Mam horom koze, czyli jak zostałam blogerką modową oraz siano z kończyną i Ziokołek na bombie



„You’re a woman
I’m a man
this is more than just a game
I could make you feel complete
but you’re a woman who eats shit”

Tak, to jest sparafrazowany utwór „You’re a woman” grupy Bad Boys Blue z roku 1985. Wszyscy znają, ale mało kto pamięta autorów. Zanućcie w głowie choć raz, na cześć tej miłości niespełnionej, której na drodze do szczęścia stanęły różnice w upodobaniach kulinarnych, a jeśli nie wiecie o co chodzi, to przecież już Wam piszę:

Godziny wieczorne, ja jak zwykle tkwię w kuchni, coś tam kroję, coś tam mieszam, a nawet coś tam smażę, gdy z pokoju Małego Żonka dobiega mnie taki oto lukrowany, miodem ociekający i ciągnący się niczym krówka-ciągutka monolog:

–  Dlaczego Majączek jest taki śliczny? No dlaczego? Dlaczego ma taki słodki pyszczek, że człowiek po prostu nie wytrzymuje i musi go pogłaskać? I dlaczego Majączek tak mi teraz podaje tę futrzaną łapkę, i tak łepek przekrzywia, i wygląda jak wcielenie słodkiej niewinności?

(Ja nie widzę co się tam dzieje, ale mogę się domyślać, że Majka już wywija ogonem i przytupuje tylnymi łapami, bo Majka jest psem stworzonym do przyjmowania komplementów i pieszczot. Wchłania je jak gąbka wodę i robi się od nich jeszcze bardziej puszysta).

– Ja ci powiem, Majączku, dlaczego tak jest. Bo to jest taki majączkowy podstęp. Taka futrzana pułapka. Taka słodka zanęta, jak na karpia, wiesz? I człowiek się daje na to złapać, bo myśli sobie: mój Boże, taki śliczny Majączek, z takim mięciutkim futerkiem, taki ładny, taki grzeczny, taki kochany, no to chyba chodzące dobro jest, co nie? I bierze takiego Majączka do siebie, wiesz, przywozi go sobie do domku, i co się wtedy okazuje? No co? Że Majączek żre gówno. I że kopie dołki. Bardzo dużo dołków kopie Majączek. I morduje drzewka i krzaki. Tak właśnie jest, Majączku, gdybym sam nie widział, to bym nie uwierzył, no ale tak właśnie jest. No i co my z tym Majączkiem zrobimy? Co-my-znim-zro-bi-my?

(Sylabizowanie oznacza, że Majączek jest właśnie tarmoszony za spęczniałe od tych czułości futerko i zapewne wywija ogonem jak helikopter śmigłem i zaraz całkiem odleci, i kompletnie w nosie ma zagadnienie „co my z nim zrobimy”, byle ta chwila trwała i trwała. Ja się niestety nie dowiaduję, co my z tym Majączkiem zrobimy, bo akurat dzwoni telefon).

– – – – – – – –

–  Wyszło osiemnaście dużych placków i wujek z Kanady zmarł – anonsuję małżonkowi pół godziny później, o dwudziestej drugiej minut trzydzieści.
–  Że jak?! Możesz powtórzyć? – małżonek odwraca się od monitora.
–  No mówię, że placków osiemnaście i wujek z Kanady wziął się i umarł.
–  Od tych placków…? – pyta słabym głosem małżonek i dziwnie mruga oczami, jakby mu się zakurzyły.
–  No jak od placków, jak je dopiero usmażyłam, a zmarł podobno już miesiąc temu, tylko nikt nam o tym nie powiedział!
–  Ahaaa! – lico małżonka rozjaśnia promyk nadziei, że jeszcze nie zwariował. W przeciwieństwie do mnie, bo ja to wiadomo, że już dawno.  – Czyli ten twój wujek, co mi kiedyś o nim opowiadałaś, to zmarł, a placków ziemniaczanych zrobiłaś osiemnaście?
–  No tak. Mówiłam ci, że sporo tego wyjdzie.
–  No szkoda.
–  A nie, nic się nie martw, bo się przecież zamrozi.
–  Po miesiącu?!
–  Rany boskie, toż ja o plackach…!
–  Aaa, a ja o wujku. Wujka szkoda.
–  Ano szkoda.

Wujka Z Kanady, bo tak o nim zawsze w domu mówiliśmy, widziałam po raz pierwszy i ostatni jakieś trzydzieści lat temu, gdy przyjechał do „nowej Polski”, zobaczyć się z rodziną bez strachu, że już go stąd kochane władze nie wypuszczą. Miałam te śmieszne naście lat, w życiu człowieka z zagranicy nie widziałam, więc się z miejsca w wujku zakochałam, bo był taki inny – opalony, uśmiechnięty (wtedy w telewizji nie było jeszcze reklam i na pewno nikt się w niej nie uśmiechał, a na ulicach każdy pilnie patrzył w chodnik), spokojny jakiś taki, bez nerwowych tików i zmarszczek na czole… Miał najprawdziwsze dżinsy, takie przylegające do ciała, tiszerty z napisami po angielsku i buty jak z westernu, i miękki, ciepły głos. I żonę miał piękną, elegancką niczym księżna Diana, i córkę Patrycję – siedmioletnią, blondwłosą księżniczkę.

Koniecznie chciał się przejechać polskim tramwajem, pochodzić po ulicach, popatrzeć, powspominać. Nie pamiętam, jak długo był w Polsce, może tydzień, ale większość czasu spędził albo pijany, albo na kacu, bo rozumiecie – dawno nie widziany syn, brat, wujek, i kim tam jeszcze dla kogo był, to wymagało morza wódki i wielu kilogramów śledzi i jajek w majonezie, i pamiętam, jak na krótko przed powrotem do Kanady siedział taki wymęczony, skacowany u nas w kuchni, i płacząc przepraszał moją Mamę, że „Lilka, nie mam dla ciebie dolarów. Nie wiem, jak to się stało, ale temu dałem, owemu dałem, tamtym dałem, bo na remont potrzebowali, i już nic mi nie zostało. Ja cię tak bardzo przepraszam, ty się tyle napracowałaś przy tym całym jedzeniu, ty jesteś dobry człowiek, Lilka, a mnie jest tak okropnie wstyd…”. I pamiętam, jak moja Mama też się rozpłakała, że „co ty opowiadasz, Zbyszek, przecież ja niczego od ciebie nie oczekiwałam, masz tu chusteczkę, chcesz tabletkę od bólu głowy, a może herbaty ci jeszcze zrobić?”. I wszyscy byli w tej kuchni smutni i zasmarkani, a ja wyglądałam zza winkla, chłonąc oczami jak spodki każdy kawałek Wujka z Kanady, który był kosmitą i moją pierwszą, platoniczną miłością. I gdy mnie w końcu Wujek zauważył, zmieszał się jeszcze bardziej i rzekł: „Ania, dzieciaku, nie patrz tak na mnie, bo ja dzisiaj nawet człowieka nie przypominam”.

Przypominałeś, Wujku. Byłeś prawdziwym człowiekiem, i choć krótko Cię znałam – wiem, że miałeś dobre serce, i co do mojej Mamy też się nie pomyliłeś. Ludzie z sercem patrzą w serce, i lepiej niż oczami widzą drugiego człowieka. Śpij spokojnie, Wujku z Kanady.

————-

A tymczasem u nas: przyjechała pierwsza transza balotów siana.

Pod koniec sierpnia czterdzieści, a drugie tyle dojedzie we wrześniu. I jeszcze słomy ze dwadzieścia. W sumie sto balotów, czyli podwórko północne na dobrą sprawę przestanie istnieć, ale ja jestem szczęśliwa, i to tak szczęśliwa, że aż trzy dni z rzędu nie bolała mnie głowa, bo wiem, że kozom głód nie zajrzy w oczy w środku zimy. No więc jestem szczęśliwa, ale cośmy się znowu za tym sianem najeździli, naoglądali i namartwili, że znów będziemy się tak bawić w „znajdź dobre siano” do listopada, to nasze. A wiecie, że ludzie tutaj na koniczynę mówią KOŃCZYNA? I za każdym razem, gdy ktoś mnie pyta, czy ja chcę siano zwykłe, czy z kończyną, to ja widzę te baloty, równiutko w rzędach ustawione, a z każdego sterczy wycelowana w niebo męska noga, obowiązkowo w gumofilcu, i ja wtedy odruchowo chcę powiedzieć, że absolutnie nie, kończyny proszę sobie zostawić, ja wolę bez, no a przecież wiem, że kozy to jednak wolą z.

No to tyle śmiesznych historyjek o sianie, przejdźmy do spraw poważnych jak sam Kanionek. Pamiętacie jak obiecałam, że pokażę Wam spodnie od Ewy z Łodzi, znane szerszej grupie społecznej jako „spodnie Barbarelli”? No to ten dzień w końcu nadszedł, i był to dokładnie ostatni dzień sierpnia, a ponieważ nie mam czasu chodzić na balety, to poszłam na baloty i przy pomocy kilku wizażystów, którzy co chwilę do mnie doskakiwali, by poprawić mój makijaż lub wyprostować fałdkę na odzieży, zrobiłam sobie taką sesję zdjęciową:

W sesji udział wzięli:

  • Pasztefon, Laser, Pusiołak – wizażyści
  • Okulary przeciwsłoneczne za 20 zł i nasz jedyny, stary parasol – rekwizyty modelki
  • Odzież zachodnia, czyli dwie bluzeczki po siostrze męża mojej siostry
  • No i gwiazda wieczoru, czyli spodnie od Ewy!
  • No i niby ja, ale po co to o tym wspominać.

Fotografował Mały Żonek.

Nie wierzcie więc tym, co zgryźliwie plotą, że Kasia Tusk zrobiła karierę dzięki forsie swojego ojca, bo przecież widać wyraźnie, że karierę blogerki modowej można zacząć i zrobić z byle czego. To znaczy JA WIEM, że bez spodni od Ewy to nie byłoby to samo, bo jednak stara baba bez spodni na balocie to nie ten rodzaj mody, jaką chcielibyśmy oglądać, ale MIMO WSZYSTKO.

No i to była blogerka modowa, a teraz przed Państwem jej brzydsza siostra, Owsiana Baba, w kręgach naukowych zwana Wołem Zbożowym:

Pięć ton owsa przepakowaliśmy rurą do worków (każdy po 45 kg, zważyliśmy kilka dla porządku), z przyczepy, którą wspaniałomyślnie zostawił nam sprzedawca na kilka dni.

Na początku to ja siedziałam w przyczepie i ładowałam ziarno szufelką do lejka (lejek z butelki po wodzie mineralnej, szufelka z butelki po wodzie demineralizowanej – wiem, fascynujące), a małżonek stękał, że worki ciężkie, choć i tak było łatwiej niż w latach ubiegłych, bo skonstruował taki oto „wózek paletowy” (paletowy, bo zrobiony z połowy palety drewnianej, wyproszonej przez Kanionka w sklepie budowlanym):

No więc ja szufelkowałam do rury, małżonek ładował worek na wózek i wyładowywał w Różowym Pokoju, ale dajcie spokój, ja po trzydziestu workach miałam już zaawansowaną pylicę płuc (ziarno ZAWSZE pyli, chyba że jest mokre) i jedną parę szkieł kontaktowych w takiej panierce, że musiałam je wyrzucić, więc pozazdrościłam małżonkowi pracy na dole i zażądałam zamiany ról. Małżonek prychnął, że chyba zwariowałam, ale skoro tak bardzo chcę, to proszę bardzo, no i PROSZĘ BARDZO, pozostałe sześćdziesiąt pięć worków zrobił Kanionek i niczego nie żałuje. Wolę raz na pięć minut dźwignąć te pisiąt kilo, niż szufelką odmierzać ziarna oceany, bo to jest nie wiem nawet ile ruchów ramieniem (ale można łatwo policzyć, jeśli się przyjmie, że do szufelki wchodzi około dwóch kilogramów ziarna), że już nie wspomnę o nagarnianiu zboża „pod rękę” i atomowym grzybie pyłu.

Pierwsze trzydzieści worków zrobiłam normalnie, czyli boso, ale później zmęczenie wzięło górę nad refleksem i koordynacją ruchów, i gdy sobie po raz trzeci wjechałam obciążonym wózkiem na stopę to sięgnęłam po narzędzia robocze, czyli paskudne kalosze. Wózek fajna rzecz, ale musiał pokonywać progi, więc zdarzało się, że wózek podskoczył i przejechal, a worek już nie, bo się zsunął:

I takiego denata trzeba już było dociągnąć do celu stylem po podłodze. W ogóle worki na zboże to powinny być jakoś inaczej wymyślone, ale postęp cywilizacyjny je ominął i nadal są wiotkie i trudne w obsłudze, a ziarno jest jak woda – wleje się w każdą wolną przestrzeń, a worek się wtedy krzywi i przechyla, i chwila nieuwagi wystarczy, żeby osunął się niczym mdlejąca królowa angielska, a kto kiedyś próbował angielską królową podnieść z podłogi ten wie, że sprawa jest problematyczna, bo to nie wiadomo za co złapać, żeby nie zrobić gorzej. Może w przyszłym roku małżonek dobuduje do wózka jakieś burty, w tym jedną uchylną, i będzie się taki worek zaczepiać o krawędzie u góry, bo jak tak będziemy czekać aż postęp cywilizacyjny dogoni naglące potrzeby biednych małorolnych, to nam plecy w krzyżach popękają, a się nie doczekamy, prawda.

Wyszło nam tych worków prawie sto, ale nadal nie wiemy ile dokladnie, bo po każdym liczeniu wychodziło inaczej. A w oczekiwaniu na te oferty, co się niebawem posypią od światowej sławy dyktatorów mody (nie dla Owsianej Baby, tylko tej z pierwszej sesji zdjęciowej, chociaż kto wie – moda dzisiaj coraz dziwniejsza), robię sobie eksperymenty z serem, i tak oto przed Państwem ser „Pijany Ziokołek”:

Tak, on ma tak dziwnie wyglądać. To był bardzo wymagający i pracochłonny ser, więc pod koniec wielogodzinnej pracy obydwoje mieliśmy ochotę się napić, przy czym ja wypiłam tylko łyczek mojego wina marki „Jeżynowy Karambol”, a on wytrąbił resztę. Przy okazji – wino pyszne, choć ciut za słabe, no ale ma to taką zaletę, że można wypić więcej, o czym może Wam kiedyś opowiedzieć mój ser, bo ja to praktycznie tylko korek possałam (takie poświęcenie!). On sobie teraz śpiewa szanty w piwnicy i będzie tak śpiewał do listopada, a ja Wam powiem, że gdy tak sterczałam godzinami nad garem i mieszałam ten cholerny ser, to przeklinałam siebie i swoją nieuwagę, bo przy pierwszym czytaniu przepisu i zliczaniu całkowitego czasu potrzebnego na jego wykonanie jakimś cudem umknęło mi kilka godzin i ser skończyłam o drugiej w nocy. I wtedy myślałam, że to najbardziej wymagający ser na świecie, ale zmieniłam zdanie przy Gorgonzoli.

To znaczy umówmy się, że nie zrobiłam prawdziwej Gorgonzoli (Włosi sobie zastrzegli tę nazwę i mogą jej używać tylko niektóre włoskie prowincje), bo ten ser robi się z krowiego mleka, no ale jakoś muszę go nazywać, prawda? Ser robiłam według pradawnego przepisu wywodzącego się z północy Piemontu, gdzie nazywają go „del Nonno” (czyli Serem Dziadów; w sensie, że ojców ojców, a nie że brudnych włóczęgów), a różni się tym od współcześnie produkowanej Gorgonzoli, że na jego wykonanie potrzeba dwóch rodzajów skrzepu, z których każdy przygotowuje się innego dnia. No i wszystko fajnie – pierwszy rodzaj skrzepu, ten zakażony kulturą „niebieskiej” pleśni (Penicillium Roqueforti), wisi sobie w chuście serowarskiej i przez całą noc oddaje serwatkę, aż zrobi się zbity i dość twardy, a na drugi dzień robimy ten drugi skrzep, który ma być mięciutki, ale sprężysty (całe wieki stania przy garze i powolnego mieszania) i nie zawiera pleśni, a najlepsze zaczyna się wtedy, gdy trzeba te dwie masy połączyć. Nie, nie poprzez mieszanie.

Przepis mówi, że Skrzep Dnia Pierwszego (SDP, czyli ten z niebieską pleśnią) ma się znaleźć w środku formy, ale uwaga – zewsząd otoczony Skrzepem Dnia Drugiego (SDD), czyli tym miękkim i bez pleśni. Czyli w pewnym sensie krokiecik taki to ma być, czyli jeden skrzep nadziewany drugim. Kto pracował z mlekiem w celu otrzymania sera ten może sobie wyobrazić, jak ciężko coś takiego zrobić, bo skrzep serowy to nie jest gips ani plastelina, on się kupy nie trzyma, ani nie daje w rękach modelować, tylko się rozpada i sobie leży w takich rozmemłanych kawałkach, z których cieknie serwatka. Poradziłam sobie w ten sposób, że na dno formy nałożyłam grubą warstwę SDD (trzeba pamiętać, że on zmniejszy swą objętość o co najmniej jedną trzecią podczas ociekania w formie), a do mniejszej formy napakowałam SDP. I potem na środku tej warstwy SDD ustawiłam do góry nogami formę z SDP, formę obłożyłam warstwą SDD, szybko wyjęłam foremkę i jeszcze podociskałam i powtykałam po bokach więcej SDD, no i na wierzchu ułożyłam z niego czapeczkę. Skrzep Dnia Pierwszego został zamknięty w grubej panierce Skrzepu Dnia Drugiego. Tak to wyglądało przed nałożeniem czapeczki:

A tak wyglądały sery okutane w chusty, już w formach:

Później było solenie, które trwało łącznie pięć dni, a przepis kazał solić tak: pierwszego dnia 50% należnej porcji soli (należna porcja to 4% całkowitej masy sera), trzeciego dnia 30%, piątego dnia 20%.

I to wszystko w temperaturze pokojowej, a po zakończonym soleniu sery muszą leżakować w temperaturze 11-13 stopni Celsjusza, przy wilgotności 97%, trzeba je odwracać każdego dnia, a po około dwóch tygodniach przebić każdy krążek ostrym, stalowym szpikulcem z jednej strony, a po kolejnych pięciu dniach – z drugiej. Tutaj dwa przykładowe sery po około dziesięciu dniach leżakowania w piwnicy (już widać trochę pleśni):

A tutaj krążki podziurawione z jednej strony:

I tu Państwu wyjaśnię, dlaczego te sery robi się z dwóch różnych skrzepów. Otóż Skrzep Dnia Pierwszego, ten który jest w środku krążka, ma inną od SDD strukturę, mianowicie taką, że pomiędzy cząstkami skrzepu uwięzione zostaje powietrze (bo skrzep jest dość suchy i twardy, ale dzieli się go poprzez rozrywanie na mniejsze kawałki, a Gorgonzoli się nie prasuje, więc nie ulega on nadmiernemu scaleniu), i w tych właśnie korytarzach wolnych przestrzeni ma się rozwijać niebieska pleśń, a ponieważ pleśń potrzebuje tlenu, to przebija się ser w kilkunastu miejscach ostrym i dość grubym szpikulcem, żeby ten tlen w głąb sera doprowadzić.

I później to już tylko trzeba przewracać te krążki codziennie i pilnować, żeby skórka nie zrobiła się zbyt mazista (w razie czego zmniejszyć poziom wilgotności), i po zaledwie czterech miesiącach można zjeść ten cholerny ser. Łatwizna. Jeśli ten ser mi się uda, to będzie kosztował milion złotych za uncję (sobie sprawdźcie, ile to uncja. Ja co chwilę przeliczam fahrenheity na celsjusze, galony na litry, kwarty na kilometry i minuty na fiaty Punto, i już mi się od tego we łbie miesza).

Zrobiłam też sobie „ser szwajcarski” (a wiecie, że w Szwajcarii żaden ser nie nazywa się „szwajcarski”? Ale to kolejna długa historia), z tego przepisu: http://www.cheesemaking.com/SwissBaby.html

Nazywa się „Baby Swiss” i waży tyle, co porządne niemowlę, czyli 3,5 kg. To jest ser, który ma wyhodować duże dziury, a to dzięki dodatkowi bakterii Propionic shermanii, i żeby te bakterie się dobrze czuły i efekt wielkich oczek był wyraźny, to ser powinien być jak największy. W Szwajcarii toczą jakieś monstrualne emmentalery (po pisiąt kilo krążki, czy raczej kręgi – spójrzcie tutaj, na jednym zdjęciu ser waży chyba więcej niż facet, który przy nim stoi: https://www.emmentaler.ch/en/why-emmentaler), ale ja nie mam tak dużej formy, i nawet tego maluszka musiałam formować w garnku, a w kwestii prasowania to się już nawet liczyłam z tym, że będę musiała na nim całą noc siedzieć, no ale jakoś sobie poradziłam – wiadro z wodą, a w wiadrze kupa żelastwa, które do rana trochę zardzewiało, i wyszło tego obciążenia około 25 kg. To znaczy żebyśmy się dobrze zrozumieli: nie stawia się wiadra bezpośrednio na serze. Ser w formie (a w tym przypadku w garnku) zawinięty jest w chustę serowarską (ja zwykle używam celulozowych jednorazówek), a na wierzchu kładzie się tzw. follower (po polsku to nie wiem, popychle?), i na to popychle naciska prasa serowarska, a w moim przypadku wiadro z żelastwem, a samo wiadro włożyłam jeszcze w jednorazowy worek plastikowy (taki jak do kiszenia kapusty). No.

Na końcu popełniłam błąd, bo po prasowaniu wyjęłam krążek z garnka i on do rana trochę siadł i się rozlazł na boki:

Proces dojrzewania tego sera jest o tyle skomplikowany, że temperaturę i wilgotność zmienia się kilka razy, i są to różnice dość znaczne – przez pierwsze trzy tygodnie po soleniu (17 godzin w solance!) trzymamy ser w trzynastu stopniach, potem przez około miesiąc w temperaturze pokojowej (to jest etap kluczowy dla tych bakterii produkujących dwutlenek węgla), a później od kilku do kilkunastu tygodni w jedenastu stopniach, a najważniejsze jest to, że nie można tego sera zawoskować dopóki nie wykształcą się w nim dziury, i trzeba go codziennie przecierać lekką solanką, żeby skórka była piękna i gładka jak pupa niemowlęcia (Baby Swiss!) i aby pleśń się jej nie imała.

Zrobiłam też eksperyment według własnej, nowej receptury, i to jest jedna wielka niewiadoma, co z tego wyjdzie:

W planach mam jeszcze arcyciekawy ser Belper Knolle (też szwajcarski), który wygląda jak trufla (ale to jest eufemizm; sprawdźcie sobie w internecie, że ten ser tak naprawdę wygląda jak kurze gówno w lesie) i podobno jest najnowszym światowym hiciorem (tak, oczywiście, że nigdy o nim nie słyszeliście, bo to jest najnowszy światowy hicior dla bardzo wąskiej grupy społecznej, czyli psychofanów sera, oraz dla tak zwanych curd nerds, czyli ludzi którzy nie mają życia osobistego i dziurę w swoim smutnym sercu zatykają wonną gomółką własnoręcznie ulepionego cheddara). Będę go robić również według oryginalnej receptury (bo jak czytam na niektórych polskich stronach, że wszystkie sery robi się ze zsiadłego mleka, albo że Belper Knolle obtacza się w pieprzu PO OKRESIE DOJRZEWANIA, to mam ochotę napchać sobie chusty serowarskiej do oczu i zalać solanką), tylko czekam na te kilkanaście litrów wolnego mleka.

(I Państwo sobie nie myślą, że ja to się taka mądra zrobiłam, że aż złośliwa; ja po prostu uważam, że nie znam się kompletnie na niczym, i dlatego czytam i wielokrotnie sprawdzam i się uczę, i nadal jestem w lesie, a niektórzy uważają, że znają się na wszystkim i rozpowszechniają takie banialuki, że jak się je czyta, to z mózgu przez uszy wycieka serwatka, choć autorzy takich blogów nie odróżnią serwatki od maślanki, ale DOBRA, już przestaję).

A teraz, żeby odwrócić Państwa uwagę od wrednej natury Kanionka, taka ciekawostka ze świata nieskażonego serami:

Dom Norymberski w Krakowie. Państwo sobie teraz myślą, że co za niekurturarna świnia wywiesiła śmieci za okno, a tu niespodzianka! Bo to sztuka jest, jak najbardziej nowoczesna, i nie żadne odpady błagające o recykling z litości, tylko INSTALACJA. Instalacja instalacji kosztowała ponoć tysiąc pięćset złotych, choć niektóre źródła z wypiekami na tyłku podają, że pół miliona, no ale w takie coś to nawet Żozefin by nie uwierzyła. Najlepsza zaś, najsmakowitsza w tym wszystkim jest wizja artystki, która idzie tak (cytując za partymap.pl):

Instalacja „Wodospad” Elizabeth Thallauer to abstrakcyjne masy wody, które wytryskują z budynku i zdają się spadać na ulicznych przechodniów. Kolejne warstwy tej pracy powstawały – jak pisze artystka – w długim, prawie medytacyjnym procesie. Przetworzona i odpowiednio ukształtowana biała oraz niebieska folia, lekka i zwiewna układa się w opadające po ścianie fale, poruszane najlżejszym podmuchem wiatru. Towarzyszące temu ruchowi wizualne oraz akustyczne efekty stworzą wyjątkowy i intrygujący obiekt, będący zarazem niezwykłym, wielkoformatowym obrazem.

Woda odgrywa w koncepcji tej pracy symboliczną rolę nośnika, który łączy wnętrze budynku z jego otoczeniem. Z drugiej strony tytułowy wodospad jest swego rodzaju kurtyną oddzielającą od siebie dwa światy: ten ukryty za ścianami kamienicy i ten otwarty w ulicznej przestrzeni. Instalacja umieszczona na fasadzie Domu Norymberskiego zmieni nie tylko jego wizerunek, ale także obraz miasta, zadziwiając przechodniów swoją zaskakującą obecnością w takim nieoczekiwanym miejscu„.

Zaiste, swoją zaskakującą obecnością w takim nieoczekiwanym miejscu!

Ludzie od wieków podziwiali dzieła tworzone przez naturę. Próbowali ją naśladować i czerpać z niej inspirację, i powiem Wam, że coś w tym jest, że tylko oko artysty potrafi dostrzec sztukę w zwykłych obrazach dnia codziennego, w czysto losowych konfiguracjach pozornie nieatrakcyjnych obiektów, bo się okazuje, że JA TEŻ miałam u siebie taką instalację, dokładnie w ubiegłym roku, gdy wiatr zerwał czarną folię z balotów siana i rozwiesił ją na drzewie, tuż pod moim nosem, a ja się nawet nie zorientowałam, że mam na podwórku kawał sztuki! Pamiętam jeszcze, że padał wtedy deszcz, a moje niemuzykalne ucho wiejskiego abderyty NIE USŁYSZAŁO tych efektów tworzących wyjątkowy i intrygujący obiekt, a oko nieobytego aroganta nie dostrzegło niezwykłego, wielkoformatowego obrazu. A był wielkoformatowy, bo to folia osiem metrów na sześć! Mogłam na to sprzedawać bilety i zrobić sobie portFOLIO, czy coś, to nie, zaprzepaściłam kolejną życiową szansę. Przeminęło z wiatrem, jak wspomnienie po grochówce.

(Myślicie, że jak ktoś się złośliwym urodził, to mu tak łatwo nagle przestać? Ale się staram, naprawdę, i NIC nie napiszę o ŚWIEŻAKACH).

To może kilka zdjęć ze szklarni i ogrodu (oczywiście, że nieaktualnych):

Tak, pieczarki to ze szklarni. Zdarzało mi się wyrzucać tam odpadki z kuchni i musiałam zarazić ściółkę grzybnią z jakiejś starej, zleżałej pieczarki sklepowej. Teraz pieczarek jest jeszcze więcej, przegapiłam najlepszy moment na zbiór i są wielkie jak kowbojskie kapelusze. Być może zainteresuje Państwa jeszcze taka informacja, że bardzo lubię młody czosnek. Taki świeżo wyciągnięty z ziemi i obrany ze skórki jest gładki, błyszczący i szklisty jak mleczaki przedszkolaka:

I soczysty i chrupki. Małżonek mówi, że kobieta, mężczyzna i czosnek to jest najgorszy trójkącik jaki można sobie wyobrazić, więc zostałam się sama ze swoim przychówkiem, a mam tego pięćset główek i może bym się nimi nawet obłożyła, ale to już obiecałam korzeniowi żywokostu. A wiecie, że na czosnku też można zrobić nalewkę? Z miodem, oczywiście. Na zdrowie.

Saga rodu Ziemniaków już mi się nie zmieści, bo i tak powiecie, że wpis długi i nudny jak pęto sera salami, a jeśli chodzi o tytułową „horom koze” to owszem, w końcu się zebrałam i napisałam na Forum o tym niezwykle ciekawym (dla hodowców kóz) teście na zapalenie wymienia. Koziego, krowiego, a kto wie, może i ludzkiego, ale nie miałam jak sprawdzić: https://kanionek.pl/forum/showthread.php?tid=85&pid=1280#pid1280

PS. Moje „strzelające jabłko”, z przyszczepionej w ubiegłym roku gałązki, dojrzało:

Moje pierwsze dziecko z probówki. Aż żal zjeść!

PPS. Na koniec „łamiąca wiadomość”: pada i pada i przestać nie może, już od tygodni.

Ale teraz to przegięło. Staw wyszedł z siebie i zmierza na nasze podwórko, kulturalnie, przez furtkę:

Łąki zamieniają się w jeziorka:

A z dzikich jabłek można ugotować zupę w terenie:

Kozy na diecie siano-owsianej z każdym dniem dają coraz mniej mleka i nudzą się w koziarni jak mopsy.

Małżonek już obmyśla nowe plany biznesowe („kup pan kajak na grzyby, podbierak do borowików gratis!”), a ja na pocieszenie mam prawdziwie ukraiński barszcz ukraiński, z młodych buraków (kto późno sieje, ten ma młode buraki w połowie września, ha ha):


(tylko nie mówcie, że jesteście zdziwieni, że to już koniec)

Cudze chwalicie, swego nie widzicie, czyli o łowach w rowach i dlaczego pójdę do piekła

Jesień zagląda już do ogrodu, przekwitają ostatnie sałaty na śmierć przez wszystkich zapomniane, pękają w szwach przegapione cukinie, i łodygi zbyt gęsto wysianych nagietków pokrywają się białym meszkiem leśnej pleśni. Jesień nocami podchodzi już pod sam dom, liże okna, zostawiając na szybach srebrzystą mgiełkę. Skulony w okiennej wnęce pająk strzepuje z długich nóg nad ranem te październikowe krople zimna i mruczy: kurde, ale żeby tak w sierpniu…?

Po brodzie cieknie pomidorowy sok, w kuchni znów pachnie suszonymi ziołami, a w sieni aromat tysiąca główek czosnku miesza się ze słodką wonią nagrzanych słońcem papierówek. Jesień już niesie grzyby i jarzębinę, już inaczej krzyczą nad ranem żurawie, na do widzenia, na do widzenia… Wiecie, ile owoców jarzębiny wchodzi na jeden kilogram? Około dwa tysiące sześćset. Tak, pory roku się zmieniają, ale u nas wszystko po staremu. I nie dziękujcie, że ja to dla Was policzyłam i teraz Wy już nie musicie – poświęcenie dla dobra ludzkości jest u mnie odruchem naturalnym.

.

 

–  A słyszałaś, co ON ostatnio mówił Kanionkowi? Słyszałaś?
–  No co mówił?
–  Mówił, że był w sąsiedniej wsi, i pod sklepem spożywczym zaczepiła go jakaś Karyna z dzieckiem, i cała była ucieszona, że ona właśnie niedawno wybrała się na spacer z dzieckiem po lesie, i pokazała temu dziecku „te pana owce”. A ON ją zapytał jakie owce, a ona mu na to, że no te wszystkie owce, co pan tam ma w tym lesie, takie kolorowe, dziecku się BARDZO podobały.
–  No i?
– No i ty jeszcze pytasz?! Toż to się teraz rozprzestrzeni jak zaraza, to się rozejdzie szerokim kręgiem szeptanej propagandy, że my wszystkie jesteśmy owce! Rozumiesz?! Owca Bożena, owca Irena…
–  A widziałaś kiedy owcę z brodą i rogami? No więc NA PEWNO nie „owca Bożena”. Za to ty to i owszem, nawet trochę wyglądasz – dzwonki masz, a owce chodzą z dzwonkami, łeb łysy, no i w ogóle wyglądasz trochę jak ostrzyżona, trędowata owca, bo przecież masz te plamy…
–  O świnio ty! – Irena aż wypluła smakowity kwiat koniczyny. – Nic ci więcej nie powiem. W ogóle nie gadam z tobą. Odchodzę i nie wracam, patrz jak idę.
–  I tak zaraz wrócisz, bo niby komu będziesz opowiadać te wszystkie plotki – konstatuje ze spokojem Bożena.
–  NIE WRÓCĘ! – krzyczy zza zakrętu Irena, krocząc sztywno z dumnie uniesioną głową, gdzieś mniej więcej na wschód.
–  Tajasne, policzę do trzynastu i zaraz będziesz z powrotem.

.

A jednak Bożena się pomyliła, bo doliczyła nawet do stu trzynastu, i dalej to już jej się trochę zaczynało mylić, a Irena nie wróciła. I gdybym się akurat do szklarni nie wybrała, to nie wróciłaby pewnie i do wieczora, bo jak zwykle, jak co roku, jak prawie każdego tygodnia, utknęła:

Tak, to jest ta najmądrzejsza, wszystkowiedząca i wszystkim dobrze radząca koza, co po raz setny dała się złapać w siatkę na własnym podwórku.

.

A teraz spójrzcie, drogie dzieci, co sobie mamusia przygruchała:

Sliczne, prawda? NIE MAM POJĘCIA, CO TO JEST. Czaiłam się na to zielsko już od lipca ubiegłego roku – rośnie w niektórych przydrożnych rowach, zwłaszcza w tych, co nie są gorliwie golone do gołej ziemi (czyli, zasadniczo, przy gorszych drogach, takich posklejanych łatami asfaltu we wszystkich odcieniach szarości, po których poruszam się tylko ja, ciągnik rolniczy Cześka zza miedzy i jedna kulawa krowa), a gdy jest tego więcej, to z daleka wygląda jak łan lawendy, tylko że jest dużo wyższy. No ale nie jest to lawenda, a weź tu teraz człowieku szukaj nazwy gatunku wśród setek tysięcy tychże (muszę zajrzeć na bloga Aniki, może już zidentyfikowała delikwenta), a co jeden to do drugiego bardziej podobny. No w każdym razie czaiłam się, czaiłam, i nigdy nie było okazji pobrać sadzonek, bo jak jadę z małżonkiem to wiadomo, strata czasu i coś ty Kanionek znowu wymyślił, no a niedawno nadarzyła się okazja, że jechałam sama do Młynar i zrobiłam akcję kamikadze: zatrzymałam Gwiazdolota w pozycji okrakiem (czyli trochę na drodze, a trochę na trawiastym poboczu), włączyłam awaryjne, przebiegłam na drugą stronę jezdni, poparzyłam stopy pokrzywami, pokonałam zasieki z jakichś kolczastych krzaków, wyrwałam pęczek zielska z rowu i do bagażnika, po czym odjechałam, tak jakby masło nie topiło mi się w pysku (czyli jak gdyby nigdy nic).

Przez jedną noc bryła korzeniowa sadzonki moczyła się w wiadrze, a na drugi dzień wetknęłam ją przy jabłonce w ogrodzie, w bliskim sąsiedztwie ławki wierzbowej, bo nie miałam lepszego pomysłu. Trochę się spóźniłam ze zrobieniem zdjęcia, bo kwiatki już zaczynały więdnąć, ale jeśli te wiechcie mi się rozmnożą, to któregoś roku pokażę Wam, jak ładnie ta roślina wygląda w grupie. Tak, wiem że to nudne, a dalej będzie tylko gorzej.

Statystyki mówią, że najwięcej wypadków zdarza się w domu i blisko domu, i jeśli nigdy nie mieliście żadnego wypadku blisko domu i zastanawiacie się, kto tak winduje te idiotyczne dane, to już Wam mówię. Wstaje sobie Kanionek rano, nastawia kawę w blaszanej kawiarce i człapie do garażu, żeby drobiowi ziarna w międzyczasie rzucić, i gdy drzwi tego garażu otwiera, to błędnik Kanionka postanawia rzucić Kanionkiem znienacka w lewo, i Kanionek leci w to lewo i z całym impetem nadziewa ramię na ostro zakończoną zasuwę.

Tak, TAKI siniak i trochę zdartego naskórka, ale to jeszcze nie koniec. Rzuca Kanionek to ziarno do stóp niewdzięcznego drobiu, aż tu nagle, ni z tego, ni z owsianego, ten potwór gąsior dziabie Kanionka w łydkę! Tak po prostu, za darmo, bo chce i może:

Bolało jak diabli, no ale nie czas żałować łydki, gdy tam już pewnie kawa kipi na kuchenkę, więc wraca Kanionek do domu i zasiada przy stole z kubkiem słodkiego naparu z kozim mlekiem, i delektuje się tą jedyną przyjemnością, jaka mu w życiu została, ale tak sobie natychmiast myśli, że przecież nie będzie siedział bezczynnie, gdy może w międzyczasie pozszywać obrożę Kawki, którą Kawka już kilka razy zgubiła, bo sprzączka źle trzyma. No i zszywa sobie ten Kanionek, tak zapamiętale i z rozmachem wbijając igłę w polipropylenową taśmę, że aż sobie wbił igłę pod paznokieć. No szlag! Ledwie z łóżka wstał, kawy jeszcze nawet nie dopił, a już ma ranę kłutą, tłuczoną i szarpaną.

No i tak sobie myśli, że przecież tylko do trzech razy sztuka, więc nic mu już tego dnia nie grozi, i oczywiście się myli. Idzie z tą obrożą poszukać koziego towarzystwa, które – wcześniej już wypuszczone przez małżonka – akurat sterczy pod papierówką, bo choć jabłonka rośnie na podwórku, to część jej konarów zwisa nad ogrodzeniem i częstuje kozy pierwszymi w tym roku jabłkami.

„No to”, myśli sobie Kanionek, „skoro one tu sterczą, to przerzucę im więcej jabłek przez ogrodzenie, i może nakoszę im zielonego, bo po naszej stronie pastucha wszystko takie bujne i soczyste, a kozia łąka już jednak nieco wygryziona”, i idzie naostrzyć kosę. I nie, wyobraźcie sobie, że nie ucina sobie ręki, ani nawet głowy, i tak, też jestem zaskoczona. Idzie w okolice skrzynki na listy, kosi to zielsko kwitnące wszystkimi kolorami tęczy, kosa aż furczy (bardzo przyjemny dźwięk), kozy niecierpliwie przytupują, patrząc w Kanionka jak w święty obrazek (one wiedzą, że jak koszę, to dla nich, i wystarczy im dźwięk osełki sunącej po ostrzu kosy, by się zgrupowały i czekały grzecznie przy pastuchu od strony leśnej drogi), aż tu nagle, wtem i wobec, osa użarła mnie w rękę! Znaczy Kanionka. Tak po prostu, bo akurat tamtędy przelatywała, i pomyślała sobie – a czemu by nie?

Bolało przez trzy dni, a opuchlizna zeszła dopiero na czwarty, bo ja tak mam.

.

Ale tak poza tym to był mój szczęśliwy tydzień, bo oprócz wspomnianego zielska wyszarpanego z rowu udało mi się znaleźć coś, czego bezskutecznie wypatrywałam od miesięcy, lustrując nieużytki, rowy, zapuszczone łąki i leśne głusze, choć niestety również głównie z okna Gwiazdolota, ponieważ poza wyprawami na zakupy właściwie nie opuszczam swej serowarskiej twierdzy. Chodzi o żywokost, takie tam zielsko kwitnące fioletowymi dzwoneczkami drobnych kwiatów, o charakterystycznym, prawie czarnym korzeniu palowym (czarny jest z wierzchu, bo w środku to już normalny), któremu to korzeniowi przypisuje się lecznicze właściwości, takie mianowicie, że przyspiesza zrastanie się kości, znosi obrzęki związane z urazami kości i stawów i tym podobne. On nawet po angielsku nazywa się boneset (to znaczy oficjalnie to comfrey, ale lud prosty sobie rzeczy nazywa po właściwym imieniu), więc sława jego wielka i światowa, no i ja go bardzo chciałam mieć w ogródku, żeby w razie potrzeby móc sobie tego korzenia urząchać, zetrzeć na papkę i się nią obłożyć, bo mnie to stawy bolą prawie wszystkie, a kto wie, może i na głowę by pomogło.

No więc szukałam, wytężając wzrok za każdym razem, gdy mijaliśmy Gwiazdolotem jakieś zarośnięte tereny, ale to nie takie łatwe, w splątanych gąszczach zielonego żywiołu wyodrębnić z daleka akurat to, czego się szuka. W lipcu ograniczyłam skanowanie terenów zielonych do wypatrywania niebieskawo-fioletowych kwiatów, ale wszystkie okazywały się jak nie chabrami, to cykorią podróżnik, albo czymś jeszcze innym, tylko nie żywokostem. I już sobie miałam dać spokój, już wyszukałam nasiona w internecie i nawet sadzonki na allegro, aż tu nagle, dnia dziesiątego miesiąca ósmego, czyli w czwartek, pojechaliśmy do miasta, zarejestrować tegoroczne koziołki i wyczyścić sklepy z kartonów, tudzież wstąpić do budowlanego po jakieś żelastwo, którego potrzebował małżonek. I tak sobie idziemy chodnikiem, tuż przy ruchliwej jezdni, i ja tak z czystego odruchu Pawłowa zerkam sobie na prawo, gdzie pyszni się miejski rów, a za nim spory kawał zachwaszczonego nieużytku, za którym jest już tylko skład węgla i tory kolejowe, i tak patrzę, patrzę, a tam, jak gdyby nigdy nic, rośnie sobie żywokost! A tak mi się przynajmniej z daleka wydaje. Cały jeden. Jeszcze kwitnie, choć na dwóch łodyżkach są już świeżo zawiązane nasiona.

I krzyczę do małżonka, który już zdążył przejść na drugą stronę jezdni, że ja muszę na chwilę do rowu, on tylko wytrzeszcza oczy, wraca na moją stronę i pyta z lekkim niepokojem, „że jak?”, no to mu tłumaczę, że tam chyba żywokost, o zobacz, piękny jeden egzemplarz, i ja już przecież tego tak długo szukam, że już przecież nigdzie tego nie znajdę, a tu jest, więc ja muszę do tego rowu i wyrwać. No to on mówi, całkiem niewzruszony, że spoko, ale to może lepiej jak sobie kupię łopatkę w budowlanym i go wykopię, tego żywognata, czy coś, no i ja się zgodziłam, bo przecież chodzi o to, żeby jak najwięcej korzenia ukopać, prawda, choć trochę się bałam, że jak wrócę to żywokostu już nie będzie, bo mi go ktoś ukradnie przede mną, bo przecież jest TYLKO JEDEN w całym powiecie, a może nawet i województwie.

.

Wybór łopatek nie rzucał na kolana, bo sezon się kończy, i przez chwilę widziałam siebie jak lecę z wielkim i błyszczącym szpadlem Fiskarsa kopać doły w zieleni miejskiej, ale cena była zaporowa, więc stanęło na cienkiej i wąskiej łopatce ogrodowej za siedem złotych.

Małżonek za moją radą ruszył sobie poczekać przy samochodzie, skwapliwie wybierając opcję „usmażę się w tym słońcu na asfaltowym parkingu” nad „będę świadkiem upokarzającego zjawiska i ktoś się domyśli, że to moja żona”, a ja, bosa i uzbrojona w łopatkę, wypięłam tyłek do przejeżdżających samochodów i zabrałam się za wykopki. Nie było lekko, bo to nie zadbany trawniczek przed warszawską willą, tylko dzikie chaszczowisko kilka kilometrów od granicy polsko-ruskiej, ale tak jak wiara góry przenosi, tak szaleństwo łopatką kopiec Kościuszki mogłoby przekopać, gdyby uznało, że warto . Gdy już na kolanach mocowałam się z oporną bryłą ziemi, ujrzałam w trawie jeszcze kilka mniejszych sadzonek do wzięcia, i ochoczo się za nie zabrałam, aczkolwiek łopatka poddała się już przy trzeciej, wygięła i pękła. Wciąż jednak – było warto. Niosąc w objęciach pięć kilo błota z wystającymi z niego cudotwórczymi wiechciami dotarłam do Gwiazdolota, gdzie małżonek właśnie wypacał z siebie szesnasty litr wody. Na mój uśmiech szaleńca wywrócił tylko oczami i ruszyliśmy w drogę do domu.

.

No i ja sobie tak jadę cała szczęśliwa, nucąc wesoło pod nosem: „żywo-kost, żywo-kost, daje kości ładny zrost” („i pomaga na bóle staaawów”), i taka jestem z siebie dumna, taka och-jaka-sprytna, Sokole Oko Co Mu Nic Nie Umknie, doktor Klimuszko w spódnicy, bosy Indiana Jones, warmiński Sherlock Holmes, i zajeżdżam na podwórko, parkując Gwiazdolota w takim narożniku, gdzie Cebulaccy zakopali kiedyś całą piwnicę, z drzwiami, dziadkiem Józiem i słoikiem kiszonych buraków rocznik 1965, i gaszę silnik, obmyślając już gdzie ja sobie wetknę ten cudowny żywokost (w sensie, że w ogródku gdzie, a nie w organizmie), i już łapię za klamkę, gdy wzrok mój pada dwa metry od lewej burty Gwiazdolota, i co ja tam widzę? No co ja tam widzę!? Przytulony do ściany pokrzyw, ostów i łopianów – żywokost. Jako żywy. Na moim własnym podwórku. I mówię do małżonka, który już zdążył wysiąść i zabrał się za odkręcanie klemy przy akumulatorze, że „zobacz, małżonku, co tu rośnie, tuż pod Kanionka nosem. Żywokost!”. I małżonek tak wtedy na mnie spojrzał, takim chrystusowym wzrokiem… Ale wiecie, nie tym łagodnym, pełnym zrozumienia i wybaczenia wzrokiem, że „twoje winy będą ci odpuszczone, odejdź w pokoju i nie grzesz więcej”, tylko takim „zaprawdę powiadam ci, pójdziesz do piekła, Koninek”. Pff, też mi nowina.

No w każdym razie tak wygląda żywokost kradziony:

A tak mój własny, rodzony:

Nie zakwitł, bo musiałam go już ze dwa razy w tym roku skosić, razem z całą masą zielska, jakie tam zwykle rośnie.

.

A małżonek chyba mi jednak wybaczył, bo właśnie robi nową, piękną szafkę pod zlewozmywak. Specjalnie dla mnie. Piękną. Całą z drewna, własnoręcznie na deski i słupki pociętego.

Będzie miała drzwiczki! Bo ta obecna ma już tylko zasłonkę na żyłce, a przewaga drzwiczek nad zasłonką jest taka, oprócz kwestii że drzwiczek nie trzeba prać, że zasłonka jest całkowicie nieodporna na Pasztefona, który notorycznie wykrada mi nowiutkie gąbki do mycia naczyń, które trzymam właśnie pod zlewem w kuchni, i przerabia je na tysiąc wacików i rozprowadza szczodrze po całym domu, a nawet podwórku, choć go tyle razy prosiłam, żeby tego nie robił, bo w końcu ile można kupować gąbek, no ale mnie w tym domu nikt przecież nie słucha.

.

A co u kurczaków, zapytacie. Ano nic. Znaczy nic w tym sensie, że nadal unikają kurnika, a teraz to nawet nie muszą unikać, bo i tak jest zamknięty ze względu na to, że odchowują się w nim te wszystkie nielegalnie wysiedziane dzieciaki, a jest ich już chyba szesnaścioro. Zauważyliśmy za to, że kurczak im bardziej dziki, tym mocniej go ciągnie zew natury. Odżywają w tym kurzym móżdżku jakieś śladowe ilości zakodowanych wspomnień o bezkresnych przestworzach, o błękitach nieba, o akermańskich stepach, gdzie dzięcielina i pała, i takiemu kurczakowi zaczyna się wydawać, że to właśnie do niego należy cały świat, a człowieki to mu mogą co najwyżej na skrzydło napluć, no i może ziarek z rana podrzucić, bo jednak nie samą dzięcieliną kurczak żyje, prawda, i tak się jakoś w naturze złożyło, że ewolucja kurczaka przebiega w kierunku dokładnie przeciwnym do ewolucji człowieka – my zeszliśmy z drzewa i czym prędzej chcieliśmy się od niego oddalić (tak na milion kilometrów betonowych słupów i asfaltu), a kurczak wręcz przeciwnie: wchodzi na drzewo i ma takie ambicje, by wdrapać się jak najwyżej. A że trwa sezon na papierówkę, to można połączyć wysiłek związany z rozwojem osobistym z czystą przyjemnością jedzenia:

I to tyle na dziś, bo zaraz wybije północ, a o szklarni, ogrodowych ekscesach, kartoflanej telenoweli, baletach na balotach i serowych eksperymentach (narobiłam się! Ale może warto) to już w kolejnym wpisie, a teraz tylko dodam, że już suszę pomidory i bazylię do serów:

Wypatrujcie więc pilnie kolejnego odcinka, tak jak Pasztefon wypatruje listonosza:

PS. Aha, i znowu upiekłam chleb pszenny na żytnim zakwasie, tym razem taki z dodatkiem koziego twarogu (wpływa pozytywnie na wilgotność i sprężystość miąższu), i znowu wyszedł mi taki mały spodek latający:

Był na tyle smaczny, że podejmę kolejną próbę, tylko ktoś mi musi odciąć wodę albo trzymać za łapy, bo zawsze, ale to ZAWSZE wydaje mi się, że w przepisie jest błąd i wody za mało, no i potem masz babo placek. A Mały Żonek się uparł, że upiecze sernik z ricotty, i bardzo ładny mu wyszedł, tylko nie smakował jak sernik, bo ricotta nie jest kwaskowa. Ten wściekle żółty kolor to oczywiście jajka od dzikich kurczaków. Ja ten sernik-nie-sernik zjadłam, bo smaczny był, puszysty (ricotta już taka jest – delikatna jak pianka), może ciut za słodki, ale co to za problem, choć sam twórca się od niego odciął, bo, cytuję: „daj spokój, to smakuje jak posłodzona jajecznica”. Ja bym raczej powiedziała, że jak soczysty omlet. Gdyby jeszcze był z wiśniami…

O właśnie, toż ja Wam nie pokazałam truskawek w tym roku:

Yes, my job is done here.