Co było, a nie jest, czyli makaron w czasach zarazy

Podobno nie można dwa razy wejść do tej samej rzeki, i w sumie to nie wiem, bo z rzeką jeszcze nie próbowałam, ale mogę Państwu powiedzieć, że jeśli chodzi o bagienko, to można wchodzić nie tylko dwa razy, ale tyle, ile się tylko zechce. Nikt tego nie sprawdza, nie wlepia mandatów, można wchodzić, brodzić, taplać się i zanurzać po wielokroć.

Druga rewelacja, o której mogli Państwo nie wiedzieć – jeśli człowiek wstaje rano i czuje się jak z krzyża zdjęty, to wcale nie musi oznaczać, że jest święty. Może być równie dobrze co innego, co też rymuje się ze “zdjęty” i święty”, no ale ja tego nie powiem, a Wy się na pewno nie domyślicie.

Na wstępie krótkie wyjaśnienie odnośnie tego, co w dzisiejszym odcinku: otóż w połowie listopada napisałam dla Was połowę notki, której nie opublikowałam. W połowie grudnia musiałam ją trochę zaktualizować, po to, by znów jej nie opublikować. Pod koniec stycznia już prawie ją umieściłam na blogu. Co było później – okryjmy złotą zasłoną milczenia. Teraz mamy prawie połowę maja i nie będę ściemniać, że chwilowego przebłysku poczytalności wystarczy mi na tyle, żeby znowu tę notkę przerabiać, więc – uwaga, bo nie będę powtarzać – TO JEST NOTKA LISTOPADOWO-GRUDNIOWA i lepszej nie będzie (ale nawet nie ma co marudzić, bo do dzisiejszej aury za oknem notka listopadowo-grudniowa pasuje jak w pysk dał, teraz mamy zero stopni, a w nocy ma nawet padać śnieg, hej kolęda, kolęda!).

***

Ja tam nic nie chcę mówić, ale zaczynam rozumieć Policję. W tym sensie, że wiecie – mówi się, że Policja jest zawsze o krok za przestępcami, że nie nadąża za technologią i tak dalej. No ja się wcale nie dziwię, za ludźmi nie trafisz!

Powiem tak. Każdego roku wzrasta zapotrzebowanie na sery długodojrzewające, a ja, jak ta Policja, staram się być o krok przed Wami, ale jakimś cudem zawsze zostaję z tyłu. W tym roku byłam taka sprytna, taka zapobiegliwa i taka przewidująca, że zrobiłam dwa razy tyle sera, co w roku ubiegłym, a do tego trochę nowości, żeby nie było, że w mojej piwnicy wieje nudą, a Wy jedliście już wszystko. No i co? No i piszę na blogu, że słuchajcie, zrobiłam trochę sera, czerwonego, zielonego, i w paski, i że jeśli ktoś ma ochotę, to zapraszam, tylko na spokojnie, bo przecież dla wszystkich wystarczy. I sobie idę spać cała zadowolona, jak to niemowlę po herbatce z suszonego kopru, rano otwieram maila, a tam SZUUUUU! Tornado zamówień zwiało mi włosy z głowy, urwało rękaw od koszuli i chyba nawet jakieś obrażenia wewnętrzne mam! I jak ja teraz wyglądam? No jak ta Policja w polonezie na korbę.

Drzwi do piwnicy nie zamykały się przez trzy tygodnie, nietoperz wkurwiony, pająki zestresowane, że może to komornik, że może lepiej zwijać pajęczynę i wyjechać w Bieszczady, a Wam w zamawianiu serów nie przeszkadzał nawet fakt, że niektóre były wielką zagadką, jak ten szałwiowy Derby – nikt, włącznie ze mną, nie wiedział jak on smakuje, ale “daj mi tego Derby natychmiast, bo mam chorą wiewiórkę, legitymację kombatanta, i medal honorowy z Biegu Na Przełaj Kozia Wólka 1986, w kategorii senior z astmą”. No więc po pierwsze – jak tu odmówić, a po drugie – jeśli to nie jest wysoki poziom zaufania społecznego, to ja nie wiem, co nim jest.

No a ponieważ zamawialiście Derby, i absolutnie nic już z niego nie zostało, to teraz Wam powiem jak on smakuje. Otóż, ku mojemu zaskoczeniu, jest mało szałwiowy (a ja nie przepadam za szałwią, bo jest gorzka). Jego aromat jest bardzo przyjemny, orzeźwiająco ziołowy, coś jak ziołowa pasta do zębów (umie się w te marketingi, co?), a smak przede wszystkim serowy. Dopiero gdzieś tam z tyłu, jak ta chytra baba z Radomia, wyciąga do nas nieśmiało rękę delikatny posmak zielska, z prośbą o uznanie. Jako przeciwniczka stosowania na ludzkim organizmie szałwii i gorzkich herbat ziołowych mogę więc z czystym sumieniem polecić ten ser, bo jest dość oryginalny z wyglądu, a nieagresywny w smaku. Polecić W PRZYSZŁYM ROKU, znaczy się, bo przysięgam, że już tego sera NIE MA.

Nie pytaliście nawet o Lancashire, bo zapomniałam o nim napisać na blogu, a i tak się sprzedał (jak fanty z Cojakowni – wkładasz rękę i nie wiesz co wyciągniesz, ale wiesz, że tego chcesz). Na szczęście zrobiłam go dwa razy, więc już piszę, czym jest Lancashire (oprócz tego, że hrabstwem w północno-zachodniej Anglii) – zwarty, bardzo smaczny, skromnie dziurkowany, bardzo serowy, ale nie śmierdziel – mogę polecić każdemu, bo smak jest taki właśnie dla każdego: serowy, ale niekozi, niezmącony dodatkami, po prostu ser ideał.

Ale to wszystko już NIEWAŻNE, bo już nie ma co zamawiać! NIE MA. Koniec. Dziękujemy i zapraszamy ponownie, jakoś w maju 2020r. Świeżych też już nie będzie, ani wędzonych, ani w ogóle żadnych, bo zamówiliście tyle z wyprzedzeniem, że teraz wyciskamy z kóz ostatnie krople mleka, żeby tym zamówieniom sprostać, a za tydzień oficjalnie zamykamy sezon. MOŻE zostanie trochę szwajcara, ale to tylko BYĆ MOŻE, i wtedy Wam o tym napiszę.

Mam dla Was za to filmy z kaczuszkami (od lipca do października – chyba żadnego jeszcze nie widzieliście, nie mam pojęcia dlaczego) oraz z kozami (nawet świeży, bo z grudnia).



Na drugi dzień nie tylko pogoda się popsuła, ale i nasza pralka. Tak, znowu. I tym razem to już całkiem na śmierć.

Mały Żonek chciał być twardy jak Roman Bratny i podjąć się kolejnej reanimacji trupa, ale tym razem się poddał, albowiem wyrobiło się w pralce jakieś gniazdo łożyska, które jest integralną częścią obudowy, i on chciał nawet kupić całą obudowę, ale się okazało, że już ich nie sprzedają. Do nowszych modeli tej pralki to tak, ale do naszej już nie, bo jest starsza niż węgiel. Co i tak wydaje mi się dziwne, bo węgiel nadal można kupić, choćby nie wiem jak stary, a tej obudowy już nie. (Kanionków też już nie robią takich jak dawniej, i w ogóle wszystko schodzi na psy, oprócz psów oczywiście. Psy schodzą jedynie z łóżka na podłogę, a i to tylko wtedy, gdy już naprawdę muszą się napić). Takie życie, taki świat.

