Sera naszego powszedniego daj nam dzisiaj, czyli o frytce i eksperymentach

Proszę:

 

Som:

A tak sobie Żółte smacznie po zabiegu spało, zanim się na moje łóżko hojnie zsikało:

Zabieg sponsorowany przez Teatralną (Żółte mówi, że dzięki, Teatralna, to musiała być gruba impreza, bo nic z niej nie pamiętam, i tylko Kanionek coś marudzi o zalanym materacu, ale kto by się przejmował Kanionkiem), a wykonany przez naszego ulubionego weterynarza, którego znamy jeszcze z miasta, a który, jak się okazuje, sam ma furę zwierząt, a do tego KOZY. Jeśli to Was do niego nie przekonuje, to może dodam, że do kontrolowania kóz ma… dwie owce! Nie wiem jak on to zrobił, że u niego owce rządzą kozami, a nie na odwrót, ale powiem Wam jedno: jeśli będę miała cokolwiek do usunięcia z wnętrza mojego organizmu, to kładę się panu Krzysiowi pod nóż. TYM BARDZIEJ, że po zabiegu doktor Krzysztof wydaje pacjentowi takie tabletki przeciwbólowe, po których pacjent śpi z błogim uśmiechem na pysku, a na wysokości łopatek wyrastają mu anielskie skrzydła. Tabletki, na dodatek, były tak pyszne, jak te od Leśnej Zmory, więc nawet nie trzeba było Żółtego do nich przekonywać – samo żarło. Szkoda, że tylko na trzy dni dostało, ale cośmy świętego spokoju zaznali, to nasze. A teraz przed Państwem jeszcze więcej pomidorów! (W końcu obiecałam, tak? Miesiąc temu, ale się liczy).

To nie jest trzysta zdjęć tych samych pomidorów, tego było naprawdę dużo, a pracy jeszcze więcej. Część na przeciery, część do suszenia (bo sery), a z ostatnich, październikowych, zrobiłam keczup. Z prawie czterech kilogramów pomidorów wyszedł mi niespełna kilogram keczupu, więc naprawdę nie wiem, jak producenci keczupu to robią, że im wychodzi 100 gramów ze 140 gramów pomidorów.

A gdyby Wasze dzieci dostały kiedyś takie zadanie domowe z matmy: ile połówek pomidorków koktajlowych wchodzi na sito suszarki o średnicy 30 cm, to już macie z górki, nic nie musicie liczyć, bo ja Wam mówię, że 140. A pomidorków koktajlowych nasuszyłam coś około tysiąca, więc raczej wiem co mówię.

A jak to się człowiek czasem niestosownie zachowa, to ja nie wiem. Stoję sobie przy stole w kuchni i coś tam dłubię, przy stole siedzi małżonek i patrzy, jak ja dłubię, i w pewnym momencie wchodzi Laser i – swoim starym zwyczajem – zaczyna węszyć po kątach, coś tam gmerać łapką, i znowu węszyć, i w końcu coś tam znajduje i zaczyna ciamkać, i ja go pytam: “Co tam sobie fajnego znalazłeś, Laserku?”, a małżonek na to: “Frytkę z kurzem”, i ja się wtedy zaczynam śmiać jak opętana i przez dobrą godzinę przestać nie mogę. W końcu trochę mi przeszło, idę do koziarni zadać kozom siana, i tak ładuję to siano do głównego paśnika w jedynce, i nagle znowu wybucham śmiechem i niechcący mówię na głos: “Frytka z kurzem!”. A wtedy wszystkie kozy jednym chórem: “GDZIE!?”.

No i już mi nie do śmiechu, i tak sobie myślę, że to jest jedna z tych rzeczy, które nas różnią od zwierząt: my się śmiejemy z frytki z kurzem, a dla nich to jest poważna sprawa, z jedzenia śmiać się nie wolno, a z pysznej frytki to już zwłaszcza. A skoro już tak kulinarnie zaczęłam, to zaraz Państwu podam przepis na moją ulubioną modrą kapustę na ciepło, ale najpierw Wam jeszcze opowiem, co mnie jednocześnie rozśmieszyło i zbulwersowało, gdy niedawno szukałam przepisu idealnego na mozzarellę z koziego mleka.

Otóż znalazłam przepis, z którego wyszła mi taka sobie mozzarella, to znaczy w smaku dobra, tylko nie chciała się ładnie rozciągać, ale to wszystko pikuś w porównaniu z jednym komentarzem, który przeczytałam pod tym przepisem. Brzmiał on mniej więcej tak: “Jezu, musiałeś podać ten przepis w litrach, zamiast w galonach, jak każdy normalny człowiek? I dlaczego aż 10 litrów tego mleka?! Zmarnowałam cały weekend, gówno mi z tego wyszło, i teraz TYLE muszę wyrzucić. Masz może na swoim blogu wpis, który radzi co zrobić z masą zmarnowanego sera?” Coś w ten deseń.

No i Państwo chyba rozumieją, że w Kanionku aż zawrzało, i Państwo pewnie wiedzą, co by było, gdyby ktoś mi zaserwował taki komentarz? Widłami ciskałabym jak Zeus piorunami i nie omieszkałabym zapytać, czy szanowna pani słyszała kiedyś o przelicznikach miar dostępnych w necie, albo chociaż o kal-ku-la-to-rze? Ja na przykład uważam, że system metryczny jest jedynym słusznym w tej galaktyce, ale grzecznie przeliczam sobie cale na centymetry (wielkość kostek skrzepu), funty na kilogramy, uncje na gramy, galony na litry, a farenhajty na celsjusze, i nikomu nie pitolę pod przepisem na ser, że jest jakiś dziwny, bo sobie łokciem drogę odmierza. A ten dobry człowiek wiecie, co jej odpowiedział? Że bardzo mu przykro, że jej ser się nie udał! I że następnym razem może sobie ilości składników podane w przepisie podzielić na pół. (Na pół to ja bym tę durną flądrę podzieliła, tasakiem). I że wszyscy normalni ludzie w jego otoczeniu odmierzają mleko w litrach, bo on jest Kiwi :) No złoty człowiek. Czyste zen. To musi być ta oszałamiająca ilość zielonego dookoła, że oni tacy spokojni i wyluzowani.

O, albo pod innym przepisem pytanie: “Czy mogę mleko krowie w tym przepisie zamienić na mleko kokosowe?” KO-KO-SO-WE. No ja bym odpisała, że TOTALNIE, absolutnie, oczywiście! I że byłam kiedyś na wakacjach na Jamajce, i widziałam młodego, muskularnego Jamajczyka, jak sobie szedł brzegiem morza, i sobie szedł, i szedł, i w pewnej chwili zobaczył, jak gdzieś tam w krzakach przy plaży matka kokosica karmi swoje młode, i on tak raz-raz, przyskoczył do niej, złapał za te włókniste rogi, i ani się obejrzałam, jak wydoił z niej pół wiadra mleka i natychmiast sprzedał przechodzącym obok amerykańskim turystom, i oni sobie wieczorem zrobili z tego mleka ser, na kuchence turystycznej, a potem starli go na tarce i tymi wiórkami kokosowymi posypali czekoladowe ciasto, które wcześniej upiekli z mieszaniny piasku, żywicy i jaj delfina. To-tal-nie. A wiecie, co odpisała autorka przepisu? “Nie”. Tak po prostu, nie! Ja nie wiem, skąd ludzie biorą tyle opanowania. To się gdzieś kupuje? Na funty, litry, czy mile morskie?

Albo przepisy na chleb… TUTAJ to dopiero można się natknąć na tyle kwiatków, że nic tylko wieńce pogrzebowe wić. “A czy mogę mąkę pszenną zastąpić sproszkowanym rogiem afrykańskiego nosorożca?”, “A gdybym dodała gruzu i kamieni, to jak długo będzie wyrastać?”, “Niestety nie jadam soli, bo to biała śmierć, więc sól z twojego przepisu zamieniłam na kryształki Svarowskiego, a ocet winny na kwas mrówkowy, bo jest bardziej naturalny. Niestety mąż złamał zęba podczas konsumpcji, a babcia zasnęła i nie możemy jej dobudzić. Podam cię do sądu i pójdziesz siedzieć za krzywdę wyrządzoną mojej rodzinie!”, “Przepis do bani. Nie mam piekarnika, więc upiekłam w pralce. Wyszedł straszny zakalec, nie polecam tej strony”. ANI TROCHĘ NIE PRZESADZAM. No, może odrobinę, ale zasadniczo tak to właśnie wygląda – zamieniasz połowę składników na inne, zmieniasz czas i temperaturę przyrządzania, a potem bluzgasz świętym oburzeniem, że “dlaczego mi nie wyszło”. Czasem mam ochotę spalić internet, jak pan Dżery swoją szopkę w ubiegłym roku. (Może to jej urok, może to jesienny atak żołądkowej kurwicy).

Jeszcze sobie przypomniałam, hi hi, komentarz pod pewnym przepisem na ciasto czekoladowe: “Ulubione ciasto mojego syna. Piekłam go już kilka razy i zawsze się udaje”. Pamiętajcie, drogie mamusie: jeśli wasz syn jest jakiś nieudany, to może dlatego, że jest nieupieczony. Piecyk, trzy zdrowaśki, i będziecie zadowolone. Powtarzać w razie potrzeby.

Tak więc teraz podam Państwu przepis na moją ukochaną modrą kapustę, który jest trochę śląski, a trochę kanionkowy, i z góry zaznaczam i informuję: możecie sobie zamienić co chcecie na co Wam się żywnie podoba (kapustę na buraczki, rodzynki na śliwki, goździki na cyklameny), możecie też czegoś nie dodać wcale, bo nie macie, albo nie lubicie, MOŻECIE WSZYSTKO, ale wtedy to już nie będzie TA kapusta, tylko INNA kapusta, i może być tak, że nie będzie Wam smakowała. Może być też tak, że zrobicie wszystko zgodnie z przepisem, a i tak nie będzie Wam smakowała, za co już z góry przepraszam i się poczuwam do winy, no bo to jednak JA twierdzę, że ta kapusta jest szałowa, a przecież ja to się akurat dość często mylę (jak ostatnio nastawiałam ser, który miał stać w kotle przez 12 godzin, to dodałam bakterii do mleka o 15:00 i wyszło mi, że do kolejnego etapu przejdę również o 15:00 dnia następnego. Zgadnijcie, kogo coś tknęło po kilku godzinach, sprawdził przepis jeszcze raz, i potem półprzytomny tłukł garami w środku nocy, mamrocząc pod nosem coś o kretynkach?). Dobra, dobra, już daję ten przepis.

Kapusty główkę chyć nie za wielką, albowiem potrzebować będziesz jeno niepełnę kwartę. Nie no, żarcik taki, nie musicie w popłochu szukać Słownika Wyrazów Dziwnych, MY JESTEŚMY NORMALNI. A więc tak:

Kapusty czerwonej, a szczerze posiekanej, weź pięćset gramów.
Jabłek ładnych, słodko-winnych, ze dwa duże.
Cebula duża obleci, albo dwie małe.
Soli szczypty dwie, a pieprzu tylko jedna.
Rodzynków garść lub żurawin (ja daję jedno i drugie).
Octu ciemnego balsamicznego trzy łyżki, choć ja i czwartą doleję.
Wody zwykłej, nie święconej, łyżek 8 lub 10.
Goździków zmiel w młynku ładnie, sztuk około dwunastu.
Cukru się nie bój, ja dwie łyżki daję.
Gorczycy zwykłej, białej, łyżeczkę od herbaty kopiastą – dej.

I potrzebujesz jeszcze tłuszczyku ze trzy łyżki lub pięć, najlepiej gęsiego, ale jeśli nie masz, to olej (nie że zlekceważ, tylko olej weź roślinny, do smażenia się nadający). Cebulę rozmień na drobne, w kosteczkę nożem najlepiej, i na ten tłuszczyk w garnku rozgrzany wrzuć, a płomień zmniejsz do średniego. W tem czasie co się cebula podsmażać będzie, ty weź te jabłka oskóruj i na tarce grubo zetrzyj (możesz i w kosteczkę kroić, jeśliś pedant i szczególarz, ale nie łudź się, że im tak zostanie – i tak się rozgotują). Dorzuć tych jabłek do garnka i z cebulą letko wymieszaj, a jeśli płomień za duży, to zmniejsz jeszcze. I niechaj się smaży, ino nie przypala, a ty w tem czasie kapustę poszatkuj nie za grubo, nie za cienko, a o tak:

Masz już jabłuszka zmiękłe i cebulkę pachnącą, to ślinę z brody obetrzyj i kapusty do garnka dorzuć, a zamieszaj żwawo. I wnet wody odmierz i dolej, octu winnego takoż, cukru sypnij i soli, pieprzem popraw i gorczycą, a zamieszaj znowu. Goździków zbraknąć nie może, przyprawy zza mórz egzotycznych, azaliż sproszkuj je w moździerzu (albo diabelskim młynku na elektryczność), albowiem powiadam ci jako człowiek ućciwy – nie chcesz ty później pluć goździkami w obecności rodziny lub gości. I już mu tylko rodzynków brakuje, temu rozkoszy garnkowi, tudzież albo lub żurawin (aby słodkich!) – toć dosyp, a nie pożałujesz.
Pokrywkę nasadź na rondel, płomień by ino drgał pod nim letko, i tak przez pół godziny warz tę królewską potrawę, jeśliś nerwowy mieszając czasem.
(A i nie zyźryj wszytkiego przed obiadem, jak jakiś Kanionek, bo będzie styd!).

Proste, a pyszne. Czas gotowania może ulec zmianie (brzmi jak komunikat PKP), bo dużo od kapusty zależy, więc sobie sprawdźcie twardość tejże najpierw po dwudziestu minutach, potem po pół godzinie, a jeśli wciąż przytwarda, to jeszcze ją trochę pogotować trzeba, ale uwaga – ona jeszcze “dojdzie” w tym garnku z pokrywką nawet po zdjęciu z płomienia, co trzeba mieć na uwadze. Rozgotowana nie będzie już taka fajna. Aha, jeśli zrobicie DOKŁADNIE według powyższego przepisu, to otrzymacie kapustę słodko-winną i tak aromatyczną, że zlecą się do Was sąsiedzi i wszystkie zwierzęta. Dosolić zawsze możecie, dopieprzyć też, albo dosłodzić, więc jeśli ktoś nienawykły do zdecydowanych smaków, to może niech lepiej da najpierw mniej cukru. Tak tylko mówię.

A teraz nagły zwrot w kierunku sera. Pytali mnie Państwo, aż nazbyt często, czy robię chevre. Pytali też, czy robię ser w formie rolady, obtaczany w ziołach, pieprzach, paprykach, czy co kto tam lubi. No i tak Państwo pytali, że się w końcu wzięłam i zrobiłam… Szewroladę (nazwa zastrzeżona, Alle Rechte vorbehalten!). Czyli taki chevre, tylko w formie walca. Walca, walczyka parami.

W drodze eksperymentów z bakteriami, czasem dojrzewania skrzepu, czasem ociekania i formowania, udało mi się stworzyć ser lekko tylko kwaskowy, z przeważającą nutą śmietankową, dość zwarty, choć jednak kruchy, a jednocześnie mięciutki; tak pyszny, że aż wstyd się przyznać. Tak wygląda spakowany na podróż:

Tu akurat tarzany w ziołach suszonych: bazylii, oregano i pietruszce. A tak wygląda pokrojony w plastry (to trzeba ostrożnie, nie nerwowo, bo to bardzo delikatny ser), które potem panierowałam w mące, jajku i bułce tartej i usmażyłam na oliwie:

Tam powinny być liście świeżej bazylii, ale że na eksperymenty mam czas tylko nocą, a nie chciało mi się z latarką buszować po ogrodzie (jeszcze by się kaczuszki wystraszyły), to liści nie ma, ale pomidor powiedział, że spoko, on to jakoś wytrzyma, więc uznałam, że ja w sumie też. No i plan był taki, że usmażę tę szewroladę, zrobię brzydkie zdjęcie we fluorescencyjnej poświacie lampy jarzeniowej, spróbuję kawalątek i odstawię resztę do lodówki, a następnego dnia będę myśleć, do czego to można podać, ale na szczęście nie musiałam się w ogóle przemęczać tym myśleniem, bo po spróbowaniu wspomnianego wcześniej kawalątka – zjadłam wszystkie cztery kotleciki, i poszłam spać jako człowiek spełniony. Albo może przepełniony. Dumą, szczęściem, i kotlecikami.

