Na moim gruzie łopocze ta flaga, czyli o amen

“Na klatce stoi

cieć co się boi

nawet odkłonić,

miotłę ściska w dłoni”

Perfect, “Chcemy być sobą”, 1981.

Rano padał deszcz, ale Wiesio Smoleń przyjechał. On nie ma telefonu! I nie wiem już sama, czy podziwiać go za bohaterski indywidualizm, czy zżymać się na fakt, że w razie gdyby coś, to nie mamy z nim żadnego kontaktu. Niewykluczone jednak, że ten brak kontaktu okaże się jeszcze błogosławieństwem. Znacie to powiedzonko, że ten się nie myli, kto nic nie robi? No to powiem Wam, dlaczego pan Wiesio zyskał u mnie przydomek Nieomylnego.

Sterczę w kuchni, przygotowując żarcie dla ludzi i zwierząt, i wyglądam przez okno z ciekawości, jak tam robota się posuwa. I za każdym razem widzę takie obrazki:

Wiesio

Wiesio2

Wiesio3

Za jakąś godzinę wpada do kuchni małżonek, bladozielony na twarzy. Pytam: “I jak? Pan Wiesio git?” Tego, co wyczytałam z jednego spojrzenia i zaciśniętych ust, nawet nie zamierzam Wam pisać. No to się trochę wkurzyłam, i niosąc kawusię do dziesiątego papierosa pana Wiesia, i widząc jak znów stoi zadumany z dłońmi w kieszeniach, pytam go odważnie: “To komu mam dziś za robotę płacić, panu Wiesiowi, czy panu Darkowi?”. I chyba o dziwo złapał był aluzję, bo po kolejnej chwili zadumy odrzekł: “Nooo, dzisiaj to panu Darkowi”. Jak się później okazało, małżonek był zielony na twarzy z jeszcze jednego powodu, mianowicie gadatliwości pana Wiesia, a w końcu od gadania to mój mąż ma mnie i to i tak zbyt wiele jak na jednego człowieka. Powinnam być żoną dwóch, a nawet trzech mężów, to wtedy wszyscy by to jakoś znieśli.

Potem odbyliśmy we trójkę tournee po okolicznych tartakach. Nie, źle gadam. W TARTAKU to my byliśmy jednym. A wcześniej odwiedziliśmy kilka miejsc, gnani wskazówkami tubylców oraz podszeptem pana Wiesia, coby podjechać do tartaku w miejscowości W., bo tam “PANI J. ma znajomości”. Tak, okazuje się, że to pani J. skierowała moped filozoficzny ku naszym progom. Ale mniejsza o to, przejdźmy do zagadnienia “znajomości” w tartaku. Tak się składa, że nie dalej jak dwa tygodnie temu, pani J. opowiadała mi, jak to spotkała w lesie na grzybach dwóch chłopaków i oni jej powiedzieli, że mają tartak w miejscowości W., i że jak pani J. będzie coś chciała z drewna, to oni jej wszystko wytną. Słysząc więc pana Wiesia upierającego się przy tych “znajomościach”, na złość samej sobie nie wyraziłam swojej opinii, ale im byliśmy bliżej rzekomego tartaku, tym mocniej zaciskałam dłonie na kierownicy.

Okolica to była piękna. Łąki, pola, zagajniki. I rozsiane, a czasem skupione w smętne kupki, dorodne niegdyś gospodarstwa. Niegdyś, czyli wtedy, gdy Polska produktem rolnym stała. Tymczasem dziś… Tu ktoś siedzi okrakiem na wiadrze, jarając blanta i patrząc tępo w siną dal, tam znów ktoś inny przygląda się nam, jakbyśmy wpadli gwałcić, palić i rabować, taki nowy standard. Może u Was, drodzy czytelnicy, jest inaczej, ale u nas nie odpowiada się obcym ludziom na “dzień dobry”, tylko patrzy wilkiem. Ale nie trujmy się toksycznym wyziewem goryczy Kanionka.

Zajechaliśmy w końcu na nieogrodzony teren sporego gospodarstwa. Zaparkowałam obok leniwie przeżuwającej trawę krowy, która na szczęście w nosie miała zarówno nas, jak i nasz cały interes. Po lewej minęliśmy rozpadający się budynek, o którym miejscowi wyrażali się per “pałacyk”, i faktycznie, dało się zauważyć resztki jego dawnej świetności. Obszar podwórka zawalony był gruzem, jak okiem sięgnąć. I wiem, że macie mnie za jakąś literatkę (to taka szklanka, prawda?) i pewnie myślicie, że koloryzuję i tęgo przesadzam, ale nie. Słowo pasterza kóz i drobiu – gruz ścielił się grubo, aż z ciekawości przyjrzałam się bliżej jednej górce, spodziewając się u jej podnóża znaleźć but partyzanta, a może i strzępek flagi. Po całym tym księżycowym krajobrazie skakały beztrosko dziesiątki kur, w różnych wzorach i kolorach, ale to były normalne kury, nie takie fikuśne jak u Koziego Farmera. Szliśmy we trójkę, mijając walące się budynki bez okien, trochę przyczajeni, bo żywego ducha prócz tej krowy i kurczaków, no i ten gruz… Aż tu za kolejną górką tłuczonej cegły i gazobetonu ukazała się naszym oczom dziewczyna, siedząca na drewnianej skrzynce i oskubująca z piór przedstawicielkę kurzej ferajny. Przed dziewczyną tkwiło w nabożnym oczekiwaniu kocie gremium (cztery, może pięć sztuk) wpatrzone w efekty skubania. Zaiste, aż żałuję, iż bogowie poskąpili mi daru operowania pędzlem, farbami i płótnem, bo przedstawiłabym Wam studium niebywałe pod tytułem “Skubiąca kurę na gruzowisku”. A tak mogę tylko pisać i to jakoś słabo wypada.

Dziewczyna odpowiedziała nam “dzień dobry” i od razu odetchnęliśmy z ulgą. Ledwie jednak zdążyliśmy wypowiedzieć słowo “deski”, a już znowu trzeba było nabrać powietrza w płuca i zatrzymać, albowiem zza górki z gruzem wypłynął koleś z taczką pełną GRUZU (przysięgam, on ten gruz skądś celowo przywoził!) i sprawiał wrażenie takiego, który by się tego gruzu nie zawahał użyć. Przeciwko komukolwiek. Wymamrotaliśmy więc tylko jakieś tam, że deski, bo tartak, ktoś mówił, że tu i w ogóle.

Pan Gruz pokręcił głową, i powiedział ni mniej, ni więcej, tylko: “On tu kiedyś deski ciął. Ale teraz nie będzie ciął”, co skwapliwie uznaliśmy za wystarczające w kwestii wyjaśnień i wróciliśmy do samochodu. Krowie nawet powieka nie drgnęła, no ale jak się jest krową, to można mieć naprawdę na wszystko wywalone i jeśli istnieje reinkarnacja, to ja chcę być albo kamieniem, albo krową właśnie.

Parę litrów paliwa później dotarliśmy w końcu do prawdziwego tartaku, załatwiliśmy co trzeba i wróciliśmy do swoich zajęć. Pan Wiesio do wykładów z nieomylności, małżonek do konstruowania wysokiej drabiny, a ja do prac różnych.

W międzyczasie do bramy przyczepiła się oburącz pani J. wracająca z grzybów, rozglądając się bacznie po podwórku. Zobaczyła mnie, bo stałam akurat w samym jego centrum, sypiąc kurczakom pszenicę. Podeszłam do bramy. “Pieski zamknięte?” pyta. Zamknięte, ze względu na pana Wiesia. “To ja sobie wejdę, napiję się czegoś i kilka pomidorów wezmę, bo moje się już skończyły”. I wchodząc już na nasz teren ciągnie tę samą, co zawsze litanię: “Po co wy te psy trzymacie, i to aż dwa, toż to kosztuje, karmić je trzeba, oddalibyście do schroniska”. Ja jej zawsze odpowiadałam, że dzięki psom mamy większe poczucie bezpieczeństwa, że jastrzębie nam kur nie ruszą, a dziki nie zeżrą ziemniaków na poletku za płotem (argument o najlepszym przyjacielu człowieka byłby tu nietrafiony, wierzcie mi na słowo), ale tym razem zmilczałam godnie (zeroerha, wisisz mi TORT), przyniosłam jej kufel świeżego soku pomidorowego i zaprowadziłam do szklarni.

Zrywam jej te pomidory, jeszcze pytam, czy woli malinowe czy zwykłe, a ona do mnie w te słowa: “O, dużo jeszcze pani ma pomidorów. Wieśkowi pani da!”

I tu natychmiast zwracam tort, ciasteczko, najlepsze buty i ostatnią koszulę i mówię Wam uczciwie, że jak ten baca w ósmej rundzie – nie wytrzymałam.

“Nie dam Wieśkowi, pani J., bo musi mi trochę zostać, żebym mogła pod lasem wy*ebać”.

Dziękuję za uwagę, idę sobie wykopać wilczy dołek, posypać łeb popiołem, a w plecy wbić grabie. A na nagrobku życzę sobie napis: “WIEDZIAŁAM, ŻE TAK BĘDZIE”.

22 thoughts on “Na moim gruzie łopocze ta flaga, czyli o amen

  1. Kachna 01/10/2014 at 08:02

    Kurczę, coś bym pokomentowała ale….no się nie da.
    Gieroj z Ciebie, żeś tych pomidorków nie
    wy*ebała na głowę Pani (to ta pani od kopru?). Ale jednak szkoda ich;)
    Generalnie uważam, że zachowałaś się jak Angielska Królowa.
    Pomimo wszystko.
    A męża masz jak anioła, jak on tak przy tym panu sobie po prostu pracował.
    A może pan Wiesio jest od spraw wyższych – no takich już na drabinie?;)

    • kanionek 01/10/2014 at 10:38

      Tak, to ta pani od kopru. Nie wiem, czy Królowa używa wyrazów (choć wygląda mi na taką, co jednak sobie nie pożałuje, gdy się zatnie przy goleniu), ale najgorsze jest to, że na pani J. to się wszystko i tak marnuje. Wzięła te pomidory, pomarudziła na pana J. (ponoć sprzedał całe drewno, co je ostatnio z sąsiadem naciął i od trzech dni go nie ma, ciekawe gdzie jest?) i jeszcze zapytała, „to kiedy ten ser z koziego mleka będzie” :-/
      Mąż mój ma przynajmniej dwie anielskie cechy – cierpliwość i długie włosy ;) A pan Wiesio jest, obawiam się, od wszystkiego. Pytanie, czy DO czegoś też, ale to się okaże. Dziś dowiedziałam się od Wiesia, jak rozmnażać fiołki doniczkowe, bergery i mertę (jak usłyszałam, tak podaję), a małżonek-anioł mi właśnie powiedział, że będziemy sobie przy Wiesiu robić zmiany co dwie godziny. Chyba już wolę ryć w kamieniu ten napis na nagrobku!

      • kanionek 01/10/2014 at 18:42

        I jeszcze a propos anielskości małżonka. On to przeczytał i pyta mnie (bo ja wtedy jeszcze byłam przed lekturą komentarzy): „A ty wiesz, że twój mąż to anioł?” I potem godzinami chodził i śpiewał: „Nad wszystkim czuwa gospodarz domu, nie da on krzywdy zrobić nikomu”. :D

  2. pandeMonia 01/10/2014 at 10:22

    Łomaryjkomaryjko!!!!!!!

    • kanionek 01/10/2014 at 10:40

      O, i to się nazywa wyrazić wszystko jednym słowem :D

  3. zeroerhaplus 01/10/2014 at 11:13

    Kanionku, jestem z Ciebie dumna :)))
    Jesteś wielka !!!

    • zeroerhaplus 01/10/2014 at 12:54

      … i zeby mi tu wątpliwości nie było: dumna jestem z celnej riposty, a nie milczenia.
      Masz trzy torty! Z wisienką!!

    • kanionek 01/10/2014 at 18:38

      Ja tam nie wiem, tu ktoś ostatnio zwracał się do mnie per „Miniaturowa” ;)

      • zeroerhaplus 04/10/2014 at 06:20

        E tam, niemożliwe ;)

  4. diabel-w-buraczkach 01/10/2014 at 12:25

    “Skubiąca kurę na gruzowisku” koniecznie w stylu Vermeera, z pieknym chiaroscuro na kurzych piórach i cytrynowozóltymi blyskami w oczach kociego gremium!
    „Wsi spokojna, wsi wesoła…” i w tle Wiesio, filozof zapatrzony w falujace lany zbóz =D

    • Ola 01/10/2014 at 14:00

      „Skubiąca kurę na gruzowisku” w wykonaniu tandemu Kanionek & Diabeł po prostu mnie urzekł…

    • kanionek 01/10/2014 at 18:37

      A nie mówiłam? Jak się ktoś z malarską wyobraźnią za taki krajobraz weźmie, to zaraz jest profesjonalnie i w ogóle. Muszę Tobie powiedzieć, że mój małżonek rzadko zagląda na Kanionka, ale ponieważ zaanonsowałam fotograficzną publikację jego osoby, to zajrzał. I Twój komentarz rozbawił go do łez, szczególnie fraza z Wiesiem filozoficznie wpatrzonym w te łany :D A musisz wiedzieć, że małżonka mało co bawi, a sam Wiesio to już najmniej ;)

  5. bila 01/10/2014 at 13:55

    A nie mówił Wiesio czasem ,,nie ma problemu”? Co? Bo cos mi sie tak wydaje…
    Zgadzam się, że zdzierzyłaś i tak długo. Ale, pewności nie mam, czy Pani J. załapała, co co kaman. Albowiem głupota ludzka i umiejętność wypierania rozrastają się latoś bujnie.

    • kanionek 01/10/2014 at 18:18

      Pani J. jest – tak, jak przypuszczałaś – kuloodporna :) Nie ima jej się cięta riposta, ostroigła ironia, ani twarda jak głaz szydera.
      A Wiesio nie mówi „nie ma problemu”. Z Wiesiem jest DUŻO GORZEJ. Na każde pytanie z gatunku „czy umie pan…” Wiesio opowiada długie historie o tym gdzie, u kogo i kiedy takie coś robił. I jak wszyscy to podziwiali. I jak on wszystkich nauczył. A dzisiaj odstawił taki skecz z drabiną, że chyba nie wytrzymam znów i opiszę ;)

  6. Ola 01/10/2014 at 14:02

    I zamawiam częściej historyjki obrazkowe z zagadką! :D :D :D

    • kanionek 01/10/2014 at 18:13

      Z przyjemnością zamieszczę, gdy tylko nadarzy się okazja :)

  7. Lidka 02/10/2014 at 02:04

    Historyjki obrazkowe – w deche!
    Pani J. od kopru, nadszarpnela mi nerwy do tego stopnia, ze nie moglam spac. Ja Cie podziwiam, Kanionku, ze bluzg z Twojej strony byl, ale powinien byc wiekszy. Do rekoczynow bym sie nie posunela, bo szkoda przez idiote isc w kwiecie zycia siedziec.
    Zapienil mnie „watek z psami, zeby oddac do schroniska”. Jak wiesz posiadamy dwa psy, obydwa z „drugiej” i „trzeciej” reki; no bo to ktos STRASZNIE chcial miec psa, a potem olaboga, bo toto musi jesc, wyjsc na spacer i potrzebna jest pieczatka od weterynarza. A wszystko to kosztuje i samo sie nie poda i nie zrobi. Nie lubie nas, ludzi, pod tym wzgledem.
    W zeszlym roku przebywalam na swieta w Ojczyznie i nie zdumial mnie fakt, ze spoleczenstwo buduje sie i bogaci, i dobrze, ale zdumial mnie fakt… absolutnego braku psiego gatunku we wsi! Szczekanie i ujadanie zza plotu to juz wspomnienie do lamusa, a nie jak to drzewiej bywalo- czlowiek uciekal, byle szybko, bo nogawka zaraz w strzepach.
    Odwiedzilam moja kolezanke, posiadajaca piekny, duzy dom, ogrod, a za ogrodem pare hektarow i brame zamykana na pilota. Pytam: „Baska, dlaczego nie masz psa?”. A ona mi na to; „No bo nie mamy miejsca”. Nie wiem, czy zauwazyla moje powoli podnoszace sie do gory brwi.
    Dlaczego tak sie dzieje, ze coraz wiecej potrzebujemy przestrzeni zyciowej, a jak ja juz znajdziemy to zalujemy kacika dla tych maluczkich, najmniejszych braci naszych, jak to Madra Ksiazka nam proponuje?

    • kanionek 02/10/2014 at 10:47

      Ja rozumiem ludzi, którzy nie lubią psów, albo zwierząt w ogóle, i po prostu ich do domu nie biorą. Z pewnymi cechami człowiek się rodzi i są od jego woli niezależne. Ale tak jak i Ty nie znoszę osobników traktujących zwierzęta jak kaprys, zabawkę, element wyposażenia domu czy dodatek do modnej torebki. Jest też grupa osób, która „nie uznaje” sensu istnienia zwierząt, których nie można wydoić, zjeść, lub na pióra oskubać. I do tych (chyba) należy pani J. Kiedyś myślałam, że to czysty pragmatyzm, ale kilka jej uwag odnośnie psów pozwala mi sądzić, że ona ich zwyczajnie nie cierpi i nimi pogardza. W tym przypadku to jednak nawet lepiej, bo z uwagi na gwałtowny charakter i skrajnie odmienne stany świadomości PANA J., nie powierzyłabym im opieki nawet nad polnym kamieniem.

      „Nie mamy miejsca” to tylko wymówka. Jeśli ktoś pragnie obecności psa w swoim życiu, to zawsze znajdzie taką możliwość. Przypuszczam więc, że Twoja znajoma nie chciała powiedzieć Tobie prawdy. Być może nie przepada za psami, a być może w jej hierarchii wartości wyżej stoi czysty dywan, niż uniesiona do powitania psia łapa ;)

      Ale nic się nie martw. Zawsze znajdą się ludzie, którzy przygarną pięć psów ze schroniska i wyrównają rachunek za tych, co nie chcą, lub nie mogą :) I tej myśli chcę się trzymać…

Dodaj komentarz

Podpis *
Email *
Witryna internetowa