Dmuchawce, latawce i kukuryku, czyli jak Cykan ratował dzikiego Kanionka z opresji

Człowiek używa adblokerów i innych aplikacji typu “nieśledźmnie”, jak ognia unika fejsbuka, nigdzie nie zakłada żadnych kont użytkownika, a już na pewno nie podaje daty urodzenia, a automaty od spamu i tak wszystko o nim wiedzą. Zbliżają się moje 45 urodziny i od kilku tygodni dostaję maile o takich tytułach: “Chcesz wszystko widzieć w pełnej ostrości?”, “Chciałbyś się w końcu bez bólu wyprostować?”, “Bezsennie obracasz się w łóżku?”, “Marzysz o tym, żeby móc usiąść bez bólu na krześle?”, i tym podobne. A przecież jeszcze niedawno chcieli mi oferować zestawy do grillowania w ogrodzie i pisali: “New business opportunities for you, Anna!”.

Skąd oni wiedzą, że jestem stara, wszystko mnie boli, i nie skusi mnie już najtańsze złoto w całej Warszawie, bo kto chciałby mi dać złoto w zamian za kozę i tuzin jajek?

Ale najbardziej przeraził mnie mail ze środy 14 sierpnia, zatytułowany: “Możemy umówić się na spotkanie na weekend?”, bo wiecie, ja się mogę spotykać w weekendy, nie ma sprawy, jeśli ktoś ma taką palącą potrzebę, no ale nadawcą tego maila była… Kora :(

A przecież ja mam nerwicę lękową i bogatą wyobraźnię, i zaraz pomyślałam sobie, że to jakiś znak, i że najdalej w niedzielę już będę siedzieć na pierzastej chmurce i śpiewać “Lucciola” na dwa głosy, i mam tu taką prośbę do wszystkich botów spamerskich: jak już mi umawiacie randki w zaświatach, to niech to będzie chociaż Freddie Mercury, żebym mogła mu powiedzieć, że go kocham (o ile Freddie akurat nie będzie zajęty organizowaniem kolejnej szalonej imprezy w piekle).

Wieczorem dnia onego coś we mnie pękło i mówię do małżonka: “Wiesz co? Byś mi obciął te długie kudły. Tak ze 30 cm, żeby zostało tylko tyle, ile potrzeba do złapania gumką w kitek”. I obciął. I jeśli on nie jest człowiekiem renesansu, to nie wiem kto jest. O rozlicznych umiejętnościach Małego Żonka było tu pisane wiele razy, a teraz trzeba jeszcze na kupkę tej jego zajebistości dorzucić talent fryzjerski. Tak mi obciął te włosy, że nie mogłam się od lustra oderwać. I jeszcze powiedział, że wyglądam o 10 lat młodziej. (In your face, spambots!)

No i ponieważ w czwartek żyłam jeszcze, to małżonek zaproponował, że on nie tylko sam kozy wydoi, ale i mleko przefiltruje, a my z Mamą w tym czasie możemy sobie iść na grzyby, pospacerować, pozażywać powietrza i tak dalej, bo pogoda idealna, a Mama niedługo przecież wyjeżdża.

No to wzięłyśmy sobie Żółte do towarzystwa i poszłyśmy (zaraz zapytacie dlaczego tylko Żółte, no to już Wam mówię: pozostałe psy znają ten las jak własną kieszeń i zabieranie ich na grzyby kończy się tak, że psia wycieczka żyje swoim życiem i biegnie po swoich ścieżkach, a my zostajemy sami).

Niecałe sto metrów od domu trafiłyśmy na wysyp żółtych maślaków, uzbierałyśmy pół wiadra, i wtedy właśnie Kanionek wpadł na taki wspaniały pomysł, żeby pójść dalej, w takie jedno miejsce, gdzie przed laty uzbierał wiadro borowików, no bo z samymi maślakami to wstyd do domu wracać.

Miejsce kojarzyłam tak z grubsza-cieńsza, ale – o dziwo – trafiłam. Borowików jak na lekarstwo, za to czerwoniaków sporo (chodzi o koźlarza czerwonego, jeśli ktoś nietutejszy), a że Mama znalazła dwa piękne okazy i nabrała ochoty na więcej, to postanowiłyśmy się jeszcze w tym miejscu pokręcić. Bardzo mądry Kanionek zarządził, że na jednym ze świerków, na wysokości wzroku, zawiesimy błękitną siatkę reklamówkę, i że każda z nas pójdzie w inną stronę, ale tylko tak daleko, by wciąż mieć reklamówkę w zasięgu wzroku.

No i tak sobie kluczyłyśmy pomiędzy drzewami, łypiąc od czasu do czasu na siatkę i nawołując się dla pewności, a żółty pies latał pomiędzy nami cały szczęśliwy, że taka przygoda mu się trafiła. Teren, jaki pozwoliła nam przeczesać błękitna reklamówka, nie był zbyt duży, grzybów miałyśmy już prawie pełen koszyk, więc zawołałam do Mamy, że zbiórka przy siatce, wracamy do leśnej drogi i idziemy gdzie indziej. No i fajnie. Tylko W KTÓRĄ STRONĘ od tej cholernej siatki?

Wydawało mi się, że od błękitnej reklamówki powinnyśmy odbić trochę w lewo i potem całkiem prosto, aby dojść do naszej leśnej drogi, która wije się wieloma zakrętasami przez cały ten nasz las i biegnie aż do wsi, oddalonej o jakieś 3,5 kilometra. Poszłyśmy więc trochę w lewo i całkiem prosto, ale nic mi się po drodze nie zgadzało – nie te drzewa, nie te spróchniałe pieńki, nie ta ściółka… RANY BOSKIE, NIE WIEM GDZIE JESTEŚMY. “Tylko bez paniki”, pomyślałam, “bo panika zeżre ci mózg”. “Za późno” – zachichotała Panika, “już się wgryzam w płat czołowy”. No, to skoro tak…

Mama krążyła sobie zadowolona w promieniu kilkunastu metrów i – nieświadoma horroru, jaki właśnie przeżywałam – wyskubywała z mchu co większe kurki. “Mamy noże, jakieś 300 ml wody pitnej, dwie koszule z długim rękawem, kilka ręczników papierowych do otarcia łez, jadalne grzyby, żółtego psa, który się do niczego nie nadaje, i telefony komórkowe, które tu pewnie nie złapią zasięgu” – podliczałam po cichu nasze zasoby survivalowe, a zdziczałe myśli galopowały po moim nadgryzionym płacie czołowym, jak źrebaki po prerii. “Ten las nie jest taki wielki, parę kilometrów w którąkolwiek stronę i do czegoś dojdziemy” – krzyczał Zdrowy Rozsądek, oganiając się od źrebaków niczym od natrętnych much. “No tak, tak, ale jak tu upilnować drogi, żeby iść cały czas po prostej, gdy w lesie są drzewa, ha ha, i krzaki, ha ha, i bajora, ha ha, i zwalone pnie, hi hi, i nie ma na czym tego azymutu zahaczyć, i będziemy się kręcić w kółko aż do śmierci!” – wrzeszczała rozemocjonowana Panika, drżąc w radosnym podnieceniu. I wtedy właśnie przypomniałam sobie tego maila od Kory, i srrru! Już wiedziałam, że nigdy stąd nie wyjdziemy, i tylko Mamy żal, bo Żółty Pies to sobie jakoś drogę do domu znajdzie, prawda, a my, jak te sieroty…. “No, to już po rybach” – westchnęła z satysfakcją Panika i siadła na zadzie, kontenta i syta.

Siadłam i ja, na zmurszałym pieńku, pociągnęłam łyka bezcennej wody z plastikowej piersiówki, wbiłam wzrok w nasz koszyk pełen rumianych czerwoniaków, i pochłonął mnie szum tych grubych świerków, które wyglądały tak obco i strasznie, choć słońce wesoło tkwiło w zenicie, a po niebie beztrosko przesuwały się chmurki, jak słodkie kłębuszki cukrowej waty. “Dmuchaaawce, lataaaawce, wiaaatr…”.
“Ale dlaczego?”, pytam płaczliwie, “przecież to nawet nie Kora śpiewała, a Urszula chyba jeszcze żyje!”.
“A nie wiem”, Panika kiwa nogą założoną na nogę i rozczesuje długie, czarne kudły świerkową szyszką – “jakoś tak mi pasuje do sytuacji”.
“Jest bardzo, bardzo, bardzo cicho…” – intonuję w myślach, bo ten utwór może akurat niekoniecznie pasuje do sytuacji, ale za to idealnie współgra z moim tętnem.

Mama nadal skubała kurki. Złowrogi zastęp ponurych świerków zacieśniał krąg, osaczając biednego, małego Kanionka, i jego koszyk dorodnych czerwoniaków. I nagle wtem! Czy to Wojski grał jeszcze, czy to echo grało? Czy głupiej kretynce w uszach dzwoniło, czy jej się wydawało…? Nie! Nie wydawało się!

KU-KU-RYYY-KUUUU!

Ledwie słyszalne z oddali, tak przeze mnie znienawidzone koguty darły ryja ile sił w płucach, dając mi do zrozumienia, że nie możemy być dalej, niż kilometr od domu (“Uratowani! Bocian!”).

– Wiesz mamuś, chyba poszłyśmy złą drogą, ale nie martw się, bo słychać nasze koguty, to pójdziemy w tym kierunku, z którego dobiega dźwięk. Tylko stań w miejscu i nie oddychaj przez chwilę. Słyszysz?
– No słyszę – mówi Mama lekko niepewnym głosem. – Stamtąd jakby.

I pokazuje kierunek dokładnie przeciwny do tego, z którego mi się wydawało, że słyszę to cholerne kukuryku.

Panika plasnęła dłonią w kolano i zaczęła się tarzać w zbutwiałych liściach, rżąc ze śmiechu jak koń, co właśnie zrzucił jeźdźca prosto do kałuży. W końcu zakrztusiła się starym żołędziem i zamilkła, a Mama wyciągnęła telefon.

– To może zadzwonimy do Małego Żonka, żeby wziął psy i one nas znajdą? – zapytała z nadzieją.