(Jeśli ktoś jest bardziej posh i bon ton, to może kotleciki nazywać medalionami, mnie tam wszystko jedno).

(Gdyby ktoś chciał zamawiać szewroladę, to od razu mówię, że nie mam jeszcze odpowiedniej ilości foremek, żeby zrobić pięć kilo sera naraz, więc proszę o spokój i umiarkowanie, oraz żeby nie kopać innych kolejkowiczów! Tylko po kilogramie na osobę, dopóki nie dokupię foremek. Szewroladę, jak każdy ser z rodzaju świeżych, najlepiej spożyć w ciągu 7-10 dni, choć w opakowaniu próżniowym powinna pożyć dłużej, ale ja już Was trochę znam – będziecie eksperymentować, igrać z losem, przeciągać strunę i pluć ryzyku w twarz, więc tak tylko mówię, że 10 dni, a Wy i tak zrobicie po swojemu. Można te walce również zamrażać).

W świecie serów Kanionka słychać jednak nie tylko szewroladę. Narobiłam w tym roku cudów nadziewanych wiankami, część już dojrzała, reszta w okolicach grudnia lub stycznia, i chyba tylko cheddar będzie mógł się z Państwem przywitać dopiero wiosną, i pozostaje mieć nadzieję, że będą tak smaczne, jak się zapowiadają.

I tak: w tym roku również zrobiłam Ibores, ale ten jest co najmniej trzy razy lepszy od ubiegłorocznego, ponieważ po pierwsze – lepiej dobrałam szczepy bakterii, po drugie – sprasowałam go porządnie dzięki nowej prasie serowarskiej made by Mały Żonek, która to prasa może dać nawet 70 kg na krążek, a po trzecie – panierowałam go w prawdziwej papryce prosto z Hiszpanii, którą to paprykę przywiozła mi zupełnie niespodziankowo Barbarella.

Tak wygląda:

I co Wam powiem, to Wam powiem: te nasze papryki sygnowane logiem “wiodących marek” to przy tej hiszpańskiej nie wyglądają nawet jak zmioty z podłogi, tylko jak suszony ekstrakt z wody, którą myto podłogę w hiszpańskiej fabryce suszonej papryki. No serio. Kolor ta papryka daje taki, że serce łka. I ten aromat! Leczo z tą papryką wychodzi w kolorze meksykańskiej czerwieni, narobiłam go już dwa gary sześciolitrowe:

A później jeszcze trochę. Mam słoiki w lodówce na zapas. No ale wróćmy do serów.

Są szwajcary, w tym – znany już Państwu – Baby Swiss, a w ramach nowości jest Jarlsberg Cheese, który – moim zdaniem – od Baby Swiss różni się tylko nazwą, czyli ser dla wielbicieli mocnych wrażeń (300 procent sera w serze, aromat gazu bojowego Skarpetka2000, słodkawy smak i kozi zgrzyt – jeśli ktoś z Państwa myśli, że lepiej by to ujął, to proszę próbować).

Jest Toscano pepato w wersji bardzo ostrej (kolorowy pieprz i chili chaotian), ale jest też Toscano pepato bez pepato, czyli tak naprawdę Cabra Toscano, bez żadnych dodatków. Na zdjęciu wersja z ogniem:

Jest i – łagodny jak baranek – ser Manchego. Oryginalnie wyrabiany z owczego mleka, w Hiszpanii chyba nie ma sklepu, w którym nie można go kupić (no, może w rowerowym nie mają), zrobiony z mleka koziego okazał się bardzo w moim guście, czyli: łagodny i niekozi w smaku, o przyjaznej konsystencji (coś jak tylżycki…?), po prostu taki normalny, zdrowy ser na kanapki. Zostało go jeszcze niewiele ponad kilogram, ale gdy tylko odkryłam jego potencjał, to zaraz zrobiłam wielki krążek o wadze ponad 3 kg, i on dojrzeje za dwa-trzy miesiące.


Jest oczywiście Gouda z pieprzem, Gouda z chili chaotian, i całe pół kilograma Goudy z orzechami włoskimi. Ta z orzechami to był eksperyment, który polegał na tym, że zatopiłam w niej całe połówki orzechów, z tą gorzką skórką i w ogóle, no i czekałam, aż ser się zrobi cały czarny (skórka orzechów włoskich ma taki przykry zwyczaj, że barwi na sino), ale się nie zrobił. Może to kwestia pH? A może kwestia pfff.

Gdy się okazało, że ser nie tylko nie jest czarny, ale jak na złość jeszcze bardzo smaczny, to znów dorobiłam go więcej, ale trzeba na niego poczekać jeszcze dwa miesiące.

Była też wielka kula Caciocavallo, który bardzo lubię, ale jest pracochłonny. Zrobiłam więc tę wielką kulę i myślałam, że wystarczy dla wszystkich, a tu biskup się napatoczył, i jeszcze kilka osób nie zawahało się zadać mi takie szczere i wymagające takiej samej odpowiedzi pytanie: “A co ty tam masz w piwnicy, Kanionku?”, no i ten… Było, nie ma, może jeszcze w tym roku ukręcę, ale to znów trzeba będzie czekać do poświąt, albo i dłużej.

Wciąż za to mam Canestrato! Tylko nie wiem, co o nim sądzić. Bo tak – z jednej strony jest to ser bardzo twardy i dość słony, z drugiej zaś w smaku niekozi, a wręcz śmietankowy. Dostał już dwie bardzo entuzjastyczne recenzje, i było w nich coś o geniuszach, choć nie pamiętam, czy chodziło o mnie, czy o ten ser (a może to bez różnicy?). Canestrato jest serem z rodziny pecorino (jeśli te nazwy kojarzą Wam się z sycylijską mafią, to całkiem słusznie, bo to są sery z włoskim rodowodem), konsumowanym tak w towarzystwie chrupiącej bagietki i pomidora, jak dań na bazie makaronu, czy w postaci przekąski do wina.

Mam też partię tego sera z dodatkiem wspomnianej papryki od Barbarelli, ale jeszcze nie sprawdziłam jak smakuje.

Co ja tam jeszcze… A tak, angielski Derby z szałwią. Oryginalny jest robiony z szałwią, oczywiście, ale i z dodatkiem szpinaku, który nadaje temu serowi koloru wesołej, żywej zieleni. Ja nie miałam szpinaku, użyłam szałwii i pokrzywy (no co? CO?), i ser nie wyszedł ani wesoły, ani żywy, tylko taki bardziej jak ja – smutnawy i w kolorze bladej zgnilizny:

To tak ma być, z tą mozaiką. Żeby te kawałki sera skonsolidować, musiałam mu przyłożyć maksymalne obciążenie na całą noc. Nie mam pojęcia jak smakuje, bo boję się sprawdzić. Mam też inny popularny ser angielski – Lancashire, i też nie wiem jeszcze jak smakuje. Z serów, o których na razie możemy sobie tylko pogadać, mam też Gruyere i Wielką Alpejkę, no i kilka wersji Cheddara. Kilka wersji, bo Cheddar z koziego mleka to nie taka prosta sprawa. To walka między uzyskaniem odpowiedniego stopnia wilgotności skrzepu podczas procesu czedarowania, a kwasowością tego skrzepu, gdzie poziom pH spada najpierw powoli, a później na łeb, na szyję, a kozie mleko, zwłaszcza niepasteryzowane, ze zmieniającym się w ciągu sezonu poziomem białka i tłuszczu, jest pod tym względem materiałem naprawdę wymagającym.

O, podobnie jak mozzarella, o którą też czasem pytacie. Owszem, robiłam niewielkie ilości na własny użytek, bardziej po to, by udoskonalić proces produkcji, ale na razie sobie odpuszczam. Naprawdę ciężko przewidzieć, co wyjdzie za każdym razem. Tu na przykład wyszło nienajgorzej, zamroziłam kilka kulek i później użyłam do pizzy:

Ale pomimo odpowiedniego smaku, ser nie miał charakterystycznej dla mozzarelli ciągliwości, która jest ściśle zależna właśnie od poziomu pH skrzepu w momencie poddawania go gorącej kąpieli w wodzie – pH powinno wtedy wynosić od 5.2 do 5.4, i musicie przyznać, że to dość wąski przedział, a ja dodam, że nie widać tego gołym okiem. Kwasowość skrzepu regulujemy tak rodzajem i ilością bakterii użytych do wyrobu sera, jak temperaturą i czasem dojrzewania skrzepu, i choć te dwie ostatnie wartości można sobie łatwo ustawić, to już zawartości naturalnych bakterii w mleku nie, ani zawartości laktozy i tłuszczu. Mleko z maja zachowa nam się zupełnie inaczej, niż mleko z sierpnia, czy listopada.

Byłabym zapomniała, a przecież niedługo dojrzeje też Cabra al Vino:

I ten sam ser, ale w wersji bez wina, za to z rozmarynem, czyli Cabra al Romero:

Tak, wiem, kolorowy zawrót głowy, ale gdyby ktoś chciał koniecznie spróbować czegoś, tylko sam nie wie czego, bo chciałby w sumie wszystkiego, to zawsze może sobie zamówić np. kilogram sera, różnych gatunków po kawałeczku, jak na tym zdjęciu:

I problem z głowy. Kawałeczki w oryginalnym opakowaniu mogą sobie leżeć w lodówce ho, ho, ho, nawet do świąt, i to Wielkanocnych. Aha, chyba mam jeszcze belper knolle:

A przy tej okazji zaprezentuję Państwu wnętrze specjalnej suszarki do serów, którą zmontował mi Mały Żonek. W suszarce do sera nie chodzi o to samo, co w suszarce do włosów, czy tej do grzybów i pomidorów. Ma być w niej ciemno, temperatura nie powinna przekraczać 20 stopni (sery są w niej tylko dosuszane przez dwa do pięciu dni, nie dojrzewane), wnętrze musi być zabezpieczone przed dostępem owadów, gryzoni, kurzu i innych elementów niepożądanych przy produkcji sera, no i najważniejsze – musi być wymuszony ruch powietrza, żeby ser delikatnie i równomiernie przesychał z wierzchu, tworząc cieniutką skórkę, ale też nie może być zbyt sucho, żeby nie pękał. No to jak to zrobić? Suszarka made by Mały Żonek z zewnątrz wygląda jak wielka, bucząca skrzynia. Skrzynia została wykonana z ciętych na wymiar płyt jakichś-tam, jest otwierana od góry, za buczenie odpowiada wiatraczek komputerowy wkomponowany w precyzyjnie wycięty otwór w jednym boku skrzyni (otwór zabezpieczony siateczką przeciwkurzową, siateczką przeciwowadzią oraz przeciwmysią), a w drugim, przeciwległym boku skrzyni znajdują się dwa otwory wlotowe powietrza, również zabezpieczone jak ten pierwszy. W środku wygląda to tak:

Bucząca skrzynia stoi w spiżarce, w której nawet latem nie bywa gorąco (kiedyś, gdy nie było klimy i centralnego ogrzewania, to się budowało domy tak, żeby spiżarka zawsze była chłodna, czyli od północy i z malusim tylko okienkiem, a sypialnia od południa, bo to i ściany więcej słońca złapią, i okna), i naprawdę nie wiem, co bym bez niej zrobiła. Większość serów dojrzewających wymaga wstępnego dosuszania przed fazą dojrzewania, niektóre pleśniaki również, a takie szwajcary, których proces dojrzewania jest chyba najbardziej skomplikowany ze znanych mi serów, to już w ogóle. Najpierw muszą leżakować w temp. 13 stopni przy wilgotności powietrza 85%, potem kilka tygodni w temp. pokojowej, i tu już trzeba żonglować wilgotnością względną powietrza, żeby ani nie wyschły z wierzchu na kamień, ani nie zaczęły “płynąć” (a lubią, bo to miękkie sery, słabo prasowane ze względu na bakterie Propionic shermanii, które robią dziury), i tu właśnie bucząca skrzynia jest wprost nieoceniona – za duża wilgotność? Włączamy wiatraczek. Za mała? Wyłączamy. Jeszcze za mała? Wstawiamy naczynie z wodą do środka. Po tych kilku tygodniach gier i zabaw z temperaturą i wilgotnością można wreszcie sery zawoskować lub spakować próżniowo i mieć święty spokój, odwracając je tylko dwa razy w tygodniu w piwnicy, gdzie mogą dojrzewać od dwóch miesięcy do roku.

A skoro już o skrzynkosuszarce, to nie wypada nie wspomnieć o nowej wędzarni! Jest tak piękna, że mogłabym w niej zamieszkać (gdybym nauczyła się spać w pozycji pionowej i w kucki):

Ma z boku, na zewnątrz, zamocowany termometr, którego sonda wchodzi do wnętrza wędzarni i mówi Kanionkowi, jaka jest temperatura dymu. Mało tego – ma SYRENĘ ALARMOWĄ, która odpala się, gdy temperatura przekroczy 50 stopni Celsjusza (syrena robi przeraźliwe ułi-łi-łi-łi słyszalne chyba nawet za rzeką), i to WSZYSTKO zostało sklecone przez Małego Żonka, nie żadne gotowce i kity modelarskie. Sama syrena to nikt już nie pamięta, skąd pochodzi, ale jest z małżonkiem dłużej niż ja, i on sam nie może uwierzyć, że w końcu do czegoś się przydała (czyli dokładnie tak, jak ja).

No to przy tej okazji jeszcze przypomnę, że został już tylko miesiąc na zamawianie serów świeżych, wędzonych, twarożku i fromaża, a potem to już dobranoc Państwu aż do maja, i tylko długodojrzewające ratują sytuację, bo część z nich dojrzeje akurat wtedy, gdy dopadnie Was nagły głód serowy, czyli w okresie od stycznia do kwietnia. No chyba, że biskup Was uprzedzi.

Buziaczki od starej kaczki, trochę się wyeksploatowałam, a przecież mam dla Was jeszcze autorski przepis na chińszczyznę na winie, setkę zdjęć arbuza, ujęcia z procesu laserowego łuskania fasoli oraz wykład o tym, dlaczego kaczki są niezbędne na tej planecie, że nie wspomnę o tych wszystkich filmach, które nakręciłam i skitrałam w szufladzie. No cóż, następnym razem.

190 komentarzy

  • Leśna Zmora

    Pierwsza!

    • Leśna Zmora

      No to tak:

      1. Jak całe dnie warzysz takie cuda, to ja się nie dziwię, że nie ma czasu na wpis. Jakie te sery piękne, aż chciałoby się powiedzieć “jak że sklepu” – no ale sklepowe żółte coś za 9.99 za kg to może kanionkowemu serowi skórkę czyścić co najwyżej.

      2. Czy mi się wydaje, czy to jest pierwszy wpis w historii, gdzie nie ma ani jednego zdjęcia kóz :O ?

      3. A bo ludzie to czasami są głupi… A na komentarze typu “nie zrobiłam, ale to na pewno nie wyjdzie” (np. przy biszkopcie rzucanym, gdzie ludzi szokuje brak proszku do pieczenia) nie trafiłaś?