No więc musimy kupić nową pralkę, i tym samym kwestię prezentów na święta mamy tak jakby z głowy – Mały Żonek kupi mi połowę pralki, a ja jemu drugą, i to będą nasze najdroższe prezenty świąteczne odkąd tu zamieszkaliśmy, więc TAK JAKBY powinniśmy się cieszyć, prawda? A że wczoraj był 6 grudnia, to i kurczaki chciały nam zrobić prezent mikołajkowy, i pokazały Kanionkowi, gdzie są te wszystkie jajka, których ostatnio tak szukał. A szukał, bo od dwóch tygodni chodzi nam po głowie sałatka warzywna, taka wiecie, świąteczna właśnie, no i wszystkie składniki w domu są, tylko tych jajek jak na lekarstwo. Ponad dwadzieścia kur, a w kurniku jedno jajko na trzy dni. Nie że jedno na kurę co trzy dni, tylko OGÓŁEM jedno. Raz na trzy dni. No więc wczoraj właśnie dostałam resztę tych jajek. Sto osiemdziesiąt siedem sztuk (słownie: STO OSIEMDZIESIĄT SIEDEM), skitrane w dołku osłoniętym wysoką trawą, pod wschodnią częścią ogrodzenia podwórka.

Tu jest tylko około 100 sztuk, bo resztę musiałam poddać procesowi kasacji in situ, albowiem już po ich masie było czuć, że okres ich świetności minął dawno temu, pewnie gdzieś w okolicach września. Te, które zabrałam, to też jajka niespodzianki, bo przecież pieczątek z datą nie mają, więc jutro będę się bawić w Kopciuszka – każde jajko trzeba rozbić, powąchać, i te dobre wlać do jednej miseczki, a te złe do drugiej miseczki (i nie zemdleć nad tą drugą miseczką), i wtedy te dobre usmażyć i dać psom (Cykan się ucieszy!), bo przecież my sami nie zjemy jajecznicy z – dajmy na to – pięćdziesięciu jaj, a ugotować do sałatki to się ich po rozbiciu nie da.

Pewnie zaraz zapytacie, jakim cudem psy tych jajek nie znalazły, więc już mówię, że jajka były po drugiej stronie ogrodzenia, bo tak to właśnie jest z tymi kurczakami Ninja – same nie zeżrą, drugiemu nie dadzą, ale do ziarek to pierwsze lecą. I jeszcze żeby Kanionkowi krwi napsuć, to też pierwsze. Ja już sto razy mówiłam małżonkowi, że te kurczaki nie powinny latać, a on na to, że gdyby nie latały, to nie byłyby sobą. To ja mu mówię, że gdybym ja chciała być sobą, to nawet z łóżka bym nie wychodziła, i że to nie ma w życiu tak dobrze, żeby każdy mógł być sobą kiedy mu się żywnie podoba, no ale do niego w sprawie kurczaków gadać to jak zepsutym jajkiem o ścianę.

Aha, i jeszcze kozy zdemolowały jeden paśnik w Dwójce (wyrwany ze ściany, połamany i zdeptany; małżonek mówi, że tam nie kołki rozporowe są potrzebne, tylko pistolet ubojowy), oraz jeden w Jedynce (ten już tylko połamany).

Słowo daję – kozy gdyby mogły, głosowałyby na Kononowicza (“i żeby nie było niczego”). Żółte chyba też, bo po tym, jak Mając wyżarł nam plastikowe panele przy drzwiach wejściowych, żółty pies zabrał się za obgryzanie farby z tych drzwi:

Kilka dni później awarii uległ hydrofor w piwnicy (to już trzeci, a może czwarty w historii), dzięki czemu mieliśmy trzy dni jak na biwaku, czyli bez bieżącej wody, a w międzyczasie Żółte wykopało spod ziemi kawałek instalacji odprowadzającej deszczówkę do stawu i rozszarpało na strzępy, dzięki czemu mieliśmy błotne SPA na podwórku (bo akurat, jakżeby inaczej, padało ulewnie), a na deser wysypało się łożysko w lewym przednim kole samochodu, dzięki czemu Mały Żonek miał zapewnione upojne godziny z latarką czołową i walizką narzędzi w dwustopniowym mrozie, podczas gdy Kanionek wydrapywał resztki zapasów żywności z dna zamrażarki. Co mi właśnie przypomniało, że miałam Wam podać przepis na chiński makaron “na winie”!

Moja wrześniowa wersja tego dania mogłaby się nazywać “makaronem chińskiego żniwiarza”, bowiem znalazło się w nim wszystko, co akurat miałam po sierpniowych zbiorach: fioletowa marchewka (z nasion, które dawno temu przysłała mi Zeroerhaplus), liść ozdobnego kalafiora (też z nasion od Zeroerha – to były kalafiorki w kolorze zielonym, w kształcie stożka; do makaronu został mi jeden liść, bo resztę dałam kaczuszkom), natka pietruszki (dużo natki), cukinia, szczypiorek (cały pęczek), fasolka szparagowa, pieczarki, groszek zielony, pomidor, papryka, czosnek! i pewnie coś jeszcze. W oryginalnym przepisie, który pamiętam jak przez mgłę, była na pewno nać kolendry – u nas niezwykle rzadko wykorzystywana w kuchni, ale w przyszłym roku zamierzam posiać kolendrę i ją wykorzystać (posiałam! Smakuje jak mydło).

Oprócz warzyw, w wersji niewege, w makaronie po chińsku powinno się znaleźć również jakieś mięso. Może to być kurczak, albo wieprzowina (w wersji de luxe np. polędwiczka). Mięso należy pokroić w cienkie paski.

Co jeszcze – oczywiście makaron. Idealny byłby japoński makaron soba, ale w naszej części warmińskiego zadupia jest on nie do zdobycia, no i jest stosunkowo drogi, więc ja używam chińskiego makaronu ryżowego wstążki, i też jest dobrze. Ostatnio kupiłam taki, którego się nie gotuje, tylko zalewa wrzątkiem i odstawia na bodajże trzy minuty, i to był strzał w dziesiątkę (bo zdarzało mi się już rozgotować makaron ryżowy), ale za Chiny nie pamiętam gdzie go kupiłam, ani jak się nazywał. Myślę, że Wy nie będziecie mieli tego problemu.

Ze składników absolutnie niezbędnych mamy jeszcze: sos sojowy (koniecznie ciemny i gęsty), sok z limetki (może być cytryna), no i odrobina suszonego imbiru (chyba że macie świeży w lodówce, to może być świeży utarty na drobnych oczkach). No i miód. Nie próbowałam zastąpić go cukrem, więc nie wiem, ale może też wyjdzie dobrze.

Nie dajemy soli, ponieważ sos sojowy jest słony jak diabli, ani pieprzu, bo od regulowania pikantności potrawy mamy imbir. Miodu, sosu sojowego i imbiru zawsze możemy dodać więcej na końcu, więc nie przesadzamy z ilością w trakcie smażenia potrawy.