– Ja już mu wysłałam esemesa, ale on pewnie jeszcze doi kozy, i nie ma telefonu przy sobie. Poza tym nie wiem, czy się dodzwonimy, bo zasięg…

Ale Mama już wybierała numer, i za chwilę usłyszałam spokojny, kojący nerwy głos małżonka (jak nam później tłumaczył, byłyśmy po prostu bliżej nadajnika gsm, więc zasięg to akurat miałyśmy lepszy, niż u nas w domu). Po odrzuceniu pierwszej propozycji małżonka, żebyśmy oszczędzały wodę i szły na zachód kierując się słońcem, ostatecznie ustaliliśmy, że on niedługo kończy z mlekiem, weźmie Lasera i Pusiołaka, i będzie z nimi szedł drogą przez las, drąc się wniebogłosy (podałam mu, w dużym przybliżeniu, miejsce w którym ślad po nas zaginął, a małżonek stwierdził ze stoickim spokojem, że tak, tak, on kojarzy ten rejon i tam to akurat łatwo się zgubić).

Nie powiem, trochę odetchnęłam, kopnęłam Panikę w dupę, zuchwale pociągnęłam z manierki i dałam dwa łyki wody Mamie, po czym uznałam, że skoro i tak się zgubiłyśmy, a pomoc niebawem wyruszy w drogę, to możemy jeszcze trochę grzybów nazbierać, profilaktycznie kierując się słońcem i wątłym “kukuryku”, które wciąż jeszcze dało się słyszeć poprzez lekki szum wiatru (koguty nie pieją przez całą dobę non stop, czasem robią sobie pół godziny przerwy).

Szłyśmy więc sobie niespiesznie, kurka tu, borowik tam, i nie uszłyśmy nawet kilkunastu kroków, gdy NAGLE ZNOWU WTEM! Do naszych nóg przypadł zdyszany Cykan, a Żółte zawyło z radości.

– Cykan, dzieciaku, jak dobrze cię widzieć! – tarmoszę brązowy łeb, a Żółte skacze wokół nas jak małe kangurzątko. – Cykan, gdzie jest pani Żozefin? Gdzie Żozefin? – pytam nie z nadzieją, ale wręcz z pewnością, że ten pies zaraz wyprowadzi nas z lasu.

– Cykan! Cykan! – dobiega nas, nie wiadomo skąd, głos wkurzonej Żozefin.

– Pani Żozefin! Pani Żozefin! – wrzeszczę ja. – Gdzie pani jest?

– No jak to gdzie?! No tu! – dobiega znów nie wiadomo skąd. W lesie dźwięk obija się o drzewa jak pijak o latarnie.

– O tam! – Mama pokazuje plamę kolorowego ortalionu, która wyłania się zza drzew, wrzeszcząc “Cykan! Cykan!”.

Cykan leci do swojej pani, a my za nim. Kolorowa plama przykuca i coś tam grzebie w ściółce. Kurki. Pani Żozefin żywej kurce nie przepuści, pracowicie wydłubie z ziemi nawet taką wielkości paznokcia.

Moje serce, napompowane radością i adrenaliną, rośnie jak drożdżowa baba, a Żółty Pies, uradowany spotkaniem z Cykanem na wolności, pędzi w kierunku pani Żozefin niczym bagietka z napędem odrzutowym. I przelatuje przez kurkowe wykopalisko…

– Spierdalaj! A poszedł ty, kurwa mać! – w panią Żozefin wstąpił demon. Wstała z klęczek, ściskając w zbielałej dłoni nożyk do grzybów, i przysięgam, że oczy zmieniły jej się w dwa rozżarzone węgle. (“Nasze święte jabłka!”).

Dobiegam do pani Żozefin, bezskutecznie próbuję złapać Żółte za obrożę, żeby powstrzymać dalsze harce, i dyszę, cała ucieszona na jej widok, jak jeszcze nigdy dotąd.

– Dzień dobry, pani Żozefin! Bo myśmy się z mamą zgubiły!

– Co za głupi pies! – zawyrokował nienawistnie demon w ortalionie. – Mój to grzyba nie nadepnie!

“O żesz ty, psia twoja jucha”, pomyślałam serdecznie, “o te dwie rozdeptane kurki…?”.

– No, ale to chyba nie pani go tak nauczyła, co? – odparowuję.
– A kto!?
– Nooo, z tego co pamiętam, to Cykan już do was przyjechał taki posłuszny i ułożony.
– Tak, jasssne. – Zasyczał demon, rzucając mi błyskawice zza okularów. – Cykan, siadaj mi tu!

Cykan usiadł i położył uszy po sobie. Żółty pies kompletnie nic sobie nie robił z tej naszej pogawędki, i – nie bacząc na groźby, kalumnie i życzenia rychłej śmierci kierowane pod jego adresem – nakurwiał jak źrebak dookoła pani Żozefin, ciesząc mordę do niej, do nas, i do Cykana. Cykan siedział strapiony przy koszyku Demona Ortalionu i tylko łypał żałośnie na boki, bo nie co dzień się trafia taka okazja, żeby się z innym dużym psem pobawić, a tu trzeba głupich grzybów pilnować.

– Yyy, pani Żozefin, a w którym kierunku do drogi? – pytam już nieco chłodniej.
– A o tam, o! – Żozefin zamachnęła się nożykiem do grzybów w kierunku jakiegoś gąszczu.
– TAM tam? – upewniam się jeszcze.
– No tam, o! – znów pokazuje na chaszcze.

No to dobra, no to idziemy. I faktycznie, zaraz za chaszczami oczom naszym ukazała się ta upragniona, żółta, piaszczysta droga, co wije się leniwie poprzez ciemne knieje. I takie to były Kanionka dzieje, w ten dzień czwartkowy, sierpnia piętnastego, a po południu zepsuła nam się pralka.

 

PS. Już ją małżonek zdiagnozował, zamówił jakieś łożyska, i jak tylko dojadą, to naprawi. A mojemu nadgryzionemu płatowi czołowemu to już chyba nic i nikt nie pomoże. Kora kiedyś śpiewała, że nic dwa razy się nie zdarza, no więc dlaczego i z jakiej przyczyny, Kanionek się nie raz wpuścił w maliny?! Dobranoc Państwu.

145 komentarzy

  • Cma

    Oj, rozumiem panike (niestety, mimo grozy opisywanej sytuacji, znow sie smialam). Pewnie ona glownie ze wzgledu na Mame, co?
    A Mama bardzo szykowna na tym grzybobraniu, kapelutek bardzo twarzowy:) Zolte oczywiscie tez pikne, jak zwykle, te uszy ma naprawde zabojcze.
    No i biedny ten Cykan:( Zosefin bardzo pilnuje, zeby nie przesadzac z ludzkimi odruchami…

  • Cma

    I jeszcze zapomnialam zapytac, czy sie nie boicie chodzic do lasu z psami luzem biegajacymi, bo slyszalam o licznych przypadkach zlosliwego odstrzelenia psow (bedacych w lesie z opiekunami) przez tych drani w kapeluszach z piorkiem.

    • kanionek

      ZAWSZE się boję, jak wszystkiego zresztą, i zawsze wołam psy, gdy tylko próbują zniknąć mi z oczu (co czasem mają w dupie). Małżonek twierdzi, że przesadzam, no ale ja się boję i już. Latem na dobrą sprawę nie chodzimy, bo nie ma czasu, a zimą staramy się raczej łazić po łąkach i nad rzeką.

  • Ania W.

    Druga!!!!!!!!!!

  • Ania W.

    No a zdjecie nowej fryzury…? Bo ja to bym bardzo chciala zobaczyc Kanionka . Serdecznosci!

    • kanionek

      Może czas pozwoli i małżonek będzie chętny pstryknąć mi fotkę, a na razie mogę powiedzieć, że wyglądam TROCHĘ jak Matylda z Leona Zawodowca. To znaczy NIE AŻ TAK MŁODO, tylko fryzura w tym stylu, choć jednak może nie do końca, bo bez grzywki… No dobra, chyba jednak trzeba będzie strzelić tę fotkę.

  • Zazdroszczę , że jadasz grzyby – moja nerwica sięga mi do jadłospisu, w życiu nie zjadłabym grzyba z lasu, żadnego. Jestem przekonana, że akurat trafiłabym na trującego, choćby ukrywał się pod naprawdę porządnym jadalnym ubrankiem. Ale zbierać mogłabym, czemu nie :)
    Myślę sobie za to o Twoich serach i marzę o nich nawet, a przez jakiś czas mi nie wolno, miałam bardzo chorą wątrobę niedawno… Tylko chudy twaróg….
    Pozdrawiam mocno!

    • kanionek

      Wyrazy współczucia!
      A jeśli chodzi o jedzenie grzybów, to nie myśl, że ja taka odważna, bo ja się z zasady boję wszystkiego. No ale grzyby lubię zbyt bardzo, bym miała sobie odpuścić. Zanim pierwszy raz zjadłam znalezionego przez siebie grzyba, miałam już za sobą tonę lektur w postaci atlasów i artykułów prawie że naukowych. I wiesz, co mnie przekonało? Nie jakieś zdjęcia, wykuwanie na pamięć opisów cech charakterystycznych, nie. To wszystko jest do dupy, gdy ma się nerwicę i ataki paranoi. Otóż dla mnie najbardziej istotna była informacja, potwierdzona w setce źródeł, że w Polsce NIE MA GRZYBÓW ŚMIERTELNIE TRUJĄCYCH WŚRÓD TYCH Z GĄBKĄ OD SPODU. Nawet ten okryty złą sławą “szatan” nie pwooduje zgonu wskutek spożycia, tylko przejściowe zatrucie pokarmowe, a do tego, UWAGA, jest na tyle rzadki, że aż objęty ochroną (za Wiki: “W Polsce jest bardzo rzadki, wymierający. Znajduje się na Czerwonej liście roślin i grzybów Polski. Ma status E – wymierający, krytycznie zagrożony[7]”), a DO TEGO wygląda tak paskudnie, że i tak bym go do domu nie wzięła.

      Wszystkie śmiertelnie trujące grzyby w Polsce to “blaszaki”, a królują wśród nich muchomory. I ja – z zasady, której nigdy nie złamię – blaszkowych kijem nawet nie tykam. Oprócz kurek, ale to banalnie łatwy do zidentyfikowania grzyb. I chociaż wiem doskonale, jak wygląda kania, i wiem po czym ją odróżnić od muchomora, i widuję tego w lesie całe kolonie, to NIGDY takiego grzyba nie wezmę. Opieńki? One SĄ trujące, tylko ta trucizna zanika wskutek obróbki termicznej. Wszyscy jedzą i sobie chwalą, a ja opieńki do ust nie wezmę i już.

      Tylko grzyby z gąbką i kropka. W ten sposób co prawda i tak na pewno umrę, ale nie na zatrucie grzybami :D

      • kanionek

        Chcę przy tym jeszcze napisać, co mnie niezmiernie, ale to NIEZMIERNIE wkurwia. Otóż gros corocznych zejść śmiertelnych w Polsce, wynikających ze spożycia grzybów, to właśnie wina muchomora (sromotnikowego i zielonawego), ale tego PRAWIE NIGDY nie podają w mediach, tylko wiecznie pitolą tę samą śpiewkę, jak to grzyby trujące są łudząco podobne do jadalnych.

        Jaki artykuł się nie pojawi, to zaraz to samo: uważajcie, bo nawet grzybiarze ze stuletnim stażem, bla, bla, bla. Żadna ŁAJZA z taniej szkoły dziennikarstwa nie napisze po prostu: “pierdolić blaszkowe, zbierajcie te z gąbką”, bo to nie brzmi tak chwytliwie, jak opowieść o staruszku, co całe życie grzyby żarł, a na końcu zmarł. Noż kurwa!

        Zobaczcie tu: lista oficjalna grzybów śmiertelnie trujących podana przez sanepid: https://www.poradnikzdrowie.pl/zdrowie/urazy-wypadki/10-najbardziej-trujacych-grzybow-zdjecia-aa-J7mB-YXB6-TwPT.html

        SAME BLASZKOWE, z czego większość to muchomory. Dlaczego tego się ludziom nie mówi? Że poczciwy podgrzybek czy borowik, czy koźlarz, czy maślak, nie zrobi im krzywdy? I nie jest “łudząco podobny do śmiertelnie trującego kurestwa”, bo śmiertelnie trujące kurestwa są tylko blaszkowe? I weź potem tłumacz każdemu, że nie, nie jesteś kretynką żyjącą na krawędzi, bo zbierasz grzyby, tylko po prostu media kochają trupy i sensację, i od lat trąbią ten sam, fałszywy hejnał. Ech…

        • Leśna Zmora

          Muchomory łatwo rozpoznać po tym, że wyrastają z takiej jakby “torebki” i w ziemi jeszcze jest jej pozostałość. Tak tylko mówię, nikogo nie namawiam, żeby zaczął jeść coś, z czego jedzeniem nie będzie się komfortowo czuł :) (jeszcze Kanionek zje pieczarkę, umrze ze stresu czy to aby na pewno była pieczarka i będzie na mnie :( ).

          • Cma

            No wlasnie, z blaszkowych TYLKO pieczarki.l, takie ba tacce;)
            A tej zasady, ze spod kapelusza musowo ma miec siateczke czy tam gabke, a nie blaszki, nauczyla mnie Mama moja. I nauczyla mnie rozpoznawac szatany, ktore bywaja wyjatkowo urodziwe – nie wiem co mialas na mysli piszac, ze wygladaja paskudnie. I kazala ich unikac, dopiero po latach sama doczytalam, ze ich zjedzenie moze najwyzej niestrawnosc spowodiwac, a poza tym sa niesmaczne wiec latwo sie zorientowac, ze cos jest z nimi nie tak. I tez sie wiele razy zastanawialam dlaczego ludzie nie trzymaja sie tej prostej zasady? Kani nie rusze, bo a nuz jakis muchomor sie sprytnie przebral?

          • kanionek

            Zgadzam się ze wszystkim powyższym, a co do urody borowika szatańskiego to faktycznie kwestia gustu. Sam w sobie brzydki może nie jest, czerwona noga i biały kapelusz, taki POLSKI wręcz, ale dla mnie, w porównaniu z podgrzybkiem brunatnym, borowikiem szlachetnym, czy choćby koźlarzem czerwonym, szatan jest taką krzyżówką grubego krasnala z pijanym trollem ;)

            A jeśli chodzi o pieczarki, to ja miałam wątpliwości nawet co do tych egzemplarzy, które co roku wyłażą w mojej szklarni :) Jednak jak sobie człek wbije do głowy, że blaszkowe be, to ciężko to później zwalczyć. Ostatecznie, uważam, jedzenie grzybów, w tym pieczarek, nie jest człowiekowi niezbędne do życia, więc w razie wątpliwości… Jak to mówią Amerykanie: when in doubt, don’t.

          • kanionek

            “Tu spoczywa Kanionek
            któremu Leśna Zmora
            kazała zjeść muchomora.
            Świeć Panie nad jej wątłą tuszą”
            :D

          • Cma

            E, nie przesadzaj, niektore szatany bardzo sprytnie udaja borowiki: brazowe kapelusze, a noga ledwo, ledwo rozowiejaca:)

          • Leśna Zmora

            Aaa, bo Wy (tzn. Kanionek i Ćma) mówicie o 2 różnych szatanach:
            Kanionek o borowiku szatańskim, a Ćma o goryczaku żółciowym, potocznie zwanym szatanem.

          • kanionek

            Tak też coś mi się zdaje. Goryczak nawet trujący nie jest, ale zjeść to się tego nie da :D
            Goryczaków spotkałam na swej drodze pełno, teraz już bez dotykania językiem umiem go odróżnić od porządnego grzyba, a borowika szatańskiego widziałam na żywo w całym swoim życiu tylko raz i zostawiłam w świętym spokoju :)

          • Cma

            No i sie wyjasnilo:) Musisz przyznac, ze te “moje” szatany sa urodziwe;)

          • Leśna Zmora

            Urodziwe… Znajduję pięknego borowika (albo i całą gromadkę), już witam się z gąską, a tu nagle różowa gąbka…

          • kanionek

            Dokładnie tak :D
            Potworne rozczarowanie.
            Jest też taki maślaczek, co się nazywa pieprzowy. Też jest jadalny, ale ma bardzo pikantny smak. Zbierasz?

          • Leśna Zmora

            A chyba nawet u mnie takie nie rosną. Tak samo jak kurki (jestem chyba jedynym grzybiarzem na świecie, co to zbiera płachetki i inne muchomorki, ale kurkę to tylko na rynku widział…).

            Ale aż mnie serce boli że przez Twoją awersję do blaszkowych nie jesz rydzów! Taki smażony rydz to lepszy niż borowik <3 .

          • kanionek

            A wiesz, że wyjątek potwierdza regułę? No to słuchaj. Jakieś niecałe pół roku przed zakupem tego domu, gdyśmy tu przyjeżdżali dopełniać formalności, państwo Cebulaccy, wielbiciele i wytrawni tropiciele rydzów (oni tu mieszkali ze 40 lat i znają każdy krzak i kamień), dali nam raz chyba z pół wiadra tego przybytku. Mówią, że od przybytku głowa nie boli, no a nas rozbolała, bo tak: wcale nie chcieliśmy tych grzybów, bo blaszkowe. Ale wyrzucić to bardzo byłoby nieładnie, bo przecież ktoś się napracował (oczywiście dostaliśmy same kapelusze, jak należy). No to po przyjeździe do dziupli w mieście od razu – atlas grzybów w dłoń, konsultacje w internecie, szkiełko i oko, badania DNA, przesłuchania kapelusików pod żarówką 100W, i tak dalej. Ostatecznie uznaliśmy te grzyby za rydze i usmażyliśmy.

            Bardzośmy byli ciekawi smaku, który wszyscy tak zachwalają, i… My chyba nie jesteśmy normalni, bo wg nas rydze smakują prawie niczym, z lekka tylko zalatując rybą. I co zrobisz? Nic nie zrobisz.
            Ale od tamtej pory, gdy słyszę od kogoś, że kania smażona w panierce z jajka i bułki smakuje jak schabowy, to zaraz się zastanawiam, czy ta osoba w życiu świńskie mięso jadła :D (Z góry przepraszam wszystkich wielbicieli rydzów, opieniek, kań i innych takich; my po prostu jesteśmy jacyś dziwni).

            ALE, ALE, Zmoro. Te tabsy z kolagenem i fajerwerkami, co je przesłałaś Żółtemu, to powiem Ci, że producent w składzie zapomniał umieścić “czary jakieś”. Bo wyobraź sobie, że ja tu się głowiłam, jak Żółtemu tabletkę wcisnąć, bo Żółte – w przeciwieństwie do naszych pozostałych psów – nie żre wszystkiego, co mu się pod ryj nawinie, i tabletkę na robaki sprytnie wydłubuje z masełka, a karmę w misce potrafi zostawić i sobie pójść, no i wyobraź sobie, że z głupia frant podałam jej tę tabletkę z dłoni, tak bez niczego, a ona ją wzięła i zjadła! (Co prawda w składzie wymieniony jest małż nowozelandzki, ale ja jednak obstawiam “czary jakieś”).

          • mały żonek

            Pragnę zwrócić uwagę, że oficjalnie “rydz”, to nie ten pomarańczowo-zielonawo-niebieski agent, więc może być tak, że każdy nawija o czym innym. Dobranoc.

          • Leśna Zmora

            Bardzo się cieszę, że Żółtemu smakuje, jeszcze niech tylko dobrze zadziała na łapki :) . To chyba jest ten sam producent co Dolmiks Capri? Widać potrafią robić smaczne lekarstwa :) . Albo zapomnieli napisać, że przed przerobieniem na tabletki ten małż zdechł i ze 3 dni leżał na plaży w upale ;).

            W rydzach dla mnie najlepsza jest konsystencja – są fajne i chrupkie (jak na grzyby), a nie takie ślimakowate jak reszta. A w kani widzę podobieństwo do schabowego – takiego baaardzo niskobudżetowego, rozbitego na przezroczysty papierek ;) .

