Zepsuty okręg – zepsuty kandydat, czyli rosół z kur wielu

* * *

 

“Wiosna!

Idzie przez ciemny las,

wiosna!

Wiosna już woła nas…”

–  Kanioooonek! Kanionek!

 

A Kanionek w krzakach. Zamiata swoje problemy pod dywan, już się spore wybrzuszenie zrobiło, więc Kanionek usiadł na nim, żeby uklepać, i tak siedzi. To znaczy wiecie – tak mentalnie siedzi, bo fizycznie to tu się przecież nie da, przy tej setce roszczeniowych parasajtów, a gdyby policzyć kurczaki, to mówimy o ponad setce roszczeniowych pasożytów, no ale kurczaków to ja już nie liczę, bo ich dni są policzone, bo jestem na nie tak wściekła, ale to TAK WŚCIEKŁA, że ja już nawet nie planuję zakupu nabojów hukowo-błyskowych do mojego walthera, nie. Ja planuję zbrodnię z satysfakcją, i już to sobie wyobrażam, im więcej razy tym przyjemniej, jak to wchodzę którejś czarnej jak węgiel nocy do tego ich kurwidołka, znaczy kurnika, i jak im te cwańskie łepetynki zdradzieckie przy samej dupie ukręcam. I rosół, rosół widzę! Całe morze rosołu, ocean wręcz. Tak, będę żarła. Będzie mi spływał ten rosół po brodzie i łokciach, i choćby mi miał makaron nosem popłynąć – będę żarła. Bo to nie będzie taki zwykły rosół, taki ot, po prostu, rosół skurwielu (bardzo wielu, ha ha ha!), o nie. To będzie Rosół Zwycięstwa. Rosół Satysfakcji. Rosół Zemsty, Rosół Ostatecznej Zagłady! No. A wszystkie te karty w naszym oborowym kalendarzu, na których zechciałyście mieć kurczaki, będę ignorować w ponurym milczeniu. Albo szarą taśmą zakleję, jeszcze nie wiem. W każdym razie kurczaki mają u mnie przesraniutko, oj bardzo. Za to, że zamordowały mój ogród. ZAMORDOWAŁY.

Wy sobie pewnie myślicie, że Kanionek to zaraz przesadza, że jak to “zamordowały”, jak to tylko kury są, tak? No więc nie. Kanionek nie przesadza, a my tu nie o jakichś-tam-kurach rozmawiamy, tylko o zielononóżkach – kurach dzikich, plemionach nienażartych, potomkach tych kur, co je wikingowie na podboje nowych ziem zabierali, choć historia woli o tym nie wspominać, i ja tylko czekam, aż te kury nam chałupę spalą i Pacanka zgwałcą, bo mordować to dla nich pestka z masłem i fraszka tak prosta, jak jelito rozprutej jaszczurki. No więc tak jak mówiłam, cały ogród mi zamordowały. Rozgrzebały, wybebeszyły, do góry korzeniami wywróciły, a co było do zjedzenia, to zeżarły. Nie mam truskawek, nie mam szczypiorku z cebuli siedmiolatki, ani szczypiorku czosnkowego, ani zimujących porów, ba – nie mam już nawet kompostownika! Pozostał po nim łysy placyk, pracowicie kurzymi stópkami zadeptany, i ani jednej dżdżownicy. I pomyśleć, że ja tymi dżdżownicami, z tego latami budowanego kompostownika, karmiłam pisklaki tych wszetecznych potworów, kurczaczkom tym kochaniutkim pod dziobki je podtykając na zdrowie. NO NIE NA MOJE ZDROWIE, jak się okazuje.

Nerw mam już tak naostrzony, jak ten szpikulec do lodu. Jak tylko kątem oka złowię kurczaka w ogrodzie, to byle pierwszy z brzegu kij łapię i ganiam za tymi kreaturami, wyrazów nie szczędząc w zdaniach, ale bo to coś daje? Owszem, spierniczają klauny kolorowe co sił w tych zielonych nóżkach, ale nie myślcie sobie, że z jaką pokorą, czy innym “przepraszam”, o nie. Mordy drą aż do samej furtki, że “co to za porządki, my tu jemy śniadanie, tu są nasze święte robaki!”. “Wasze? WASZE?! To MOJE święte robaki są, na mojej krzywdzie wyhodowane, to JA im tu gnoju dwie tony taczką nawiozłam, i liście w lesie dla nich grabiłam! Workami na tych plecach tachałam! To JA te metry sześcienne ściółki, i gnojówkę z pokrzywy, i krew, i pot, i łzy!”. W tym miejscu mniej więcej to już mi tchu lekko brakuje, bo ja mam jednak tych lat czterdzieści i cztery, nie to co te kurze zasrańce ledwo z jajka wynikłe, i jeszcze słyszę, jak na odchodne burczą coś pod nosem, że “Jezu, jaka afera, o te trzy głupie robaki, chodź Krzysiek, niech się wariatka udławi”. No więc mnie już szlag z beszamelem oczy zalewa, a mózg czarną krwią podchodzi, i stoję nad zapaści przepaścią, bo jakie kurde trzy robaki!? Trzy tysiące chyba! A tymianek? A TRUSKAWKI? A szałwia i lawenda? Ogórecznik? A szczypiorek mój, w ząbek czesana jego nać? A wszystko inne? Do gołej ziemi i pół metra w głąb WSZYSTKO wygrzebane.

Więc mówię szczerze, że z kijem latam i nawet patykami w te kurczaki rzucam, i proszę uprzejmie, Państwo sobie donoszą do PIW-u, Animalsów, nawet na Policję – mnie to nie powstrzyma, bo po pierwsze – tymi patykami to i tak nie trafiam, a po drugie – jak oni przyjadą, ci Animalsi, to jestem pewna, że w pierwszej kolejności zajmą się MNĄ. W sensie, że o MÓJ dobrostan się zatroszczą, bo to na pierwszy rzut miłosiernego oka widać, że jestem przemęczona i obolała, a do tego stara, brzydka, i na granicy postradania zmysłów. Może mnie nawet pogłaszczą, wyczeszą, zaszczepią, dadzą przytulny kojec i miskę ciepłej strawy, i odtąd będę żyła długo i szczęśliwie?…

–  Ale wiesz – wymądrza się pod moim adresem Irena – że problem zignorowany to nie jest problem zniknięty?
–  No wiem.
–  Problem zniknięty? – Bożena wybałusza oczy. – A cóż to za konstrukcja?!
–  Kozia! – odpyskowuje Irena. – Kozia konstrukcja to jest, i MOŻE byś o tym wiedziała, gdybyś czuła choć elementarną solidarność ze swoim narodem, ale NIE, bo tobie jest wszystko jedno, czy we wsi mówią o tobie “koza Bożena”, czy mają cię za jakąś, za przeproszeniem, owcę!
–  Ty coś z tej wariatki rozumiesz? – Bożena patrzy na mnie z naukowym zainteresowaniem.
–  No rozumiem, rozumiem. Pewnie dlatego, że też mi piątej klepki brakuje.

Aha, aha! Niedawno oficjalnie dotarliśmy do końca wykotów, i teraz można nam gratulować – zero chorób, zero komplikacji, zero zgonów (wspominam o tym, bo okazuje się, że to wcale nie byle jaki wyczyn, jeśli chodzi o gospodarskie standardy hodowlane). Udało nam się kupić naprawdę dobre siano, kozy dostawały owies co drugi dzień (tak, ten owies, cośmy go jesienią z przyczepy do worków zsypywali. Nie chcę już nawet wspominać o tym, ile się trzeba naszarpać, żeby ponad dwadzieścia kóz bezkolizyjnie nakarmić owsem, bo na samo wspomnienie wszystko mnie boli), no i dwadzieścia kilogramów mieszanki witaminowo-mineralnej poszło tej zimy. I jabłka, com je własnoręcznie do piwnicy w skrzynkach znosiła. I inne warzywa od czasu do czasu. I jeszcze mnóstwo pracy i nerwów nam te kozy zjadły, ale warto było.

To wyżej to jest pyszne jak nie wiem co, zielone, oszałamiająco pachnące sianko. A teraz Wam jeszcze pokażę, jak ładnie Mały Żonek odgrodził kozi naród od tej mniejszej łąki (i od większej też, ale już mi się tam nie chciało iść i zdjęć robić), a to po to, żebyśmy mogli te siedemdziesiąt żarłocznych paszczy wypasać na zmianę – raz na jednej łące, raz na drugiej, żeby zielsko miało szansę się regenerować.

A tu seria zdjęć z maluchami. Zdjęcia kwietniowe, ale nic się nie zmieniło poza tym, że koziołki trochę urosły. Nie będę Wam pisać kto jest kim, bo nie oszukujmy się – nie zapamiętacie. Ja pamiętam i teraz już bez opasek na kozich nóżkach dokładnie wiem, który frędzel z którego wypadł łona, no ale ja tę szarańczę widzę codziennie. Codziennie z Małym Żonkiem wyłapujemy tych czterdziestu jeden rozbójników i rozmieszczamy po obu koziarniach tak, żeby każdy maluch spał ze swoją mamą, więc znamy te pchły na pamięć.

A tu córeczka Herbaty, która musiała zażyć kąpieli w naszej wannie, po tym jak zażyła kąpieli w minibagienku, które mamy za drewutnią. Minibagienko jest płytkie, ale wystarczyło na kąpiel po pachy, no i nie chodziło tylko o to, że córka Herbaty wyglądała po tej przygodzie jak brunatna kupka herbacianych fusów (bardzo smutna kupka fusów), ale przede wszystkim o to, że na kąpiel w bagienku wybrała sobie dzień chłodny i wietrzny, a od stania w kącie ze smętną minką to jeszcze żaden koziołek zbyt szybko nie wysechł, prawda, została więc wykąpana w wannie, w ciepłej wodzie, później wytarta ręcznikiem, a z resztek wody dosychała w kuchni. Meee!

PS. Znowu upiekłam wielki, pszenny, płaski chleb. Nazywał się “najprostszy pszenny chleb (zawsze i wszystkim wychodzi)”.

No chyba jednak nie taki on najprostszy, prawda? Ile niewinnych glutenów musi jeszcze zginąć w męczarniach, by ktoś wreszcie położył temu kres? I czy można się dobrowolnie ubiegać o sądowy zakaz zbliżania się do mąki?

No dobra, dwa dni później zrobiłam mniejszy bochenek, który nawet się udał:

Ale co z tego, że ładny, skoro w smaku do dupy. Jak czerstwa buła, do tego lekko słodkawa. A jeśli chodzi o kształt bochenka, to już wiem, dlaczego zazwyczaj wychodzą mi takie płaskie dyski. Otóż nie umiem składać chleba, nie umiem formować bochenka, nie umiem napiąć tej cholernej glutenowej siatki, i generalnie – NIE UMIEM, OK? Obejrzałam niezliczoną ilość filmików na youtube, począwszy od zaawansowanych instruktaży wyplatania francuskich warkoczy (czy jakoś tak; wybaczcie, to pewnie straszny wstyd, ale ja nie odróżniam precla od strudla, a bajgel to mógłby mi do oka wpaść, a i tak bym go nie rozpoznała), a kończąc na uproszczonych przekazach z gatunku: “dla opornych, jednorękich, ewentualnie nawet bezrękich, z ilorazem inteligencji zbliżonym do kostki drożdży”. Wydaje mi się, że jeden z tych filmów był wręcz zatytułowany: “Formowanie bochenka w trzech prostych krokach, w zwolnionym tempie. Jeśli teraz ci się nie uda, to może oznaczać, że nie jesteś człowiekiem, tylko – za przeproszeniem – kurczakiem”.

No i ja tak patrzę i patrzę, minuta po minucie, całymi godzinami, jak ten wąż na żabę w szuwarach patrzę, jak te panie i ci panowie uklepują ciasto chlebowe, coś tam zawijają, podwijają, rolują i napinają, i wydaje mi się, że to przecież takie proste, i ja już rozumiem o co w tym wszystkim chodzi, pojmuję ideę, chwytam konwencję, już łapię te kocie ruchy, już widzę jak wywijam tym ciastem w stylu nindża i tajczi, z lewa na prawo, z wierzchu na spód i z powrotem, i idę do kuchni, gdzie czeka moje ciasto, całe już pięknie wyrośnięte, i wywalam tę kulę na stół, sprzedaję jej kilka profesjonalnych, motywacyjnych ciosów z pięści (“and now we degas the dough…“), ciasto leży i nie śmie nawet pisnąć, bo już wie, kto tu jest panem, ja przyjmuję pozycję Han Dan Bu, i…

I nic. NIC już nie pamiętam z tego, co przed chwilą oglądałam. Szturcham ciasto, tak na zachętę, licząc na to, że może samo się jakoś ułoży, no wiecie, jak to w życiu, ale ono jeszcze głupsze ode mnie i ani drgnie. Ja mam nagle dwie lewe ręce i w głowie nic, poza tym sznurkiem, co uszy trzyma. Gniotę to ciasto jak trzylatek plastelinę, coś tam udaję, że zawijam, coś tam ściemniam, że formuję, moja siatka glutenowa wygląda jak używana siatka z Biedronki, czyli taka bardziej pomięta, niż napięta, za szóstym podejściem rzucam szesnastą wamacią i jebs!, ciasto do koszyka, bo już mi się sznurek w głowie pruje od nerwowego strzyżenia uszami. A strzygę niczym królik na miedzy, bo ja chyba zbyt nerwowa jestem na to całe sielankowe, wiejskie życie.

PPS. Śnił mi się jastrząb. Staliśmy z Małym Żonkiem przed domem i pokazywaliśmy go sobie palcami, a on wielokrotnie przelatywał nad podwórkiem, co chwilę pikując w dół żeby dorwać kolejnego kurczaka. TAKI PIĘKNY SEN, a tu nagle: “meee, łubudu, meee!” – z krainy sennych marzeń o zagładzie kurczaków wyrwał mnie tabun koziołków, które sobie właśnie otworzyły furtkę koziarni numer dwa, i wybiegły szabrować podwórko, i już były pod moim oknem, zdemolowawszy uprzednio przedłużenie rynny. I jak ja mam nie być nerwowa? Następny chleb cegłą będę formować.

PePSi. No wiem, wiem, że krótko i nie o wszystkim, co Was interesuje, ale jest grubo po północy, już mi trochę odjeżdża autobus z nerwicą i muszę iść do kuchni policzyć kurki od gazu. Tak z osiemset razy.

UWAGA

Można już zamawiać sery :)

Zwykłe i wędzone. Spleśniałych ani innych dojrzewających jeszcze nie robię, ponieważ temperatura w piwnicy jest dla nich wciąż o połowę za niska. Nie mówię też, że najprawdopodobniej nie będę mogła codziennie odpowiadać na maile i komentarze, tylko mówię, że NA PEWNO nie będę. I to nie dlatego, że już Was nie kocham, bo przecież oczywiście, że kocham, tęsknię, za grzechy żałuję. Po prostu nie wyrabiam się w czasie – samo dojenie zajmuje nam 5 godzin, sery robię codziennie, innej roboty też nam nigdy nie brakuje, a po dziesiątej wieczorem, gdy już mamy kozy zamknięte, często nie stać mnie na najmniejszy nawet wysiłek intelektualny. Tak się jakoś porobiło…