Aha, prawdziwy Chińczyk smażyłby to wszystko na oleju sezamowym, ale ja smażę na słonecznikowym lub rzepakowym. Pamiętajcie, że nie każdy olej sezamowy nadaje się do smażenia – niektóre wersje są przeznaczone tylko do spożywania na zimno, np. w sałatkach, więc jeśli zdecydujecie się na sezamowy, to najpierw przeczytajcie co tam producent sugeruje na etykiecie. Jeśli akurat macie w domu tylko olej sezamowy “na zimno”, to makaron usmażcie na innym, a sezamowym polejcie potrawę gdy lekko ostygnie, dla dodania aromatu.

No i co tu dużo gadać? Warzywa, tak jak mięso, kroi się w cienkie paski lub plasterki, i smaży się. W głębokiej patelni, szybko i krótko, czyli na dużym płomieniu, mieszając jak szatan, żeby się nie przypalało. Najpierw idzie mięso (malutkie kawałki, najlepiej paski), potem warzywa twarde, jak marchewka, kalafior, fasolka. Potem papryka, pieczarki, cukinia, groszek i/lub kukurydza, opcjonalnie pomidor (no nie zimą, bo co to za pomidory teraz?), nie zapominajcie o mieszaniu (lub odpowiednim podrzucaniu patelnią, jeśli umiecie), już możecie polać zawartość patelni sosem sojowym i dodać łyżkę lub dwie miodu, na końcu wrzucić posiekany czosnek i co tam akurat macie z zieleniny: natkę pietruszki, szczypior, może być nawet zielona część pora, drobno posiekana, czy tam w paski jakieś pocięta (idealna byłaby kolendra, ale kto ma w domu zielsko kolendry, niech pierwszy rzuci doniczką), na to wszystko wyciskacie sok z połowy limetki lub cytryny i sypiecie szczyptę imbiru, no i w końcu makaron! Ugotowany oczywiście, przestudzony, a potem podsmażony z sosem sojowym na osobnej patelni i wtedy dopiero domieszany do reszty tego chińskiego bałaganu. (Uwaga z roku 2020 – nietoperza nie dodajemy!).

Co do szczypiorku zimą, to problemu nie ma: w każdej lodówce znajdzie się taka cebula, której już tęskno do wiosny i wypuszcza zielone czujki, więc taką cebulę wtykamy w doniczkę z kaktusem, czy inną paprotką, i samo jedzie:

Proporcje? Na oko i zdrowy rozsądek. Lepiej mieć za dużą patelnię, niż żeby się z małej wykitrało wszystko na kuchenkę podczas energicznego mieszania. Jakie warzywa dodacie, będzie dobrze. Pieczarki są też tylko opcją, nie koniecznością. Makaron, mięso, warzywa – to wszystko i tak mniej lub bardziej powinno przejść smakiem i aromatem sosu sojowego, miodu, limetki i imbiru. Jak już pisałam wcześniej – na końcu można sobie danie dosmaczyć wedle gustu – jeśli jest za mało słone, to lejemy sosu sojowego, jeśli przesłodziliśmy, to łamiemy ten smak sokiem z limetki lub cytryny. Jeśli danie wydaje nam się za mało chińskie, to można je dosmaczyć gotową mieszanką przypraw (pełno tego w sklepach), tylko trzeba pamiętać, że te gotowce zawsze zawierają sól.

Tu zdjęcia z wrześniowej wersji mojego makaronu:

To była wersja na bogato, bo było lato, ale w listopadzie też go robiłam, bez pomidora i liści kalafiora, na pewno z marchewką, groszkiem mrożonym, resztkami cukinii, zwykłą kapustą, papryką, porem, cebulą i mrożoną natką pietruszki, no i pieczarkami. W ogóle to jest takie danie a la bigos – prawie wszystko można do niego wrzucić, pamiętając o składnikach niezbędnych, i zawsze wyjdzie w kopytko. Tylko smażyć trzeba umieć, żeby nie rozgotować wszystkiego na ciapę, ale to też przychodzi z doświadczeniem. A jak mi się nie chce marchewki w cieniutkie słupki kroić nożem, to robię ją w takie cieniutkie wstążki przy pomocy obieraka do warzyw.

(A tu makaron już z czasów zarazy):

Od samego pisania robię się głodna, ale zanim pójdę sobie zrobić kromkę z chlebem, to jeszcze arbuzik, bo obiecałam. Arbuzik, całe dwie sadzonki, przez pierwsze dwa miesiące stał w miejscu jak zaczarowany – nie pomogły zastrzyki, recenzje, ni pomniki, ni podlewanie i czułe przemawianie. Upał w czerwcu – źle. Zimno w lipcu – też źle. No to jak nie, to nie. W sierpniu sadzonki osiągnęły długość około pół metra, a potem nagle… Rozrosły się jak zmutowana ośmiornica, pokryły powierzchnię dziesięciu metrów kwadratowych, i zaczęły produkować owoce wielkości agrestu. No nie powiem, uśmiałam się. A we wrześniu przecierałam oczy ze zdumienia! Jeden z arbuzów ważył 7 kg, drugi niecałe 5. To jest, proszę Państwa, bardzo dużo arbuza, jak na jedną osobę:

I przez prawie dwa tygodnie leżały sobie na parapecie, bo nie miałam odwagi ich otworzyć (“Pewnie niedojrzałe i niesmaczne, a tak to przynajmniej mam złudzenie, że wyhodowałam porządne arbuzy, i chociaż oko nacieszę”).

Ale w końcu pękłam:

Ten bladoróżowy kolor jest mylący! Nie znam się na odmianach arbuza, w sklepach zawsze widziałam tylko takie ciemnoczerwone w środku, a tu się okazuje, że arbuz może być różowy, soczysty i słodki. Żarłam je grzecznie przez tydzień, a drugi tydzień siedziałam w toalecie, bo to się nawet nie opłaca wychodzić, gdy człowiek sika jak fontanna Neptuna na gdańskiej starówce (jeszcze nigdy w życiu nie byłam tak dobrze nawodniona), i w przyszłym roku też chcę mieć arbuzy.

 

PS. I niewiele brakowało, a wrzuciłabym Wam film o czosnku, z moim zwyczajowym przynudzaniem, że “a patrzcie, jaka luźna ziemia, jak to się ładnie wyciąga”, i że ściółka, i że liści nie wyrzucać, i w ogóle. I kogo to obchodzi, Kanionek? Ja już samej siebie słuchać nie mogę. Rok w rok opowiadam Wam i pokazuję ciągle to samo, tylko jestem coraz starsza, coraz bardziej niewyraźnie mówię, zaczynam zdania od “yyyy”, szukam słów, które kiedyś znałam… Niecałe dziesięć lat na odludziu, i chyba zaczęła się na dobre moja osobista, życiowa przemiana. W ZIEMNIAKA. No to yyy, yyyyyyyyyyyyy, yy – yyy Państwu.

***

Dopisek styczniowy: NO WIĘC TO BYŁO DAWNO TEMU. A teraz jestem w próżni. I już wiem, że nie zamieniam się w ziemniaka, tylko w hikikomori. Z tą różnicą, że ja jeszcze nie sikam do słoika, no i muszę codziennie wyjść do zwierząt (ziarka i woda dla drobiów, siano i czasem ziarka dla kozów, kulki i woda dla psów i kotów), ale dalej niż kubeł na śmieci nie byłam od sześciu tygodni. Nikt mi też nie gotuje i nie zostawia talerzyka pod drzwiami, co tylko dowodzi, jak daleko nam jeszcze do wysokorozwiniętej cywilizacji japońskiej, ale nie szkodzi. Jak mam lepszy dzień, to coś jem, a jak nie, to nie. I tak nic mi nie smakuje. Może dlatego, że wykańczam resztki zapasów z zamrażarki, więc mam do wyboru: kotlety mielone z rozmrożonym chlebem, kotlety z frytkami z listopada, albo norweskie lefse z surówką z lekko zwiędłej kapusty, która udaje coleslaw. Lefse? Też mam zamrożone. Zrobiłam, gdy jeszcze miałam kubki smakowe, ale już nieco ograniczony asortyment. Potrzeba do nich ziemniaka, mąki, odrobinę masła, soli i cukru, trochę mleka, no i sporo czasu, a tego akurat miałam w nadmiarze.

Niezłe, ale czasochłonne, i trzeba utrafić z konsystencją ciasta, a to też zależy od ziemniaków, więc moje lefse były w smaku trochę za mało ziemniaczane, ciut za bardzo mączne, za to z wyraźną nutą wkurwienia.

A jeśli Wy też macie w domu akurat głównie mąkę i wodę, to możecie sobie zrobić czosnkowy chlebek naan:

Z braku pieca typu tandoor smażyłam moje na wściekle rozgrzanej patelni (smród palonej mąki o trzeciej nad ranem – bezcenny).

Czosnek najlepiej rozgnieść i dodać do masła, którym te zapchajmordy posmarujemy jeszcze na gorąco. Pietruszkę też. Z czym to się je? Zależy co akurat macie w lodówce – może być z mięsem na zimno i surówką. Ja swoje jadłam z depresją i uczuciem porażki. Na drugi dzień odgrzałam je sobie na patelni, z odrobiną żalu, rozgoryczenia, zniechęcenia, bezsilności i gniewu, ale tych przypraw nie polecam, bo to nie są tanie rzeczy, a do tego dają ujemny bilans energetyczny, więc zamiast jeść takie chlebki, lepiej się od razu pieprznąć patelnią przez łeb – mniej roboty, krótki czas wykonania, a efekt z grubsza ten sam.

***

No, to mam nadzieję, że się Państwo najedli, a teraz deser, czyli AKTUALNE zdjęcia koziołków (dla tych, co się pogubili – tak, teraz już jesteśmy w maju 2020).

PS. W ubiegłym roku Kapelusznik wysłała mi srogi kontyngent starych poszewek pościelowych, ręczników, i innych takich, żeby dostały u nas drugie życie (dostały! Bo tu się wszystko przydaje). Z małych poszewek na poduszki, które rozmiarem nijak nie pasują do moich jaśków, uszyłam sobie, małżonkowi i Mamie takie antykolanowirusowe maseczki:

Instrukcję wykonania znajdziecie tutaj: simple face mask
Bardzo proste. Gdy już zapamiętałam poszczególne kroki, to trzecią maseczkę uszyłam w 20 minut, a jeśli ktoś ma maszynę do szycia, to można to wszystko zrobić w 5 minut. Dezynfekcja jest prosta – wystarczy wyprasować.

A pralkę już mamy, i tym się różni od poprzedniej, że działa, oraz jeszcze tym, że ma okienko podglądu (stara pralka była ładowana od góry i nie miała), i niektórym zastępuje telewizor:

Pies rasy bakterier obejrzał cały program, ale przy wirowaniu nie strzymał napięcia i uciekł.

PPS. Zrobiłyście, Kozy, chyba najpiękniejszy kalendarz w dziejach tego bloga. Swój egzemplarz (dzięki, Wy/raz) wysyłam jutro Mamie, więc oglądałam go kilka razy, żeby się napatrzeć i zapamiętać. Wy/raz – podaj mi, proszę, listę osób, które przyłożyły do tego projektu swoje zacne kopytko.

108 komentarzy

  • _wiewiorka

    Witaj Kanionku, tęskniłam i przyznam, ze trochę się już zaczynałam martwić ale dałaś radę. Brawo dziewczynko

  • EEG

    No to jest najlepsza chwila od bardzo dawna-wejść po raz tysiącpięćsetstodziewięćsetny i zobaczyć, że JESTEŚ. Nawet nie mam teraz czasu czytać, bo nakurwiam do huty, ale się wpisuję, żeby Ci powiedzieć, już sama wiesz, co.

  • Anomin

    uff
    :-* :-* :-*

  • Olinka

    Nareszcie ! Niech Wam słonko dobrze świeci a w polu i zagrodzie wszystko rośnie i nie bodzie :-)

  • Póki życia, póty nadziei… Coś w tym jest:))))))))
    Wchodzę, patrzę, oczy przecieram – tak, dobrze widzę!!! Jest Kanionek, czyli póki Kanionek, póty nadzieja;))))
    Wpadam w przerwie i wypadam do roboty (w najśmielszych meandrach mej wyobraźni nie znalazło się zdalne nauczanie autystyków, ale jak widać, wszystko może się zdarzyć.
    Kanionku, nigdy więcej nam tego nie rób, prooooszę….
    Aha, dla mnie też kolendra jedzie mydłem i do ust jej nie wezmę;)

  • Krystyna

    Jakże się cieszę, że Kochany Kanionku znów jesteś z nami.

    • Ola

      Pani Kanionku, kocham Panią, ale kolendra NIE jedzie mydłem!
      A zdjęcia przeglądam z małego mieszkanka w dużym mieście i dają mi ogromnie dużo radości. Dziękuję.

  • kapelusznik68

    Kanionku!!! Nie dopuszczałam do siebie myśli, że już “nic nie będzie”.

    A nad maseczkami uroniłam łzę, pamiętam je jeszcze u mojej mamy. I tak, wiem o czym piszesz, że małe. Nie wiem na co zakładała je moja mama. Są takie małe, że pewnie odpadów było niewiele.
    I co za zdjęcia, nareszcie wielkość satysfakcjonująca. Ja już zbieram na następny kalendarz, a w tym wypadku wielkość ma znaczenie.

  • Ynk

    Radujmy się! Raduję się!! Do Kanionka, małego żonka, Żywotnych i Kóz przed monitorami uśmiechy ślę, a Kanionka zapytowywuję, czy szałwiowy Derby i Lancashire aktualne som? Moja lubić gorzkie i cierpkawe, więc poleca się do polecenia ich w tym roku, którym już przyszły się stał. (żem sie wypowiedziała, dalej w mailu będzie, jakby CO)

  • Ania W.

    Kaaaaaaaaaaaaaanioooooooooooon is baaaaaaaaaaaaaaaaaaaack!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!No i jest okazja, żeby się napić! Proszę bardzo – samogonik dla Szanownej Obory!

  • Ajka

    Dobrze, że jesteś <3. Przyznam, że dostałam lekkiej zapaści jak strona nie działała.
    Duuuuuużo zdrówka przesyłam i samych radosnych dni życzę

  • Najwyraźniej mam zdolności telepatyczne. Otóż wczoraj wieczorem, ni stąd, ni zowąd (bo niby czemu?) pomyślałam sobie, że tak dawno nie przyszło mi na skrzynkę zawiadomienie od Kanionka o kolejnym wpisie. Wytłumaczyłam to sobie od razu totalnym zapracowaniem (ja bym nie dała rady – a w życiu!!) i brakiem czasu na takie fanaberie jak pisanie bloga (a szkoda!!).
    No i? I dziś objawienie! Ach, tyle napisałaś, że będę miała co czytać i oglądać przez kilka podejść :-). Jesteś wielka!
    Serdecznie pozdrawiam!

  • Ania B.

    Kanionku !!!! Ajlawju !!! A kolendra faktycznie śmierdzi – dla mnie starą szmatą i mydlinami – i nie rozumiem tych, co się nią zachwycają… To chyba ci sami, co im się krzywa zachorowań WYPŁASZCZA….

    • kapelusznik68

      A co to znaczy wypłaszcza. Że niby zdejmuje płaszcz? Muszę wiedzieć bo ja lubię kolendrę.
      Kiedyś nie lubiłam ale Francuzi mówią, że jak coś nie smakuje to trzeba zjeść 13 razy i potem smakuje. To zjadłam.

    • Ynk

      Kolendra śmierdzi? Mydłem?? Dla mnie pachnie! Pachnie tatarakiem!! Mniamm.. ;-)

    • Anomin

      Uwielbiam kolendrę :-) ale sprecyzujmy czy mówimy o zielonej natce czy o nasionach, hę?
      Tzn. ja lubię obie postaci, choć natkę jakby bardziej( chociaż trochę nie ma tu porównania bo to jednak dwa inne smaki są)
      Ale nie wiem gdzie się pasuję w ramach wiary, że krzywa się wypłaszcza :-/ przyznaję, że się konsekwentnie izolujemy a w ogóle to nie wiem co o tej krzywej i jej otoczce myśleć…

    • Jagoda

      To też ci sami: cykliści, weganie i jeszcze kogoś wymienił pan od San Eskobar, ale nie pomnę,.. chyba przez kolendrę???
      Poważnie mówiąc, kiedy po raz pierwszy jadłam sushi (Goteborg, wieki temu(jaka ja jestem stara, luudzie)), naprawdę nie rozumiałam jak to może komukolwiek smakować. Za trzecim razem juz mi smakowało, a potem przepadałam, a teraz jest to jedyna potrawa, której mi szkoda… wegańskie jakby ciut ubogie. To samo jest z kolendrą, nie lubiłam ale polubiłam.

  • Jagoda

    Jak miło! Cieszę się, Kanionku, obejrzałam, przeczytałam i stwierdzam, że czasu wiosną nie marnowałaś. Ogóreczki w zrębkach, czosnek i cebula w słomie to dobry pomysł na mniej roboty. Mam nadzieję, że ogórki przeżyły dzisiejszy przymrozek? Wielki pozytyw, Pasztedzik zaprzyjaźnił się z Żółtym, dobrze się ogląda. Ale że te Kurokezy takie wredne a do tego sprytne, nie podejrzewałabym. Nie dajcie się wyrolować w tym roku.
    Aaaleee, napisałaś, że następne sery w maju 2020? to lecę zamawiać, bo nie zdążyłam zostać weganką.
    Pozdrawiam.

  • cornick

    :D:D:D Gęba mi się cieszy jak zawsze, gdy czytam i oglądam to co Kanionek zamieszcza, tym bardziej po tak długiej przerwie. Duża buźka dla całego kanionkowa!

  • Ange76

    Kanionku, wielka radość, że wróciłaś! I do tego z tak smakowitym wpisem.

    Dzięki za te wszystkie filmiki i zdjęcia. Będę się delektować.

  • becia

    Witaj Kanionku :) Dobrze że jesteś… :)

  • Aliwar

    Witaj Kanionku!!! Jakie masz gatunki pomidorów, te z ziemniaczanymi lisciami wyglądają jak Pikuś czy to coś innego?? U nas rano padał śnieg brrrr byle do weekendu a potem już nie powinno być mrozów 😉

  • wy/raz

    Aniuuu!!! . Dobrze, że jesteś.

    Do kalendarza przyłożyła się jak pewnie wiesz Kapelusznik68, koleżanka Kapelusznika i szefowa Kapelusznika. Wszystkie kozy, które zgłosiły chęć jego nabycia (jako motywacja dla twórczyń) oraz Kanionek, jako źródło inspiracji, no i Diabeł w buraczkach przesłał ostre zdjęcie obrazka. A i czerwony pasek na stronie :-).

    Tradycyjnie chcesz zostać bez kalendarza. Nie ma mowy. Nie zgłosiła się jedna Koza, która zamawiała. Możesz więc spokojnie uszczęśliwić mamę, albo jak mama mieszka blisko paczkomatu, to mogę wysłać bezpośrednio do niej, bo poczta koło mnie przeżywa nieustający stan oblężenia. Zostanie jeszcze 1 sztuka kalendarza, chyba, że masz ochotę kogoś obdzielić, to mogę wysłać 2.

    Desery śliczne, wszystko śliczne. Co to za roślina nad zdjęciami porów? Takie duże zielone z podłużnymi liśćmi?

    Wracam się delektować. Od chlebków zgłodniałam.

    Ściskam. Wszystkiego dobrego.

    • kapelusznik68

      wy/raz powiedz tylko słowo a będzie kalendarz wydrukowany. To nie problem.

      • wy/raz

        Dzięki, ale mam jeszcze 2 kalendarze czekające na Kozę, która się nie odzywa. Niepotwierdzone. Też je trzeba zagospodarować. Jak się odezwie, będziemy myśleć. Kanionek bez kalendarza i kalendarz bez Kanionka to taki uwierający temat. Na razie są, elegancko zapakowane w folijce i czekają na właściciela.

        • Cma

          Jesli faktycznie da sie dodrukowac, to sie zglosze, jak juz wyjde z finansowej dudy, w ktorej tkwie. Dlatego nie zamawialam

        • Kachna

          Mamuniu!!!! Wyraz -to chyba ja siė nie odzywam…..
          Zapomniałam na całkowitą śmierć!
          Co mnie teraz robić trzeba?????

          • Kanionek wrocil. Od razu dzien 237687364037482636494848 izolacji stal sie piekniejszym.
            Ufff.

          • wy/raz

            Kachna, ponieważ już uzgodniłam z Kanionkiem zasady organizacji Twoje kalendarze mogę nadać. Na forum pojawił się dopisek co i jak trzeba podać ;-).

        • Ewa

          Hej, to ja proszę o kalendarz, ale byłam na domowej kwarantannie i nie zdążyłam, jak na razie jest ok. napisz proszę na jaki adres mam wysłać pieniądze. Pozdrawiam wszystkie Kozy , Oborę no zaczynając od Kanionka z Małymżonkiem

    • wy/raz

      Proszę bardzo o wpisywanie się na forum. Jest nowy wątek: kalendarz dogrywka ;-). Bliższe dane niebawem.

  • Willow

    O Kozo Najbielsza <3
    codziennie zaglądałam bez większej nadziei i co ja paczam dzisiaj ?
    JEEEEST Kanionek :) oranyoranyjaksieciesze. Normalnie słońce wyszło po wczorajszej ulewie.
    Kanionku nie rób nam tego więcej, plis
    Kurde jakie piękne kózki, a gdzie konkurs na imiona? Zamawiam tego z pierwszego zdjęcia ;) cudo po prostu
    Jakie Żółte wielkie :)
    i ileż pracy w ogrodzie :) ja przez cholerny kręgosłup mój i J. w tym roku nie mam ogródka, nad czym ubolewam wielce :(

  • Buka

    NIGDY WIĘCEJ TAK NIE RÓB
    proszę
    bardzo

    bo jak żyć bez Ciebie, jak?

    Ale już bardzo się cieszę, nie robię scen i awantur. Siedzę cicho i patrzę, chłonę…

  • melanina

    Kanionek wrócił <3

  • Melodia

    Kanionku, jak dobrze że wróciłaś :*

    PS Sery w maju…? Są….?

  • Cma

    Kanionku…, juz Ty najlepiej wiesz co :)
    Piekna notka, piekne filmy i zdjecia. Mozna by pomyslec, ze sielanke tam macie, bo tak pieknie u Was, gdyby nie swiadomosc ile to pracy, ba!, znoju kosztuje.
    Taka niespodzianka, no:)
    ps. A Laser jak zwykle pod kordla:))

  • Kachna

    Kanionek!!!!
    Hejka!
    Kozo marnotrawna.
    Maaachaaam!

  • Kapka

    Ja się nigdzie nie udzielam, ale czytam od lat. Dobrze, że jesteś Drogi Kanionku bo wchodziłam tutaj codziennie z nadzieją i wreszcie się doczekałam. Ufff.
    Ps. Ja tam bym posłuchała jak opowiadasz o czosnku i luźnej ziemi. Do tej pory pamiętam Twoją relacje ze zbioru ziemniaków i była ekstra.

  • Asia

    To miałam nosa, żeby dziś tu zajrzeć. Bardzo miło Ciebie widzieć.

  • Dytek

    :)))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))))

  • dolmik

    🤗😊 O tak. I nastało dobre.
    To dobry tydzień będzie. I Kanionek wychynął z okopów i radio kończę i zacznie się ocieplać i….. jeszcze kilka rzeczy. ❤
    Błogość.

  • Dytek

    Ażeby uczcić i uświetnić tę chwilę – rozpieczętowałam pieczołowicie skrywany w najdalszym zakątku lodówki podwędzany z cząbrem i tymiankiem z ubiegłorocznej wczesno-lipcowej dostawy. Jeeeeesssssssssssżżuuuuuuuuuuuuuuuuu………………………………………………….niu.
    To pod ten samogonik.

  • kapelusznik68

    wy/raz widzę, że jest zainteresowanie kalendarzami.
    Na pewno da się to zorganizować. Jeżeli dasz radę zająć się zgłoszeniami i stroną finansową to ja zorganizuję druk.

  • teatralna

    Kanionku )))))))
    otóż sery ech seryyy SERYYY przykleiłam sobie na lodówce nalepki z tych, które mnie oszołomiły alee jakaś menda odkleiła …na szczęście nie wszystkie. Teraz czekam na sygnał KIEDY? egen można będzie zamówić.
    Oraz koniecznie daj proszę przepis na chlebek czosnkowy, plis plis, bo jestem raczej guła kuchenna więc mi trzeba jak krowie na rowie. a wyglądają oszałamiająco. a ja mącznych rzeczy nie umiem, no.
    Oraz dlaczego masz trociny na każdej grządce???
    to wszystko są pytania zasadnicze, bo ja się muszę zaopatrzyć w warzywa, kryzys idzieeee
    poza tym ściskam mocno i radośnie ))))
    Nie miej goryczy i innych przypraw, będzie dobrze, na wsi w ogóle nie widać zarazy, pomyśl co byś zrobiła w blokowisku w pracy online w mieście. brrrr aż mi ciarki przeszły.
    Koniecznie podrap Żółte za uchem.
    [no resztę też ofkorsss]

  • mp

    Dziękuję, że jesteś ponownie :) Zrobię sobie zaraz kawę i będę się delektować zdjęciami i filmikami.

  • Bisia

    Dziękuję, że jesteście. To musiało Was wiele kosztować. Pozdrawiam i życzę żeby było dobrze.

  • Agata

    Dobrze, że jesteś. Czekałam cierpliwie. A co do kolendry – mnie też nie smakowała na początku, teraz przepadam. I na pytanie, kto ma w doniczce, przeważnie odpowiem – ja:) Ale możesz jesteś właścicielką tej odmiany genu, który sprawia, że niektórym brokuł wydaje się gorzki i kolendra nie podchodzi.

  • Zoe

    Kanionu! Jak dobrze, że jesteś 😀 Od dłuższego czasu stałam pod płotem, zaglądam nieśmiało i ani be ani me 😏 Teraz wszyscy w maskach wyglądamy tak samo to pozwolę sobie wejść na podwórko i zawołać radośnie Dzień dobry!

  • Monika

    Miło , że jesteś (-cie)

  • Iwona

    Matko i córko. Nic nie jest ważniejsze niż notka Kanionka. Jesteś, jesteś to super.
    Wszystkiego najlepszego z mojej strony. Wszystkie kozy z obory – musimy wesprzec Kanionka. W końcu jest notka i to taka smakowita. Kanionku trzym się. Wszystkie kozy są z tobą. Kochamy Cię. Naprawdę. Mocno. I Rzetelnie.

  • Jola

    Halo, a sery są?

  • Agnieszka

    Dobrze że wróciłaś, bardzo się cieszę .

  • Meg

    Cudownie, że wróciłaś

  • Jolanta

    Dobrze, ze jesteś. Opowiadaj o czosnku, o pulchnej ziemi, o czym chcesz – tylko opowiadaj.

  • Jagoda

    Piszę, żeby robić tłok, nie mogę się nacieszyć, że znowu działa!

  • Bogutek

    Kaaaanioooonek!!! Nareszcie:) jak to dobrze, że znowu jestes!!!:)

  • kanionek

    Kozy kochane, chwilowo nie czuję się na siłach, żeby odpowiedzieć na siedemdziesiąt komentarzy i maili, ale cieszę się, że Wy się cieszycie.

    Tak poza tym, życie to szmata, i dzień po opublikowaniu tego wpisu zachorował nam koziołek, a dokładnie pięciotygodniowa córeczka Tabusia. Już piąty dzień nic nie je, na początku musieliśmy nawet wodę w nią wlewać strzykawką, teraz chociaż sama pije, choć skromnie. Dwa razy byliśmy z nią u weta, dostała kilka zastrzyków “na czuja” (głównym podejrzanym jest jakiś zator w jelitach, dzisiaj mieliśmy “zaszczyt” pierwszy raz w życiu robić kozie lewatywę). Trzymamy ją w kuchni, na kocykach i z poduszką pod głową – gorączka spadła, ale dolegliwości bólowe są wciąż znaczne (wycie koziołka w nocy – bezcenne), a na nogach biedactwo nie ustoi dłużej niż 10 sekund. Wedle wskazań lekarskich wciskamy jej na siłę siemię lniane, preparaty “na wzmocnienie”, i od dzisiaj rozcieńczone mleko, ale mały Tabuś nie chce współpracować – ani ze smoczkiem, ani ze strzykawką. Chyba nie muszę wspominać, że moja psychika, ostatnio i tak mocno w dupę kopnięta, ledwo ciągnie. Więc tak jakby, ten i teges, koziołek na krawędzi i Kanionek też. Trzymajcie kciuki za to chuchro, bo ona ma wolę życia, tylko jakieś kurestwo chce ją wykończyć.

    Aliwar – te “ziemniaczane” pomidory to zwykła malinówka :)
    I czy to właśnie nie od Ciebie dostałam pakiecik nasion pocieszalnych? To powiedz czym, u diaska, jest SAŁATA ZAJĄC?! Wysiałam próbnie do doniczki i siewki wyglądają jak sałata, ale zbyt skoczne nie są.

    Wy/raz – ta roślina nad porami to czosnek niedźwiedzi (dostałam kiedyś sadzonki na rozmnożenie od mp), a te pory to czosnek :) Tylko z wiosennego siewu, bo jesienią mi się nie chciało grodzić poletka przed kaczkami.

    Jagoda – ja zawsze miałam ogród ściółkowany, inaczej już sobie nie wyobrażam. Wszędzie susza, a u mnie ziemia mokra na każdej głębokości (wiem, bo w tym roku zaczęłam walkę z podagrycznikiem, czyli kopanie i przesiewanie z lupą każdej pięści ziemi). Te biedazrębki to zmioty z podwórka Dżerego – Żozefin kupuje odpady z tartaku na opał, i z tych odpadów odpada kora i takie tam, no i poprosiłam ich, żeby mi to zostawiali. A te ogórki to wschodząca sałata, tylko w dużym zbliżeniu, zaś ogórki mam w doniczkach, na razie tylko szklarniowe, bo u mnie w maju i czerwcu gruntowe zawsze padają ofiarą szkodników (w tym kosów i innych miłych ptaszątek). No i te szklarniowe na noc idą do domu.
    Rozsady mi w tym roku chorują (jaki pan, taki kram) – pomidory chyba przelałam, na dodatek zaś w szklarni zaczął je podgryzać pasikonik, a na 50 sadzonek kapusty padła jakaś zaraza, co wygryza blaszkę liściową od spodu (pod szkłem powiększającym widać jakoweś żyjątka, mikrorobaczki, coś jak roztocza). Załamać się idzie, co zresztą cały czas robię (bo kruwa mać, tyle roboty, przesadzania, hartowania, a tu przyjdzie taka menda i obeżre do kości, a na kolejny siew już za późno).

    Dobra, baterie mi się wyczerpują, ale kiedyś będzie lepiej, podobno.

    Wszystkim Kozom całuję kopytka :-*

    Krapionek.

    • Cma

      Trzymam kciuki za Tabusia! Maluchu, dasz rade!

    • Aliwar

      Nazwę sałaty pewnie Ci uprościłam😉 dostałam nasiona w zeszłym roku jako shokoladnyj zajac czy coś w tym stylu. Posmakowała nam i zebrałam nasiona. Jej liście maja kształt uszu zająca 🙂 w smaku delikatne. Wysle Ci na maila zdjęcie bo tu chyba nie da się wstawić. A kapustę posiej sobie pod koniec czerwca pekińską na zbiór jesienny. Wiem ze to nie to samo ale prawie wszystko z niej można tez zrobić np kapuśniaczek czy gołąbki 😘

      • Aliwar

        A jeszcze przypomniało mi się ze moja sąsiadka chyba w czerwcu siała kapustę wczesna i doczekała się główek, więc może poszukaj nasion jakiejś wczesnej i posiej jeszcze raz jeśli zależy Ci na kapuście 🙂 Wiadomo ze na kiszenie na zimę to może nie jest super ale do kiszenia na bierząco jest świetna delikatna i pyszna .

    • Willow

      Trzymam kopytka za malucha 🐐 musi wreszcie być dobrze kurna mać. I nieustająco wysyłam Ci pozytywną energię i moc buziaków

    • Jagoda

      Czosnek od Ciebie, Kanionku, posadzony na przełomie listopada/grudnia przepiękny. Najładniejsze warzywo we wsi. Masz rękę do wszelkich hodowli, jeżeli jeszcze tego nie wiesz. Pewnie, że wiesz, i będzie dobrze.

    • wy/raz

      Kciuki trzymane. Mocno!

    • Leśna Zmora

      Jak Taboreciątko?

  • Agniecha

    Kanionek, ty jednak musisz, MUSISZ pisać zdecydowanie częściej, sugerowałabym raz na tydzień. Bo jak napiszesz raz na pół roku, to moja zlasowana mózgownica przyswaja może 14% , oczywiście możesz mi poradzić, to czytaj sobie, Agniecho, po kawałku co tydzień, wyjdzie na to samo, ale chyba nie. Sama wiesz, ile tekstów ucieka, gdy się ich nie zapisze od razu.

    Jedno, co pewne, chyba muszę zmienić miejsce postoju pralki, jednak psy są mądrzejsze niż ludzie. Nowoczesna pralka ma co najmniej tyle programów co telewizor, a sensu w nich więcej niż w TV. Tylko tę rurę z wodą i kanalizę ciągnąć do salonu… Będzie kucie ścin i podłogi.

    Czy “hikikikomori” to znaczy “ziemniak” w języku japońskim?
    Chciałbym Cię teraz pocieszyć dwa razy.
    1. Nie jesteś sama. Też jestem ziemniakiem ( to jednak jest raczej wątpliwe pocieszenie ).
    2. Ziemniak, który potrafi powiedzieć “YYYYYYYYyyyyy” – rewelacja, mówiące warzywo to chyba lepiej niż chłop w ciąży, a tak wszyscy czekają na pierwszego, któremu się uda, nieziemskie pieniądze i nagroda Nobla dla odkrywcy oraz samego ziemniaka czekają.

    Więc życząc Ci z całego serce, by Cię ktoś odkrył, udaję się popatrzeć, co robią ślimaki pod ściółką.

  • wy/raz

    Kozy kochane, proszę albo podać mail do kontaktu, albo przez forum, bo na razie mam tylko informację od Dytka. Kachna, do Ciebie nawet na forum szukałam maila, ale nie masz wpisanego. W wątku forum kalendarz dogrywka na samej górze uzupełniłam wszystkie informację. Pozdrawiam serdecznie.

  • Kolendrofobka

    Dobry wieczór,
    ja sobie tu tylko tak nieśmiało podczytuję od dawna, ale ponieważ również szczerze nie znoszę kolendry, to pozwalam sobie wkleić link, który rzuca światło na tę kwestię.
    Reasumując to i ja i Kanionek jesteśmy prawdopodobnie w tych 20% ludzi, którzy kolendry po prostu nie mogą polubić. Tyle ponoć populacji ma mutację genu OR6A2, która za to nielubienie odpowiada. Zawsze to miło być w ciekawym towarzystwie.

    https://nt.interia.pl/raporty/raport-medycyna-przyszlosci/medycyna/news-niechec-do-kolendry-mamy-w-genach,nId,2477399

  • Karina

    A ja chyba stwierdzam że coś jest na rzeczy z teoria francuską. Kolendry nienawidziłam i śmierdziało mi okrutnie. Ale podróżując po świecie bylam zmuszona ja jeść,gdy mi gdzies tam już nią coś posypali. Co się dało ściągałam ale zawsze tam co nie co poszło. I Tadam mogę już ja jeść. Nie że fanką jestem,ale w pewnych potrawach jest taką kropką nad I . Jakąś Nową smakową dymensje daje. Serio. I nie trzeba na pęczki ale odrobinę. Czyli można. Się jej nauczyć.

    • kapelusznik68

      No bo na ten przykład salsa z pomidorów. Jakże tak bez kolendry świeżej. Toż to nawet duża ilość czosnku jej nie zastąpi.

      • Willow

        Ja daję pietruszkę 😉 no o ile kolendra w ziarenkach jest ok, to świeża jakoś mną wstrzącha 🤣. Chociaż w indyjskiej knajpie jadłam jakiś zielony sos i mimo że podejrzewam go o zawartość świeżej, to OMG jakie to było pyszne

        • kapelusznik68

          To musi być zielona nać :) Kolendra w ziarkach to zupełnie inna bajka i za tą nie przepadam.

          • Dytek

            Można się nauczyć, można. Też się w końcu zaparłam, że pokonam intensywność. I się udało, teraz jest pycha. Tylko musi być świeża i nie skonsolidowana smakiem z potrawą. Jak coś jest bardzo ciepłe, wolę posypywać po trochu w miarę jedzenia. Jak się rozdyźda w w całej potrawie, to błe. Taka zupa dyniowa z boczniakami + kolendra = pycha.

  • Zielona jak trawa

    Dzień dobry, jeszcze nigdy nic tutaj nie napisałam, a pozwalam sobie zwróć się z pytaniem i prośbą o radę do Pani Kanionek i wszystkich Znających się. Mojej mamie zachciało się kóz. Do tej pory miała tylko owce kameruńskie (takie co wyglądają jak sarenki). Ma już trzy kozy, a dwa tygodnie temu urodziły się cztery kózki. Ma też kozła anglonubijskiego. Cudak straszny. I tę małe też takie kłapouchy :-) Ale pytanie dotyczy dojarki. Mama zbliża się do 70tki i chciałam jej kupić dojarkę dla kóz. Na co zwrócić uwagę? Możecie mi polecić konkretnego producenta? Z góry dziękuję za wszystkie dobre słowa i pomysły

    • mały żonek

      Wyjdźmy od tego, że dla kilku sztuk nie warto. Narobicie sobie więcej roboty niż pożytku. Po udoju trzeba wszystko umyć – zdecydowanie wskazana myjka, bo jakoś nie widzę płukania węży i kubków ot bieżącą wodą. Poszukaj sobie w necie jak to działa. Do tego trzeba kupić środki do mycia (kwaśny i zasadowy) czy pamiętać o poziomie oleju w pompie podciśnienia i dezynfekcji (co jakiś czas) kanałów powietrznych. O pulsatorze nie wspomnę. Jeśli to Ciebie nie zniechęca, to polecam poszukać starej dojarki polskiej produkcji, w dobrym stanie, na licencji Delaval. Porządna konwia za stali szlachetnej, bardzo dobra, masywna pompa, która to w zasadzie jest sercem całego ustrojstwa. Oczywiście trzeba pamiętać, iż zaprojektowane wszystko było pod krowy, więc trzeba kupić inny pulsator albo przerobić istniejący. Gumy udojowe dla kóz, z silikonu są po jakieś 40zł. Gotowe zestawy dla kóz sprzedawane obecnie (zwykle przenośne) są badziewne niestety i raczej trzymałbym się od tego z daleka. Jak się zdecydujesz, mogę trochę pomóc w kwestiach technicznych.

      • kanionek

        Zielona Jak Trawa – jestem ledwo przytomna, ale Ci napiszę, popierając zdanie małżonka: MILION RAZY “NIE” dla dojarki, zwłaszcza dla osoby starszej (chyba że ma rzutkiego parobka na stanie, i jeszcze dobrze, żeby z zamiłowania był inżynierem mechaniki wszelkiej). Bo to nie jest tak, że idziesz sobie z “dojarką” pod pachą do koziarni, stawiasz na podłodze, a ona doi kozy, czyli ułatwia życie. To jest cała przeklęta instalacja! Pompa podciśnienia i rurociąg są montowane na stałe w pomieszczeniu udojowym, a z kanką (nasza waży parę kilo, a z mlekiem to już nawet małżonek wymięka ją targać), wężem “mlecznym” i kubkami telepiesz się do koziarni na czas dojenia. Sama higiena przedudojowa to jest istny cyrk, cycki muszą być idealnie czyste i suche (na koniec najlepiej jeszcze zdezynfekowane środkiem bakteriobójczym, który nie zostaje na skórze), zanim w ogóle podepniesz kubki udojowe, bo inaczej w mleku namnożą się błyskawicznie niepożądane bakterie. To samo z myciem urządzeń – makabra (nie chce mi się opisywać, bo ledwie widzę na oczy, ale uwierz mi na słowo; i te środki do mycia, kwaśny i zasadowy, są naprawdę niezbędne). Przy kilku kozach to byłaby wręcz udręka, a nie ulga. Nam dojarka nie oszczędza czasu, tylko moje ręce, ale gdybym miała doić 7 kóz, to po stokroć wolałabym ręcznie! Po milionkroć!

        Kozy kochane, wiem, że czekacie.
        Ja Was też.
        JUż niedługo (mam nadzieję).
        Wciąż jeszcze trochę Krapionek.

  • Willow

    Kanionku, jakby coś- ciągle tęsknię <3
    pogoda dziś do dupy, mam wrażenie, że wiosna już była, lato dało se spokój w tym roku i od razu przyszła jesień…Wcale mi się to nie podoba
    Potrzebuję zdjęć małych kózek :) i nowego wpisu <3 i KANIONKA

  • Jagoda

    Willow! Pogoda jak pogoda, nie masz na to wpływu, to się ciesz, że śnieg nie pada i przymrozki minęły. Za kilka dni będzie gorąco, zaraz sucho, zakaz wstępu do lasu i będziemy tęsknić za deszczem.
    DYTEK, ta zupa dyniowa z boczniakami dla wegetarianki brzmi bardzo dobrze. Możesz podrzucić przepis? Kolendrę też mam.
    Pozdrawiam i czekam.

    • Dytek

      Oki. Jutro, a właściwie dziś, opiszę na forum. Teraz padam już padam i niestety mam jeszcze trochę pracy.

      • wy/raz

        Kanionku, trzymam za słowo i czekam cierpliwie w kąciku.

        Kozy, które zgłosiły się na kalendarz i jeszcze nie potwierdziły bardzo proszę o kontakt.

        Kozy, które potwierdziły: W przyszłym tygodniu będzie Wam dane.

  • agiag

    Kanionku, dobrze, że jesteś (mój refleks jest jakby mniej) :)

  • Dytek

    Zupa dyniowa na forum

    • Jagoda

      Dzięki, właśnie z forum wróciłam. Odkryłam w garażu dynię zawekowaną w 2016 roku (jeszcze ze słoików nie wyłazi) to przepis jak znalazł.
      Również używam cytryny do zakwaszania, jednakowoż czasem wolę ocet jabłkowy, też kwaśny ale inaczej. Czy mleko sojowe zamiast koziego nie zepsuje zupy?
      Pozdrawiam.

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *