Leôncio nie kocha Isaury, czyli odcinek specjalny o byciu wróbelkiem

Miasteczko B., cotygodniowe zakupy, małżonek indaguje sprzedawcę w piątym już sklepie o baterię 9V, i to jeszcze alkaliczną. Odstawiam koszyk do zajezdni dyliżansów na parkingu marketu Netto, a kątem lewego oka łowię zasychającą już na polbruku plamę. Dwuwymiarowy wróbelek, rozjechany do grubości pocztówki, tam piórko, tu flaczek, taki mały Jackson Pollock. I mówcie co chcecie, ale jestem tylko Kanionkiem, więc pierwsza myśl, jaka przyszła mi do głowy, to: “takiemu to dobrze”. Szast-prast i po krzyku. Nie zdążył nawet pomyśleć: “omatko, Lucynka i dzieciaki…”, a już myśleć o niczym nie musiał. “Szast-prast”, myślę sobie, wtykając dorożce w gardło ten na łańcuszku cwancyk, który wypycha moją monetę. Zezuję filozoficznie na wróbelka, gdy nagle mijają mnie, nie poświęciwszy martwej naturze nawet ułamka swej nastoletniej uwagi, dwie dziewczyny na łyżworolkach. Szuuu! Szuuu! Mijają mnie jak ciepły wiatr, ter-ter-ter-ter-ter, terkoczą kauczukowe kółka, łykając dziesiątki metrów nawierzchni parkingu w zaledwie ułamku sekundy. I ostry zakręt, za tym ruskim dostawczakiem, 45 stopni od ziemi, i radosny szczebiot “weź Gośka, zaczekaj!”. Dwa wróbelki.

Ostatni kosmyk blond włosów znika za wysoką budą mercedesa, i zaraz przypominam sobie, jak z siostrą, jej koleżanką i jakimś chłopakiem, przelecieliśmy na łyżworolkach cały odcinek drogi rowerowej na trasie Jelitkowo – Sopot, w pewien ciepły, letni wieczór, rozświetlony blaskiem nadmorskich latarni. Byłam już wtedy całkiem stara, prawie trzydzieści lat, i jeszcze fajki paliłam, a to dodaje człowiekowi tysiąclecia, i lecąc z młodszymi od siebie o jakieś eony spaliłam wszystkie mięśnie i ostatni kawałek płuca, ale z jakiegoś powodu ciągle tę wyprawę pamiętam, i z nieokreśloną tęsknotą wspominam. Nowiutkie łyżworolki, właśnie zaczął się na nie szał, kupiłam po parze dla siebie i niepracującej jeszcze wtedy siostry, i jak ona się wtedy ucieszyła! Dziś mieszka w Niemczech i jej syn ma chyba wszystko, o czym dziecko może zamarzyć, choć nie wiem, czy jadł kiedyś truskawki prosto z pola, czy może tam u nich już wszystkie uprawy są hydroponiczne? Mam jeszcze gdzieś te łyżworolki. I wielokrotnie skręcony staw kolanowy, i kręgozmyk w odcinku lędźwiowym, i cały plecak strachu. Zresztą, gdzie ja bym tu miała jeździć? I sama? Krzycząc do siebie: “Gośka zaczekaj”? Jakbym i bez tego nie była trochę dziwna.

Lepiej więc wróćmy do wróbelka. Baterii nigdzie nie dostaliśmy, to znaczy w jednym sklepie były, ale po jedenaście złotych i małżonek powiedział, że weź przestań, normalnie są po osiem. A ja przez całą drogę powrotną myślałam o tym wróbelku, i że nie dość, że życie ma lekkie, to jeszcze i o śmierć mu nietrudno. A gdybym ja tak chciała, szast-prast i po krzyku, to nie mam jak. Weźmy na przykład takie rzucanie się pod TIRa – może i poszłoby szybko i bez krzyku, ale kierowca miałby traumę do końca życia i kupę papierków do wypełnienia, i do dupy z takim wróbelkiem. Pociąg? Pewnie by się wykoleił. Traktor, to co innego. Kupa hałasu, w kabinie zawsze ktoś zdrowo wypity, może by nawet nie zauważył? Tylko skąd tu traktor wziąć, jak już mało kto używa. Zresztą, zauważyłby przy zawracaniu, i znowu papierki, pierwsze strony gazet* i się w głowę skrobanie – jak to się mogło stać?

I tak sobie rozmyślałam nad człowieczym losem marnym, a gdy będąc już blisko domu mijaliśmy gospodarstwo państwa J., zobaczyliśmy jak pan Dżery zaiwania z dziesięciolitrowym baniakiem Karate i sumiennie opryskuje wszystko to, co pani Żozefin na wiosnę zasiała. No cóż, ona w tym roku będzie miała sałatę i ogórki, a ja pewnie nie. A taki wróbelek nie sieje, nie orze, i nawet traktora szukać nie musi. Za to gdy już dojeżdżaliśmy do naszej bramy, z wysokich traw wyskoczyło na drogę stado kolorowych koziołków i od razu sobie przypomniałam, dlaczego w tym życiu nie mogę być wróbelkiem, i mroczne deliberacje na temat “czy ten z traktora zauważy, czy nie” poszły mi się grzmocić po krzakach.

PS. Wiem, że miało być o czymś innym, no ale przecież wróbelek. A znacie może taką książkę “My, wróbelki” Jordana Radiczkowa? Przeczytałam ją, gdy miałam 12 lat, i choć niektóre jej przesłania na pewno wtedy do mnie nie dotarły, to bawiła mnie tak, że przeczytałam chyba ze trzy razy (i do tej pory nie wiem, kim lub czym było “Owo Coś”). Moja Mama miała w swej biblioteczce na gierkowskim regale w zasadzie same kryminały, które też po kryjomu przerobiłam, i dziwna rzecz – sceny z przeczytanych w zbyt wczesnym wieku kryminałów (słynna seria z “kluczykiem” – brr) jakoś mnie nie prześladują, za to wróbelki, jak widać, nie zamierzają odpuścić.

PPS. No dobra, macie tu na pocieszenie kanapki z kozim serem. Jak profanować święty ser, to już z rozmachem, a nawet kiełbasą:

profanacja na bogato

A tu kawałek sera mojego małżonka. A czy to ważne, co to jest? Gdy patrzę na obrazy Pollocka zadaję sobie dokładnie to samo pytanie.

ser małego żonka

*pierwsza strona nie dlatego, że gazety tylko czekają, żeby coś O MNIE napisać, tylko dlatego, że ludzie rozjechani przez traktor zawsze cieszyli się dużym zainteresowaniem społeczeństwa. Tak jak ci, co w piątkę wpadli do szamba, albo tacy, co to napruci jak kupa starych swetrów zasnęli i zamarzli w rowie. Nie wiem skąd popularność takich niusów – może dla większości ludzi są to wydarzenia tak egzotyczne, jak dla nas, wróbelków, przejażdżka tramwajem wodnym lub znalezienie baterii 9V za mniej, niż jedenaście złotych.

Partenogeneza, z ciocią impreza, kwitnąca akacja i taka sytuacja, czyli życie jak sen

“Róża – kolce, rozdarty cierń
Słowo – brudne ostrze,
włóczęga we mgle
Serce – kamień, pulsujący głaz
Człowiek – znamię,
widoczne znamię zła
Wieki, wieki, wieki mijają
Ludzie rodzą się i umierają
Przez życie idą nie tak, jak trzeba.
Łatwiej do piekła, trudniej do nieba.”
Fragment utworu “Kawaleria Szatana II”, z albumu “Kawaleria Szatana” grupy “Turbo”, 1986

 

–  Weź dosyp ziarek – Bożena zezuje na mnie zza pionowej deski dojalnicy.
–  Nie “ziarek”, tylko “ziaren”, albo “ziarenek” – poprawiam odruchowo.
–  Albo nie bądź taka sztywna i dosyp ZIAREK, bo ziarka są zabawne? – pyta Bożena, mrugając jednym  wyłupiastym okiem.
– Bardzo zabawne, Bożena. Ziarka ziarka, dla Bożeny i dla kanarka – tylko taki głupawy wierszyk przyszedł mi do głowy.
–  Nom. Ziarka ziarka, lepsze od boczku i tłustego skwarka – ripostuje Bożena. – A coś ty taka dziś skwaszona, jak zawilgłe zboże?
–  A bo nie wiem. Ręce mnie bolą, kręgosłup mi znowu nawalił, a dziś na dokładkę żołądek – wyliczam z miną męczennika, dosypując owsa do miski.
–  Aha. Wiem jak to jest, – konstatuje Bożena – bo też jestem już STARA, i czasem coś mnie łupie tu i ówdzie, i o – na tę na przykład przeklętą dojalnicę to mi się ciężko wchodzi. – Kończy dobitnie, łypiąc na mnie kontrolnie, czy aby na pewno dotarła do mnie skarga, wniosek i zażalenie.
–  Na dojalnicę to ci się ciężko wchodzi, bo jesteś gruba bary…
–  Że CO jestem? – Bożena sapie, jak napędzana owsem lokomotywa.
–  No nic, nieważne. Jedz już te swoje ziarka – wzdycham, i wracam do dojenia.

Na chwilę zapada cisza. Pozorna, oczywiście, bo bardzo wyraźnie słychać chrzęst owsa pospiesznie miażdżonego trzonowcami Bożeny, beztroskie ćwierkanie ptaszków za oknem obory, i rytmiczne “siurp, siurp” strzykającego do słoika mleka, które nie bez wysiłku wyciskam z twardych, mało elastycznych strzyków potwornie starej, niedołężnej kozy.

–  A szuchaj, – ożywia się nagle staruszka, dla której perorowanie z pełnymi ustami nigdy nie było nietaktem – a czo to był za chłopiecz, czo tu był ostatnio?
–  Taki z jasnymi włosami, prawie dwa tygodnie temu? – pytam głupio, jakby codziennie przewalały się tędy tabuny chłopców, w dodatku tylko rudych lub brunetów.
–  No, taki fajny. Syn mi mówił, że się zaprzyjaźnili.
–  Kocyk? – znów pytam głupio, jakby Bożena miała więcej, niż jednego syna.
–  No żesz właśnie i przy okazji, Kocyk! – Bożena aż się owsem zakrztusiła. – Nie mogłaś mu dać głupszego imienia?! Na przykład “chodnik”, albo “brezent”, a córka “karimata”! – drwi bezlitośnie, rozsypując złośliwie owies (jak dobrze machnie pyskiem, to połowę zawartości miski potrafi wyhuśtać na podłogę).
–  Ale “Kocyk” to ładnie… – protestuję bezsilnie – Taki milusi, mięciusi, puszysty kocyk, różnokolorowy. Moim zdaniem ładnie, – dodaję już trochę pewniejsza siebie – a poza tym ty się ciesz, Bożena, że on jest “Kocyk”, bo mogło być gorzej! Mógł się nazywać TURBO!
–  Czo?
–  Turbo!
–  Jezu słodki na kozie jadący… – mruga oczami Bożena – Turbo? Jak “turbosprężarka”?
–  Tak! – teraz to mi aż nazbyt wesoło – a córka Turbiiiiina! – machnęłam słoikiem i mleko chlusnęło na ścianę wapnem bieloną. Mleko kozie niby białe, a jednak żółte, hm.
–  Ty, ty! – denerwuje się Bożena – Co ty tak moim mlekiem szastasz? Ja tu dzieckom od gęby odejmuję…
–  Taa, jasne, Bożena. Dzieciom, od gęby. Za ten cały owies, co ty wciągasz chyba nawet nosem, to ja powinnam od ciebie cysternę mleka dostać, a nie nędzne trzy słoiczki. Ty wiesz, ile mi daje Irena? Że nie wspomnę o Tradycji? I co ty myślisz, że ja nie widzę, ile sobie zatrzymujesz w tych twardych bukłakach? Się z dziećmi na wojnę szykujesz, czy jak?
–  No dobra, a wracając do tego chłopca, co tu był, – szybko zmienia temat Bożena – to jak on ma na imię?
–  Antek.
–  Antek.
–  No Antek, mówię przecież.
–  I widzisz, – mówi Bożena – TO jest ładne imię dla chłopca. Antek, Krzysiek, Stanisław…
–  Krzysiek nie może być, bo gruby Rosół już się tak nazywa, i by się nam myliło. A Stanisław ładne, mój dziadek tak miał, ale już przepadło, jest Kocyk i już mi inaczej do niego nie pasuje.
–  No to turbo. Znaczy TRUDNO – poprawia się Bożena. – A mógłby ten Antek częściej do nas przyjeżdżać? Bo tak krótko był i się pobawić nie zdążyli, a Kocyk chciał mu pokazać fajne krzaki i jak się pije wodę ze stawu i…
–  No nie da rady, bo Antek daleko mieszka.
–  Jak daleko? – Bożena po prostu musi wiedzieć.
–  Tak daleko, że gdybyś się tam wybrała na piechotę z dziećmi i tymi zapasami mleka, którego mi nie dajesz, to doszlibyście w okolicach grudnia, i to całe mleko by ci zamarzło i…
–  Dobra, dobra, zrozumiałam. Bardzo daleko. A mleka dam ci więcej, jak dzieci skończą trzy miesiące. To może w przyszłym roku by ten Antek znów przyjechał?
–  No może w przyszłym roku – uśmiecham się.
–  I jeśli mi się drugi syn urodzi w przyszłym roku, to może dałybyśmy mu na imię Stanisław? – ciągnie słodkim tonem Bożena, wyczuwając poprawę mojego nastroju.
–  Masz to jak w banku. Stanisław Turbosprężony, syn podstarzałej matrony! – pokazuję Bożenie język.
–  Ale ty jesteś dzisiaj złośliwa.
–  A może byście tak z łaski swojej skończyły te tam takie pogawędki, bo tu kolejka jest!? – Irena wsadza łeb przez uchylone drzwi, przebierając nerwowo nogami.
–  No właśnie… – miauczy żałośnie Tradycja, która już zdążyła zapomnieć, że była dziś dojona jako  pierwsza, i w kolejce stoi z czystego roztargnienia.
–  Weź dosyp ziarek – mruga do mnie bezczelnie Bożena.

I tak to jest z tymi kozami. Nie ma dnia bez awantury, nowej sztuczki z rozsypywaniem owsa, trudnych pytań lub małego szwindelka ze wstrzymanym mlekiem. I wiem, że lubicie, gdy Wam przytaczam te nasze pogawędki, ale wszystko trzeba z umiarem, bo wierzcie mi – może się przejeść. Tak jak ciasto-domek na przykład. Serio – resztka czwartego z kolei ciasta-domku siedzi w lodówce od dwóch dni, a że nikt się nią nie interesuje, to z nudów zaczęła gadać z puszką filetów z makreli w sosie pomidorowym, która z kolei siedzi tam już ze dwa lata i ma w związku z tym wiele do powiedzenia.

A tajemniczy Antek, którego tak mile wspomina syn Bożeny, wygląda tak:

Antek z Kocykiem

A od mamy Antka dostałam furę ciasta marki pleśniak (już wiecie, kto mnie odwiedził?), oraz taką słodką kozowieczkę:

kozowieczka2

kozowieczka1

I słoik marynowanej dyni i trochę dobrych rad :) Teraz już na pewno wiecie KTO, ale gdybyście nadal mieli wątpliwości, to wraz z Antkiem i jego rodzicami przyjechała piękna Buła, o której Atos śni teraz romantyczne sny o wielkiej ucieczce w stylu Bonnie i Clyde’a:

061

Tak, Ciociasamozło u mnie była! I ser jadła, i mleko piła, tańce, hulanki… No ale może Ciocia sama napisze w komentarzu jak to było naprawdę, bo ja z wrażenia mogłam coś pokręcić. W każdym razie mi się podobało, Kocyk przybija Antkowi wirtualną piątkę, a Atos kazał sobie w sklepie kupić wielką, pszenną bułkę, w której zamierza wyrzeźbić podobiznę ukochanej.

A tak a propos i vice versa – pamiętacie tego sympatycznego, zielonkawego kolegę z poprzedniego odcinka? Co udawał trupa, skromnie złożywszy krzaczaste odnóża na podołku? No to on wrócił. Sporo czasu mu z tym zeszło, ale dał radę, i to tą samą drogą co poprzednio – przez komin. Tym razem jednak wpadł do pojemnika po obierkach, który stał na piecokuchni, tuż pod kratką wentylacyjną:

znowu trup

Trup jak malowany. No to próbowałam go z pudełka wykopsać drogą przez okno, ale ręce mi się trzęsły, bo nie lubię, no nie lubię tego kolegi, i tak nim niefachowo majtnęłam, że się wziął i odbił od okiennej ramy, wpadając w mroczne czeluście przestrzeni pod grzejnikiem. Oczywiście, że nie zanurkowałam w czeluście, bo przecież on mógł mi stamtąd wylecieć prosto w twarz, a tego by moje wątłe nerwy nie zniosły, więc postanowiłam udawać, że nic się nie stało, i w ogóle – jaki chrząszcz? No ale się nie dało długo udawać, bo on nie po to do mnie przyszedł JUŻ DRUGI RAZ, żeby tak po prostu zginąć i przepaść marnie, prawda? No więc za pół godziny już był na parapecie:

zielona karuzela

I serio, o co chodzi z tym stylem grzbietowym? Zaczynam wątpić, czy te ofermy szmaragdowe w ogóle potrafią tak normalnie, po bożemu, czy może latają też do góry butami, co wyjaśniałoby kwestię wpadania do kominów albo mi prosto w oko, bo jak ja kiedyś zwisałam do góry nogami, na przykład z trzepaka, to też mi się trochę we łbie pierniczyło. Drugim zagadnieniem, nad którym trwałam w zadumie obserwując szmaragdową karuzelę, było: jak one się, do jasnozielonej choroby morskiej, rozmnażają? I wyszło mi, że ten niedojda na moim parapecie to ani chybi samiec, a w związku z tym samice tego gatunku musiały postawić na partenogenezę. No bo weźcie – stara siedzi gdzieś w krzakach, na zegarek spogląda, wieczór już zapada, ona wystrojona w seksowne koronki, a stary co? Pół dnia przesiedział jak głupek w kominie, a drugie pół kręci popisowe bączki u jakiejś obcej baby. No ja na ich miejscu też bym się w końcu wkurzyła i uderzyła w dzieworództwo.

Za to mój małżonek, udręczony narzekaniami “że film na serwer nie wchodzi”, się wziął i zawziął, i ten serwer jakimś sposobem oszukał. Jakiś klient ftp, jakieś tylne drzwi, potem fejkowy plik filmowy, podmienianie nazw, hokus pokus i ułamek kwadratowy z odnośnika do bazy danych, i włala! Oto przed Państwem przeterminowany jak moja puszka makreli film z koziołkami. Które już dawno urosły jeszcze większe, a panny już są zakolczykowane, ale o tym już następnym razem, bo stajenny właśnie zasypia na siedząco.

PS. I czy ja zakitowałam to kozie okienko? No ba.

kici kici

Ja nie mówię, że zrobiłam to dobrze, albo że ładnie, tylko że zrobiłam. I w ogóle przekwitły już dawno magnolie, teraz robinia akacjowa cała buczy od pszczół, i pachnie oszałamiająco jaśminowiec, a ja nie wiem, gdzie się podział mój cały czas i kiedy nadrobię zaległości na blogu. To jakiś dziwny ser… Znaczy sen. Dobranoc.

sery co poszly w swiat

Bożena z dziećmi