      • ciociasamozło

        ad. 3. Dlatego komentarze czytam tylko u Kanionka :)
        A biszkopt rzucany robiłam. Nie wiem czy taki miał wyjść, ale był równiutki, niezbyt wysoki i zwarty :) Dobry do nasączania.

        • Leśna Zmora

          Mi raz się “udało” zrobić go z zakalcem, ale nie ma tego złego – dla ludzi upiekłam nowy, a tamtym zaopiekowały się wiecznie głodne psie pyszczki ;) .

          • kanionek

            Jeśli chodzi o brak zdjęć kóz, to jest nawet gorzej – to już drugi wpis z rzędu BEZ! No ale z drugiej strony – czego jak czego, ale kóz to tu zawsze było po krawędź beretu, więc krótki odwyk nam chyba nie zaszkodzi.

            Ciężko mi dzisiaj myśleć, bo obudziłam się z głową jak dynia – Mały Żonek usłużnie poinformował mnie, że ciśnienie atmosferyczne spadło na samo dno stawu, więc może to dlatego. I ciężko mi pisać, bo zgarnęłam wszystkie psy do domu, z powodu że błoto i mżawka, i teraz Puszczak nieustannie wbija mi się pod prawy łokieć, wywalając klawiaturę, a Żółte galopuje po całym domu szukając zaczepki i raz na trzy minuty wpada do mnie, urwać mi lewy łokieć.

            Korzystając z okazji – pytałaś o ławkę wierzbową, i już Ci wszystko mówię: da się na niej usiąść, jeśli się jest trznadlem albo sójką. Nie, nikt jej nie podgryzał, bo ławka znajduje się pod jabłonką w ogrodzie, a ogród jest poza psim i kozim zasięgiem. Te gałązki, które były wkopane w ziemię i miały stanowić szkielet i cały sens ławki, to jeśli w ogóle zrobiły się grubsze, to nieznacznie. Za to wszystkie na nich odrosty, przyrosty, czy jak to się zwie, to jak najbardziej – rosną co roku i szybko osiągają grubość mojej ręki. Koniec końców więc ławka i tak jest zjadana przez kozy, tylko na tej zasadzie, że ja odcinam te dzikie przyrosty i zanoszę do koziego paśnika, a na starość siedzieć będę pewnie i tak tylko na nocniku, więc pal to wszystko diabli ;)

            Ja czytam komcie pod przepisami kulinarnymi głównie po to, by sprawdzić, czy ktoś już zadał pytania, które ja chciałabym zadać (żeby autorowi dupy nie zawracać) oraz np. żeby się dowiedzieć, czy ktoś już upiekł taki chleb/ciasto/cokolwiek w piekarniku z epoki Gierka, i czy mu ładnie wyszło. Takie tam.

      • Barbarella

        Biszkopt z proszkiem?
        BISZKOPT Z PROSZKIEM?
        Naprawdę ludzie dodają proszku do pieczenia do BISZKOPTU?
        Ludzkość się stacza.

        • kanionek

          Uwaga, będzie wyznanie: nigdy nie piekłam biszkoptu! Chyba że liczy się to, że pomagałam Mamie, gdy miałam 10 lat. A tak poza tym to nigdy, bo nie mam zastosowania dla tego cudu kulinarnej gimnastyki z potrójnym saltem (a może chodziło o białko?). Ja bowiem tortów nie jadam, ani innych ciast puszystych i lekkich, tylko same ciężkie konstrukcje.

          ALE przypomniałam sobie, skoro o biszkoptach i zgrozach mowa, niedawną rozmowę z Żozefin:

          – A pani Aniu, jak pani będzie w mieście, to kupi mi pani tych spodów, co ostatnim razem.
          – Spodów…? A! O te biszkoptowe chodzi, tak?
          -Tak! One najlepsze były. Bo jak Dżery mi kupił, to niedobre jakieś i trzy razy droższe, niż te od pani. A mój Szymek sobie zamówił ciasto, jego ulubione, to jak przyjedzie to mu zrobię.
          – Aha, na tych biszkoptach, tak? – Pytam z czystej grzeczności, bo biszkopt to jest dla mnie ciasto dietetyczne i nie interesuje mnie. – A czym pani te biszkopty przekłada? Może jajek pani trzeba?
          – Niee! Szymek mi kiedyś przepis dał, bo to jego ulubione ciasto, i z żadną inną masą on nie chce, tylko tą z puszki taką.

          No to już dalej nawet nie pytałam, bo ciasto dietetyczne przekładane rakiem nie interesuje mnie. A może miało być z makiem, nie wiem. Tak tylko mówię, że co Wy wiecie o staczaniu się.

          • Cma

            Kajmakiem pewnie:)

          • kanionek

            Mają takie coś w puszkach? Zresztą, teraz wszystko mają. Ale nie pytam, bo i tak biszkoptowe przecież.
            Z suchych ciast dietetycznych to jednak sobie przypomniałam, że lubiłam kiedyś świąteczną babkę z bakaliami i owocami suszonymi/kandyzowanymi, jakoś tak, którą zawsze z zapałem piekła moja ciotka (chyba nadal piecze), i ona tak po dwóch tygodniach wciąż była jadalna (babka, nie ciotka), zwłaszcza podtopiona w kubku z herbatą :)

          • kanionek

            Hm… Babka podtopiona w herbacie chyba nie brzmi zbyt dobrze.

          • Cma

            Moze i nie brzmi zbyt dobrze, ale wazne, ze dobrze smakuje;)
            Owszem, maja takie cos w puszkach, w Biedronce sie pojawia, ale chyba sezonowo (zdaje sie, ze wlasnie sezon idzie, bo na jednej wystawie sklepowej w Zaduszki widzialam choinke z bombkami i swiatelkami).

        • kapelusznik68

          Świat się istotnie stacza bo i kruche ciasto z proszkiem też istnieje. Tylko czy to jest kruche ciasto?

          • kanionek

            No właśnie, toć bez sensu… A może niektórzy proszek do pieczenia traktują na równi z dobrym zaklęciem? “Żeby się udało!”. No i nazywa się w końcu “proszek do PIECZENIA”, więc tak jakoś sam się prosi ;)
            (Jak z tym facetem, co kupił deskę do prasowania i zwrócił do reklamacji, bo nie chciała prasować).

          • Bisia

            Ja jestem z innej bajki… ja nic nie rozumiem :-(
            To można upiec kruche BEZ PROSZKU?
            znaczy można piec ciasta bez proszku, sody albo drożdży? ???

          • kanionek

            Bisia, kruche można, bo to w sumie nie jest ciasto. To znaczy mam na myśli to, że kruche zwykle stanowi ledwie spód lub warstwy jakiegoś ciasta. Zwykle więc jest cieniutkie (i kruchutkie), i właśnie ma nie wyrastać do nieba. Tak ja to rozumiem. Kruche jest spodem do np. nibymazurka migdałowego, mojego ulubionego, albo warstwami ciasta w “torcie” greckim, który nie jest tortem, tylko najsmaczniejszym ciastem na świecie (wg Kanionka).

          • kapelusznik68

            Bisia, ale to żart był? Że można bez?
            Wszystko można. Można “z” i można “bez”.
            Podobno w chleb na zakwasie też można z drożdżami, tylko to już nie jest chleb na zakwasie.
            Sorki, że tak odpisuję ale już nie mam innej możliwości w tym wątku.

          • kapelusznik68

            A jednak umieściło się we właściwym miejscu.

          • Bisia

            Niestety to nie byl zart tylko moja totalna ignorancja jak się okazało.

  • Aliwar

    Druga 🙂

    • Aliwar

      Wow ale urodzaj pomidorowy . A sery mistrzostwo ślinka cieknie, tyle rodzajów i nowe ciagle nie jestem serowym amatorem ale trudno się oprzeć żeby złożyć zamówienie po kawałeczku 🙂 A komentarze rence opadają jak się czyta pod przepisem, mnie to rozwala jak wchodzę kilkanaście komentarzy a nikt nie wypróbował przepisu wszyscy „ muszą wypróbować” albo ich ciocia robi taki sam …. ludzie jak nie macie nic do powiedzenia to po co piszecie ???? Albo te czy mogę zamienić wszystko i ktoś oczekuje ze wyjdzie mu taki sam smak 😛

      • kanionek

        I dlatego Ciociasamozło dobrze mówi – najlepiej czytać i pisać tylko na “kanionku”, bo tu można od czapki i na każdy temat. I każdy, kto tu wchodzi, spodziewa się co najmniej Hiszpańskiej Inkwizycji, i to właśnie najczęściej zastaje :D

        Ale tak na serio – nigdy nie miałam bloga kulinarnego i nie wiem, co bym wolała: żeby ludzie mi pisali “mniam, wygląda pysznie”, “Śliczne babeczki, Kanionku, muszę koniecznie wypróbować Twój przepis (w grudniu, po południu, o 17:62)” itp., czy żeby nic nie pisali. Bo może gdyby nic nie pisali, byłoby mi przykro? Myślę, że dużo zależy też od tego, czy jesteśmy świeżo upieczonym właścicielem bloga i właśnie opublikowaliśmy swój pierwszy przepis na makaron z serem (i czekamy na pierwszy komentarz, obgryzając z nerwów paznokcie), czy mamy za sobą już tysiąc pięćset przepisów na chleb, a tu ktoś po raz osiemset szesnasty pyta nas, czy mąka ryżowa może zastąpić pszenną. Ja się więc z grubsza wkurzam tylko na takich, co nie szanują czasu i wysiłku autora, zadając np. pytanie, które dosłownie dwa komentarze wyżej już padło (i nawet odpowiedź jest), albo atakują go za swoje własne niepowodzenia. O, albo tacy, co piszą: “Sorki, może to pytanie już było, ale NIE CHCIAŁO MI SIĘ CZYTAĆ WSZYSTKICH KOMENTARZY”. No ja wiem, że może się nie chcieć, ale przykre, że taki ktoś wychodzi z założenia, że autorowi musi się chcieć odpowiadać czasem po raz setny na to samo pytanie. Za to doceniam, gdy piętnaście osób na sto napisze “dałam mniej cukru, bo dla nas zdecydowanie za słodkie”, bo wtedy wiem, że dla mnie będzie w sam raz :D
        (Na “kanionku” to jednak trochę inaczej – kto by spamiętał, prócz Leśnej Zmory, te wszystkie imiona i perypetie, a tym bardziej pamiętał, co było w tych tysiącach komentarzy. Można więc pytać sto razy o to samo, i ja to biorę na klatę, bo sama mam często wątpliwości, czy już o czymś pisałam, czy to zdjęcie dawałam, czy…)

        • Aliwar

          Coś w tym jest co piszesz 😉 zawsze nurtowały mnie te ludziki obok nicków u kanionka w komentarzach jak one są dodawane ? Zapamiętywane dla konkretnych osób bo chyba nie ?? Rano pisząc pod swoim dostałam nowego stworka to się zdziwiłam .

          • kanionek

            Stworki są przypisane do adresu mailowego, i wystarczy zrobić literówkę w adresie, żeby stworek nie rozpoznał swojego człowieka i siedział w kącie smutny! Po wnikliwej analizie (sprawdzałam trzy razy i dopiero za trzecim zauważyłam) mogę podpowiedzieć, że tam, gdzie dostałaś różowego stworka, zamiast “com” wpisało Ci się “con”. Detektyw Kanionek do usług :D

          • Aliwar

            I wszystko jasne, literówka bardzo prawdopodobne. Często się zdarzają szczególnie jak telefon uparcie lepiej wie co chcę napisać 😉

        • Leśna Zmora

          Aż się zarumieniłam, ale czuję się przeceniona – ja to w swoich zwierzątkach czasami się gubię i wołam to małe/białe/”ee, ty, chodź tu! Tak, właśnie Ty!”, a co dopiero w kanionkowych, których nie dość że jest więcej, to jeszcze zmieniają imiona jak kameleon!

          Ale czego jestem prawie pewna, że nie było, to historia szarej kaczki. Były biegusy i ta jedna zwykła kaczka, długo nic, aż tu nagle nie wiadomo skąd szara kaczka i potomstwo.

          • Cma

            A to nie jest kaczka Prezes?

          • Leśna Zmora

            No to i tak, Prezes potrzebował(a)by drugiej kaczki piżmowej, żeby doczekać się potomstwa.

          • kanionek

            “to jeszcze zmieniają imiona jak kameleon” – a weź… Jednego dnia witasz się z Kawką, a na drugi dzień się okazuje, że to nie żadna Kawka, tylko Koń. Ja sama czasem głupieję. Aha, a herbaciana rodzinka, która trzyma się zwykle w kupie (Herbata, Herbatnik i Mleczko), nazywa się obecnie Herbollah.

            Nie pisałam? Szara Kaczka została wykupiona od Żozefin za chleb i jajka, bo siedziała u niej w chlewiku i miała skończyć w zupie. Przez długi czas nie miała partnera i odwalała numery w stylu “a polecę sobie nad staw”, albo “a posiedzę sobie na kominie i wystraszę kurczaki, że niby jestem jaszczompiem”. Rok temu (chyba?) kupiłam jej faceta, za ser, od gościa, który dostarcza nam siano i owies. Najpierw myślałam, że nic z tego nie będzie, bo gąsior straszliwie gnębił tego biedaczka, ale na wiosnę kaczorek jakoś się ogarnął, ogólnie przybrał na masie przez zimę, wyhodował sobie groźnie wyglądające czerwone fyfle na twarzy, i założył z Szarą Kaczką rodzinę. Chyba tak to właśnie było, ale szczerze – mnie samej się już czasem mylą lata i wątki!

            Ćmo kochana, Kaczka Prezes jest już kaczką świętej pamięci :( Coś ją dorwało, nie wiem co, gdy ją znalazłam to żyła, ale ledwie, przeniosłam ją w ciepłe miejsce, czyli do Różowego, żeby miała święty spokój, podstawiłam wodę, wiadomo, ale sama widziałam, że kiepsko z nią. Żadnych obrażeń widocznych na zewnątrz, ale na nogach ustać nie mogła, ani głowy nad ziemią utrzymać. Nie napisałam Wam o tym, to była zima, a bezsensowna śmierć Prezes była kolejną cegłą na mój zdołowany łeb. Nawet Mały Żonek lubił tę kaczkę – na tle wiecznie rozgadanych i zaaferowanych życiem biegusów, Kaczka Prezes wydawała się stateczna i mądra ;) No i tak to. Szara Kaczka od początku podchodziła do mnie z dużą dozą podejrzliwości i dystansu pełnego wyższości, i dopiero teraz zaczyna się do mnie przekonywać. Nic na siłę, ja mam czas, a przede wszystkim ziarka, makaron, i cukinię. Szara Kaczka zaczyna doceniać te moje zalety ;)

        • kapelusznik68

          No ale przecież NIKT NIE SPODZIEWAŁ SIĘ HISZPAŃSKIEJ INKWIZYCJI!!!
          a Chewroleta polecam bo miałam już okazję wrzucić na ząb. I tak jak się spodziewałam był pyszny. Tak bardzo, że nie dotrwał do smażenia.

  • Bo

    O…
    Ale śniadanie zaserwowałaś, Kanionku. I wykład poranny i galeria, i przepis.
    Dobry dzień, dobry tydzień, dobry miesiąc się zaczyna.

    • kanionek

      …ale nie dla naszej pani listonoszki. Skapitulowała, gdy jakieś dwa tygodnie temu uszkodziła sobie podwozie, jadąc do nas z przesyłką, i teraz też zostawia wszystko u Żozefin. I jeszcze taka miła jest, że najpierw dzwoni i pyta, czy może tam zostawić. Poczta w tym powiecie powinna zainwestować w drony! Cyk, przeleci taki nad lasem, bagnem i mokradłem, liścik na parapecie zostawi, poczeka aż mu się polecony podpisze, i z powrotem do listonosza.

      • Leśna Zmora

        Pani listonoszka lepiej niech się do tej awarii nie przyznaje w pracy, bo jeszcze jej dadzą służbowy rower…

        • kanionek

          No tak, a ja tu o dronach…
          (“Jeszcze żeby tej elektryki nie było, to byłabym już spokojna”).

  • Kanionku cieszę się janiewiemco, że Żółte przeszło pomyślnie operację )))))))))))
    podrap za uszkiem i ucałuj w ten piękny pychol. Widać, że mu tam bardzo dobrze u Was i rośnie aż miło we wszystkich kierunkach ))). Kotów naliczyłam sześć. Kaczuszki śliczne i kaczki takoż. Zgłaszam protest w koziej kwestii, bo nie ma. I że jak to??
    poza tym Mały Żonek mi zaimponował, nie po raz pierwszy zresztą. Tak ktoś jak on jest nie do przecenienia w gospodarstwie domowym. Szacun.

    • kanionek

      “podrap za uszkiem i ucałuj w ten piękny pychol” – to weź spróbuj i ucałuj! Jak to pysio z ADHD, i w dodatku szczypie! Z miłości, rzecz jasna, ale ten nasz słodki delfinek kompletnie nie zdaje sobie sprawy ze swojej masy i siły rażenia. Jak mnie dziś rano serdecznie wylizała po twarzy, to okulary trzeba było młotkiem wyklepać ;) Dobrze, że szkła plastikowe.

  • Teatralna

    ach jeszcze dodam, że obrodziło tam u Was, że strach normalnie. Gigantyczne gatunki uprawiacie. To ma jakąś nazwę ;-) gigantusdynios? może.
    No sery zrobiły na mnie takie wrażenie, że otworzyła maila i wiesz pisałam równolegle z czytaniem.

    • kanionek

      Wszystko dzięki kaczuszkom! Tego się nie da zbyt wiele razy powtórzyć :)
      A czemu Kanionek trzyma cukinie na krzakach tak długo, aż osiągną rozmiary maczugi, to Wam opowiem w następnym odcinku.

      • mitenki

        Bo więcej żarełka dla kóz?

        • ciociasamozło

          Albo rozdziobią ich kaczki i kury. Znaczy je, te maczugi.

          • kanionek

            Ciocia to ma zdolności paranormalne, słowo daję. Kozy gardzą cukinią w sezonie, bo mają zielsko i jabłka, a wtedy, gdy chętnie by sobie cukinii pojadły, to jej już dawno nie ma. Za to trzymam dla nich dynie – te wielkie i te małe (piżmowa, makaronowa, i chyba jeszcze jakaś). Część na próbę już im zawiozłam, wyżarły tylko ziarka ze środka, a reszta leżała i gniła. Nie, to nie. Za tydzień już sprawy będą się pewnie miały inaczej, jak co roku.

  • Buka

    Bardzo smutny, bury i ponury wpis. W sam raz na listopad. Od razu mi lepiej, Kanionku!
    Dziękuję!
    :)

    • kanionek

      Żebym ja wiedziała, że masz takie zapotrzebowanie, to bym Ci błotka z podwórka nafotografowała, aż miło! Ale co się odwlecze…

      • Agniecha

        Przesłała w paczce? Błoto znaczy się?

        • kanionek

          Jeśli ktoś sobie zażyczy, to mogę – ekologiczne! Dobrze wyrobione psimi łapkami i kółkami od wózka z sianem. Może zawierać śladowe ilości kurzego łajna oraz sporą dawkę wulgaryzmów, którymi rzucam na prawo i lewo, gdy kółka grzęzną i wózek zdaje się ważyć pół tony :)

  • Ange76

    O, i to jest przepis na kapustę na miarę naszych możliwości :) Zwłaszcza, ze gęsi smalec kiśnie w lodówce od jakiegoś czasu i nie umiem go wykorzystać :)

    Masz tyle kotów, czy koty z całej wsi się zeszły, bo u Kanionka najlepiej karmią?

    Gratulacje dla Ciebie za te wszystkie sery, to musi być prawdziwa pasja. A dla Małego Żonka gratulacje za te wszystkie wynalazki, które sprawiają, że sery są takie wyśmienite.

    • kanionek

      Kotów tylko sześć przecież :D Gdyby się zlazły wszystkie ze wsi, to podwórka by spod nich widać nie było.
      Gęsi smalec w lodówce na pewno czuje się samotny i nikomu niepotrzebny. Bądź człowiekiem, nie znęcaj się nad smalcem, weź go na randkę z kapustą :)

      • Ange76

        No widzisz, jak to z tymi kotami. Ty mówisz, ze TYLKO sześc, a moja druga połówka twierdzi, że cztery to już jednostka chorobowa ;) A ja tylko chciałam podwoić obecny stan dwóch sztuk, żeby było parzyście.
        A tego Twojego białego to mam nawet na tapecie w pracy na komputerze. W jednym z poprzednich wpisów było zjecie jak on siedzi na łące i tak poważnie patrzy. uznałam, ze potrzebny mi ktoś taki, co będzie mi patrzył na ręce :D Czy np. zamiast pracować nie ślinie się do serów Kanionka.

        Zapomniałam się zachwycić kaczuszkami – śliczne są, nie dziwię się, ze Cie zawsze pociesza ich widok.

        • mp

          Ange, nie drażnij Połówka czwórką, trójca też się dobrze chowa ( a i biblijnie – Boh Troicu lubit :-) Jak się do trójki przyzwyczai, to wznowisz negocjacje.
          Z własnego doświadczenia mówię, bo tyle właśnie posiadam.

          • kanionek

            Tak właśnie trzeba – powolutku, po trochutku ;)
            Jedna kaczuszka, druga kaczuszka, jak są dwie, to przecież trzecia nie zrobi wielkiej różnicy, pięćdziesiąta kaczuszka…

  • zerojedynkowa

    Czwarta!
    No Kanionku, rozłożyłaś mię! Zabawnym i mądrym wpisem o kapuście i serach. A potem nastąpiła seria zdjęć z kotkami wśród czerwonej koniczyny i myślałam, że już jestem wystarczająco rozpłynięta, a tu zdjęcia z kaczuszkami! Stan mojego rozpłynięcia w skali od 1 do 10 wynosi sto tysięcy milionów milionów tysięcy ( jak mawia moje najmłodsze dziecię). Dziękuję :)

    • kanionek

      No, Twoje dziecię wie, jak rzecz ująć w słowa. Sama bym tego lepiej nie wyraziła. A te żółte mikrokaczuszki to właśnie owa jedenastka z końca sierpnia – dziś są już prawie dorosłe, mają prawdziwe pióra, i ich matka może wreszcie trochę odpocząć i zająć się własną garderobą, bo na zdjęciu z września widać, że ręce jej opadają, a suknia deczko uszargana. Teraz jest znowu piękna, gładka i dumna z siebie. Już nawet nie łypie na mnie podejrzliwie, jak kiedyś, i nie skacze po kominach :)

      A koty w koniczynie jadały w te tygodnie, gdy mała łąka była zamknięta dla kóz celem regeneracji sił. Gdy była otwarta, to z kolei na gęsim wybiegu, ale wtedy musiałam stać i pilnować, żeby im kaczki nie wyżerały kulek, bo kaczki mają przewagę liczebną i bezczelnościową. I tak to się żyje na tej wsi, bez ustanku kombinując, jak tu wszystkim zrobić dobrze :)

  • ajka

    piąta! aż zgłodniałam. Lecę na maila zamówić ten secik do próbowania <3

    • kanionek

      Na wstępie wpisu powinnam była chyba umieścić ostrzeżenie, żeby nie czytać na pusty żołądek :D
      Postaram się dzisiaj odpisać :)

      • Ania

        Ani na pusty żołądek ani w pracy, bo się człek ze śmiechu dusić musi! Jak zaczną przyznawać Nobla za poprawianie humoru to Kanionek jest pierwszy na liście!!!

  • Jagoda

    Super! super, że sa sery z orzechami włoskimi, a na widok smażonej szewrolady oczy mi się zaświeciły jak Bazylkowi na widok nornicy w pyszczku Lolka.
    Zbiory wszystkich warzyw przepiękne, podziwiam. I wyobrażam sobie ten ogrom Waszej pracy. Suszarka, wędzarnia ! Medal imienia “Pomysłowego Dobromira” dla Małego Żonka.
    Pozdrawiam wszystkich.

    • kanionek

      A wiesz, że gdy ja to wszystko oglądam na zdjęciach, to sama zachodzę w głowę JAK I KIEDY myśmy to wszystko zrobili, przerobili… No ale latem doba faktycznie jest dłuższa ;) I bardziej się chce. A nawet gdy się nie chce, to człowiek wie, że musi. A nawet jeśli czegoś nie musi, to myśli – zrób, żeby później nie żałować. I tak to się jakoś kręci, i wszystko da się znieść, żeby jeszcze nie ta zima :-/

  • ciociasamozło

    Kanionku, dziękuję!!!
    Opisem serów trafiłaś w dziesiątkę (a nawet setkę) bo mi się tu okolica dopomina zamówień serowych i nie wiedziałam co teraz masz. Ale już wiem i zaraz zamawiam WSZYSTKO!
    Ja rozumiem, że każdy ser ma swój przepis, który zapewne masz rozpisany i przeanalizowany, ale ogarnięcie TYLU rodzajów sera to jak dla mnie mistrzostwo świata!

    Zawsze wiedziałam, że Mały Żonek to zdolna bestia (a nawet Zdolna Bestia), ale suszarka i wędzarnia (przez syrenę kwikłam na głos! a jestem w pracy!) wskazują na to, że jeszcze się rozwija. I trochę mnie przeraża, że może kiedyś, dla dobra Kanionka, zechce nas wszystkich wysłać w kosmos i będzie umiał to zrobić…

    Ten wpis zdecydowanie zwiększył wilgotność w okolicy mojego biurka (ślinię się przez kapustę i sery, łzawię ze wzruszenia i ze śmiechu). Zerojedynkowa się rozpływa, a ja mam szansę się utopić (albo odwodnić) ;)

    • kanionek

      “Ale już wiem i zaraz zamawiam WSZYSTKO!” :D
      A to nawet dobrze – jedna przesyłka (pociągiem towarowym) i na drzwiach mogę sobie wywiesić kartkę “renamęt i urlop do odwołania”!

      “Ja rozumiem, że każdy ser ma swój przepis, który zapewne masz rozpisany i przeanalizowany, ale ogarnięcie TYLU rodzajów sera to jak dla mnie mistrzostwo świata!” – przepis na mistrzostwo świata jest banalnie prosty: 1. Musisz mieć czarny i czerwony mazak, 2. Musisz mieć kalendarz-brudnopis, po którym będziesz mazać i 3. Musisz mieć nerwicę i rysę chorobliwego pedantyzmu na charakterze. Oraz 4. Kalkulator.
      I robisz tak: w kalendarzu zapisujesz, kiedy który ser odwrócić/posolić/dosuszyć/wyjąć z suszarki/wyjąć z piwnicy itp. Na wszelki wypadek zapisujesz to również na karteluszkach, obowiązkowo z wykrzyknikami (w sprawach szczególnie istotnych używasz czerwonego mazaka), a ponieważ martwisz się, że któraś mogła się zgubić, to jeszcze dodatkowo zapisujesz sobie wszystko na małej tablicy suchościeralnej, którą kiedyś kupił ci na urodziny małżonek, przerażony ilością zużywanych przez ciebie karteczek. (Na tablicy zapisałaś sobie również, pół roku temu, że trzeba posprzątać w kurniku, wykrzyknik, ale gdyby zapytać kurczaki, to… Najważniejsze, że zapisałaś). I potem jeszcze tylko, od czasu do czasu, musisz zejść do piwnicy i zakrzyknąć: “O, kruwa, miałam dosuszyć Gruyera!”, ewentualnie: “Mogłabym przysiąc, że miałam tu jeszcze kilka sztuk belper knolle…” – i już. Sukces gotowy.

      “I trochę mnie przeraża, że może kiedyś, dla dobra Kanionka, zechce nas wszystkich wysłać w kosmos i będzie umiał to zrobić…” – ja Was nie chcę straszyć, ale on faktycznie coś się ostatnio lotami w kosmos interesuje. Obecnie zgłębia tajniki misji na Marsa realizowanej przez Space-X, ale może być tak, że to nie z czystej ciekawości i podziwu dla Elona Muska, tylko żeby podpatrzeć pewne technologie…

      “a ja mam szansę się utopić (albo odwodnić)” – o w mordę… Miałam ściągnąć pranie tydzień temu…

  • Agnieszka

    Wychylam zza szafy swój kadłub zakurzony tylko raz w roku, po kalendarz. Ale dziś muszę. Zrobiłam kapustę, ludzie …. POEZJA !!! Kanionku nie tylko ty zjadłaś ją przed obiadem.

    • kanionek

      Łoo, pani! Tak szybko? To znaczy wiem, sama napisałam, że to pół godziny i gotowe, ale ja jestem z tych, co to najbardziej przyziemną decyzję muszą przemyśleć trzy razy. Czy Ty wiesz, że ja do modrej kapusty przymierzałam się kilka lat, zanim odważyłam się ją zrobić? :D

      Cieszę się, że smakowała :) Mały Żonek, gdy mnie widzi nad garnkiem z modrą kapustą, to mówi: “Oho! Kanionek i jego czary w tubce” (w sensie, że ja robię wszystko takie “skoncentrowane”, jego zdaniem).

      • Agnieszka

        No siedzę sobie raniutko, czytam, ślinię się i prawie płaczę że laktozy mi nie wolno, ale kapustę mogę i akuratnie zalega głowa modrej w kuchni, to nad czym tu długo myśleć ? :D

        • kanionek

          O, przypomniałaś mi z tą laktozą. Wiecie, dlaczego osoby z nietolerancją laktozy mogą jeść sery długodojrzewające? Bo bakterie serowe właśnie laktozą się żywią, i im starszy ser, tym mniej jest w nim laktozy. W dwuletnim parmezanie to pewnie nawet nie ma sensu jej szukać. Gdzieś widziałam zestawienie poziomów laktozy w mleku poszczególnych ssaków (w tym człowieka) i w produktach mlecznych, i sery długodojrzewające miały tej laktozy jakiś ułamek śmieszny procenta. Może to jeszcze odkopię.

  • LucyOnTheSky

    Kaczuszki!!! Kotki! Piesełki! Sery! I pyszności wszelakie! Brakowało mi Twoich relacji Kanionku! Dobrze, że piszesz… Zamówienie na sery wysłałam mailem, a teraz jeszcze raz wracam do zdjęć i sycę oczy całym TYM DOBROSTANEM!
    Wysyłam jesienne SER-deczności! :-)

    • kanionek

      A dziękuję, Lucy :) I teraz cieszę się, że jednak Wam nie pokazałam zdjęć larw stonki, które ręcznie zbierałam z ziemniaków i wrzucałam do plastikowego pojemniczka (no bo nie pryskam, a stonka to jest taka maszyna, że w dwa dni opędzluje zielsko i po ziemniakach, więc choćby plecy skrzypiały, zebrać to dziadostwo trzeba), bo urodziwe to one nie są i mogłyby zepsuć przyjemność patrzenia. Kaczuszki na blogu wypadają o niebo lepiej :D

      • Agniecha

        A co zrobiłaś z larwami stonki z plastikowego pojemniczka? Nakarmiłaś kaczuszki?
        U mnie w tym roku stonki nie było (!). Dlaczego, nie dociekam. Co prawda, ziemniaki też za bardzo się nie udały, pewnie susza im nie posłużyła.

        • kanionek

          U mnie były w ściółce, głęboko, bo jeszcze niejadalnego siana na wierzch dorzuciłam, więc mokro miały, a stonkę humanitarnie zamroziłam… I na kompost. A w sumie dobrze mówisz, że mogłam kaczuszkom rzucić. Ale te larwy takie paskudne, że jakoś mi do głowy nie przyszło, że ktoś mógłby chcieć to jeść!

          • Agniecha

            Zawsze się znajdzie ktoś, kto chce zjeść kogoś innego.

          • kanionek

            Podobno tak jest, tylko coś chętnych na kleszcze nie ma :-/

          • Leśna Zmora

            Coś mi się kojarzy, że indyki i/lub bażanty uwielbiają stonkę.

          • Leśna Zmora

            Co do kleszczy to z kolei PODOBNO perliczki.

          • kanionek

            Ooo, ja chciałam perliczki, wiem nawet kto ma, i to blisko, w sąsiedniej wsi. One są tak cudaczne! Niesłychanie śmieszny ptak. Do tego czujny i bojowy. Jastrzębia wypatrzą i wszystkich ostrzegą. Tylko jest z nimi pewien problem – drą dzioby niemiłosiernie, a do tego w takich rejestrach, że uszy gniją i odpadają. Mnie by to nie przeszkadzało, ale Mały Żonek… No nie chcielibyśmy, żeby Małemu Żonkowi uszy zgniły i odpadły. Tak więc chyba nici z perliczek.

  • Baba Aga

    Dzień dobry, piękne sery, aż się zawstydziłam że się tak bardzo nie znam, piękne też Żółte i pomidory no i w ogóle. Co do komentarzy pod przepisami, to mnie doprowadza do szału 50 komentarzy pod przepisem że: wygląda smakowicie, musi być pyszne, och ale mi narobiłaś smaka, no żesz kurwa mać ciekawa jestem czy komuś wyszło i czy jest smaczne a nie że ładnie wygląda, to widzę przecież. Ale jest taka kobieta co ma bloga “niebo na talerzu” i pokochałam ją w momencie jak przeczytałam odpowiedź na pytanie “jak wyłożyć blaszkę papierem?” odpowiedź: “najlepiej jak potrafisz”, a i przepisy ma fajne, zwłaszcza na ciasta. Niezmiennie ściskam, pozdrawiam i podziwiam, to bylam ja Baba Aga z Błot.

    • kanionek

      Najlepiej jak potrafisz – coś pięknego :D
      (To ja Wam powiem, jak ja sobie radzę z wykładaniem blaszki papierem. On jest taki sztywny, prawda? I się odkształca i przesuwa, i nie chce współpracować. No to ja go cap! Klamerką w każdym rogu do blaszki przytwierdzam, na czas wykładania/wylewania tego, co ma się w tej blaszce znaleźć. Taka jestem – jak coś nie chce współpracować, to go młotkiem, sznurkiem, albo klamerką).

      Żeby się “poznać” na serach, to ja nie wiem, ile by ich trzeba zjeść. Nie dość, że jest milion gatunków, to jeszcze różnią się nawet ze względu na region, albo niuansami produkcji, albo choćby dlatego, że sery robione z mleka żywego, a nie standaryzowanego i pasteryzowanego, też będą się między sobą różnić, nawet w obrębie jednego gatunku. No i są sery typowo kozie, typowo krowie, czy owcze, ale można je najczęściej zrobić używając mleka od innego gatunku i też wyjdzie smacznie, tylko inaczej.

      • Aliwar

        Ej ale ten patent z klamerkami to chyba zgapie, ile to razy walczyłam żeby ciasto przełożyć a ten papier jakoś tak bezczelnie mi się zawijał ze ciasto ladowalo między papierem i blaszką i potem nie wiedziałam czy już płakać czy jakoś to ratować a tu masz ….DA SIĘ🙂

      • Agnieszka

        A ja mam taki patent że papier w kulkę szczelną zwijam, później rozwijam i już można takim pogniecionym wszystko bez problemu wyłożyć.

      • Marta

        Papier wystarczy zmoczyć- robi się super plastyczny i można z nim wszystko robić. Polecam- szybko i łatwo.

        • kanionek

          O, proszę. Jeden problem może mieć wiele rozwiązań. Nie wpadłabym na moczenie, bo jakoś w głowie miałam, że on przecież wodoodporny, czy coś, ale następnym razem wypróbuję.

  • Ola

    Kanionku, chciałabym zamówić to kilo serów różnych, czy mam pisać gdzieś osobno, czy mogę tu?

  • ola

    Aaaa, no a gdzie przepis na ten makaron ze zdjęcia???
    No tak się nie robi, rzucić coś i odejść.
    Wiem, że pewnie co kto ma, ale ja chcę dokładnie taki, plis :))))

    • kanionek

      Dokładnie taki to będzie ciężko zrobić, coś jak z wejściem dwa razy do tej samej rzeki. Bo tam, na przykład, znalazł się liść kalafiora z mojego ogrodu (cały jeden!) i jeszcze jakieś inne resztki, kaczuszkom z dzioba wyrwane ;) Ale niedługo, obiecuję, będzie przepis i te wszystkie filmy, które porobiłam, a nie pokazałam.

  • Fajnie przetwarzasz swoje zbiory

  • No i od razu skojarzyło mi się z książką Błogosławieni, którzy robią ser niejakiej Sarah-Kate Lynch
    Kanionek, jak ja Cię uwielbiam czytać! Tak bardzo, że nie przeszkadza mi, że tak rzadko piszesz ;)
    Jaką drogą zdobyć kilo sera w mieszanym zestawie? Instrukcje pozyskiwania Kanionkowego sera poproszę na maila pieswswetrze@gmail.com

    • Pies w swetrze

      No i biskup powiadasz splądrował Ci sery… tiaaa…. coś jest na rzeczy z tymi osobami duchownymi. We wsi obok znalazłam źródło pierogów wszelkiej maści. Ale najlepsze są te z dynią i prawdziwkami. Niestety dookoła są trzy parafie i kolejne w niejakim oddaleniu, a sława pierogów się niesie po równinie i wzgórzach. No i co nie wpadnę po pracy z wywieszonym ozorem licząc na pierogi z dynią, to zawsze mnie któryś proboszcz ubiegnie! O-żesz-ku! Czy instytucja Michałowej i Babci Józi już odeszła w niebyt?!

      • mp

        Piesu, te z dynią to z prawdziwymi prawdziwkami żywemi, czy suszonemi ? Suszone albowiem i dynie mam, więc chętnie bym sobie wyprodukowała.
        Konradowa

        • Pies w swetrze

          Ponieważ mają te pierogi o różnych porach roku, to myślę, że używają żywych lub mrożonych – tak to przynajmniej wygląda. Ale z suszonymi zapewne też da radę. Po prostu spróbuj.

    • Cma

      Kanionek produkuje sery, nie instrukcje;)
      Poprostu zloz zamowienie mailem, adres kontaktowy jest tu na stronie przeciez.

    • Aliwar

      W menu wybierz forum potem anonse towarzyskie i ogloszenia drobne … potem sery kanionka i jest instrukcja i fotki różnych serów z opisami 🙂

      • mp

        O właśnie, długa , kręta i pełna zasadzek droga do tych instrukcji prowadzi, więc niniejszym składam wniosek formalny do Wszechmogącego Małżonka Kanionka- może by tak dodać zakładkę gdzieś pomiędzy Forum a Kontaktem ? Toż to szalony efekt marketingowy może odnieść i pomóc nam uprzedzić biskupa !

        • kanionek

          Ooo nie, Mp, żadnych takich marketongów – chcecie, żebym zwariowała? Już tylko po tym wpisie nie nadążam na maile odpowiadać :D
          Ja się po prostu obawiam sytuacji, w której połowie chętnych musiałabym odpisywać: “Nie ma, wyszły, będą w przyszłym roku”.

          Ale przyznaję, że biskup ma przewagę. On tu się co prawda osobiście nie fatyguje, ale ma posłańca, którego zadaniem jest wyciągać ze mnie zeznania w sprawie “co Kanionek ma w piwnicy” i zaklepywać co smakowitsze kąski.

    • kanionek

      Piesie w Swetrze – Blessed Are the Cheesemakers – czytałam! A wiecie, że ta fraza pojawia się w filmie Żywot Briana? Tu jest cały dialog (przepyszny): http://montypython.50webs.com/scripts/Life_of_Brian/3.htm

      Pozwoliłam sobie kawałek skopiować (jeśli tak nie wolno, to usunę, ja się już gubię w tym współczesnym świecie – niby wszystko można, a prawie nic nie wolno):

      MAN #1: I think it was ‘Blessed are the cheesemakers.’

      JESUS: …right prevail.

      MRS. GREGORY: Ahh, what’s so special about the cheesemakers?

      GREGORY: Well, obviously, this is not meant to be taken literally. It refers to any manufacturers of dairy products.

      :D

      Ale widzę, że Pies też pogubion. “Czy instytucja Michałowej i Babci Józi już odeszła w niebyt?!” – no pewnie! Teraz nawet odkurzacze są samobieżne i inteligentne, lodówki wysyłają esemesy o tym, że zapomnieliśmy zamknąć drzwi, pralki piorą i suszą, to niby co ta Michałowa miałaby robić – kanały w TV zmieniać?

      Tajny link do instrukcji: https://kanionek.pl/forum/showthread.php?tid=83

      • Pies w swetrze

        Nie ułatwiasz Kanionek, nie ułatwiasz! Osiołkowi w żłoby dano :(
        Za dużo opcji. Ok, na maila skrobnę, a Kanionek niechże pomyśli o takim murowanym zestawie wysyłkowym po 15-20 deka, kilka sztuk w kilogramie, żeby potencjalny klient se styków nie przegrzał od rozmyślań i nadmiernego wyboru!

        • kanionek

          :D
          Ja wiem, potencjalny klyjęt ma przechlapane. Sama bym zgłupiała. Najlepiej to ma kient taki, co już przełamał pierwsze lody, staranował barierkę, dopchał się do lady, nieco obszarpany, ale szczęśliwy, wziął co było, wszystkiego po trochu, i za drugim razem to już spokojniejszy przyszedł, uczesany, i z godnością osobistą nie bez dumy rzekł, że teraz to on już wie, czego chce :)

          Ten zestaw murowany to rzecz trudna do zrobienia, bo sery świeże, wędzone, twaróg i fromage, robię tylko pod konkretne zamówienie (żeby nikt nie dostał zleżałego z kminkiem, którego nikt nie chciał), a dojrzewające są zazwyczaj dostępne tylko w okresie wrzesień-grudzień.

          Za to na życzenie bez problemu robię zestaw z rodzaju “szef kuchni poleca”, w granicach określonej przez klienta kwoty :)

  • mitenki

    Sześćdziesiąta ósma!

    • mitenki

      Kurczaki, miałam siedzieć pod gabinetem u lekarza i pisać komcie, i nic z tego nie wyszło…

      • ciociasamozło

        Ale, że lekarz nie wyszedł, za szybko przyjął czy w poczekalni brak zasięgu?

        • mitenki

          Miałam zrobić testy alergiczne – pół godziny siedzenia z próbkami… a okazało się że lekarz przy poprzedniej wizycie nie wystawił mi na to skierowania i dopiero za 2 tygodnie jestem umówiona…

          • kanionek

            Jak ja Was podziwiam, że Wy tak gdzieś chodzicie, coś załatwiacie… I zaraz sobie przypominam, że przecież ja też kiedyś byłam normalna! Chodziłam do lekarza. Robiłam badania. Z WŁASNEJ WOLI. Płaciłam za prywatę, bo mnie było stać, ale to nieistotne – chodziłam! Sama.
            A tak się śmiałam z babcinego gadania, że zdziczeję w tym lesie. I kto się teraz śmieje, i to wcale nie jak ten głupi do sera, tylko bardziej jak wylękniony debil do ściany? Jeżu z kolcem w dziąśle…

          • mitenki

            A ja nie z własnej woli. Chciałabym wiedzieć, z jakiego to powodu przez 4 miesiące kasłałam jak gruźlik w ostatnim stadium. Bo jakby się to miało na wiosnę powtórzyć, to się wczesniej zastrzelę!

          • kanionek

            “A ja nie z własnej woli. Chciałabym wiedzieć, z jakiego to powodu przez 4 miesiące kasłałam jak gruźlik w ostatnim stadium” – czyli właśnie, że z własnej woli! Ja też chciałabym się dowiedzieć, dlaczego od dwóch miesięcy, pomimo łykania IPP, mam żaby w żołądku, ból w śródpiersiu, mdłości i dyskomfort w gardle, ale się nie dowiem, chyba że na gastroskopię zawiezie mnie Policja, Straż Leśna, OTOZ Animals, albo Krzysztof Rutkowski. Generalnie potrzebne będą uprzęże, karabinek z nabojem usypiającym, samochód-klatka i umiejętność negocjacji oraz zastraszania.
            (Owszem, mam przepuklinę rozworu przełykowego przepony, ale IPP przez tyle tygodni powinny chociaż złagodzić objawy, a tu dupa. Może żołądek jeszcze bardziej wlazł mi do klatki piersiowej, i teraz już tak będzie zawsze? No nic, poczekam jeszcze z miesiąc, skoro już tyle wytrzymałam).

          • Cma

            Leki na nsfcisnienie wykluczone z grona podejrzanych?

          • mitenki

            A mogą być przyczyną? Od sierpnia już nie kaszlę, a leki biorę stale.

          • Cma

            Niektore leki wywoluja reakcje alergiczna, b.czesto objawiajaca sie meczacym kaszlem. Zerknij do ulotki. A poczattki tego kaszlu zbiegly sie z nowym lekiem?

  • mp

    No dobra, nawymądrzałam się w komentarzach, to teraz do adremu : w kolejkę zapisuję się niezwłocznie, zaraz ślę maila, nie wiedziałam, że Kanionek takie skarby w swojej piwnicy skrywa ! Proponuję dla wiernych czytelników część schować jeszcze głębiej, coby biskup nie wywęszył. Zdjęcia piesów rozbrajające , czy Żółte faktycznie gustuje w pomidorach ? Bo moja Snurkowata uwielbiała podkradać prosto z krzaków borówki amerykańskie, pies koleżanki chrupał jabłka, a znajomy bokser sam zrywał sobie pomidory, ale używał ich w zastępstwie piłki, więc całkiem to możliwe :-) Kocia banda super, ale i łąka, na której się pasą, wygląda wspaniale, jak wszystko , co spod Państwa Kanionkostwa rąk wychodzi, bo chyba specjalnie ją obsiewacie ? Suszarnia serów i wędzarnia- pełna profeska, żeby nie to, że na końcu świata mieszkacie, to bym chętnie takie cudo zamówiła, oczywiście w wersji mikro.
    Tak sobie myślę, że gdyby Kanionek nie próbował zrobić wszystkich serów świata, a skupił się na jakichś 5-6 rodzajach, plus raz na kwartał jakieś ekstra-cudo za , ma się rozumieć, ekstra- pieniądz, to i łatwiej mu byłoby, i mniej roboty, a publika i tak byłaby zachwycona.
    Niestety, łatwo mi sobie wyobrazić, ile ciężkiej orki stoi za tymi pięknościami ze zdjęć Kanionka, i trochę mi żal, że po jego sery nie przylatuje co tydzień pomocnik kamerdynera jakiegoś Bezosa czy innego multi-multi i nie zostawia przy beczce worka dukatów. Chylę czoła, jak zwykle .

    • kanionek

      Mp, u nas warzywno-owocowy najbardziej jest Laser (kocha arbuzy!), Żółte jabłkami się bawi jak piłką, Majączek w sumie opitoli wszystko, co mu się nawinie, i tylko cukinię, z jakichś powodów, żrą wszyscy.

      Ja bym się nawet skupiła na tych pięciu serach na krzyż, ale najpierw muszę wypróbować wszystkie (w mojej mocy), żeby wiedzieć, które są najlepsze. No i trochę się obawiam, czy Wam by się w końcu nie znudziło ciągle to samo. W ubiegłym roku był szał na szwajcary, a w tym niekoniecznie, czasem chcecie twarogu wiadrami, a czasem dwie łyżeczki ;)

      Nie, jeszcze nie obsiewaliśmy łąk (ale kiedyś pewnie będzie trzeba) – koniczyna dostała skrzydeł, gdy kozy wykończyły oset i pokrzywę, które tu rosły kiedyś po pachy i nie dopuszczały innych gatunków, a do tego siano, które kozom podajemy również w paśniku na zewnątrz, pyli nasionkami aż miło. Jak wiatr powieje, to i kilkadziesiąt metrów takie nasionko poleci. Pojawiły się więc na łące również trawy, których tu kiedyś nie było. Jakoś ten system strzygąco-nawożący na razie działa, ale może ulec przeciążeniu, z czego zdajemy sobie sprawę, ale jeszcze się nie martwimy.

      O, to ja się napiję (herbaty z malinami) za tę wizję z kamerdynerem, co zabiera ciężarówkę serów i zostawia worek ze złotem :D
      (Żozefin mi się pochwaliła, że dostała podwyżkę renty, a Dżery ma jakieś propsy z MOPS-u, i łącznie to oni “zarabiają” miesięcznie więcej, niż Kanionek z Małym Żonkiem. Ja im nie żałuję, bo ja nie jestem z tych, co by chcieli ludziom zabierać, tylko się zastanawiam, czy obrałam właściwą ścieżkę kariery :D Jedno mnie tylko lekko, LECIUTKO denerwuje, w kontekście tych podwyżek, że Cykanowi Dżery znowu kupił karmę dla kurczaków, bo “ta ode mnie za droga”. A Cykan schudł i zmatowiał. Jeszcze nie jest w stanie “dzwońcie na Policję i dajcie w ryj właścicielowi”, ale… Żozefin kocha tego psa, oczywiście po swojemu, ale kocha, za to Dżeremu jest chyba solą w oku, że pies musi jeść. Kiedyś kupiłam Cykanowi, za swoje, takich psich salcesonów, żeby zjadł chociaż coś, co koło mięsa leżało, no i ten… Okazuje się, że Dżeremu też smakowało… Wczoraj zawiozłam Cykanowi usmażonych kaczych jajek i powiedziałam Żozefin, żeby mu od razu dała, zanim Dżery zeżre. Chociaż trochę białka, tłuszczu i witamin z tego będzie miał).

      • Cma

        Biedny Cykan. Dzeremu wiadro sruty zaparzyc!

      • ajka

        Mój blablador kradnie pomidory w warzywniaku, parę razy wyciągałam z dzioba, ważyłam i płaciłam. Maliny też sam z krzaczka skubie. A na balkonie mam 2 krzaczki poziomek i zawsze jej pokazuję jak są nowe, to rwie prawie z doniczką ;)
        Ale nie rozciągałabym tego na całą psią populację, bo blabladory mają wg mnie uszkodzony ośrodek w mózgu, ten co odpowiada za poczucie sytości ;)

  • Cma

    A kilogram takiego “pakietu startowego” ile by kosztowal?
    Plus taka jedna roladka szewroleta?

  • Mia

    Niezmiennie Kanionku podziwiam za ogrom pracy. Czy Ty w ogóle kiedyś sypiasz albo odpoczywasz? Aż nietaktem jest proszenie o wpisy, skoro roboty masz wiecznie pod korek albo i wyżej.
    W każdym razie pozdrawiam serdecznie

    • kanionek

      W sezonie nawał roboty, zimą naloty depresji, jak tak się będę usprawiedliwiać, to mogę już “zamknąć sklep” i wykopać sobie dołek :D
      A wyrzuty sumienia, gdy dla Was nie piszę, są najgorsze – wiem, że chcecie wiedzieć co tam słychać, że chcecie zdjęć, że Wam się należy, że jak się powiedziało A, B i C, to nie można tak po prostu przejść do “g…”. I tak jesteście cierpliwi!

      • Mia

        Nie zamykaj, nie zamykaj. Nie wiem, czy nie będzie to dla Ciebie brzmieniem, ale pół mojej pracy Cię czyta jako anonimowi wielbiciele. I na służbowym komunikatorze pojawia się czasem wpis “jest Kanionek” i wtedy wszyscy natentychmiast robią sobie przerwę.
        A czy można nieśmiało zapytać o kozy? Bo stado się rozrasta, jest jakiś punkt krytyczny, w którym musicie się zatrzymać z ilością?
        Pozdrawiam serdecznie i dziękuję 😊

        • Cma

          Jeden z tych biurowcow na Mordorze zamiera w polowie po nowym wpisie Kanionka?;)

          • Mia

            Nie Mordor 😉 ja pracuję z luzakami, czasami aż za bardzo hasają 😁

        • kanionek

          Nie wiem, czy mnie tu gdzieś jeszcze wpuści z tym komentarzem, ale – Mia, dziękuję! Jakie tam brzemię – pewnie jest Was pińć na krzyż w jakimś biurze projektującym wysokospecjalistyczne kółka do łazików marsjańskich, albo coś w tym stylu, a połowa z pięciu to dwie i pół osoby, no to sama rozumiesz, że co to za fejm.

          O kozy można pytać śmiało! Punkt krytyczny uważamy w tym roku za osiągnięty, a nawet nagięty. Pięć młodych dziewczyn zostało, z tegorocznych wykotów, i chyba już zostaną, a do tego mamy kilka “darmozjadów”, których na bruk przecież nie wyrzucimy i muszą się jakoś zmieścić (Mesio – koza, która ma piękne cycki, równiutkie strzyki, idealne do dojarki i ludzkiej dłoni, ale co z tego, skoro mleko można z nich wycisnąć tylko imadłem. Taka wada, małe otworki wylotowe – nawet mesiowe dzieci miały problem z wyssaniem czegokolwiek i musiałam je w ub. roku dokarmiać z butelki. No to teraz Mesio tylko tyje i gwiazdorzy. Jest Raszik, której boję się zakocić po tegorocznych problemach z porodem i później trzeszczącycm kręgosłupem, i jeszcze się takich agentek znajdzie, którym odpuszczamy, bo są problematyczne). Możecie natomiast być spokojni co do jednego: my ich wszystkich kochamy – psów, kotów, kozów, kaczków i w ogóle, ale nie jesteśmy niepoczytalni, i nie dopuścimy do sytuacji, w której zwierzęta musiałyby żyć tylko naszą miłością i kurzem! Choćby Kanionek nie wiem jak się skręcał w łóżku po nocach, młode muszą być sprzedawane (tyle mojego, że robię odsiew i nie sprzedaję oszołomom, analfabetom i innym takim, co do których uważam, że mogliby co najwyżej kamienie hodować). Żółtego to już wzięliśmy lekko zestrachani, ale wierzyłam, że nam pomożecie, i – dobry porze – nie zawiodłam się. Jednak wiem, że gdzieś jest kres. Granica. Czy coś. Najgorzej, to odwrócić oczy od zwierzaka w potrzebie, i próbować z tym żyć, tłumacząc sobie, że “już więcej nie damy rady”. No nic, nie chcę smutać, obyśmy zdrowi byli, i hejże glujże.

          • Leśna Zmora

            No a my te 5 maluchów baaardzo chcemy poznać! Może jakieś zdjęcia, a jak nie, to chociaż opis? Zostały te najlepsze/najbardziej ukochane, czy te, których nikt z kupujących nie chciał?

            A myślisz, żeby te biedne zwierzątka trafiające pod Twoje skrzydła puszczać dalej w świat (wiem że już tak było w przypadku Wąskiego – ale chyba jak by nie był takim bandytą, to by został?)?

          • kanionek

            Mówisz, że mogłabym być jak schronisko (przyjmuje i wydaje zwierzęta), tylko bez statusu prawnego, finansowania i przywilejów schroniska? Hm…
            Mogłabym! Tylko dajcie mi jeszcze trzy pary rąk i dobę dłuższą tak ze dwa razy, to ogarniem ;)

            Tak, Wąski miał zostać u nas, oczywiście. Gdy go zabieraliśmy od Pana Audi, to właśnie z taką myślą, że spróbujemy mu wyprostować głowę i będzie sobie żył u nas jak cżłowiek. No ale Wąski to był taki orzech do zgryzienia, na którego nie starczyło nam zębów. A dokładniej to właśnie czasu. Z nim trzeba było uczciwie i codziennie pracować, ani na chwilę nie spuszczać z oka, a do tego mieć czas naprawiać szkody, jakie wyrządzał (już pominę to, że jak mi skasował środkowy i serdeczny palec lewej ręki, to znów traciłam czas na robienie wszystkiego dwa razy dłużej jedną ręką). No i znalezienie mu domu z normalnym człowiekiem też nie było łatwe – nie chcieliśmy, żeby trafił do kolejnego oszołoma, na łańcuch. Nie nadawał się do dzieci, ani do gnicia w miejskim mieszkaniu całymi godzinami, bo w pierwszy dzień zrobiłby komuś z chaty jesień średniowiecza i trafił do schroniska. Bez umiejętnego i długotrwałego szkolenia nie nadawał się prawie nigdzie! No ale mniejsza z większą.

            Jeśli zamówicie ładną pogodę w Kanionkowie, to zrobię film z kozami i poznacie piątkę dzieci niechcianych – Mega, Krypto, Pieruna, Nadieżdę i Łatkę. WSZYSTKIE są ukochane. Żadnej bym nie oddała. Ale wiecie, że muszę. Najgorzej, gdy one zostają z nami tak długo i już nam siedzą w kieszeni, czyli są tak oswojone i z nami zżyte… No nic. Weź się ogarnij, Kanionek. Na razie są u nas, i tyle.

          • Leśna Zmora

            Ej, ale mi nie chodzi o schronisko, czy nawet azyl/fundację z 20 psami, 50 kotami i starym koniem z rzeźni, tylko np. tuczysz Żółte, wysyłasz je dalej w świat, a potem jak się napatoczy np. Pomarańczowe, to jest na nie miejsce :) . Żeby Żółte się trafiło w ciągu tych paru dni co miałam niezapełnione miejsce dla psa, to chyba bym zaczęła negocjacje na ile kg marchewki ją wymienisz ;) .
            A co do biednych piesków to zaraz Ci wyślę bardzo fajne zdjęcie na maila.

            Pokaż kozy, może kogoś z fanów Kanionkowa da radę przeciągnąć na kozią stronę mocy :D ? Ja mogę dorzucić koziołka jak coś ;) .

          • kanionek

            Ha! To odpowiem Ci tutaj, bo już widziałam zdjęcia (może pamiętacie, drogie Kozy – leśna Zmora niedawno przygarnęła zabłąkaną znajdę, w stanie straszliwego wychudzenia, chorą i skołtunioną, do niczego niepodobną) – to jednak prawda, że fryzura odmienia kobietę! Każdą! Twoja Czarna Zmora wygląda teraz jak francuski piesek salonowy, a jak jeszcze przytyje, to już w ogóle będzie śliczna :)

            Nooo, teraz Żółtego to już bym nawet za zdrową nerkę nie oddała, a i Żółte by chyba nie chciało – kompletnie bez samochwalstwa, bo nie o to chodzi – Żółte ma tu jak w raju. Jest co niszczyć, jest gdzie szaleć, no i jest Z KIM. A do tego człowieki jakieś takie wyrozumiałe ;) Nie powiem, ile balotów nam w tym roku pieski zmasakrowały (rwą siatkę, nawet jeśli nienaumyślnie, to niechcący, wdrapując się na baloty), i dziwnie zbiegło się to z pojawieniem się Żółtej Błyskawicy w Kształcie Wielkiej Kluchy. No ale nie o tym chciałam.
            Jasne, jeśli pojawi się na horyzoncie jakieś Pomarańczowe, Zielone, albo Wpaski, to tym razem najpierw zarzucę przynętę na blogu – a nuż któraś Koza złapie robaka? Was jest sporo, jak się okazuje, bo nawet jeśli na co dzień siedzicie w szafie i czytacie “kanionka” przez dziurkę od klucza, to po ostatniej reklamie serów dojrzewających część z Was nie wytrzymała i się ujawniła ;) Może więc się zdarzyć, że tu będzie bieda do uratowania, a u kogoś z Was akurat kawałeczek miejsca w domu i sercu na tę biedę. Problemem może być fakt, żeście rozsiani po tej planecie, a zwierzaka nie wyślę w paczce, jak kawałek sera. No ale nie martwmy się na zapas.

  • Barbarella

    Ja mam zupełnie tak samo z weterynarzami! Zwłaszcza odkąd zobaczyłam Szczypawki bliznę po sterylizacji, a raczej prawie nie zobaczyłam, bo zawinięta do środka, ani jeden szew nie wystawał i po pół roku nie było śladu.

    Natomiast co do serów z różnych stron świata – chyba ktoś nas przerobił na szaro. Albowiem kupiliśmy w tym roku na pamiątkę z wakacji ser migdałowy z wyspy Hierro – mały brązowy krążek, myślałam że obtoczony w migdałach tak jak obtaczają w papryce. I że pod migdałową skorupką jest SER. OTÓŻ NIE! To nie jest żaden SER, tylko taka krówko – chałwa, gotowane mleko z cukrem i mielonymi migdałami. Nawet niezłe, ale dlaczego było wyłożone na półce z SERAMI? Bo taką ma tradycyjną nazwę, no ale jak w mordę, mogliby ostrzegać.

    A smażony kozi ser to moja ukochana przystawka. Na Kanarach podają z dżemem z opuncji (albo innym).

    Bardzo się cieszę, że papryka się przydała! :)

    • Leśna Zmora

      Po opisie wnioskuję, że to mogło być coś w rodzaju norweskiego Brunost – wbrew pozorom to jest ser! Tylko robi go się zupełnie inaczej niż taki normalny, serwatkę z mlekiem i chyba jeszcze śmietanką odparowuje się tak długo, aż z płynu powstanie takie brązowe coś.

      • ciociasamozło

        W skansenie w Szwecji też robili taką krówkę (tylko słoną) z odparowanego mleka i twierdzili, że to ser. Pewnie jakiś skandynawski wynalazek, bo tam za sterylnie na kultury bakterii ;P

        • kanionek

          :D
          Nie no, kocham Was.
          Na cheesemaking.com pojawił się jakiś czas temu przepis na sos karmelowy z serwatki (serwatka, dużo cukru, gotować sto lat), ale nikt go nie nazywał serem! Skandynawowie muszą uzupełnić słownik, bo jeśli wszystko, co z mleka, jest dla nich serem, to co – jogurt też? A ten przepis na sos karmelowy chciałam oczywiście wypróbować, ale postanowiłam czekać do później jesieni, bo mam co robić i bez tego, no i dobrze, że zaczekałam, bo pojawiły się nowe komentarze pod przepisem i wynika z nich, że kozia serwatka nie bardzeńko. Że sos wychodzi gorzki, albo kwaskowy. No to ja dziękuję za kwaśny sos karmelowy. Mówiłam, że kozie mleko, jak i same kozy, jest przewrotne i lubi robić psikusy? TYlko trzeba mu dać czas na knowanie – takie świeże jest jeszcze niewinne i pyszne.

          • Leśna Zmora

            Sery Łomnickie mają w ofercie Kozią Chałwę, która wygląda właśnie na coś w tym stylu – także wygląda, że z kozy też da radę ;) (ale jak coś to nie namawiam do zmarnowania pół butli gazu na eksperymenty, które mają dużą szansę na skonczenie w kurczakowym korytku – żeby nie było na mnie ;) ).

    • kanionek

      A w kwestii sterylek – u Żółtego też już ledwie widać ostatnie dwa i pół krzyżyka szwów (rozpuszczalne), taki cień krzyżyków, skóra już gładka, sierść odrasta, a zabieg był bodajże 19 września. Mnie najbardziej zaskoczyło, gdy ujrzałam Żółte jeszcze pod narkozą, rozwalone na pleckach, z tym wygolonym brzuchem, że Żółte pod żółtą sierścią jest takie brązowe! Jak dobrze wypieczony razowiec. A po zabiegu i szyciu doktor tak na bogato zamalował jej brzuch srebrnym sprejem, że potem bez trudu wmówiliśmy Żółtemu, że było na krejzi imprezie, tylko nic nie pamięta ;)

      “Bardzo się cieszę, że papryka się przydała!” – przydała, przydaje, i jeszcze długo się będzie przydawać. Toć wysłałaś mi zapas na pół dekady!

      • kapelusznik68

        Srebrny spray rządzi. Pamiętam jak moja kotka miała pecha i usunięto jej oczko to po operacji oko spryskano srebełkiem. Wyglądał jakby wypadła z Sokoła milenium. Kot o płaskim pyszczku ze srebrna okrągłą gulą na twarzy widok nie do zapomnienia.

  • Jolanta

    Dobrywieczór i łomatkobosko – jakie tu piękne wszystko dziś! Serowy zawrót głowy mam. I mimo deszczu oraz szarugi wieczór mi się rozświetlił. Napisałam maila w trakcie i wysłałam, teraz pościeram tylko zaślinioną klawiaturę i biurko, i lecę po kapustę – też sobie ugotuję.
    Nie mogę wyjść z podziwu dla zdolności technicznych Małego Żonka oraz dla zdolności ogrodniczo-kulinarnych Kanionka.

    • kanionek

      Jolu, maila dostałam, ale chyba jeszcze nie odpisałam – już mi się trochę w głowie kręci, bo chyba ze czterdzieści maili w dwie doby, to na głupiego Kanionka za dużo. Ale wszystkim odpowiem, to na bank :)
      (Rozumiem, że właśnie wyjadasz resztki kapusty z garnka? :D)

  • wy/raz

    Doświadczenie mi mówi, że nie ma takiego stanu -rzeczowo odpowiedział Fee – którego nie dałoby się znacznie poprawić dzięki przebywaniu z serami.

    Sarah Kate Lynch Błogosławieni, którzy robią ser.

    • kanionek

      Wy/raz, doceniam przekaz żywcem z literatury pięknej wzięty, ale zapewniam Cię, że jest taki stan, i nazywa się “błogi sen”. Gdybym miała jeszcze spać z serami, to chyba bym zwariowała! (A już i tak kiedyś mi się śniło, że jakiś ser mi zgnił i zachodziłam w głowę dlaczego).

  • Agniecha

    Powtrącałam się trochę powyżej, to teraz mogę spokojnie napisać, że przeczytałam wszystkie komentarze i co z tego? Nic.
    Kapustę robię dość podobną. Jeno goździków nie mielę. Niech plują.
    Sera chcę w pakiecie 1 kg. Napiszę maila.
    A w kwestii zdrowotnej Kanionek mógłby się udać do swojego weterynarza, un na pewno pomoże.
    Przyznam się szczerze, że kiedy mój ukochany lat temu parę złamał nogę, to najpierw zadzwoniłam do weterynarza, a potem na pogotowie. A dzwonienie na pogotowie i tak nic nie dało, bo nie chcieli przyjąć zgłoszenia NIE z miejsca zdarzenia, a ja nie zajarzyłam, że trzeba ich oszukać. Więc najpierw przyjechałam do domu, potem wezwałam znowu karetkę, i już po 1,5 godziny panowie przyjechali.
    Więc tak sobie myślę, że weterynarz to jest praktyczna opcja dla osób mieszkających w czarnej d..pie.

    • kanionek

      O patrz, a pani Żozefin jest tak zadowolona z usług pogotowia, że nawet mi doradzała, że jak mnie żołądek boli, albo głowa, to niechaj sobie zadzwonię po pogotowie, bo JEJ POWIEDZIELI, że zawsze trzeba dzwonić, jak coś się dzieje :) Co prawda mieli na myśli sytuacje zagrażające życiu lub grożące poważną utratą zdrowia, ale Żozefin jest optymistką i w takie brednie nie wierzy. Pogotowie jest od tego, żeby przyjeżdżało! Bo co, kurka wodna.
      Ja chętnie z weta skorzystam, ale wiesz, że oni do nas też nie dojeżdżają? A pogotowie pewnie nawet gdyby chiało, to nie ma szans, chyba że helikopterem. Jak zwierz jaki chory, to albo go wieziemy do gabinetu, albo jedziemy po leki i instrukcje. Taka dziura, pani, taka dziura…

    • hanka

      Nie tylko w czarnej…Mnie weterynarka migreniczka uratowała receptą na czopki robione z pyralginą – (wycofali z aptek gotowe), a mnie tylko takie ratują w czasie migrenowego zgonu.
      A lekarka z POZu jakoś nie umiała recepty wypisać. Także może przenieśmy się z leczeniem do weterynarzy – szybsza diagnoza i nie trzeba czekać tygodniami…na wszystko.

      • ciociasamozło

        Do koleżanki wetki przyszła pani (zwierzaka przy sobie nie miała) i mówi “pani doktor, bo ja mam kleszcza”. Koleżanka na to: “ale ja go nie wyleczę!”.

        Hanka,z tego co mi wiadomo, po ostatnich radosnych zmianach w przepisach dotyczących recept lekarze mają prawo mieć problemy z wystawianiem, a farmaceuci z realizacją. Jest totalne burdello, nikt nic nie wie i wszyscy się boją czegokolwiek nietypowego (a nuż podpucha z kontroli) :(

  • wy/raz

    Agniecha, jak kto odbiera tak ma.

  • Jagoda

    No i po weekendzie, po święcie, po zadymach i czerwonych dymach. Do następnego roku, oby!
    Ale… tadam! Konkurs rozstrzygnięty! Wygrała Ciociasamozło. Co prawda pomysł na stoliczek był również od Olik, ale kilka godzin później. Był to tez mój pierwszy pomysł, kiedyś tam, kiedy robiłam w głowie inwentaryzację swoich skarbów. Walizeczka bowiem się do nich zaliczała, pamiętałam o niej ostatnich 12 lat, albowiem przed laty … już prawie 13 przeprowadzałam się do domu obecnego, bez piwnicy. We wszystkich miejscach zamieszkania, z których ściągałam aktywa do nowego domu były piwnice, a w piwnicach “przydasie”. Co niektóre do dzisiaj w zamkniętych kartonach na strychu. Nie umiem się ich pozbyć, nie, że żal, tylko nie mam siły ani ochoty znowu do nich zaglądać. Ale walizeczka została w ostatniej piwnicy, która się zachowała na stanie, bo ciągle spłacam kredyt frankowy na nią zaciągnięty.
    Także ten, o walizce pamiętałam tylko nie pamiętałam co jest w środku. A było: boa z najprawdziwszych piór (nie łabędzich ani strusich co prawda) brązowe(???, chyba w komplecie do walizki) boa z takichże piór jaskrawo czerwone, w odcieniu makowym i w tym samym kolorze rękawiczki balowe, za łokieć, bez palców tylko zaczepiane na środkowy palec. Szukałam tych boa kiedyś na bal przebierańców dla córki (miały okazję być użyte raz w życiu), pogodziłam się ze stratą, a tu taka niespodzianka! Wspomnienie, w jakich okolicznościach nabyte …
    Ciociu, jaki jest Twój najbardziej ulubiony ser? Odpowiedz szybko, zamówię u Kanionka, miejmy nadzieję, że jeszcze ma.
    Dobrego tygodnia życzę.

    • Jagoda

      Ps. Kanionku, nie czekaj na zamówienie, skitraj ten ser, na pewno wiesz, co ciociasamozło lubi.

    • ciociasamozło

      Wow! wygrałam! Bardzo dziękuję Jagodzie za uznanie dla mojego pomysłu!
      Jagoda, ser zamów dla siebie i zjedz za moje zdrowie (i walizki, ofkors).
      Kilka dni temu złożyłam zamówienie u Kanionka i boję się czy nie przesadziłam z ilością, więc chętnie się zrzeknę.
      Koniecznie wrzuć na forum zdjęcie nowego stoliczka :)

      • Jagoda

        Będzie mi przykro, jeżeli nie przyjmiesz nagrody… Pisz zaraz co lubisz i Kanionek Ci dołoży do zamówienia, jutro wysyła, prawda?
        Ależ zrobię zdjęcie, nawet jeszcze bez stoliczka, tylko nie wiem, jak wrzucić na forum((:

      • wy/raz

        Wszystkiego NajSERszego!!! Czy dla ciocisamozło czy dla Jagody. I gratulajce.

        • Jagoda

          Dzięki za najserszego, przeczytałam najszerszego i sie zasmuciłam, ale tylko na moment. Pozdrawiam.

    • ciociasamozło

      Boa i rękawiczki mną wstrząsnęły! :D
      Im też zrób zdjęcie. Np. taka kompozycja: na walizko-stoliczku patera z serami Kanionka, otwarta butelka wina i niedbale rzucone rękawiczki, wokół wije się boa…

  • bila

    Hejhej, pierwszy raz udało mi się zrobić SMACZNĄ modrą kapustę. Dzięki, Kanionku! Zrobiłam cały gar i dzisiaj do pracy tez mam pojemniczek tej pyszności. I mimo, że nie miałam gorczycy.
    Kanionkowi się rodzi roślinków, że hohoho! to miłość, ja to wiem, sprawia. No wiem, że to taka trudna miłość, co skręca kręgosłup i spać nie daje, ale zawsze.
    Profesjonalizm serowy Kanionka mnie zachwyca! Tak piszesz, Kochana ,,dobrałam inny szczep bakterii”, o jeny! Szczęka mi opada…Zamykam ją zatem i pędzę zamówić sery. Uściski ślę

    • kanionek

      Bila, te roślinki to rosną nie dzięki miłości, tylko dzięki kaczuszkom :)
      A czekaj, to w sumie dobrze mówisz! Kaczuszki to przecież sama miłość (i radość, i szczęście, i w ogóle).

      A z tymi szczepami bakterii to nie jest tak (żebyście tam bób wie czego nie myślały), że Kanionek te bakterie hoduje i każe im skakać przez obręcze, a potem idzie robić ser i mówi do tych bakterii: “Ty, ty, i ty tam, ta w różowym, wskakujcie do mleka”, nie. Kupuję bakterie jak wszyscy. Ale mój problem polega na tym, że korzystam z przepisów głównie ze stron amerykańskich, oni tam mają swoje sklepy serowarskie, a w tych sklepach swoje zestawy bakterii (zwykle nie sprzedaje się każdego szczepu osobno, bo to byłoby zbyt skomplikowane. Chociaż np. Streptococcus thermophilus można kupić solo), i te zestawy rzadko pokrywają się składem z tym, co można kupić w Polsce (w Polsce można kupić chyba tylko bakterie pochodzące z Włoch – taka ciekawostka), więc często muszę improwizować, mieszając zestawy tak, żeby mi wyszło to, czego potrzebuję. GDYBY KOGOŚ TO INTERESOWAŁO, ha ha.

  • ajka

    o boże szumiący! przyszła do mnie paczka z 2kg sera do spróbowania (że o świeżych, które dobrze znam nie wspomnę)… Dostałam prawie zapaści od rodzajów sera i nie wiedziałam który otworzyć jako pierwszy i poczęstować ludzi w pracy tą dobrocią… szaleństwo!!!
    Ludzie! zamawiajcie póki jest co brać ;)

    • kanionek

      Hłe, hłe… Nie zamawiajcie, już nie ma co brać!
      To znaczy na razie proszę zachować spokój i kierować się w stronę wyjścia ewakuacyjnego (bo w grudniu, styczniu i marcu też dojrzeją jakieś sery), a na tę chwilę to ja sama nie wiem, co mam. Jak tylko pójdą wszystkie zamówienia złożone w ciągu kilku dni po opublikowaniu wpisu, to napiszę nową notkę i ogłoszę, co zostało (to będzie krótkie ogłoszenie, nie oszukujmy się. Jakby co, to na pewno mam jeszcze jakieś frytki z kurzem).
      Kozy znów obcięły mleko, kilka dni temu, o prawie jedną trzecią. Nie ma się co oszukiwać – zima idzie.

  • Jagoda

    Tak się cieszę i delektuję (ma się ten refleks!) a to twarożkiem, a to serem (wędzonym z orzechami ofkors na początek) oraz szewroladą. Ale nie smażyłam szewrolady, bo, wstyd się przyznać, na dietkę wskoczyłam i jakoś pociągnę. Za to z buraczkami pieczonymi i grzybkiem marynowanym smakuje wspaniale. Trochę ten smak psuła cykoria czerwona, taka z ogrodu, nie ze sklepu, ma tej goryczy że hoho.
    Czy któraś z Was pędziła cykorię, żeby byłą taka bielutka i bez goryczki? Czytałam wprawdzie jak to się powinno robić i nawet część wsadziłam do skrzynki z piaskiem, ale resztę jem au naturel, i skręcam się nieco, mając nadzieję, że bardzo zdrowo.
    Ciociasamozło – pozdrawiam szczególnie, a całą resztę równie serdecznie.

    • Dytek

      Nawet bardzo zdrowo i światowo. Podobno Włosi za nią przepadają. To dzięki składnikom dającym gorzki smak jest taka zdrowa i korzystna dla układu pokarmowego. Tym bardziej, że jakoś tak staramy się usunąć co gorzkie z naszego jadłospisu. A czerwona ma tej goryczy duuużo więcej niż biała. Nie wiem czy w ogóle da się pozbawić jej goryczki.
      Daj znać czy dała się wybielić do stanu słodkości.

      • Jagoda

        No dobra, jutro do niej zajrzę i sprawdzę, czy w ogóle zaczęła odrastać.
        Ale przyzwyczajam się do gorzkiego, rukola tez gorzka a smaczna.
        A próbowałąm jeszcze uprawiać kapustę pak choi. Posiałam i tak ładnie wzeszła, potem rozsadziłam tak pracowicie (i tej rozsady starczyło koleżance również) i podlewałam bo przecież było sucho, a u mnie dodatkowo są rabaty-katafalki, i tam potrzeba więcej wody.
        I cóż, rosło jak na drożdżach, tyle, że też zakwitło toto, kwiatki jak na rzepaku były. Jeszcze próbowałam obcinać te pędy kwiatowe, i korzystac przynajmniej z listków. Finalnie moja pak choi wylądowała w kompoście, a ja miałam miejsce na cykorię.
        Dodam jeszcze, że koleżanka zaparła się mieć własna pak choi i wysiała w sierpniu, z podobnym do mojego skutkiem. Miłego wieczoru życzę Koziarnio.

    • ajka

      Jagoda nie wiem na jakiej jesteś diecie, ja obecnie zgłębiam tajniki insulinooporności i wyobraź sobie moje zdziwienie, ze podobno tak zdrowe buraki mają wysoki indeks glikemiczny. Więc w sumie nie sprzyjają odchudzaniu, to samo z dietetyczną gotowaną marchweką! jestem w ciężkim szoku…

      • Jagoda

        To wiem, że buraki i marchewka, szczególnie gotowane mają wysoki indeks. Ale o burakach pieczonych tego nie napisano ;)). A przeciez buraki to nasz narodowy superfood, więc jak nie jeść? A tak poważnie, to surówka z buraka prosto z pola jest smaczna jeżeli się odpowiednio zakwasi (ja używam octu jabłkowego domowego). No i jest jeszcze kwas buraczany, gdzie indeksu chyba nie zmierzono bo nigdzie się nie spotkałam, żeby ostrzegano diabetyków.
        A poza tym, podstawa mojej diety są sery od Kanionka, buraczki to tylko dodatki, także ten, spoko. Pozdrawiam.

        • Dytek

          Hi, hi. Ja tak miałam ze szpinakiem. Też chciałam mieć własny i nie przejmując się opisem wysiałam w maju. Rezultat ten sam. momentalnie kwiaty, bardzo mało liści. Azjatycka zielenina lubi chłód. Anglicy mogą uprawiać ją zimą. Im cieplej, tym szybciej wybija w kwiat.

          • kanionek

            Ja się już z kapustą pakową poddałam – bez względu na porę wysiewu rośliny marnieją, może w mojej ziemi ogrodowej zbyt bogaty jadłospis dla nich, nie wiem. A tę francę gorzką, cykorię znaczy, to raz wysiałam, kilka lat temu (gdzieś jest o niej wzmianka, w pradawnych początkach bloga), stwierdziłam, że kto to będzie jadł (takie gorzkie, że szczękościsk powodowało lepszy, niż neurotoksyna tężca), na co Ziokołek stwierdził, że w życiu nic lepszego nie jadła, więc mi się przynajmniej nie zmarnowało (wtedy jeszcze Ziokołek nazywał się Tradycja i był psem na diecie wegańskiej).

            A propos cykorii i tężca – tydzień temu zdiagnozowałam tężec u kozy naszego znajomego, przez telefon, na podstawie objawów opisanych językiem mało precyzyjnym (początek opisu brzmiał: “No nie wiem, jakiś wiecheć jej z pyska wystaje i ona tak z tym chodzi”). Kolega chyba za długo zwlekał z wezwaniem weta, albo w ogóle zbyt późno zauważył, że coś jest na rzeczy (a w przypadku tężca gdy widać wyraźne objawy, to często jest już “po rybach”), no i gdy wet w końcu przyjechał (i też stwierdził, że to tężec), dał “jakieś antybiotyki”, ale zastrzegł, że to trochę jak umarłemu kadzidło. No i niestety, nie mylił się :-/
            Ja nigdy na żywe oczy nie widziałam zwierzaka chorego na tężec, ale ponieważ łażę boso, to sobie podstawową wiedzę zakułam do łba. Tylko wciąż zapominam zapytać wetki, czy ma stosowne szczepionki i ile by taka impreza dla mojego stada kosztowała. Że nie wspomnę o sobie, bo ostatnie szczepienia to pewnie w podstawówce miałam.

  • MagaZ

    Też mam , też mam :) :) Cudowną paczkę z serami otwarłam w piątek i padłam z zachwytu . Tyle dobroci na raz . Ser z kozieradką był i już go nie ma , tak samo jak cudownego Jarlsberga i Goudy z chili . Reszta serów czeka jeszcze na huczne otwarcie , ale nie mogę za szybko ich otwierać , bo się nie oprę i za szybko zobaczę samo światło w lodówce . Wreszcie czuję zapach i smak sera znany mi z dzieciństwa . Biję pokłony dla Kanionka , Małegożonka , jej kóz wspaniałych i całego zwierzyńca .

    • kanionek

      Dziękujemy, MagaZ!
      Małżonek też mówi, że te kozie sery smakują jak ser, i że dzięki koncentracji 300% sera w serze można sobie ukroić trzy razy cieńszy plasterek na kanapkę, a wciąż będzie wiadomo, że jest z serem :)

  • Jagoda

    A propos szczepień p.tężcowi, to jest obowiązkowa procedura, że jeżeli do lekarza pierwszego kontaktu zgłasza się człowiek pokąsany lub podrapany przez zwierzę, to lekarz szczepi w ramach NFZ, żeby szczepionka była trwała (10 lat) podaje się ją 3 razy, co parę miesięcy.
    Jeżeli zwierzę jest domowe ze świadectwem szczepienia p.wściekliźnie, to ok, jeżeli świadectwa szczepienia brak, wozi się na obserwację do weta kilka razy.
    Jeżeli zwierzę jest obce i stan szczepień nieznany to może być problem, bo oprócz p.tężęc dochodzą szczepienia ofiary p.wścieklizna. Także lepiej w czasie kiedy mniej roboty pogilgać kota po brzuchu, on zrobi swoje i …
    Ale nie wiem, jak załatwić szczepionki z NFZ kozom:((
    Pozdrawiam.

    • Leśna Zmora

      To ja bym chciała dodać z własnego doświadczenia – obecnie szczepionka p. wściekliźnie to seria 5x zastrzyków w ramię (bolący jak standardowy zastrzyk), a alkoholu i na słońce nie można tylko parę tygodni po. Bo krąży wiele strasznych legend o tym ;) .

  • mp

    Dostałam paczkę !!! Oczywiście otworzyłam już w pracy, żeby móc chociaż popatrzeć i powąchać – wędzony pachnie nawet przez folię . Myślę, że rodzinka padnie z wrażenia w niedzielę, jak po obiedzie podam deskę serów (PO obiedzie, żeby za dużo nie zjedli :-)))
    Akcja zanęcania przeprowadzona przez Kanionka w serowym poście okazała się bardzo skuteczna, tym bardziej jestem szczęśliwa, że nawet mój refleks szachisty pozwolił rzutem na taśmę wstrzelić się w kolejkę. Wyrazy współczucia tym, którzy nie zdążyli.

    • kanionek

      Taką pluszową alpakę na staż? Chętnie!
      A te koźlątka to chyba pigmejczyki, słodkie.
      Ludzkich pachołków na staż (a raczej: na stratowanie) mogę przyjąć w maju. Akurat wtedy nowe koźlątka będą już w tej fazie rozwoju, gdy wskakiwanie na cokolwiek wystającego z ziemi sprawia im niewysłowioną radość. W tym roku rekordy bezczelności biła mała Krypto, córka Betonika, która wskakiwała matce na plecy nawet gdy miała już pół roku. Betonik to jest siła spokoju :)
      Marzyłam sobie kiedyś o wybudowaniu na łące “koziej skałki” – z betonu, gruzu, kamieni, wszystko jedno, byle nie z drewna, bo z czasem robi się oślizgłe, no i jest nietrwałe. Jednak ilość, koszt i masa materiałów, które trzeba byłoby przywieźć i połączyć w całość, wykraczałaby nie tylko poza nasz budżet, ale nawet wyobraźnię. Może więc ludzka piramida ze stażystów, stęsknionych za kontaktem z naturą…? :D

      • mp

        Myślę, że ogłoszenie na lokalnym rynku typu “przyjmę gruz za darmo” zdziałałoby cuda, tyle że mogłaby się zainteresować ochrona środowiska nielegalnym składowaniem odpadów :-(
        Bezpieczniej więc przynosić kawałki gruzu jako pamiątki z wypraw do miasta czy okolicznych lasów- ludzkość u Was taka porządna, że nie zaśmieca okolicy ?
        U nas to przez tych człekokształtnych (bo chyba tylko z wyglądu homo sapiens przypominają) z takich przydrożnych i leśnych “pamiątek” niejedną górkę dałoby się usypać.

        • kanionek

          Może na innym lokalnym rynku tak, ale nie na naszym. Tu nawet gruz i stłuczka szklana są bezcenne ;)
          No i nawet gdyby ktoś chciał się pozbyć, to na pewno nie chciałby płacić za załadunek, transport i rozładunek, a z tym transportem do lasu to już jest w ogóle koszmar i “daj pan spokój”. Do tego sam gruz nie wystarczy, to musiałoby być jakoś zespolone, żeby się nie rozlazło po łące, żeby nikomu kopytko nie utkwiło w krwiożerczej szczelinie, itd. Nie, ja już rozpatrywałam ten pomysł drobiazgowo, i to nie ma szans. Pomysł z dupy, pomysł mrzonka (jak wiele pomysłów Kanionka). No i nie wiem, czy zdajecie sobie sprawę, ile TON takiego gruzu by trzeba, żeby górkę choć na dwa metry wysoką usypać. Ja już np. wiem, jak śmiesznie mała jest kupka zboża ważąca jedną tonę.

          • Cma

            A konstrukcja z bloczkow ytong? One da czyms sklejane zdaje sie.
            Tylko, ze to pomysl do realizacji po wygranej w totka, chyba…

          • kanionek

            Ooo! Podobają mi się te pytongi! I jeszcze czytam, że wodoodporne, przetrwały nawet powodzie na południu. Gdybym tak raz na jakiś czas przytargała jeden, albo dwa, to za kilka lat byłby murek z labiryntem.

        • Cma

          To moglby byc nie tylko murek z lsbiryntem, ale prawdziwy kozi gargamel, z wiezyczkami, tarasami itp.

      • Leśna Zmora

        A nie ma w okolicy niepotrzebnych kamieni na polach?

        • Cma

          A kto mialby je zbierac i zwozic? Moze kozy dalyby sie namowic;)

          • kanionek

            Hi hi, o kamieniach też już myślałam, i zacytuję samą siebie: Pomysł z dupy, pomysł mrzonka (jak wiele pomysłów Kanionka). Może, MOŻE, uzbierałabym tych kamieni na górkę wysokości przeciętnego taboretu kuchennego, na której mogłaby stać tylko jedna koza naraz, w związku z czym wszystkie kozy wiecznie by się o ten taboret tłukły :D
            A czym i kto miałby te kamienie spajać, to też nie wiem. Pamiętam, jak jakieś 7, może 8 lat temu, samodzielnie postawiłam murek ze starych cegieł, na tyłach tego naszego kojca dla psów (bo tam siatka ledwie sięgała ziemi i psy sobie robiły wycieczki, podkopując się pod nią. No i ten murek jest wysoki na jakieś 30-40 cm, i może ze dwa-trzy metry długi? Musiałabym zmierzyć. W każdym razie śmiesznie niewielki jest. I pamiętam, że kupiłam chyba dwa worki gotowej zaprawy cementowej po bodajże 30 kg każdy. I mieszałam tę zaprawę z wodą w… taczce. Łopatą. To było 8 lat temu i jeszcze miałam wtedy trochę werwy oraz o sto kontuzji z przeciążenia stawów mniej, niż mam teraz. Ludzie złoci. Nie pamiętam, ile godzin stawiałam ten pomnik swojej naiwności, ale pamiętam, że wysiłek, jaki musiałam w to włożyć, był jednym z moich pierwszych “wielkich zdziwień” jeśli chodzi o życie i pracę na wsi. Murek trwa do dziś, o czym mówię nie bez dumy, ale jak sobie wspomnę podnoszenie worków z cementem po 30 kg, pylenie tej suchej mieszanki (nawdychałam się wtedy cementu jak debil), a przede wszystkim ile pary musiałam włożyć w mieszanie tego gęstego, ciężkiego ku*estwa łopatą, do osiągnięcia jednolitej konsystencji, to mi słabo.

            Nie, nie, żadnych takich. Ale jak wygram w totka… ;)

          • Cma

            To jest mysl! Zagram w intencji koziego lunaparku:)

          • Cma

            Aha, betoniarke mozna wypozyczyc, jakby co;)
            Wiem, bo 20 lat temu w mieszkaniu wymienialam podlogi, a zeby to zrobic trzeba bylo skuc prlowska wylewke i zrobic nowa. Dwoch panow najpierw skuty gruz wynosilo w wiaderkach, a potem wnosili w nich cement przygotowany w betoniarce na podworku. Betoniarka nowka funkiel, wypozyczona.
            Mieszkanie jest na 3 pietrze. Bez windy:)

  • MagaZ

    Kozi plac zabaw :) https://www.youtube.com/watch?time_continue=40&v=58-atNakMWw&feature=emb_logo .
    Przynajmniej kamieni nie trzeba się nanosić , ale pewnie trzeba by było wykupić zapasy blachy w okolicznych składach złomu dla wszystkich kozio-dzieci

    • kanionek

      Tak, już to kiedyś widziałam – czadowe! Ale co to za blacha, że się nie pogięła, to pojęcia nie mam.
      A to widzieliście? https://www.youtube.com/watch?v=g8p22U-5yVA
      TYlko zamknijcie oczy i uszy na drugim “epizodzie”, gdzie jakaś durna pinda pozwala koziołkowi “bawić” się petami z popielniczki i jeszcze głupio skrzeczy: “Co ty robisz? Jarasz szlugi?”. Reszta jest zabawna, a chwilami zabawna do rozpuku.

      Przy okazji – tam jest akcja z szopki bożonarodzeniowej, co mi właśnie przypomina, że w tym roku moje kozy dostały angaż do takiej stajenki świątecznej! Pewnie zasługa biskupa ;) Tylko nie wiem, czy organizatorzy wiedzą, na co się piszą :D

      • Dytek

        Zawsze obiecuję sobie nie dać się wciągnąć w kolejne filmiki po pierwszym, drugim, trzecim, czwar………………………………… Jeszcze się nie udało.

  • mały żonek

    To i ja zapodam filmik: https://www.youtube.com/watch?v=1VPfZ_XzisU

    W razie czego, od biedy, można sobie włączyć auto-tłumacza.

    • Dytek

      I trwają Kozy w nabożnym milczeniu…………………………………:DDD

      • kanionek

        Taaa…
        Wy to chociaż macie jakiś wybór – obejrzeć, nie obejrzeć, obejrzeć i zapomnieć. A ja? Małżonek zadał mi niedawno taką zagadkę: masz do zrobienia dwa okrążenia bieżni (długość nieistotna). Z jaką prędkością musisz przebiec drugie okrążenie, żeby średnia prędkości z obydwu okrążeń była dwa razy większa od prędkości, z jaką pokonałaś pierwsze okrążenie?

        No więc po pierwsze: JA NIE BIEGAM!
        Po drugie: akurat wtedy robiłam kotlety mielone, i tak się zdenerwowałam tymi obliczeniami w pamięci, że prawie dodałam cukru zamiast soli do mięsa. Ja lubię na słodko, no ale jednak nie kotlety!
        Po trzecie, wyszło mi, że to musi być bardzo łatwe, tylko po prostu akurat nie chce mi się o tym myśleć. I to właśnie powiedziałam małżonkowi. A on mi na to, że wcale nie takie łatwe. I przyszedł za godzinę, zapytać, czy już wymyśliłam! I później przyszedł znowu, i powiedział, że dobra, to on mi podpowie, w swojej wielkiej łaskawości, że to jest niemożliwe. To drugie okrążenie. Że nawet gdybym biegła z prędkością światła, to i tak średnia mi nie wyjdzie dwa razy większa, niż prędkość pierwszego biegu. No to ja mu mówię, że co – ja nie pobiegnę z prędkością światła? Potrzymaj mi kotleta! (Ale już bardzo, bardzo byłam zdenerwowana, bo nie dość, że kotlety, to jeszcze PMS).

        Przyszedł znów i pyta, czy rozumiem już, dlaczego to jest niemożliwe!
        Ja mu mówię, że jak niemożliwe, jak możliwe: najpierw biegnę z prędkością 10 m/s, a drugie okrążenie 30 m/s, i już mam średnią 20 m/s, czyli wszystko się zgadza.
        A on na to, że bulszit, bo na to drugie okrążenie zabraknie mi czasu.
        Ja na to, że no pewnie, że mi zabraknie, bo mi na wszystko brakuje, a co dopiero na jakieś bezsensowne okrążenia na wyimaginowanej bieżni!
        Chyba się pokłóciliśmy, bo ja nadal nic nie rozumiem.
        A kiedy zmywałam gary, to małżonek jeszcze wrócił i drążył kwestię tej sekundy, której rzekomo nie mam.

        WY to macie dobrze!
        (Pod tego linka to nawet nie zajrzałam, bo się boję. Nadal szukam swojej sekundy).

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *