bliżej kominka, to zastanawiam się, czy może nie zaczyna mu się topić czapka, bo jest niby z bawełny, ale jednak z domieszką poliestru.

– Ale wiesz, Kanionek, że jeśli mamy jeszcze złapać tego kota i nie chcemy wracać przez las po ciemku, to musimy się już zbierać? – Mały Żonek patrzy na mnie bardzo wymownym wzrokiem.
– Ano tak, musimy się już zbierać, pani Żozefin – przemykam obok kominka nie patrząc w ogień – a jeśli chce pani coś ze sklepu, to jutro przed wyjazdem do miasta możemy do was wpaść po listę zakupów.

Pan Dżery wydobywa się z głębin starego fotela i odprowadza nas do wyjścia, rzucając na koniec niemal nostalgicznie:

– Taki fajny, mówię pani, ten pies. Taki z uszami, że jak nie wiem…

Wracamy przez las w milczeniu, a ten pies, z tymi uszami, wsiąka w nas powoli, jak śnieg w podwórko.

***

4 lutego, dzień zabiegu.

W nocy nawaliło świeżego śniegu, nasze lokalne drogi klasy podłej były oczywiście pługiem nietknięte, kocica w kontenerku zawodziła żałośnie, a Kanionek za kierownicą piłował silnik na drugim biegu i usiłował sobie przypomnieć wszystkie co grubsze grzechy, za które przed śmiercią wypadałoby przeprosić (w drugą stronę prowadził Mały Żonek, bo, jak stwierdził, “nie mamy tyle paliwa, Kanionek, żeby całą drogę jechać na dwójce”).

Pani weterynarz, ku naszemu zaskoczeniu, oceniła wiek Małej Buki na co najmniej 5 lat, oraz – już po zabiegu – stwierdziła: “Powiem państwu, że ta kotka to już się w życiu sporo narodziła”, co akurat w ogóle nas nie zaskoczyło, i tym bardziej utwierdziło w przekonaniu, że Buka prawdopodobnie uratowała jej życie.

W trakcie trwania operacji na Małej Buce zrobiliśmy drobne zakupy dla Dżerego i Żozefin (“o, taką blaszkę mie pan kupi, do anteny, bo jakaś franca mie ukradła, pewnie ten Sławek, na złom sprzedał, opita morda”), w gabinecie kupiliśmy jeszcze pół tony środków do odrobaczania psów i kotów, i pełni dobrych myśli wracaliśmy do domu (“Jeszcze tylko nie wpaść do rowu, podrzucić blaszkę do anteny Dżeremu, ulokować Małą Bukę w jej Pomarańczowym Apartamencie, i najgorsze z głowy”), nie mając bladego pojęcia o tym, że pociąg marki Spierdolino, zarządzany przez Koleje Losu S.A., jest już tuż, tuż.

***



– I jak tam się udało, pani Aniu? – Żozefin zagląda mi przez ramię, jakby się spodziewała, że prowadzę kota na smyczy.
– A wszystko dobrze, pani Żozefin, ale kotka jeszcze śpi w samochodzie i zabieramy ją do siebie, żeby sobie odpoczęła choć te kilka dni po operacji.
– A co z tym psem, pani Aniu? – rozczochrany lekko Dżery wyrasta za plecami Żozefin.
– Yyy… – patrzę na Małego Żonka.
– A co to w ogóle za pies? – pyta krótko Mały Żonek.
– Oj, jaki fajny! – rozpromienia się pan Dżery. – Z takymy uszamy, no mówię wam.
– No dobrze – małżonek nie kryje zniecierpliwienia – nasze psy też mają uszy, wie pan, ale jaka jest jego historia, gdzie on jest, dlaczego ktoś chce się go pozbyć, i tak dalej. Rozumie pan?
– Nooo, to jest ten. Ten Skórka go wziął do siebie, rozumie pan, bo go ktoś podobno z samochodu wyrzucił, o tu przy drodze, ten. I się wałęsał, o tam, pies starego Kazia go pogryzł, no i Skórka go wziął z litości, wie pan, ale on już ma jednego psa, i ten. No i nie wiadomo, co z nim zrobić, no – pan Dżery rozkłada ręce i patrzy w małżonka jak sroka w gnat.
– Ech – wzdycham ja.
– Kurwa mać – wzdycha małżonek. – I gdzie on jest, ten Skórka, i ten pies? Ma pan do niego jakiś telefon?
– Telefon? – Dżery patrzy na nas z takim niedowierzaniem, jakbyśmy chcieli mu sprzedać Biblię Tysiąclecia z limitowanej edycji, ze złotą okładką. – Toż on tu zaraz, we wsi, telefonu on żadnego nie ma, ale on tam zawsze w domu jest, no chyba, żeby upity, to może nie otworzyć.

Wyciągnąwszy z pana Dżerego bliższe koordynaty i znaki szczególne dotyczące osoby pana Skórki, ruszyliśmy do sąsiedniej wsi piechotą, bo samochodu nikt już nie miał ochoty prowadzić. Podwórze na tyłach domu bardzo wielorodzinnego, stojącego niemal tuż przy drodze asfaltowej, wyglądało jak każde inne: wydeptany placyk na środku, a dookoła rupiecie, budy i budki, przepierzenia i ogrodzenia, stara przyczepa kempingowa, dwa zwoje drutu, trzy kilo sznurka, pęknięte wiadro, dwa wyliniałe koty, no i pstrokate kury, niezmordowanie poszukujące robaka pod śniegiem.

Z jednej z dwóch klatek schodowych wyszedł człowiek w walonkach dzierżący plastikowe wiadro.

– Dzień dobry! – Krzyknęłam uradowana, że nie będziemy musieli chodzić od drzwi do drzwi. – Szukamy pana Skórki!
– Ja jestem Skórka – odrzekł ponuro pan Skórka, odstawiając wiadro na ziemię i wycierając dłonie w nogawki spodni. I tu muszę nadmienić, że to mi się w nim od razu spodobało, bo u nas na wsi jest tak, że jak kto ma coś za uszami, to najpierw pyta: “A w jakiej sprawie?”, a jeśli ktoś jest jak w pysk dał uczciwy, to mówi: “Ja jestem ten i ten, i w życiu nie widziałem pańskiego roweru”.
– A to dobrze, bo pan tu ma jakiegoś pieska…? – słowo daję, jeszcze kilka lat i zapomnę, jak się składa zdania po ludzku.
– Ano – pan Skórka z miejsca o dziesięć lat odmłodniał, twarz mu się wygładziła, zagościł na niej prawie że uśmiech, i zostaliśmy zaprowadzeni do takiej jakiejś zagródki trzy metry na dwa, w centrum której stało coś w rodzaju budki skleconej z rozmaitego, a z budki, z brzękiem łańcucha, wyskoczył pies w kolorze tartej bułki. Z takimi uszami, których faktycznie nie dało się nie zauważyć.
– Ech… – westchnęliśmy z małżonkiem jednocześnie.

Pies okazał się suką. W wieku zdecydowanie szczenięcym. Nikt nic o nim nie wie, poza tym, że został wypuszczony z samochodu i błąkał się po wsi przez kilka dni, aż pogryzł go inny pies, a wtedy pan Skórka wziął go “na tymczas” do siebie, gdzie pies spędził już cały tydzień. Z kojca bił zapach typowy dla kurnika, pies w kolorze bagietki miotał się na tym łańcuchu z prawa na lewo, obszczekując nas uczciwie i z całego serca, ale gdyśmy tylko krok w jego kierunku zrobili, zaraz schował się za budę i ujadał zza niej, łypiąc na nas podejrzliwie.

– To byście go wzięli? – z nadzieją w głosie zapytał Skórka.
– A co zrobić? – zapytał go retorycznie małżonek.
– No bo ja to już go nie mogę dłużej tu trzymać, ja to mam już swojego psa, też karmić trzeba…
– A właśnie – małżonek wszedł mu w słowo – my dzisiaj nieprzygotowani jesteśmy, ewentualnie jutro moglibyśmy go zabrać, więc pytanie, czy ma pan mu dzisiaj co dać do jedzenia, temu psu?
– Aaano – wyprostował się dumnie pan Skórka – ja to mu wczoraj pół wiadra śruty zaparzyłem, nażarty to on jest, że mało nie pęknie!

Jeśli Państwo się zastanawiają, czy my mieliśmy wątpliwości, to owszem, mieliśmy. Kolejny pies? Z nie wiadomo jaką przeszłością, narowami, psychiką? Każdy normalny człowiek by się zastanawiał. Ale gdy na stół wjechało pół wiadra śruty, to już sami Państwo rozumieją – uszy zapadły, klamka została rzucona.

Rankiem 5 lutego obudziłam się tak obolała, jakby całe moje ciało było na potężnym kacu. Och, proszę się nie martwić, nic mi nie było, to tylko jedna ze sztuczek mojej nerwicy. Po prostu się bałam. Obiecaliśmy panu Skórce, że krótko po południu pojawimy się, by zabrać bułczanego stwora. Nic to, że stare ludowe przysłowie mówi: “Gdzie psów sześć, tam nie ma co jeść”. I nieważne, że znowu czeka nas mnóstwo pracy nad dynamiką całego psiego stada, bo każdy nowy osobnik ją zmienia i wszyscy muszą się czegoś nowego nauczyć. Wszystko nieważne, bo przecież nie mogliśmy tej chudej bagietki tam zostawić.

Tak wygląda nasz nowy pies:

I przez kilka pierwszych dni wyglądał zawsze tak i nie inaczej, gdyż po prostu nie można się było od niego odkleić. Nie odstępował nas na krok, i absolutnie NON STOP skomlał, jęczał i charczał (bo w końcu zachrypł od jęczenia), aż zaczęliśmy się obawiać, że ma coś srogo nie tak ze zdrowiem psychicznym. Jednak najwyraźniej było to coś w rodzaju choroby sierocej i obawy o to, że mu znikniemy z życiorysu, bo po tygodniu było już z nim dużo lepiej (choć nadal łazi za nami jak cień).

I na powyższym zdjęciu, zrobionym w godzinę po przybyciu psa na nasze podwórko, widzą Państwo, wydawać by się mogło, w miarę zwyczajnego szczeniaka, prawda?

No to zobaczcie zdjęcie zrobione kilka godzin później, gdy suka wydaliła z siebie ostatni kilogram śruty (chodziłam z szufelką po podwórku i zbierałam te kupki niestrawionego zboża):

To zdjęcie było robione o zmierzchu, więc jest kolorystycznie dziwne, ale grunt, że widać te przepiękne żeberka. A tu fotki pstryknięte dzień później, już po odrobaczeniu:

Bagietka na czterech łapach. Łapy tak wiotkie i słabo umięśnione, że przez tydzień ten pies nie był w stanie wskoczyć na balot z sianem (ku uciesze Puszczaka, który już nie wiedział, gdzie się schować przed namolną koleżanką). Nie wiem, co ten psiak żarł zanim trafił do pana Skórki, ale jest w krytycznym momencie swojego życia, w fazie intensywnego wzrostu, z dziąseł wyłażą mu już stałe zęby, a tu taki deficyt żywieniowy, że aż żal patrzeć.

Jak ktoś w ogóle mógł wyrzucić takiego ślicznego psa?

To znaczy: nie zrozumcie mnie źle, bo ja bym nawet najbrzydszego nie wyrzuciła, ale zawsze myślałam, że ładny pies się “sam obroni”. Może było tak, że szczeniak był prezentem pod choinkę, a gdy zjadł piątą parę butów i naszczał do konsoli, to miarka się przebrała? Czy nieudane prezenty wyrzuca się razem z choinką? Chrzanić to. Przez cały tydzień grzecznie żarłam proszki, bo bolał mnie łeb – z emocji, ze strachu, z rozterki, z tak zwanego “co to będzie”. A tymczasem wiadomo przecież, co będzie: wychowa się jak własne.

Tymczasowo nazwaliśmy ją Śruta, ale chyba się nie przyjmie, bo co ją widzę, to na myśl przychodzi mi “żółte”. Nie “żółta”, nie “żółty”, tylko właśnie Żółte. Chude, żółte szaleństwo, z takimi uszami, że mówię Wam :)

Żółte żre za trzech. Dostaje obecnie taką porcję, jaką zjadają Laser, Puszczak i Pasztedzik razem wzięci, ale na efekty chyba trzeba jeszcze trochę poczekać. Nie wiem nawet, czy Żółte powinno jeszcze urosnąć wzwyż, ale zdecydowanie dużo mu brakuje wszerz. Jak już bagietka ładnie się wypełni, trzeba będzie myśleć o sterylizacji. I ten… Muszę to w końcu z siebie wyrzucić, bo zabieram się jak pies do jeża. Gdyby ktoś z Państwa chciał nas trochę wspomóc…

Ja wiem, że nie mamy statusu schroniska, ani jakiejś fundacji, i nikt nam tego psa do bramy nie przywiązał. Jednak to też nie było tak, że ja tu sobie siedziałam znudzona jak kura na świerku, i wydziobując ziarka z szyszek myślałam: “A może by tak wziąć kolejną głodną paszczę pod swój dach?”. Fakt, ulepiłam psa ze śniegu, ale przysięgam, nie wypowiadałam przy tym żadnych zaklęć (no chyba, że powiedzenie “dobry piesek, waruj” do śniegowego psa to JEST jakieś zaklęcie, a pogłaskanie go po głowie przypieczętowało sprawę. W takim układzie faktycznie możliwe, że sama sobie jestem winna).

Z TRZECIEJ STRONY, tak sobie myślę, że Żółte mogło, prędzej czy później, skończyć w schronisku. Za kwotę, jaką schronisko otrzymuje miesięcznie na utrzymanie jednego psa, my wyżywimy psów sześć. Bo nie mamy kosztów w postaci pracowników, materiałów (budy, kojce, koce, smycze, itp.), stałej opieki weterynaryjnej, i innych, o których pewnie nawet bladego pojęcia nie mam. O przewadze domu nad schroniskiem chyba nie ma sensu pisać. Jedyną wadą mojego domu jest to, że nie pomieści on psów sto pięćdziesiąt, no ale ten szósty się jeszcze zmieści.

Ja nie chcę nikogo wprawiać w zakłopotanie, nie proszę o szastanie książeczką czekową, ja tylko co łaska. Nawet te pięć złotych. Bo gdyby zebrała się taka, dajmy na to, Spółdzielnia Dobrych Ludzi (nie mylić z SLD), takich powiedzmy dwunastu dobrych apostołów, i każdy by się pogodził z utratą tych frytek za pięć złotych, tego biletu na podróż tramwajem po mieście Łodzi, to już by taka Spółdzielnia wykarmiła jedno całe Żółte miesięcznie. Ale ja tylko mówię. Albo gdyby ktoś uważał, że dawać psu pieniądze to rzecz niemoralna, to jestem absolutnie pewna, że Żółte chętnie przyjmie cokolwiek w naturze.

I na koniec jeszcze chciałam powiedzieć, że Ewa z Łodzi, Radka, i Kachna, nie mogą się zapisać do SDL, ponieważ te dobre dusze i tak nas od lat po cichu wspierają, za co niech im bogowie po stokroć wynagrodzą w zdrowiu i szczęściu, bo ja już nie wiem jak mam im dziękować. A jeśli nikt z Państwa nie znajdzie na swoim koncie takich pięciu złotych, które akurat potwornie się nudzą i szukają sensu życia, to ja przepraszam, że zawracam głowę. Uff.

Dodam jeszcze, że jesteśmy lekko wymięci psychicznie i fizycznie, albowiem Żółte jest dość absorbujące – zamęczyło już wszystkie nasze pozostałe psy, nauczyło się używać klamek u drzwi, ściągać patelnię z kuchenki (jak wyciągnie łapki to jest bardzo długą bagietką), skakać z balota na główkę (moją lub Małego Żonka), a my z kolei próbujemy nauczyć Żółte szeroko pojętej etykiety towarzyskiej, w tym kultury spożywania posiłków w towarzystwie innych psów, i tym podobnych rzeczy niesłychanych. Idzie nam całkiem nieźle, pieseczek jest bowiem niegłupi i chętnie się uczy, ale jest też wulkanem szczenięcej energii, a my, no cóż – my jesteśmy stare, leśne dziady.

PS. Zdjęć Małej Buki jest mało, bo siedziała u nas prawie dwa tygodnie i z nudów chodziła po ścianach (bałam się ją wypuścić na podwórko), więc większość zdjęć wyszła mi rozmazana, ale obiecuję napstrykać jej fotek z Kajtkiem (pani Żozefin już się o nią dopytywała, więc kilka dni temu odstawiliśmy Małą Bukę do domu).

PPS. Teraz już oficjalnie nienawidzę ludzi od WordPressa. Siedzą i grzebią przy tych szablonach jak kura w śniegu, i wygrzebują coraz gorsze dziwadła. GDZIE JEST OPCJA “wyjustuj tekst”, JA SIĘ PYTAM?! Najpierw była ikonka. Gdy ikonka zniknęła, dogrzebałam się do listy skrótów klawiaturowych, i z ulgą odkryłam kombinację “shift+alt+j”. Teraz ta opcja zniknęła z listy, skrót nie działa, jest druga w nocy, a Kanionek w rozterce. Zaprawdę powiadam Wam, ludzie WordPressa: kto dobre psuje, ten w piekle ląduje (i już my się tam policzymy).

1 2 3 174