          • Leśna Zmora

            Mały Żonku – rydz fachowo nazywa się mleczaj rydz – to takie lejkowate, od pomarańczowego do burozielonego, ma pomarańczowe mleczko. Bardzo podobny jest też mleczaj świerkowy, mleczaj jodłowy i jeszcze parę, które różnią się głównie występowaniem pod innymi drzewami (mleczaj rydz pod sosnami). Ja zbieram pod sosnami, gdzie Cebulaccy to nie wiem, ale wierzę w drobiazgowość Kanionka przy identyfikacji :) . W każdym razie co do rydza to już nie ma problemu jak z szatanem biało-czerwonym i “szatanem” goryczakiem. Raczej po prostu jesteśmy po przeciwnych stronach rydzowej barykady, tak samo jak ludzie nienawidzący rozdzynków w cieście i ci wariaci, którzy je lubią ;) .

          • kanionek

            Jeśli chodzi o rodzynki, to ja i małżonek stoimy po przeciwnych stronach tej barykady – ja nie rozumiem sernika bez rodzynków, a on na taki z rodzynkami nawet nie spojrzy.

            Tak, o rydzach to my się wszystkiego dowiedzieliśmy wtedy, gdyśmy je w prezencie dostali i musieliśmy się upewnić, że przeżyjemy konsumpcję (i życ będziemy dłużej niż 3 dni “po”). Zwróć uwagę, że mleczaj czerwieniejący (czyli kolejny rydz), też rośnie tylko pod sosnami :D
            A mleczaj świerkowy też ma pomarańczowe mleczko, tak jak ten najprawdziwszy z rydzów, czyli mleczaj rydz. Z kolei mleczko i miąższ tego najprawdziwszego z rydzów zielenieje (jak się np. zgniecie blaszki). Takie to są te lisie przechery.

          • Cma

            Ale ze jak to?
            Mozna nie lubic rodzynkow???

          • Leśna Zmora

            Wg Wikipedii mleczaja czerwieniejącego stwierdzono tylko 2 stanowiska w Polsce, także pod sosną to raaaczej będzie częściej prawdziwy rydz. Ale z drugiej strony – przecież standardowy grzybiarz nie będzie informował naukowców, że znalazł “dziwnego rydza”, może tak naprawdę ich jest dużo więcej niż piszą ;) .

            No i wpadłam jak śliwka w kompot w gniazdo sernikowo-rodzynkowych heretyków :( . Jeszcze rozumiem w czekoladzie, to one zostają suche, ale w cieście, nabierają wilgoci i są jak napite kleszcze, brrr…

          • kanionek

            A ić pani z tymi kleszczami! Winogrona też jak kleszcze, i to bardziej opite jeszcze! A przecież rodzynki to drugie życie winogron.
            Bezrodzynkowym sernikowcom mówimy stanowcze, zdecydowane NIE!
            A takie rodzynki, rumem opite, w cieście czekoladowym… No dobra, idę zrywać bazylię do suszenia, a że już mi z pyska ślina cieknie na myśl o tych ciastach, to od razu grządki podleję.

          • Cma

            Lesna zmoro, uzywasz chwytow ponizej pasa, zeby przeciagnac nas na swoja strone rodzynkowej barykady! Bede teraz musiala zjesc sporo sernika z SOCZYSTYMI rodzynkami, aby pozbyc sie odmalowanej przez Ciebie wizji! Albo w srodku lata zrobie sobie makowke czy tam kutie, z kilogramem rodzynkow!

          • Leśna Zmora

            Taaa, chwyty poniżej pasa, zła zmora, a nikt nie pomyśli, że właśnie dałam Wam pretekst żeby się obeżreć napęczniałymi rodzynkami aż pod korek ;) .

            Przy okazji się poskarżę, że koza mi obżarła moje pomidorki doniczkowe. I jeszcze żeby to ten najgorszy zbój i cholernik zrobił, to bym się nie zdziwiła – ale nie, moja ukochana pierwokupiona złota śliczność :( .

          • Aliwar

            Nie ma co się dziwić Leśna pewnie pomidorki były pyszne …. ale rozumiem Twój ból kozy nie mam ale jak mi coś zeżre roślinki to mnie złość bierze wrrrr. A może pogodzić zwolenników suchych i mokrych rodzynków średnimi w cieście drożdżowym 😀 z kruszonką …..

      • To mnie prawie przekonuje, ale nerwica to nerwica. Zdarza mi się rozchorować po czymś z nerwów, jeśli jem po raz pierwszy i np. boję się, że może to mnie uczulić. To totalnie upokarzająca choroba, ja przynajmniej ją tak odczuwam u siebie.

        • kanionek

          Rozumiem Cię :(
          Moja nerwica np. umie produkować “dowody” na to, że jestem na coś chora, choć nie jestem. Pamiętam, że po obejrzeniu całej serii “House MD” byłam chora praktycznie na wszystko, włącznie z toczniem (“It’s never lupus”)…
          I te objawy są tak przekonujące!
          Dobrze, że nerwica powstrzymuje mnie również przed zbędnymi wycieczkami z domu, bo inaczej okupowałabym krzesełko w przychodni lekarskiej 24/7 ;)

          UPOKARZAJĄCA to doskonałe podsumowanie tej choroby. Robi z człowieka durnia, zaszczute zwierzątko i bezbronną sierotkę na tak wiele przykrych sposobów :(

  • Leśna Zmora

    Żozefin na Żółte krzyczy?!? Oj chyba już zapomniała przez kogo Żółte się wzięło w Kanionkowie…

    • Leśna Zmora

      Btw dzisiaj do Żółtego powinien przyjechać listonosz ;) .

      • kanionek

        Przyjechał! A właściwie to PRZYJECHAŁA, bo wciąż mamy panią listonosz, tylko teraz brunetkę, ale też niezwykle miłą i uśmiechniętą.
        Wielkie żółte podziękowania za tabsy na psie kolanka :)

    • kanionek

      No właśnie! Przy następnej okazji ją zapytam, dlaczego, skoro taka mądra i takie z niej guru psich szkoleń, nie wzięła Żółtego od pana Skórki, tylko wypchnęła Dżerego, żeby wepchnął go nam. Nie żebym żałowała, bo kochamy Żółte jak swoje, ale jeszcze mi trochę gul skacze, jak sobie przypomnę o czwartku.

  • jagoda

    Jakbym czytała o swoich wyprawach do lasu, hahahihi… Obrócę się dwa i pół raza i już nie wiem, gdzie jestem. A kiedyś to na szosie, na którą szczęśliwie wyszłam z lasu, poszłam dokładnie w drugą stronę, spory kawałek.
    Cudne to Żółte, pozdrawiam Mamę i Małżonka .

    • kanionek

      Ha. A wiesz, co jest najlepsze? Gdy jeszcze mieszkaliśmy w mieście, to w weekendy lub na urlopie jeździliśmy czasem na grzyby/ryby/jagody setki kilometrów od domu i łaziliśmy po obcych nam lasach, i jakoś nigdy nie zabłądziliśmy. A bywało, żeśmy się rozdzielali, żeby większy obszar przeczesać, i umawialiśmy np. za godzinę w miejscu wyjściowym. I jakoś zawsze było dobrze. Może człowiek bardziej się pilnuje, gdy wie, że jest w totalnie nieznanym mu miejscu, a jak jest “u siebie”, to oj tam, oj tam, jeszcze kawałeczek, jeszcze po tamtego podgrzybka i tę kępkę kurek, i… I już jest w ciemnej dupie :)

  • Barbarella

    No nie, ja nie mogę takich rzeczy czytać. Po pierwsze, od razu mnie panika chwyciła za gardło, bo ja się umiem w większej knajpie zgubić w drodze do ki… znaczy TOALETY, a co dopiero w LESIE.
    Po drugie – takie słowa do psa? DO PSA? Rozumiem, że Żozefin stanowi folklor lokalny, ale jednak powinna trochę uważać na słowa, mówiąc do psów. Do męża niech się zwraca jak chce, ale są kurwa jakieś GRANICE.

    • kanionek

      Ja się bardziej od lasu boję Warszawy. Serio – postawcie mnie na którejkolwiek warszawskiej ulicy, dajcie kluczyki do zaparkowanego obok samochodu, i każcie wrócić do domu, to usiądę na jezdni i może jeszcze zdążę się rozpłakać, zanim rozjedzie mnie autobus.

      A Żozefin wlazła mi na odcisk. W ogóle jakoś nie pamiętam, bym kiedykolwiek słyszała ją przeklinającą tak szpetnie! Już trochę ostygłam, bo tłumaczę sobie, że co jak co, ale grzyby są dla niej święte, i każdy ma swoje demony, a czasem nawet staje się demonem na chwilę, no ale jednak…

      • teatralna

        Barbarella ma rację, nie chciałam być zbyt wulgarna ale i mną tąpnęło oraz …biedny ten mądry pies, mądrzejszy i lepiej wychowany niż tfu jej mac żozefin

  • dolmik

    Żółte cudne, Mama piękna a panika to stara wariatka i do tego upierdliwa… Już ja ją znam…
    Do lasu nie chadzam bo orientację w terenie mam na poziomie ameby. Wszędzie potrafię się zgubić. A co. Jakiś talent, podobno, każdy ma. To ja mam taki. Ale… ALE! Ostatnio (czyli 2 lata temu) odpaliłam w lesie gps w telefonie. I działa! Ale i tak sama się nie odważę tam pójść. Bo co, jak bateria padnie? Albo… albo gps się pomyli? Albo satelita mnie nie złapie? Albo… itd. To ta stara krowa – panika.
    Buziole!

    • Cma

      A ja lubilam chodzic ” na czuja” po gorach, a wiec i po lesie. Od razu wyjasniam, ze nie chodzilam tak po parkach narodowych.
      I nigdy sie nie zgubilam, no moze raz czy dwa nadlozylam troche drogi, ale zawsze mniej wiecej wiedzialam gdzie jestem.
      Jednak mysle, ze na plaskim latwiej sie zgubic chyba…

      • kanionek

        Nawet nie chodzi o to, że płaskie, ale o to, że W OGÓLE nie widać nic, prócz drzew. Dookoła. Wszędzie drzewa, a za nimi kolejne. Można dostać bzika, a nawet kręćka. I choć my te lasy mamy już trochę schodzone, to jednak trzeba pamiętać o dwóch rzeczach: las zmienia wygląd kilka razy do roku (liście są albo ich nie ma, krzaki i wysokie byliny to samo) tak sam z siebie, a do tego służby leśne też potrafią nieźle zmienić leśny krajobraz i nagle np. znika Ci z mapy, którą masz w głowie, jakiś konkretny element rozpoznawczy. Osobiście zgubiłam się co najmniej dwa razy, i za każdym razem, ha ha, byłam baaardzo blisko domu, ale o tym nie wiedziałam! Chodzisz sobie z nosem przy ziemi, kręcisz się, obchodząc drzewa dookoła, cały czas wydaje Ci się, że trzymasz w głowie właściwy azymut, i nagle… Las wygląda obco. I w tym momencie postanawiasz iść w którąś stronę, przemierzasz powiedzmy 100 metrów, stwierdzasz, że nie, chyba jednak źle idziesz, bo las coraz bardziej gęsty i obcy, więc zawracasz, ale tak naprawdę to nie zawracasz, bo nie utrzymasz linii prostej, w końcu wpadasz w panikę, że już nie wiesz kompletnie gdzie jesteś, skąd przyszłaś, i w którą stronę teraz iść. A bywa i tak, że idziesz “prosto”, a za pół godziny ni z gruszki, ni z pietruszki… znajdujesz się dokładnie w tym miejscu, a którego wyszłaś :D
        Las już niejednego przechytrzył.

        Jeszcze pół biedy, gdy niebo jest bezchmurne, a słońce masz zdecydowanie po lewej lub prawej, albo masz tyle cierpliwości, żeby czekać i sprawdzić, w którą stronę się przesuwa, to sobie chociaż strony świata ustalisz i będziesz się trzymać linii w miarę prostej, i w końcu GDZIEŚ wyjdziesz.

    • kanionek

      Ja miałam kiedyś taki bardzo przydatny wynalazek, mały lokalizator gps, czy coś. Był żółciutki i wielkości breloczka do kluczy. Kupiłam go jeszcze za czasów miejskich, bo jak jeździłam w delegacje, to zawsze miałam schizę, że zostawię gdzieś samochód i go potem nie znajdę, albo coś w tym stylu ;) No więc ten wynalazek działał tak, że wciskałaś guziczek na urządzonku, stojąc w miejscu A, i gdy chciałaś do niego potem wrócić, to on pokazywał strzałką, w którym kierunku ten punkt A się znajduje, ORAZ ile cię dzieli od niego kilometrów! (w linii prostej, rzecz jasna). Można było też zapisać w pamięci chyba do pięciu takich lokalizacji (np. dom, praca, zakopane zwłoki małżonka), i gdzie byś w Polsce nie stanęła, to strzałka na lokalizatorze mówiła w którym kierunku te wszystkie rzeczy są, i ile masz do nich kilometrów. Kochałam to cudo!
      Kilka razy uratowało nam dupę, gdyśmy się tu przeprowadzili i w ogóle nie znaliśmy lasu i okolicy. A potem się zepsuło i z jakichś niewytłumaczalnych przyczyn uznaliśmy, że szkoda pieniędzy na nowe.

  • dora

    Przepraszam Kanionku, bo chociaż w,pełni rozumiem i znam takie lęki, to ryczę ze śmiechu.Wspaniale opisałaś wszystko.
    To następnym razem znacz drogę:)) Serdecznie pozdrawiam.

    • Cma

      Bo Kanionek rozbraja nerwice i jej siostre (corke?) panike smiechem.
      A przynajmniej probuje.
      Stad te kapitalne opowiadanka:)

      • kanionek

        Taa, Kanionek to się śmieje jak ta musztarda po obiedzie, a W TRAKCIE obiadu to ma oczy na słupkach, gila pod nosem i jest TAKI MALUTKI!

    • kanionek

      Dora, tylko czym tę drogę znaczyć!? Kozimi bobkami? (Tego mam najwięcej).

      • dora

        Jednak proponowałabym coś bardziej kolorowego , resztki włóczek, szmatek, wstążek po prezentach?

        • kanionek

          …a za Kanionkiem będzie dreptać Żozefin i – zbierając moje tajemne znaki – sapać: kurła, ktoś całkiem dobre szmatki/wstążki/włóczkę wyrzucił! I Kanionek znowu w lesie :D
          (Albo leśniczy wlepi mi mandat za śmiecenie).

          Chciałam sobie kropki na drzewach sprejem robić, bo mamy taki do znakowania zwierząt, i on się zmywa z pierwszym deszczem, ale też nie wiem, czy to dobry pomysł, bo leśniczy znakuje sprejem drzewa przeznaczone do wycinki, i mogłoby dojść do takiej sytuacji, że przyjechaliby pilarze i wycięli cały szlak mojej wycieczki :D

          • kapelusznik68

            I wtedy na pewno się nie zgubisz bo lasu nie będzie.

          • kanionek

            Hi hi :) Bo mi się od razu przypomina historyjka z ubiegłego roku, jak pan Dżery chciał się pozbyć gniazda szerszeni z garażo-komórki, i poszedł tam ze szmatą na kiju, szmatę hojnie polał benzyną i podpalił… No i pozbył się gniazda, pozbył się szerszeni, pozbył się starej wersalki, którą Żozefin garażowała na lepsze czasy, pozbył się dwóch belek stropowych i całego stada pomniejszych gratów :D

  • Jagoda

    Jak dobrze zajrzeć na stronę Kanionka tak znienacka. Zapominam o własnych lękach, poprawiam sobie humor, a do tego wypatrzyłam pod tym linkiem szczoteczkę soniczną nie za pińcet lub więcej tylko za jedyne 119 zł, i to z zapasową końcowką i etui. No, ale wysyłka z Chin, za parę tygodni…
    Lepiej przeczytam jeszcze raz Kanionka i komentarze.

    • kanionek

      Jagoda. Nie wiem co to jest szczoteczka soniczna, ale jeśli jej potrzebujesz, to bierz i spokojnie poczekaj te parę tygodni. My właśnie dostaliśmy taśmę i klamry na obroże, które szyję dla psów i kóz, i cena obroży wychodzi mi tak śmiesznie niska, że… po prostu warto. A przed chwilą małżonek szukał dla mnie kwasomierza (podejmuję walkę o mozzarellę idealną), i znalazł “u Chińczyka” taki jeden model za bodajże 40 zł, ORAZ ten sam model na Allegro za… 250 zł. Więc wisz, rozumisz. Ja jestem za wspieraniem polskiej produkcji, ale co z tego, skoro na rynku i tak przeważa chińszczyzna, a jeśli mogę zapłacić za nią pięć razy mniej i poczekać 4 tygodnie, to tak właśnie zrobię.

      • Jagoda

        A dzięki za dobrą radę. I słuszne spostrzeżenie co do wszechobecnej chińszczyzny. Ale powiem, że poczytałam później resztę bieżących komentarzy i moje nieproblemy wydały mi się takie błahe, no śmieszne. O grzybach różnych jest ciekawiej.
        A o kani panierowanej, smażonej powiem tyle, że wcale nie smakuje jak schabowy, tylko jak kania smażona.
        Pozdrawiam.

  • teatralna

    współczuje Kanionku, można się spocić.

    • kanionek

      W dodatku są to zimne poty, bardzo niezdrowe!

      • teatralna

        Teraz to napiszę, noż kurwa mać żozefin bym kopnęła w dupę z rozpędu !!!! za tego psa cudownego i za Ciebie rzecz jasna i za Żółte, no rzeczywiście grzyb ważniejszy od psa.

        • kanionek

          Parafrazując stary dowcip, którego puenta szła jakoś tak: “Córeczko, nie kop pana, bo się spocisz”, powiem tyle: “Nie kop Żozefin, bo sobie nogę złamiesz”. Bo ten, ona jest z kształtu dość kulista, masywna i przysadzista.
          Powiem Wam, na pocieszenie, że po tym leśnym występie Żozefin znów spokorniała i przesadnie grzeczna jest. A do tego przeżywa osobisty dramat, bo znakomita większość grzybów w tym roku jest robaczywa! Wczoraj nastawiłam ser, który się długo kisi w garze, więc wyskoczyliśmy z małżonkiem, Żółtym Pierogiem i Czarnym Kurczakiem na dwie godzinki do lasu. Najpierw radośnie doskakiwaliśmy do każdego borowika (a było ich mnóstwo!), a później to już nam się nawet podchodzić do nich nie chciało. Wszystkie robaczywe i dziurawe jak sito. Koźlarze to samo. Mamy też takie miejsce, gdzie rosną piękne maślaczki ziarniste w licznych koloniach, więc tam poszliśmy, i normalnie szło się popłakać, bo grzybów więcej niż liści na ziemi, i znowu – wszystkie przeorane przez robale. Wyszedł mi z tego grzybobrania jeden słoiczek marynowanych, taki 400 ml.

        • Leśna Zmora

          Nie żebym broniła Żozefin, ale w jej słowniku zapewne w ogóle nie ma “Moja droga, czy mogłabyś nie skakać po grzybach, gdyż ich zniszczenie sprawia mi niewypowiedzianą przykrość”. Jakby Dżery stanął na kurkę to tak samo dostałby po uszach (albo i gorzej).

          • kanionek

            Niee no, ja nie oczekuję, żeby ona z “moją drogą” wyskakiwała. Chodzi raczej o niewspółmiernie do winy napompowaną reakcję. Ten gniew święty, ta furia ognista, na okoliczność paru marnych kurek psią łapą zdepniętych. A tych kurek przecież jest jak, nie przymierzając, psów w schronisku. Parę kroków dalej były następne, żółtą łapą nietknięte.
            No i ten szok wynikający z zaskoczenia – ja tu do niej lecę, radosna jak bąk w koniczynie, a ona mnie jak ciupagą przez łeb :D

          • teatralna

            mnie nie chodzi o słownik tylko o reakcję niewspółmierną do przewinienia.
            dokładnie to co napisała Kanionek. Kurków jak grzybów po deszczu a ona … na ale że robaczywe to już niczyja wina przecież. taki mamy klimat.

  • Tiganza

    kanię (nie ptoka, tylko grzyb ;)) od inszych grzybów, w tym niejadalno-mordujących, odróżnia, moim zdaniem najbardziej, zapach. Kania ma taki bardzo specyficzny, jakby…. korzenno-orzechowy, ciepły. I szeleści w palcach ;>
    Znaczy, grzyb szeleści, nie zapach.
    Ale jak kto nie jest pewien, to niechby rzeczywiście nie zbierał – lepiej nie ryzykować.
    Podzielę się też empirycznym doznaniem – miły dla oka i ciekawy bardzo grzyb zwany galaretkiem kolczastym po usmażeniu smakuje jak zmacerowana w terpentynie sparciała opona. Nie polecam, lelum polelum…. ;)
    obściski z lubuskiego dla Was wszystkich! :>

    • kanionek

      Nie no, świetnie że o tym piszesz, bo właśnie chciałam nasmażyć wiadro tych galaretków! (galaretek?).
      To ja podpowiem, że jest taki grzyb, w niektórych miejscach baaardzo liczny, z góry oglądany podobny nieco do kurki i nazywa się kolczak. Bo od spodu ma nie blaszki, tylko takie kruche, żółciutkie kolce. Bardzo ładny grzyb JADALNY, praktycznie bez zapachu, który atlasy grzybów polecają jako grzyb domieszkowy, ale ja Wam mówię, żebyście sobie zaoszczędzili trudu zbierania: po usmażeniu smakuje jak szmata o konsystencji tektury. A wiemy, bośmy kiedyś tego przytargali z pół wiadra :D

  • mitenki

    To ja wtrącę swoje 5 groszy i powiem, że są takie grzyby blaszkowe – z wyglądu nieciekawe, tzw. psiaki, których nie warto nawet kopnąć – kolega nazywa je podróżniczkami, bo rosną przy drogach. Nieduże, na cienkich nóżkach, usmażone na masełku – PYCHA. Jadłam kilkakrotnie i żyję.
    Ciekawa jestem, czy ktoś z Was je zna i jadł?
    To te -> https://www.ekologia.pl/wiedza/grzyby/twardzioszek-przydrozny

    Jako i Wy zbieram tylko gąbkowe grzyby, a z blaszkowych kurki.
    Pani Dżosefin ma krechę jak stąd (z Kanionkowa, znaczy) do Krakowa. Głaski dla Żółtego :)
    Pokaż fryzurę!

    • kanionek

      Ech, moja fryzura… Przez dwa dni “gwiazdorzyłam”, a później wróciła codzienność: gumka na włosy, chustka na głowę, i po fryzurze ;)
      Ale może będzie fotka jeszcze w tym roku :D

      A te grzybki wędrowniczki na zdjęciu wyglądają bardzo urodziwie, nie przeczę, jednak NAWET gdybym jadała blaszaki, to pewnie i tak nie chciałoby mi się zbierać tych rachitycznych drobiażdżków. Szacun dla kolegi :)

      • Olika

        Moja babcia i moj tata zbierali takie – wywieruszki, zawieruszki na łące i smakowały przepysznie na masełku podsmażone, ja już nie zbieram mam pietra

        • kanionek

          I to są właśnie uroki dzieciństwa – człowiek ma bezgraniczne zaufanie do starszych, bo oni przecież wszystko wiedzą, na wszystko zaradzą, łóżeczko pościelą, obiadek podadzą… A potem człek robi się duży i zaczyna się bać własnego cienia, bo nagle się dowiaduje, że prawie wszystko czyha na jego życie, a jakby matki natury i praw fizyki było mało, to jeszcze wymyślono urzędy! :D
          Dlaczego “za dzieciaka” smakował nam nawet cukier z łyżki i byle placki jedzone brudną ręką? Bośmy nie wiedzieli, że powinniśmy się bać. Ech. Długo by można o tym, że “to se ne wrati” (chyba żeby demencja na starość, to wtedy owszem).

    • wy/raz

      U nas nazywa się to panienka i owszem, zbieramy, jemy i żyjemy. To jeszcze w ramach blaszkowych polecam niemkę: https://nagrzyby.pl/atlas/365. Najlepsze zanim rozwiną kapelusz, wtedy raczej nie ma robaczywych. Dużo miąższu, w zapachu troszkę jak pieczarka, po przekrojeniu na pół, też podobna do pieczarki.

      Ja chcę na grzyby….

      • kanionek

        Nooo… Przy tym grzybie moja nerwica miałaby pole do popisu. Jest tak nieoryginalny, że podobny do wszystkiego :D Pewnie spotkałam ich już tysiące, ale mój mózg nauczył się kompletnie ignorować blaszaki i praktycznie ich nie widzi.
        Twardo pozostaję przy gąbkach/rurkach, a Wam życzę smacznego i dużo szczęścia :D

        A tymczasem u Szarejkaczki wykluło się jedenaście malusich kaczuszek! JE-DE-NAŚ-CIE! Wczoraj cztery z nich postanowiły się utopić, ewentualnie wyziębić na śmierć – wlazły do miseczki z wodą (specjalnie postawiłam im taką niską, a i tak okazała się za wysoka dla jednodniowych piskląt) i wyleźć nie mogły, a mama kaczka jakaś durna, zamiast je powyciągać, to siedziała obok, grzejąc resztę potomstwa. Na szczęście kaczuszkowy alarm niósł się szeroko po lesie i dzieciaki uratowałam. Gdy wyciągałam trzęsące się z zimna maleństwa z miski, to WTEDY mama kaczka uznała, że coś jest nie tak, i rzuciła mi się do oczu, ale ostatecznie wszystko się dobrze skończyło (chwała sierpniowym upałom!). Dzisiaj jedenaście puchatych piłeczek już zapiernicza za mamusią po chaszczach :)

        • wy/raz

          I na kaczki też chcę. Pewnie człowiek mógłby patrzeć godzinami na takie kuleczki ;-)). Zły jaszcząp niech ich nie wypatrzy.

          • kanionek

            Ano mógłby, ten człowiek, gdyby tylko mógł! Nie mogę co prawda patrzeć na nie godzinami, ale średnio co godzinę do nich latam uzupełniać wodę w tych niskich pojemniczkach, bo różne inne stare klempy im tę wodę wypijają, albo w nią wdeptują, albo się w niej kąpią. A upał taki, że bez wody to można szybko wyzionąć ducha.

  • ajka

    a to ja pojadę moim najciekawszym znaleziskiem: kozią brodą! vel. Szmaciakiem!
    https://dziendobry.tvn.pl/a/grzyb-kozia-broda–jak-go-przyrzadzic-jak-wyglada
    to sama gąbka! :) fajny jest, jakby chrupiący, jadłam usmażony na maśle z solą, najbardziej był zbliżony w smaku jakby do makaronu grzybowego.

    • kanionek

      Wygląda całkiem sympatycznie :) Ale ten, kto nazwał takiego grzyba “kozią brodą” to wcześniej musiał jeść grzybki halucynogenne :D Albo widział w życiu jedną kozę, która miała na brodzie zrobioną trwałą ondulację, a później spadł deszcz…

      • jestem zielona

        model afro w wersji blond :) wyglada jak ukwial ,
        jakos lepiej mi sie kojarzy grzyb tradycyjny : kapelusz i noga plus ewentualnie sloik albo patelnia

        • ajka

          polecam, jedną sztuką można wykarmić całą rodzinę ;)

          • kanionek

            Tylko weź tu znajdź taką sztukę! Ja kojarzę różne takie dziwne twory, pojawiające się w lesie głównie deszczową jesienią, ale żeby taką ondulowaną kozią brodę wielkości kapusty znaleźć, to trzeba mieć szczęście.
            A propos kapusty – w ogrodzie rośnie mi jeden śliczny arbuzik! Już jest wielkości główki niemowlęcia, o czym z dumą wspominam, bo reszta arbuzików jest wielkości od agrestu do piłeczki ping-pongowej i raczej nie zdążą urosnąć do pierwszych przymrozków. Za to dynie jak wariatki, pełno ich i niektóre ogromne. A wszystkie pomidory w ogrodzie zeżarła mi zaraza ziemniaczana :( Trzy dni i po krzyku.

          • Aliwar

            Kanionku z arbuzami to trzeba robić rozsady w naszym klimacie i dobra kupić odmianę. W tym roku miałam rosario i w sumie 7 arbuzów mieliśmy znaczy bez szaleństw większości wielkości trochę mniejsze od piłki do ręcznej ale jeden miał ponad 3 kilo🙂 za to wszystkie soczyste i słodkie. Tylko już dawno są wspomnieniem bo jakaś zaraza na krzaki poszła. A wogole to może jeszcze urosną bo zależy od odmiany ale ok 30 -40 dni rosną wiec może jeszcze je zjesz 😉a puki co u nas przynajmniej upały .

          • kanionek

            No moje tegoroczne były z rozsady! Tylko co z tego, skoro upały przyszły już wiosną i absolutnie wszystkie sadzonki stały w miejscu przez cały czerwiec i walczyły o przetrwanie. Nie rosły, tylko tak stały, jak kaktusy. Nawet je podlewałam, choć zwykle niczego nie podlewam, bo mam ogród pod ściółką. Ruszyły tak naprawdę dopiero gdzieś w połowie lipca, rozlazły się na parę metrów kwadratowych, ale owoce zaczęły zawiązywać zbyt późno. Teraz idą wszelkie jesienne zarazy – już niektóre dynie oberwały, ogórki jeszcze walczą, cukinie na szczęście niewzruszone. Obecne upały ratują sytuację, ale np. dziś w nocy lało jak z cebra i wilgoć w powietrzu taka, że ciężko oddychać. Las paruje tak silnie, że z daleka wygląda, jakby się palił (w sensie, że to wygląda jak dym unoszący się nad drzewami). Na moją drugą rundę ziemniaków przyleciała stonka! A kaczek na nie puścić nie mogę, bo mi koperek i bazylię zadepczą :D
            Aha, ja oczywiśćie nie pamiętam, jaką odmianę arbuza siałam, ale to była właśnie odmiana dostosowana do naszego klimatu.

          • Aliwar

            Ja mieszkam w okolicach Radomia i mam odwrotnie niż Ty znaczy pomidory w tym roku dobrze się maja ale ogorki klęska, na cukini dawno mączniak, u nas na jutro burze zapowiadają a ogólnie tez bardzo sucho było , oczywiście tez sciolkuje czym mogę nie jest grubo ściółki bo nie mam bardzo skąd ale i tak o niebo lepiej gdyby jej nie było 🙂

  • Leśna Zmora

    Pytanie do Kanionka i Małego Żonka – jak Wam się udało przerobić Atosa z przybudowego burka na domową przytulankę i admina forum?

    Potrzebna mi taka wiedza teraz, chciałam napisać mejla, ale po namyśle – a zapytam tutaj, może kiedyś komuś też ta wiedza się przyda :) .

    • kanionek

      Nie no, jaka wiedza… Tu akurat żadnej sztuczki nie trzeba, bo naprawdę niewiele jest psów, które nie chciałyby włazić do domu. W końcu w domu jest CZŁOWIEK, a jak człowiek to i żarcie, a poza tym ciepło i na łeb nie pada. Atos z początku się bał, bo Cebulaccy mu stanowczo zabraniali wchodzenia do domu i na południową część podwórka, ale gdy się zorientował, że nie tylko nie będziemy źli, ale wręcz ZAPRASZAMY go do środka, to proszę Cię – kto by nie skorzystał? No, może tylko burek, który spędził na łańcuchu kilka lat i ma już totalnie zrytą banię. A jeśli pies nie chce siedzieć w domu, to ja bym go też nie zmuszała, bo każda taka stresująca sytuacja rodzi lub pogłębia problemy psychiczne zwierzaka.

      • kanionek

        Zmora, i co z tym psem? Wzięłaś sobie jakąś “biedę” do domu?

        • Leśna Zmora

          “Bieda” okazała się w miarę cywilizowana (tylko dosyć gadatliwa), ma potencjał :) . I faktycznie, przy pierwszej okazji z własnej inicjatywy poszedł do domu. Także jeszcze będą z niego ludzie :D .

          • kanionek

            Dostałam maila, tylko jak zwykle nie było kiedy odpisać :)

          • Leśna Zmora

            Nie ma sprawy, tylko chciałam zaspokoić Twoją ciekawość co do “biedy” ;) . A że chciałabyś go tulić, a z tyłu głowy tli się myśl, żeby może go chociaż na trochę do Kanionkowa przyjąć w gościnę, żeby miał dobrze już teraz natychmiast, to ja wiem i bez odpisywania :P .

  • ciociasamozło

    Ledwie się człowiek na chwilę wyrwie na wakacje a tu tyle do nadrobienia!
    Z tą randką to się może jeszcze wstrzymaj, co?

    U nas specjalistą od orientacji w terenie, map i nawigacji wg gwiazd jest Małż, ale kilka dni temu to ja pokazałam właściwy kierunek na planie i usłyszałam “masz rację”! Rozumiecie, że celebruję to jak deszcz na pustyni ;)

    Cykan bohaterem jest!

    Na grzybach się nie znam, nie zbieram, jem pieczarki i te z rurkami/gąbkami od ludzi, którym ufam. Niedawno byłam świadkiem spożywania “smoczego jaja” czyli młodego owocnika sromotnika bezwstydnego (nie mylić z muchomorem sromotnikowym!), grzyba, który dojrzały strasznie śmierdzi a “jaja” podobno smakują trochę jak rzodkiewka.

    Mamie do twarzy z Żółtym ;)

    • kanionek

      No ja to bym chciała się wstrzymać, ale boty nie ustępują. Kilka dni temu dostałam propozycję zakupu “urine bags and waste bags”. Jeśli ONI wiedzą coś, czego ja nie wiem, to chyba już po mnie.

      Sromotnik nie tylko śmierdzi i wygląda tak jak wygląda (pierwszy człon, HA HA, nazwy łacińskiej to phallus), ale też może na śmierć wystraszyć. Bo zwykle obsiadają go dziesiątki ogromnych, wstrętnych much, tych błyszczących, i gdy się nieopatrznie obok takiego grzyba przejdzie, to te muchy nagle zrywają się do lotu, brzęcząc setką skrzydełek wśród leśnej ciszy, że zawału można dostać!

      Wypoczął chociaż człowiek na tych wakacjach? :)

      • Ynk

        ONI wiedzą, że regularnie wysikujesz Atosa. O, właśnie: a jak z … defekacją? O Atosa (nadal) zapytowywuję, w pachnące tematy się wpasowując.

      • ciociasamozło

        Wypoczął, wypoczął :) (choć dzisiaj nie bardzo to czuje bo chyba jakaś zaraza wlazła w nerw twarzowy ;( ) Świata trochę zobaczył, wygrzał stare kości, wymoczył odciski, z niejednej kuchni jadał i niejedną toaletę odwiedził.

        Na szczęście ja tego sromotnika nie znajdowałam. Taki rój much mnie też by wystraszył, bo zaraz bym miała wizje truposza w krzaczkach.

    • Leśna Zmora

      Jak te smocze jaja się znajduje? Starego to bez problemu można na węch (czasami w lesie zastanawiam się, czy coś zdechło w okolicy, aż tu nagle sromotnik) ale taką kulkę to nie wiem. Chyba że się buszuje w okolicy starego?

  • wy/raz

    Kanionku, a jak tam kontrol?

    • kanionek

      Kontrola ostatecznie doznała satysfakcji obejrzawszy aktualne zdjęcia Majączka i na tym się skończyło.

  • Leśna Zmora

    Hop hop, jest tu kto? Czyżby wszyscy pogubili się w lesie na grzybach?

    • ciociasamozło

      Ja tam siedziałam cichutko i zbierałam siły, żeby głośno krzyknąć: WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO KOCHANY KANIONKU!!! :)))
      Pamiętaj, że to najlepszy czas w życiu! Już nikt nie potraktuje nas jak głupich siks, które nic nie wiedzą o życiu, a jeszcze nie patrzą na nas jak na stare baby ;P

      I najserdeczniejsze uściski dla Mamy, którego takiego Kanionka urodziła te …ści kilka lat temu :)

      • kanionek

        “a jeszcze nie patrzą na nas jak na stare baby” – może na Ciebie nie patrzą jak na starą babę, za to na mnie nie patrzą już wcale! Przez dwa tygodnie NIKT nie zauważył, że obcięłam włosy, dopiero Żozefin. Ale może to i lepiej? Kto, dzieckiem w kolebce będąc, nie marzył o tym, by posiąść dar niewidzialności?

        “takiego Kanionka urodziła te …ści kilka lat temu” – ści ęć, dokładnie. Choć moja Mama się tego wypiera, bo twierdzi, że skoro ona jeszcze nie jest stara, to zwyczajnie niemożliwym jest, by miała takie stare dziecko :D Pewnie znaleźli mnie w kapuście. Halucynogennej.

        Dzięki :-*

  • wy/raz

    Kanionku, niech wasze gospodarstwo mlekiem i miodem płynie, niech zdrowie dopisuje, sił nie brakuje, Podszeptek niech się uspokoi. Niech Cię szerokim łukiem omijają problemy i wszelkie dolegliwości. Siano niech będzie suche i pełne aromatu. Odpowiednio deszczu, odpowiednio słońca, odpowiedniej szóstki w totka. Miłości, radości ze zwierzaków. Żeby kózkowy koszyczek nigdy nie wysychał.

    • kanionek

      Dziękuję, Wy/raz :-*
      (Oraz donoszę, że sadzonka winorośli dostała w sierpniu takich skrzydeł, że się z fasolą przepycha o miejsce na ogrodzeniu. Robią sobie też wyścigi pod górkę, fasola na razie wygrywa na wysokości blisko dwóch metrów, ale fasola jest jednoroczna, więc wiadomo, kto się będzie śmiał w październiku).

  • Jagoda

    To ja też!!! Trzy razy bardziej życzę zdrowia, spokoju i sił do pracy, pogody pięknej i zgodnej z porą roku oraz dofinansowania szczodrego ze środków UE.
    I na wszelki wypadek wygranej w multilotku-totku.
    Buziaki.

    • kanionek

      Dziękuję, Jagoda :-*
      Z tym dofinansowaniem UE do kóz to niestety słodko nie jest, bo dopłacają oczywiście tylko do dziewczyn, i tylko takich, które już przebywają co najmniej rok w danym gospodarstwie, a do tego kwota zwala z nóg, bo wynosi około 50-60 zł na kozę (zależy od kursu Euro). Czyli nawet nie balocik siana na kozę, na cały rok, no ale dobre i to. Ja rozumiem, że to są DOPŁATY, a nie wczasy z wyżywieniem dla każdego zwierza, tylko czemu do owiec potrafią dopłacić parę stów na sztukę? Kozy zawsze poszkodowane ;)

      • agiag

        I ja się dołączę – energii, zdrowia i mnóstwa powodów do radości. Oraz wygranej w totka (albo milionowego spadku po nikomu nieznanej cioci z Antypodów) i unijnych dopłat do tego, żeby na waciki dla kóz było.

        • kanionek

          Dziękuję, Agiag :-*
          Zrobiłam sobie dzisiaj tzw. selfie, żeby zobaczyć, czy naprawdę wyglądam na 45 lat (bo wiecie, lustro kłamie, a obiektyw jest szczery do bólu), no i nie wyglądam na 45. Wyglądam na 700. Skasowałam zdjęcie i poszłam na konsultacje z lustrem w łazience, bo tam energooszczędne żarówki minus 15 Watt. Od razu lepiej :)

          • ciociasamozło

            Zdejmij soczewki! one strasznie postarzają!

          • kanionek

            Masz rację, że też sama na to nie wpadłam :D

          • Dytek

            Moja nieco starsza znajoma w latach młodości pożyczyła od swojej starszej w latach koleżanki z pracy lusterko torebkowe, żeby oko sobie poprawić. Ze zdziwieniem patrzyła na ufaflunione malusie zwierciadełko, bo koleżanka całkiem czysta i zadbana, a tu widać, że brud zaopiekowany i hołubiony przez czas długi. Po stosownych czynnościach postanowiła zrobić jej przysługę i patrzydełko wypucowała na błysk. I cóż – nie spotkała się z wdzięcznością. Koleżanka najpierw ochrzaniła, potem wyjaśniła, że tak ma być, bo z wiekiem dobrze jej robi kiedy widzi tylko tyle ile musi i wieki zajęło jej uzyskanie idealnej tekstury na lusterku – nie za cienkiej, nie za grubej. Po czym wyciągnęła kosmetyczkę i rozpoczęła proces przywracania narzędzia do użyteczności. Moja znajoma opowiadała mi to poprawiając makijaż przy pomocy malusiego, ufaflunionego lustereczka ze swojej kosmetyczki.

          • kanionek

            :D Piękna historia :)
            Lusterka dla kobiet powinny być robione z niedbale polerowanej stali nierdzewnej – nietłukące i niewiele pokazujące.

  • Plum

    Kanionku, życzę Ci, żebyś codziennie spotykała takiego Kanionka, jakiego nam tutaj pokazujesz. Żeby Cię zachwycał, inspirował, pocieszał, rozśmieszał❤

    • kanionek

      Nie wiem czy dobrze rozumiem, Plum, że życzysz mi schizofrenii, ale i tak dziękuję :-*

      • Plum

        Nie, zupełnie nie😂 Ale teraz to już się boję wyjaśniać🤔
        Wszystkiego najlepszego – będzie bezpieczniej!

    • Leśna Zmora

      To mi uświadomiło bardzo smutną rzecz – my wszyscy mamy takiego swojego Kanionka, możemy czekać na nowe wpisy, zastanawiać się, kim jest Pasztedzik i po co Kanionkowi 5 zł, z niecierpliwością czekać na wiosenny wysyp zdjęć małych koźlątek – a Kanionek nie ma swojego Kanionka :( .

      • kanionek

        No właśnie!
        Plum, proszę mi tu natychmiast dawać przepis na drugiego Kanionka!

        • wy/raz

          Weźmisz czarno kure…

          • kanionek

            …tylko skąd!?

            (Plum, czy Twój przepis na drugiego Kanionka to ten z dziewięciomiesięcznym oczekiwaniem na efekty? Mów, nie lękaj się :D).

          • Plum

            No bez przesady, to tak nie działa, nie tylko w przypadku Kanionka😜
            A przepisu nie dam, bo Kanionek jest nieprzepisowy😀 Tylko Ty umiesz zrobić Kanionka. Jednego?
            Zresztą obawiam się, że Ty tak ochoczo się upominasz o drugiego, żeby go do roboty zarobić…

          • Plum

            ZAGONIĆ oczywiście

          • Leśna Zmora

            No jakby nie było, na takiego miniKanionka po 9 miesiącach będą duuużo większe dopłaty niż na kozy ;)

      • mitenki

        A sklonować Kanionka się nie da? Tylko taką postać dorosłą od razu.

        • kanionek

          Plum – no pewnie, że do roboty! Niedoczekanie jego, tego Kanionka drugiego, żebym miała jeszcze wokół niego zapimpaczać :D

          Mitenki – sklonować by się pewnie dało, ale nie wiem, czy to byłby taki sam pożytek dla ludzkości, co z owcy Dolly. Owcę ostatecznie można zjeść, gdyby okazała się np. niesympatyczna, a takiego Kanionka…?

          Leśna Zmoro – taa, ja dziękuję za takie dopłaty. Dopłacą pińcet, wydam pińć tysięcy (gdybym miała dziecko, chyba byłoby rozpieszczone. Nie wiem. Tak tylko sądzę, patrząc na kozy, kaczuszki, pieski, kotki i inne kreatury).

          • mitenki

            Pożytek byłby na pewno. Kanionki z definicji są pożyteczne i sympatyczne :)

          • mitenki

            Ale, ale… ja tu straszną rozrzutność widzę! Niektórym beneficjentom 500+ nie tylko na dziecko starcza, ale i na kilka/kilkanaście piw codziennie ;)
            A Ty potrzebujesz PIŃĆ TYSIĘCY??

          • kanionek

            Dziecku żałujesz? MOJEMU?!

          • Leśna Zmora

            Różnie można rozpieszczać. Takie leśne dziecko by nawet nie wiedziało o istnieniu Furby i takich tam (bo skąd), elektryczna deskorolka po leśnej drodze nie pojedzie, ale za to miałoby rodziców zgadzających się na każde przytaszczone do domu zwierzątko (a taki chomik, 3 szczury i 5 świnek morskich to jakie tam koszty, tylko trochę ziarenek podbiorą kozom).

          • kanionek

            Taa, świnek morskich… Nasze przytargałoby łosia, dzika i trzy bobry. Na bank. A wiesz ile kosztuje utrzymanie takiego bobra? Samego drewna ile to namarnuje! Że nie wspomnę o łosiu i jego apetycie. Nie, nie, lepiej nie ryzykować.

            Jeszcze od czapy, mała aktualizacja w kwestii spamu, jaki ostatnio dostaję. Oprócz więc tego, że nadal proponują mi worki stomijne, to zrobili się wredni. Kilka dni temu pytali, czy “mam problem z tępym narzędziem”, i się lekko zdenerwowałam, bo ja takie rzeczy zaraz biorę do siebie, a mój biedny mózg nie jest tępy, tylko przemęczony, ot co. Ale dzisiaj to już przegięli. “Czy z twojej rynny śmierdzi?”
            NO WIECIE CO?!

            Idę coś zjeść, bo naprawdę, już tylko lodówka mnie szanuje.

          • Buka

            Kanionku…
            łkam…
            jesteś lekiem na całe zło, nawet na połamane kręgi w kręgosłupie.

          • kanionek

            Buka, JAK TO POŁAMANE? Cóżeś sobie uczyniła?!

          • Leśna Zmora

            Bobra można wypożyczyć za opłatą leśniczemu do wycinki – sam zysk! A łoś mógłby okazać się łosiczką (czy jak tam się fachowo nazywa łoś-dziewczynka) i dawać mleko – no za serami z łosiego mleka to by była kolejka taka, że nawet i biskup musiałby swoje odczekać, a nie się wpychać na krzywy ryj .

          • kanionek

            Mnie tam wystarczy kolejka do sera koziego – chwilami i tak ledwie ogarniam :D A niedawno zrobiłam nowy ser z rodzaju świeżych, ale o tym na razie cicho sza!, mam zdjęcia, pokażę, napiszę, tylko nie wiem kiedy (czyli tu akurat nic nowego).

  • Leśna Zmora

    Życzę zdrowia, szczęścia, a przede wszystkim spokoju :) . No i żeby trawa rosła jak na drożdżach, kurczaki się zachowywały lepiej niż dotychczas, a hydrofory i inna maszyneria działała bez zarzutu :) .

  • diabel-w-buraczkach

    Ja jestem bardzo dobra w gubieniu się, Miszcz normalnie. Obojętnie czy to w lasach, czy w cywilizacji. Dlatego w lasy i góry chodzę tylko z Borsukiem. A w mieście jak jestem sama i się zgubię to idę po prostu przed siebie, aż w końcu trafię na cokolwiek znajomego. Czasami trwa to dosyć długo :) W tej dzielnicy miasta mieszkamy już 10 lat, i właśnie zaczynam się odnajdywać, pomału wykwitają w moim mózgu połączenia między paroma punktami (jeśli chodzi o najbliższą okolicę oczywiście, bo trochę dalej to jest znowu mapa pełna białych plam).

    A Żonek to jest naprawdę współczesny Da Vinci!

    • kanionek

      Kochaaana, ja przez 30 lat mieszkałam w Gdańsku i do tej pory potrafię mniej więcej wskazać, gdzie są trzy ulice na krzyż. Reszta jest milczeniem, tropikalną dżunglą, oceanem generycznych fal, wielką miską ryżu. Nietrudno się zgubić w misce ryżu!

  • kanionek

    U Was też ziąb, wicher i mżawka?
    Miałam dzisiaj zebrać dynie, cukinie i arbuzy, ale jednak zmieniłam zdanie. Za to gdy już zbiorę…
    https://kwejk.pl/obrazek/3421463/msciciel-w-masce.html
    Wszyscy dostaną!

    • wy/raz

      Właśnie słoneczko, kot dogrzewa się na tunelu. Nic zrozumienia dla wytrzymałości folii.

      • kanionek

        Taak, opowiedz o tym mojej szklarni… Szklarnia ma boki do 3/4 wysokości z okien, ale reszta i dach z folii. Skurwikotki kochane, żeby wdrapać się na samą górę, szatkują tę folię pazurkami, a na “dachu” robią trwałe wgłębienia, wylegując się w słońcu godzinami.
        No, a u mnie dzisiaj w końcu poległa podpora pod fasolę, o której kiedyś pisałam, że jako prowizorka poczyniona przed laty, będzie pewnie wieczna. No to już wiadomo, że nie będzie. Fasola tak gęsto ją porosła, że utworzyła żywy żagiel, i teraz ten żagiel leży na ziemi, wraz z kilkunastoma kilogramami strąków.

    • kanionek

      W końcu się odważyłam zerwać pierwszego arbuza (pierwszy to brzmi dumnie, jakby za nim stało w kolejce piętnaście innych, ale są tylko dwa) i czy się zdziwiłam? No zdziwiłam się! Waży siedem kilogramów!
      (Nie, jeszcze go nie otworzyłam. Boję się, że będzie niedojrzały/niesłodki/niesmaczny, i całą moją radość szlag trafi. A tak to przynajmniej patrzę na niego, zieloniutko-pasiastego, i się uśmiecham).

      • Bo

        A M-Żonek dostanie harbuza?

        • kanionek

          Mrzonek :D
          Arbuza nie tknie. Tak jak i jabłka, śliwki, gruszki, pomidora, truskawki, winogrona, maliny, jeżyny… Zaraz, chyba szybciej by było, gdybym wymieniła co ZJE. Z owoców, ze wszystkich owoców tego świata, tylko banana. Z warzyw to pięć na krzyż.
          Ale hełm ze skorupki mogę mu wyrzeźbić :)

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *