Ledwie tydzień po odejściu Żółtka, w piątek 7 marca, na około dwie godziny przed północą, dostaliśmy sms ze zdjęciem. Czy chcemy tego psa. Bo jak nikt go nie weźmie, to on nazajutrz jest już „umówiony”, że pojedzie do schroniska, bo obecny właściciel wyjeżdża w delegację i nie ma go komu zostawić… I powiem szczerze – nie chcieliśmy nowego psa. Nie chcieliśmy już niczego nowego, żadnych wrażeń, w domu wciąż na wykładzinach leżała żółta sierść, ja byłam w rozsypce, Małyżonek zgaszony, psy jakieś nieswoje, bo nagle wszystko się zmieniło…
W dodatku „ten pies” miał może pół roku, a obiecałam sobie żadnych więcej szczeniaczków, i do tego „ten pies” to była suczka, oczywiście niekastrowana, a ponadto „ten pies” był w typie amstaffa i grom wie, z jakiej podejrzanej hodowli, a może pomyłki lub wpadki, albo, tudzież, i w ogóle…
Ale patrzyliśmy na to zdjęcie z esemesa, a z tego zdjęcia patrzyły na nas brązowe ślepia, i ja powiedziałam, że nienawidzę głupich ludzi, i głupich schronisk, w których psy głupieją i popadają w deprechę, i że nie wiem, czy ja mam na to wszystko siłę psychiczną, i że wiem, że pewnie będę żałować swojej decyzji, bez względu na to, jaką ostatecznie podejmę, a Małyżonek po dłuższej zadumie powiedział: „Wiesz, mam dobre przeczucia co do tego psa”, i tylko tyle Państwu dzisiaj powiem, że o 23:05 pod bramą już stał samochód w typie terenowego, z którego wyskoczył niewielki facecik, a za nim już nie taka niewielka dziewczyna w bluzie z napisem „MISTAKE” (serio, serio, nawet ja bym tego nie wymyśliła), no i „ten pies”, który – gdy pańcio i pańcia odjechali – nawet się za nimi nie obejrzał, matowy i chudy jakby był na diecie z trocin, kurzu i frędzli od dywanu. Razem z psem przyjechała „wyprawka”, czyli kocyk, kilka zabawek, paczka karmy składającej się w 70% ze zbóż, w dodatku już przeterminowanej, jedna tabletka na kleszcze i kilka saszetek z jakimś specjalistycznym szamponem, bo „ten pies ma problemy skórne”. No fakt, miał jakieś strupki, łupież, i czochrał się co kilka minut, ale Małyżonek, jak już mieliśmy pełny obraz sytuacji stwierdził, że te „problemy skórne” to pewnie nie żadna choroba, tylko efekt niedożywienia i ogólnie kiepskiej kondycji „tego psa” i miał rację. Już jakieś trzy kilogramy później „ten pies” zrobił się błyszczący, strupki zniknęły, drapanie się ustało.
Jak dotąd zwierzak przybrał u nas ponad 7 kg i obecnie waży 24, żre dwa razy dziennie i dwa razy więcej, niż mówią instrukcje na opakowaniach z karmą, a wciąż trochę mu do pełni brakuje – był z początku nie tylko za chudy, ale i jakiś taki… giętki i niezborny, łatwo się wywracał, nie był w stanie wskoczyć na balot (Łazik pękał ze śmiechu, bo on ma trzy razy krótsze nóżki, a na balot wskakuje niczym pasikonik), więc pewnie przez pierwsze dwa miesiące wszystkie składniki odżywcze były ładowane w układ kostny i zalążki mięśni, dopiero potem w jeszcze więcej mięśni, a teraz to już piesek robi i masę i rzeźbę.
No i tak a propos karmy… Wiedziałam, że muszę „tego psa” naprawdę dobrze karmić, bo był w kluczowej fazie rozwoju i te rozliczne niedobory trzeba było szybko uzupełniać, więc znowu przetrzepałam internety w poszukiwaniu czegoś, co będzie dobre, a jednocześnie nie będę musiała wystawiać nerki na aukcji w internetowym podziemiu, żeby ten plan naprawczy opłacić, no i znalazłam i zamówiłam jeden worek na próbę. Worek oczywiście wylądował pod drzwiami pani Żozefin, bo droga do nas była w stanie opłakanym, więc osiodłaliśmy rowery i po ten worek z Małymżonkiem pomknęliśmy (taka figura stylistyczna – po takim jak tutaj błocie rowerem się nie pomyka, tylko się go przez błoto pcha, klnąc na czym świat stoi), I BARDZO DOBRZE. Bo gdyby właśnie w ten dzień kurier dał radę do nas dojechać, albo gdybym tę karmę zamówiła trochę wcześniej, lub trochę później, to Cykana już by na świecie nie było.
Zajechaliśmy na żozefinowe podwórze, Cykan jak zawsze na łańcuchu, ale jak nigdy – nie obszczekał nas radośnie, wywijając młynki ogonem, tylko patrzył smętnie, z łbem zwieszonym, jak zsiadamy z rowerów, a ogon majtał na prawo i lewo, ale jakoś tak nieentuzjastycznie. Od razu wiedzieliśmy, że coś jest bardzo nie tak, bo choć to nie nasz pies, to jednak go znamy.
Pani Żozefin potwierdziła – „Jakiś ten Cykan smutny jest od wczoraj, jeść nie chce, może co go boli? A kleszczy z niego nazdejmowałam, że o -” i pokazuje krwawe placki na płycie chodnikowej pod domem.
Cykan był wyraźnie osłabiony i chwiał się na nogach, i od razu powzięliśmy podejrzenie, że to babeszjoza, tylko co teraz? Pomijając stan drogi gruntowej – nasz dwudziestoletni złomochód akurat dzień wcześniej doznał kontuzji prawej sprężyny amortyzatora (to już drugi raz – poprzednia pękła kilka lat temu), nowa-używana sprężyna była dopiero zamówiona, Żozefin żadnych pojazdów nie posiada, a kto ją podwiezie do weterynarza z pięćdziesięciokilowym owczarkiem liniejącym po zimie i w dodatku niezbyt uroczo pachnącym…? Zaczęliśmy dzwonić po wetach, bo a nuż któryś by przyjechał, ha ha, i wiecie co? Fuks nad fuksami – jeden z tych lepiej nam znanych weterynarzy co prawda przyjechać sam się nie kwapił, ale polecił nam zadzwonić do swojego ojca, też weterynarza, tyle że emerytowanego, bo „może akurat będzie mu się chciało, pani spróbuje”.
Zadzwoniłam, wysłuchałam trochę stękania i wypytywania, czy na pewno się nie da z tym psem gdzieś podjechać, i w końcu udało się tego człowieka namówić, żeby wziął garść strzykawek z lekami i przyjechał. Wiedział gdzie, bo on tu przez lat dziesiąt z okładem do krów jeździł i każdą dziurę zabitą dechami zna, czekaliśmy ponad godzinę, a gdy wet zajechał na podwórko i wysiadł z samochodu, to go poznałam. Państwo może nie pamiętają, ale kiedyś pisałam o wecie, który w zastępstwie za kogoś innego przyjechał do naszych kóz pobrać próbki krwi do obowiązkowych badań na choroby zakaźne, i przyjechał w fartuchu tak uwalanym krwią, że wyglądał bardziej jak szalony rzeźnik, niż weterynarz, no ale mniejsza z grubszą, ważne że był.
I też orzekł, że na 99% babeszjoza, zaaplikował leki (Cykan pozwolił się macać i kłuć, choć na obcych zwykle jest cięty, bo był tak słaby, że było mu już wszystko jedno), i po wymianie uprzejmości i zainkasowaniu od Żozefin prawie trzech stów – odjechał, zostawiwszy jeszcze jakieś recepty.
Żozefin była nieco skołowana, kompletnie nie zdawała sobie sprawy z tego, że pies był w naprawdę kiepskim położeniu, poprosiłam ją, żeby wzięła go na noc choć do sieni, bo wciąż było zimno, a nocami przymrozki, nawet koc jej przywiozłam, żeby nie musiała swoich zasobów poświęcać, a na drugi dzień trochę narzekała, że Cykan jej w tej sieni wymiotował i robił pod siebie przez całą noc, ale w dupie z tym, ważne że przeżył. I na bank babeszjoza, bo jak tylko wet odjechał, to Cykan powlókł się w krzaki („on tam zawsze kupkę robi, pani Aniu”), więc ja zaraz za nim, no i kupa była pomarańczowa jak te radioaktywne talerze z lat pięćdziesiątych glazurowane uranem (https://orau.org/health-physics-museum/collection/consumer/ceramics/fiestaware.html). Codziennie dzwoniłam, żeby się upewnić, że Cykan dostał leki w tabletkach, jakie wet mu jeszcze przepisał, i po tygodniu było już dużo lepiej.
I tak to właśnie UFO uratowało Cykana, bo UFO to imię naszego nowego psa, a gdyby nie wylądowało u nas w postaci chuchra na czterech wiotkich patyczkach dnia onego, marca siódmego, to nie pojechalibyśmy po karmę do Żozefin, a nocy Cykan albo by nie przeżył, albo osiągnął stan, z którego trudniej (i bardziej kosztownie) byłoby go wyprowadzić.
Nie mam prawie żadnych zdjęć z pierwszego miesiąca pobytu Ufoka w naszym obejściu, bo jakoś w ogóle o tym nie myślałam, a w międzyczasie spadł nam na barki kolejny problem, o którym szerzej będzie za chwilę.
Teraz wygląda tak:
I czasami myślę, choć to głupie, że to właśnie Żółtko wysłało do nas Ufo, żeby dzielnie kontynuowało jego dzieło (dzieło zniszczenia to też dzieło):
I żeby trochę nas rozśmieszyło, i żebyśmy nie mieli za wiele czasu na rozmyślania… I żeby Łazik miał się z kim bawić!
Wiem, że to głupie, a Żółtego nic i nikt nie zastąpi. Staram się nie zwariować, choć kto wie – może już zwariowałam, tylko nikt mi nie powiedział.
Ten „kolejny problem”, o którym wspomniałam wcześniej, dotknął nie tylko nas – ponoć w całej Polsce trwa akcja „prostowania granic” leśnych gruntów, przy czym „prostowanie” to taki żarcik, bo – jak się Państwo przekonają później, gdy pokażę zdjęcia – u nas na przykład nowe granice przebiegają obecnie jakimiś absurdalnymi zygzakami. Nowe granice jakimś dziwnym trafem nigdy nie dodają ludziom ziemi, tylko ją zabierają, i tak nam na przykład, z dzierżawionych dotąd gruntów, ubyło pewnie koło jednej czwartej. Problem zaś polegał nie tylko na tym, że kozom zabrano kawał pastwiska, ale też na tym, że musieliśmy od nowa stawiać ogrodzenia elektryczne na obu łąkach (dokupić plastikowe słupki, bo linia zygzakowata jest dłuższa od prostej; kupić kilkadziesiąt stalowych „palików”, bo nie było czasu ciosać drewnianych i kopać kilkudziesięciu dołów pod nie), nadto zaś – zapłacić „karę” za trzy lata „naruszenia”, czyli rzekomo bezprawnego użytkowania tych kawałków łąk, które obecnie, wg nowych, najlepszych, satelitarnie ustalonych i przyklepanych przez urzędników granic są terenami zalesionymi. Nie wiem, dlaczego „tylko” za trzy lata, skoro grodziliśmy te łąki będzie już z 10 lat temu, oczywiście pod nadzorem i za aprobatą leśniczego, a żeby było śmieszniej, to te łąki (niezalesione) trwały tu w stanie niezmienionym od lat kilkudziesięciu, to wszystko się kupy nie trzyma, ale nawet mi nic o tym w komentarzach nie piszcie, bo raz, że mnie już krew zalała tak z pięć razy licząc od połowy marca (bo to jakoś wtedy nasz leśniczy przyjechał z tymi hiobowymi wieściami), a dwa – it’s all done and dusted. Nowe umowy podpisane, kara zapłacona, i jeszcze tylko kwestia mojego ogrodu pozostała, bo jego część również znajduje się na „terenach leśnych” (a ogrodzenie od zachodu i południa ma już z 50 lat, bo jakoś nigdy wcześniej nie były to „tereny leśne”), ale o tym to już później.
PS. W następnym odcinku będą też i dobre wieści, a później to… się jeszcze zobaczy.
































Jesteście najlepszymi ludźmi jakich znam w internetach. UFO przepiękne, reszta „Inwentarza” też wymiata, nieustannie. Serdecznie pozdrawiam i życzę siły i zdrowia.
Dziękuję, Lazydaisy <3 Nie wiem, czy my tacy najlepsi, za to nie mogę nie wspomnieć o bardzo istotnym fakcie - gdyby nie inni dobrzy ludzie, którzy nas wspomagają (czy to finansowo, czy w postaci paczek z kocami, odzieżą itp.), to choćbyśmy nie wiem jak chcieli, nie dalibyśmy rady tego całego cyrku utrzymać (jak już kiedyś chyba pisałam, kozy to ledwie na siebie zarabiają, bo większość stada to emerytki, no i tu znowu to nasze "dobre serce" musi mieć "twardą dupę", bo moglibyśmy się nie cackać, stare kozy zjadać, koźlęta zjadać i/lub sprzedawać itd., a hodowlę prowadzić dochodową, no ale nie umiemy). Mogę więc jedynie przyjąć komplement w ramach gratyfikacji za wysiłek, jaki faktycznie wkładamy w dobrostan tych wszystkich usierścionych i pierzastych ;)
kanionek, to w sumie dobre wieści. Ufok jest taki ja Żółte tytko Czarne. Nawet uszy ma podobne. Dziewucha nie wie, że wygrała los na loterii. A może już wie? Trzymajcie się tam wszyscy. No i zdjęcia super, już widzę je w kalendarzu. Co ty na to wy/raz?
Tak, Ufo i ozdrowienie Cykana to dobre wieści, ta część dotycząca łąk i ogrodu nie, a największa niespodzianka to dopiero w następnym odcinku.
Podobieństwa Ufoka i Żółtego zdają się nie mieć końca – ten sam poziom energii i entuzjazmu wobec życia, ta sama niszczycielska siła, wielka przyjaźń z Łazikiem (biedaczek musiał wziąć na swe długie, nisko zawieszone plecki trud wychowania tej nieokrzesanej panny i jako jedyny cierpliwie znosi jej wybryki), nieuznawanie instytucji ogrodzenia… Przez bramę jeszcze nie wykoncypowało, jak przeskoczyć, ale notorycznie łatam dziury w porozciąganej przez kozy siatce leśnej dzielącej teren „nasz” od „koziego”, bo Ufo notorycznie znajduje te, które przegapiłam, żeby się w dowolnym momencie dostać tam, gdzie jej się akurat podoba. Tak samo robiło Żółte, i naprawdę nie wiem, jakim cudem kilkukrotnie mniejsze psy (Niaczki i Pasztedzik) „nie widzą” tych portali i jeśli z jakiegoś powodu muszę psy zostawić na łące (np. na czas rozładunku siana), to te maluchy tam zostaną.
Raz te podobieństwa cieszą, innym razem przywołują wspomnienia i… Wiadomo.
No i Małyżonek się pewnie ucieszy, że napisałaś, że Ufo jest czarne, bo ja od początku go poprawiałam, że nie czarne, tylko ciemnobrązowe, jak czekolada (jak Ufo stanie przy Laserku to widać różnicę od razu), potem wetka przy szczepieniu wpisała „maść ciemnobrązowa” i było 2:1, a teraz jest remis :D
Ufo ewidentnie przysłała Wam Żółte, jestem pewna. Wiedziała, że u Was jest Dobro, Serce i Dużo Fajnych Rzeczy Do Zamordowywania, więc pyrgnęła nochalem Los i zahauczała mu kierunek przekazania kolejnej psiejduszy w potrzebie 💚
I najwyraźniej wiedziała, że im szybciej, tym lepiej, zanim zwalą się na nas kolejne problemy… Gdyby Ufoczka pojawiła się w naszej świadomości po 9 maja, to naprawdę nie wiem, nie wiem, czy odważylibyśmy się wziąć na siebie kolejny obowiązek (ja wiem, że wypowiadam się enigmatycznie; generalnie chodzi o moją Mamę i fakt, że nasze życie zrobiło niezłego fikołka), a teraz to po prostu jest i kropka, towar macany nie podlega zwrotowi, a poza tym wiadomo, że już byśmy jej nie oddali.
Zgadzam się co do zdjęć, ale Ufo daję kolor czekoladowy ;-). Kanionku, jesteście wielcy!!!
No niby wielcy, a jakby coraz bardziej skurczeni i wysuszeni ;)
No to czekoladowy znowu na prowadzeniu – serio, Ufoczka jest w kolorze cukierków „Trufle”, a w słońcu to jużprawie mleczna wedlowska :)
Jakie piękne i szczęśliwe Ufo ❤️
:) A Pasztedzik mówi, że za wielkie i że mu robi konkurencję w kopaniu dołków na podwórku ;)
Kanionku, wielbię Cię.
Li.
Kanionku, wielbię Cię.
Tak bardzo, że aż dwa razy musiałam to napisać:D
To ja też dwa razy, po sprawiedliwości:
Dziękuję <3
Dziękuję <3
Dokładnie uszy ma po żółtym, i chude za młodu…..
Pieknie sie prezentuje!!!
Najlepszy kanionek😘😍😘
Mój żółty kotek też mi zawsze wycieka do ogrodka🤣
Wycieka :D Dobre. Jak my wpuszczamy/wypuszczamy wszystkie pieski hurtem do domu lub z domu, to też krzyczymy: uwaga, przelew piesków idzie!
Pięknie! Dobrze zrobiliście, to bardzo fajne psy, rodzinne i przekochane, pod warunkiem że dobrze wychowane. Zamieniłam labradora na dwa takie, tylko mniejsze. Takie plasterki na ranę, pomagają. UFO też pomoże…
No muszę przyznać, że Ufo to straszna przylepa, ciągle chce dawać wszystkim buziaczki i się przytulać (to znaczy wtedy, gdy akurat nie skacze innym psom po głowie, nie rozrabia w moich wiadrach i nie demontuje resztek starej pralki, nie zjada skarpetek, nie przegryza rurek i węży, itd…). Żeby było śmieszniej, Małyżonek od jakiegoś czasu woła na nią „Tula”, choć to akurat nie od tulania, tylko pieszczotliwie od… Tarantula :D Bo jednej rzeczy jakoś nie umiemy jej oduczyć – wiecznie wspina się człowiekom na nogi, na kolanka, zawsze te przednie łapki muszą na człowieka wleźć, a czasem wskoczyć z rozpędu.
Wszystkie ttb to „pies na rzep” ;)
A to moje dziabągi, jeden właśnie wtula mi się w brzuch, a drugi miażdży stopy ;)
https://www.facebook.com/share/16qWxppre1/?mibextid=wwXIfr
No Twoje wyglądają jeszcze słodziej, bo uszy klapnięte :) Nawet gdyby chciały uchodzić za groźne, to jak? Jak?! :D
Cykan miał wiele szczęścia. Żozefin to Was po piętach powinna całować. A Ufo – no nie mogę inaczej myśleć – Żółte musiało maczać w tym wszystkim swoje łapy, bo to zbyt duży zbieg okoliczności, naprawdę. Jesteście jednymi z najlepszych ludzi, jakich poznałam, choć nie osobiście. Ściskam.
Aga
Dziękuję, Aga <3
W tej akcji z Cykanem trochę się bałam, że Żozefin poweźmie przekonanie, że niepotrzebnie naraziłam ją na wydatki, i nawet byłam gotowa zapłacić temu wetowi w razie potrzeby, ale ta "zasrana i zarzygana" noc z Cykanem w sieni musiały ją ostatecznie przekonać, że dobrze zrobiliśmy. W każdym razie nadal zamawia u mnie chleb, wiosną wzięła sadzonki warzyw, a z wycieczki do Anglii przywiozła mi breloczek do kluczy na bogato oblany bardzo złotą farbą :)
Kanion, co ja tu wejdę, to płaczę ze wzruszenia! Wspaniali ludzie jesteście! Trzymajcie się mocno. I będę czekała na ten następny odcinek z niecierpliwością, bo ja akurat idę przez trudny etap życia.
Ufońskie – tulońskie uściski!
Dziękuję, Aniu, i Ciebie też tulościskam – przed nami również trudny etap życia, który z każdym dniem będzie tylko trudniejszy, ale Ewa z Łodzi ułatwiła nam jeden aspekt tego życia, i to spektakularnie (ja wiem, że już Was pewnie wkurza to „budowanie napięcia”, ale nie chcę ujawniać tej niespodzianki bez zdjęć i odpowiedniej oprawy).
Niechaj Twój trudny etap będzie jak najkrótszy :-*
Dzięki, kochana! I nawzajem…
Ożesz Ty! Ożesz WY! Jaka ładny kawałeczek nowej całkiem psinki :)
…
W sumie to ciekawe, że i u nas został natychmiast prawie uzupełniony wakat po odejściu Panny Łapy.
Przyroda nie znosi pustki ;-)
Pozdrawiam i drapię za uchem kto lubi :)
…………..
UFO z wiadrem mnię ujęłą!
Mnie też ujęło, z tym PIERWSZYM wiadrem. Potem drugie wiadro straciło uchwyt, trzecie zmieniło formę geometryczną, czwarte zawierało wodę i było za ciężkie, więc trzeba je było z tej – nikomu przecież niepotrzebnej – wody opróżnić… No ale cóż, widać poszewki bez zamków i guzików, skarpetki bez części przeznaczonej na palce, rękawiczki bez kciuka, a wiadra bez rączek lub dna, to ryzyko wliczone w cenę biletu na posiadanie zwierzątek ;)
Aaaaa i jeszcze – tez w temacie – mi zabrali 4m działki na długości 70 m na drogę. Która nigdy nie będzie prawdopodobnie zbudowana – bo plan układał chyba pan , który nie zauważył, ze 70% budynków – domów – na naszej ulicy znalazłoby się na pasie drogowym – ale plan to plan,. I taka o dupa blada. Absurd goni absurd.
No własnie z tymi absurdami… Z małej łąki zabrano nam trójkąt, na którym leśniczy (rękami najemnych lokalsów), jak tylko postawiliśmy nowe ogrodzenie, nasadził świerków. Na nic zdało się tłumaczenie, że te sadzonki to równie dobrze mógł sobie w drogę asfaltową wetknąć, bo warstwa gleby ma tam 5 cm (za czasów Prus Wschodnich byĺo tu ogromne gospodarstwo i teren o którym piszę to musiał być jakiś dziedziniec, czy coś), pod spodem jakieś kamienie, gruz i grom wie co, więc nawet słupki od pastucha ciężko było powbijać wedle wytyczonej granicy. Zielsko rośnie, bo trawy i koniczyny płytko się korzenią, a pokrzywa, mniszek i inne takie to i na dachu z eternitu wyrosną, ale świerk to tam zdechnie z głodu i pragnienia, a jeśli jakiś dociągnie do „dorosłości”, to pierwszy większy podmuch wiatru go wywróci. Już kilka tygodni po tym nasadzeniu 2/3 sadzonek rzeczonych świerków zaczęło usychać, a na wybujałe zielsko kozy mogą sobie jeno popatrzec. I taki to jest ten wielki plan, i nieważne, że bez sensu, plan trzeba wykonać. Na papierze jest las? Jest. No to na ch*j drążyć temat…
Kanionku, serdeczności z okazji imienin!
Ufo jest cudne. Jesteście niesamowici.
Cykan miał szczęście, że pojawiliście się na jego drodze
Dobrze było czytać ten wpis
Dziękuję, Zoe :)
(Wszystkim, którzy zapomnieli – nic nie bójcie, ja sama nie pamiętałam :D Wczoraj miałam kociokwik od rana do nocy z trzema paracetamolami w tle).
Taką miałam nadzieję, że Ufo i Was trochę pocieszy po poprzednim wpisie, ja szczerze mówiąc dopiero od kilku tygodni tak NAPRAWDĘ cieszę się tym psiakiem, choć wciąż nie ma dnia, żebym nie myślała o Żółtku i wciąż nie mogę pozbyć się lęku i natrętnych myśli, których nie chcę tutaj nawet werbalizować, bo – jak to mawia Pasztedzik – na co to komu? Przytulam ten kwadratowy, czekoladowy łeb i trochę się cieszę, a trochę płaczę.
A teraz idę poudawać, że to wszystko ma jakiś sens, czyli… do roboty ;)
Żebyś więcej się cieszyła, mniej miała powodów do zmartwień. Niech się uda odpuścić. Moja córka Ania, więc pamiętam datę. Przesyłam uściski i życzenia. Od serca.
26.07.
Smutek po Żółtym pewnie pozostanie, to chyba naturalne u ludzi, którzy mają dobre serce.
UFO Was chyba znalazło w najlepszym z możliwych czasie. Wygląda olśniewająco, w tak krótkim czasie dokonałaś prawdziwego cudu.
Na moje to Pasztedzik mądrze gada, spróbuję zastosować u siebie ;)
No i nie mogę się doczekać kolejnego wpisu
Tulam, ściskam i przesyłam buziaki imieninowo i nie tylko.
I dziękuję, że z nami rozmawiasz.
Jesteście niesamowici ❤
Serdeczności imieninowe, chociaż, jak to u mnie, spóźnione. Fajne to Ufo, czekoladowe i prawie żółte.
Dobrzy z Was ludzie. Buziaki.
Jak się trzymacie po ulewie? Mam nadzieję bez zniszczeń?
Niby bez zniszczeń, a ja się nawet cieszyłam, że solidnie padało, bo jednak do tej pory było zbyt sucho, ale… Nie wiem, czy łączyć to z tym nagłym opadem hektolitrów wody, czy to inny diabeł, w każdym razie jakieś dwa dni „po” coś dziwnego zaczęło się dziać w moim ogrodzie – niektóre rośliny WIĘDNĄ. Nie żółkną, nie mają żadnych objawów chorobowych, tylko takie zdrowe i zielone po prostu więdną, jakby był upał i susza. Więdną i nie odzyskują formy. I to włącznie z kilkoma krzakami pomidorów w tunelach, gdzie deszcz, wiadomo, nie padał, ale ziemia i tak jest mokra jak nigdy (pewnie podsiąkło, bo już nie miało gdzie pójść). Ziemniaki to samo – na razie więdną pojedyncze pędy, zobaczymy co dalej. Zwiędło też na amen kilka liści cukinii, i to tych najmłodszych.
„Na szczęście”, ha ha, mam większe zmartwienia na głowie, w tym tygodniu do ogrodu tylko zajrzałam, machnęłam ręką i tyle, bo nie mam już czasu ani siły się tym martwić.
Aktualizacja, bo właśnie poszłam po ogórki: już 2/3 jednego tunelu zwisa smętnie ze sznurków, pomidory jeszcze zielone, za kilka dni wszystko będzie na śmietnik. W drugim tunelu dwa krzaki kaput, trzeci zaczyna więdnąć, reszta pewnie niedługo pójdzie w ich ślady. Będzie na oko ze 150 kg pomidorów zmarnowanych. Nigdy czegoś takiego nie widziałam. Ziemia wilgotna, ale nie błotnista, woda w niej nie stoi, może to jakaś nowa (u mnie) choroba grzybowa w ziemi, może jakieś nowe, zajadłe szkodniki, nie wiem. Wiem, że ze świetnie zapowiadającego się sezonu na pomidory (nie było upałów i zawiązały mnóstwo owoców) zrobił się jakiś koszmar z ulicy Wiązów.
Dziękuję, dziękuję pięknie za przygarnięcie UFO. Bo wiecie, państwo Kanionkowie biorą na siebie opiekę nad Ufo, wszelkie trudy z tym związane, a my tu wszyscy Kozy cieszymy się bardzo!
Ściskam mocno i jeszcze raz dziękuję!!!
Jaka krzepiąca opowieść. WIELKIE dzięki, Kanionku Wielki.
Dobrze, że jesteś taka. I że Małyżonek jest właśnie taki.
A Żółte się przeobraziło w Ufo. Najwyraźniej.
Ogrodniczką balkonową będąc mało wiem o ślimakach, pleśniach, grzybach w skali . Zaobserwowuję jedynie mało odkrywczo, że na tym świecie, co jest tak wspaniały – raz gorzkie rodzynki, raz słodkie migdały.. Odmieni się. Tzn. Ty to odmienisz. I wiem, że te odmiany coraz mniej na lepsze chcą być, ale mantruję (sobie a Kozom) – Don’t let the sadness of your past and the fear of your future destroy the beauty of the present.
Imieninowe Uściski! Że przeterminowane? Moje są jak miód, nie ulegają przeterminowAniu :-)
*) w skali pełnowymiarowej (być miało, ale się urwało)
ach zostawiłam sobie ciebie na ten dobry czas, gdy będę mila siły żeby ryczeć…a tu takie cudowne wieści. Kanionku Ufo rzeczywiście podobne do Żółtego :-) choć Żółtka nikt nie zastąpi…
cudowni i dobrzy z Was ludzie kochana. uratowaliście dwa psy. Uściskuję i kłaniam się czapką do podłogi.
:)
Dobry wieczór, chciałem zapytać czy dostanę w końcu pozwolenie na regularne pisanie komentarzy? Z wyrazami szacunku, Arbuz
Obiecuję pozostać pod pseudonimem Arbuz :) No i tak oto mamy kolejny dowód, że wszechświat ma poczucie humoru – bo ledwie Żółtko odchodzi, a już ląduje u was UFO i ratuje Cykana przed babeszjozą! 😄 Małyżonek pewnie był dumny z tej kosmicznej operacji ratunkowej, a Żozefin musiała być lekko skołowana tym całym cyrkiem z wetami i pomarańczowymi kupkami. Ale najważniejsze, że Cykan przeżył i może dalej majtać ogonem nieentuzjastycznie na swoim podwórku! A UFO… no cóż, typowy 'pies na rzep’ – od razu się wtuliło w waszą bandę niszczycieli wiader i kopacz dołków. Widać, że Żółtko naprawdę 'maczało w tym swoje łapy’ i przysłało wam następcę, który kontynuuje jego dzieło zniszczenia! Pozdro arbuz proszę mnie nie banować
O kanionku.pl przypomniałem sobie w nocy zupełnie przez przypadek. Zupełnie mi z głowy wypadło, że we wrześniu zeszłego roku trafiła Pani na bandę studentów z Poznania. Od razu mówię, że teraz piszę, bo chcę wesprzeć w dalszym przeciwdziałaniu takim trollom jak my :P Takie sytuacje mogą się zdarzać częściej, z tą różnicą, że nie zawsze kończy się na niewinnych komentarzach.
Ma Pani stronę na WordPressie – po krótkim przeszukaniu Internetu można znaleźć dobrą wtyczkę do czegoś, co nazywa się w technicznym świecie jako „odcisk palca”. Wtyczka nazywa się BitFire- to taki stróż przy bramie Pani WordPressa – sprawdza, kim jesteś, zanim wpuści na podwórko. Zbiera drobne „odciski kozich nóżek” przeglądarki (rodzaj systemu, zainstalowane czcionki, ustawienia czy nawet to, jakiego ekranu użytkownik używa) i porównuje je z listą zaufanych gości. Jak ktoś za bardzo wychodzi poza wydeptane ścieżki (boty, hakerzy czy podejrzane skrypty), dostaje wyzwanie JavaScriptem – prawdziwa przeglądarka je rozwiąże bez problemu, a złodzieje ciasteczek już niekoniecznie. Do tego BitFire ma bazę złych adresów IP i znanych botów, więc wszystko, czego nie zna, odsyła z kwitkiem. Przy okazji nawet jak ktoś wyczyści cookies czy zmieni IP, BitFire i tak go rozpozna po tym unikalnym „odcisku”. Domyślam się, że to do Małego Żonka :P zatem proszę mu przekazać te trzy linki
https://pl.wordpress.org/plugins/bitfire/
https://www.youtube.com/watch?v=kX1Z9qHrS6Y
https://bitfire.co/
Niestety nie znalazłem wersji w języku polskim, ale to jedyne co mogę zrobić, by zapobiec przyszłym tego typu „atakom”. Jeżeli Mały Żonek uzna, że ta wtyczka nie działa zbyt dobrze, albo nie ufa jej, to proszę dokładniej poszukać innych wtyczek które zajmują się tzw. fingerprint’ami, czyli po prostu odciskami palców. Pozwalają po prostu na o wiele lepszą identyfikację użytkowników niż zwykły adres IP. Miłego dnia życzę :)
Proszę również wybaczyć, że piszę to akurat pod takim postem, po prostu ten jest akurat najnowszy. Domyślam się, że mają Państwo w tej chwili inne problemy na głowie, zatem zachęcam do poczytania na ten temat jedynie w wolnej chwili :)
Hej, hej!
Kanionkowo – co u Was słychać po ostatniej fali upałów?
Cykan wrócił do zdrowia i czy ostało się jakieś wiadro jeszcze?
Ależ mi się Ufo na drugim zdjęciu podoba! Wystawia dwa palce w geście zwycięstwa.
Nie mogę się zdecydować jakiego jest koloru, bo każde zdjęcie przedstawia ją w innym świetle. A może jest po prostu ciemnoczekoladowo-czarna?
Słodkości.
Będzie pięknym, mądrym, majestatycznym psem. to już widać – szczególnie na drugim zdjęciu na balocie z Łazikiem.
Hej, hej!
Rozumiem – pewnie jesień i pacy mnóstwo ale znów mam wrażenie, że wszyscy zabrali swoje zabawki i bez słowa przenieśli się na jakiś inny, tajemniczy blog, zostawiając mnie zupełnie samą. Buuuuuu
Może ktoś chociaż pomacha łapką?????????????????????????????????
A jak się uda – co u Cykana, Ufo i drapki oraz uściski dla wszystkich.
Hej Dytek! Macham. Życie kopie w dupę, ale co zrobić. Ja też zaglądam w nadziei, że ktoś coś skrobnie. Może masz rację, że czasem trzeba coś napisać a nie czekać, ale są takie dni, że nawet odpalić komputera nie mam siły a co dopiero pisać. Wiem, że to nie to samo co wieści z kanionkowa.
Hej,hej. Macie rację- coś tam trzebe napisać czasem ;) Wszyscy znamy Kanionka, bywa, że nie daje rady ogarnąć i milczy długo. Ja zaglądam często i grzecznie czekam.
Ostatnio prawie się nie odzywam, bo też nie ogarniam…
Ale tak patrzę na to cudne stadko i jakoś mi lepiej :) Ufo rewelacyjne jest
Kanionku najmilszy trzym się ciepło <3
W grupie zawsze raźniej:))) Sama jestem introwertykiem i wiem jak łatwo zamknąć się w kręgu własnego bólu. Robiłam to przez lata. Owszem – potrzebna jest własna przestrzeń, czas tylko dla siebie, przeżywanie we własnym tempie. Jednak nieocenione są momenty „pomachania kopytkiem”, bo można utknąć we własnej beznadziei i stracić wszelką perspektywę.
Uściski
Macham kopytkiem :) Trzymajcie się ciepło
Macham dwoma😘
No, trochę się rozsypałam, ale już się zbieram.
Macham (zwiotczałym nieco) kopytkiem, nawet kalendarz na wrzesień odważyłam się przestawić (GOAT – widzę, że Kapelusznik jest na czasie :D), i – no nikt w to nie uwierzy – byłam nawet u lekarza. Zdziczała jak leśna świnia pół nocy nie spałam przed tym wiekopomnym wydarzeniem, pojechałam nafaszerowana paracetamolem (już migrena dzwoniła do drzwi), ale przeżyłam.
Zbieram się. Roboty huk, zmartwień sto, ale przecież wiecie jak to jest. UFO naprawdę musi dostawać jakieś instrukcje z psiego nieba i choć waży niewiele ponad połowę Żółtka, to nadrabia entuzjazmem i niestrudzenie kradnie, niszczy i przenika przez ogrodzenia (ja już pewnie z pół kilometra drutu zużyłam na łatanie rozepchanych i pozrywanych oczek siatki leśnej, a już są nowe dziury), a dziś o piątej nad ranem wraz z Pasztedzikiem urządzili mi znienackową pobudkę z przemeblowaniem pokoju, bo jakaś mysz śmiała przemknąć pod ścianą. Idę, może dziś uda mi się coś zjeść jeszcze przed 21-szą, pamiętam o Was, jeszcze trochę wytrzymajcie <3
Dobrze, że się odezwałaś. Niby wiem,że nie bardzo masz czas, ale i tak czekam z utęsknieniem. Nie mogę sobie przypisać zasług za GOAT. Wy/raz jest na czasie :) A pierwiastek męski odpowiada za stronę wizualną. Ja tylko koordynuję.
♥️
Macham kolejnym kopytkiem
Kanionku – wiem, że czas pracowity pomijając nawet uczucia i inne niespodzianki ale czasami chodzi tylko o pomachanie kopytkiem właśnie. Trochę, mam wrażenie, za grzecznie siedzę i czekam aż ty coś skorobniesz, żeby nie przeszkadzać…………………
i tak wszystkie się zbieramy, czekamy, a czas leci i może czasem pomyślisz, że już zupełnie o Tobie zapomniałyśmy. A nie, tak łatwo nie pójdzie.
Ty byłaś u lekarza (jakże sprytnie ominęłaś wynik wizyty – chyba, że to tajemnica- szanuję), a mnie po kilku latach udało się wyjechać na kilka dni do koleżanki do Bielska-Białej w piękne góry i okolice, a nawet zostałam zaproszona do teatru :000.
Lekarze przede mną. Oswajam się z myślą o ortopedii.
Zmiany, zmiany, zmiany.
Znaczy się czynimy postępy.
Hej, hej,
trzymaj się i nie daj się ;)
cierpliwie czekamy na wpis,
buziaki
Joanna
Hej, Kanionku, Kanionkowo i cała Koziarnio.
Też zaglądam co i raz… Ale oczekiwania to jedno a życie to DRUGIE. I nic mądrzejszego nie potrafię napisać. Tyle, że pogoda ładna i mam się cieszyć tym, co pozytywne, łapać i magazynować te chwile.
Zdrowia i pogody ducha życzę.
:))
Niezwykły robot pojawił się na ulicach Będzina. Dowozi jedzenie do klientów – Śląskie Radio ESKA https://share.google/naTnIhnaiSH7BZIsV
Pozdrawiam
Będzin? To tam moje dziecko „strzeliło” balonem podczas zwiedzania wystawy broni palnej.
A kanionek to i tak ma dużo roboty.
„A kanionek to i tak ma dużo roboty.”
Czyli jednak zbieżność nazw….
:))
Nowa funkcja Kanionka???????????
Łał!!!!!!!!
No raczej, że zbieżność i przypadek – tak uśmiechnięta, jak ten robot, to ja już dawno nie byłam, nie wspominając o opowiadaniu dowcipów i zapraszaniu do czegokolwiek… Ale skąd taka nazwa? Myślałam, że jestem jedynym Kanionkiem na świecie, oryginalnie ochrzczonym przez Małegożonka, a tu o. I jednak prawda, co ludzie we wsi gadajo – roboty nas zastępujo i kradno nam etaty!!!111!
Ale żeby mi przyjechał pomóc targać skrzynki z warzywami do piwnicy, to nieee, tylko by sobie ciepłe jedzonko woził i ucinał pogawędki, nierobot jeden.
:))))))))))))))
Kanionku… I na tyle mi poszła inwencja.
Żeby jakoś…
Hej, kozy i kozły. Zaglądam tu często, także dla Waszych komentarzy. Czy u Was też jesienno-depresyjnie? Ech, dlaczego ta część roku jest dłuższa niż ciepłe dni.
Zapewne ażeby należycie docenić te ciepłe ( proszę nie mylić z dniami palącymi żarem)
A ja tęsknię za palącym żarem. U mnie to jak, za przeproszeniem, „druga koza”. Czy ktoś pamięta jeszcze ten dowcip? W tym roku nie było dużo lata. A potem przyszła jesień.
Ta jesień to strasznie gwałtownie przyszła. Kanionku, wysyłam ciepłe myśli
Oj, masz Ty rację.
No właśnie. Zimne lato, a zaraz potem przymrozki – od połowy września już trzy razy witał mnie szron na łąkach nad ranem, a tej nocy może być już taki konkretniejszy przymrozek, więc na gwałtu rety zwożę plony do piwnicy. Z chłodnego lata skorzystały selery, tak wielkich jeszcze nigdy nie miałam, niektóre po prawie 2 kg, buraki też porosły, choć zapuszczone i w wybujałym zielsku dorastały. Nogi mi już dzisiaj z d… wychodzą, a jeszcze kupa roboty. I koty mi się pochorowały, latam z zastrzykami i tabletkami, urwanie łba ze wszystkim, jak zawsze. Na chacie już mieliśmy 16 stopni, więc wczoraj była akcja „wyczyść se komin metodą chałupniczą”, zeszło kolejne parę godzin, dzisiaj już można by napalić w piecu, tylko komu się będzie chciało, jak ja już ledwo chodzę, a Małyżonek jeszcze dłubie przy nowej dojalnicy (kozy już połamały tę starą i ledwie stoi). Ech.
Ale jeszcze będzie trochę lata, lada dzień…
Fajnie, że się odzywasz. Skoro jest co zwozić do piwnicy, to dobrze, nie będzie głodu zimą.
Pozdrawiam ciepło.
Świeży, soczysty, eko………………………………………………..dwukilogramowy selerek.
Mniam………………………………………………………………..
Kanionku, daj znak. W internetach to jest dla mnie bezpieczne miejsce.
Daję znak ;)
Myślę o Was codziennie (w sensie, że znowu tyle wody w Wiśle upłynęło, a ja nie wiem nawet kiedy lato przeszło w jesień, a na blogu jedno wielkie zaniedbanie), dzisiaj nawet jakiś filmik nagrałam, zdjęcia się kiszą na dyskach, a ja… Nie wiem, mam coraz więcej „dni bezmocy”, myśli niepoukładanych, sił niedopisujących. Robię swoją robotę, nikt nie chodzi głodny czy chory, ale co otworzę plik tekstowy, żeby Wam kolejną część napisać, to się blokuję już na pierwszym zdaniu. Może dlatego, że to taka Wielka Sprawa, że żadne słowa zdają się nie być jej godne, a może z moim durnym łbem jest coraz gorzej. No ale wiadomo, że napiszę :-*
Może być wpis z samymi zdjęciami, przeżyjemy :)
Daj zdjęcia i to z różnych pór roku. Kalendarz się zbliża!
Tęsknimy kanionku!
Wielkie Dobre Sprawy zawsze dobrze ogłosić :-: Jak i te codzienne. Mam nadzieję, że wszystkie Kozy się zgodzą, że ta strona jest miejscem życia. A to jest jakie jest. Nieprzewidywalne.
Dla mnie jest to miejsce bardzo wartościowe. Po prostu mi cię brakuje. Jak pażdziernikowa kwoka dreptam. Niespokojna. Pełna obaw,
Tak. Ja mam tak samo.
Kanionku. Myślę i ja.
Ano, życie się zmienia, i moja „wydolność” się zmieniła,znaczy zeszła na psy, nie ubliżając psom ;) Jak kiedyś mogłam cały dzień pracować, a wieczorem / w nocy „szczelić notkę”, tak teraz padam i nie mam sił. Zacina mi się spacja (tak bez metafor; muszę walićwklawisz, żeby zadziałał), ale to bez znaczenia, bo i tak zaraz wracam do robienia sera. Dziś Świąteczny, matkobosko, czyli że niedługo grudzień…
Dobra, może faktycznie jutro wrzucę choć tych zdjęć kupę, a potem normalny wpis, bo jak pomyślę ile mi się wszystkiego uzbierało, to mi słabo i tym bardziej zwlekam, bo wiem że czasu mi zabraknie. A teraz do sera!
Kilka minut poświęconych na ten komentarz wystarczyło, żeby UFO podprowadziło mi KOLEJNĄ skarpetkę (jaknie wyciągnie z szafki, to zwinie z łazienki, zkosza na pranie). Żółte obgryzło mi wszystkie poszewki z guzików i zamków błyskawicznych, a UFO ma słabość do mojej garderoby. Skarpetek na zimę już prawie nie mam!
Czyliż więc mamy rozwiązanie odwiecznej zagadki gnębiącej ludzkość od czasu Raju?????
GDZIE PODZIAŁY SIĘ WSZYTKIE DRUGIE, albo i pierwsze, SKARPETKI OD PARY????????
Jakież to jednocześnie proste i zarazem zaskakujące jednak – UFO.
Czyliż więc mamy rozwiązanie odwiecznej zagadki gnębiącej ludzkość od czasów Raju?????
GDZIE PODZIAŁY SIĘ WSZYTKIE DRUGIE, albo i pierwsze, SKARPETKI OD PARY????????
Jakież to jednocześnie proste i zarazem zaskakujące jednak – UFO.
Ano, niedługo grudzień. Ale niedługo lipiec. Tylko teraz buro i ponuro.
O, stoję w kolejce do sera, który się właśnie robi. Takie śmieszne uczucie.
Dytek, ostatnio mi się skarpetki odliczyły. Tylko zostały dwie czarne. Każda z innej parafii. To już wiem, że Ufo.
Właśnie piszę do Was z kuchni, z której wyjdę może za godzinę. Wstałam o 5:40, o 6:20 poszłam wygarnąć z pieca i znowu napalić, bo w domu już spadło do 16 stopni. O 7:02 piec osiągnął 40 stopni i pompa centralnego ruszyła, a ja byłam już na etapie sprzątania w trzeciej kociej kuwecie (wszyscy siedzą w domu, bo zimno i mokro, a kuwet jest więcej niż kotów, bo a to jednemu się nie podoba żwirek drewniany, musi być bentonit, a to drugi nie będzie srał do tej kuwety, co ktoś inny, a jeszcze innemu lokalizacja nie odpowiada, no wiadomo – za kotami nie nadążysz), potem żarcie i wymiana wody. Około 7:30 mogłam już ruszyć z wiadrem i grabkami na grzy… znaczy ten, tropić psie gówna na podwórku, no i pardon my French, no ale psów jest siedem i załatwiają się po trzy razy dziennie, no to można sobie policzyć, ile tego dziennie wychodzi, a tropi się o tej porze roku chujowo, bo wszystko jest takie jakby brązowe – gnijące liście, grudki błotka… Nie wiem, pewnie ze 20 minut mi zeszło. Potem zatargałam pół worka ziarek do koziarni i trochę do kaczek i gęsi, powymieniałam wodę całemu towarzystwu i poszłam doić kozy (a o tej porze roku to dłużej się myje kozie cycki, niż to mleko z nich wydaja, bo błoto wszędzie, a kozy mają to w koziej trąbie i hasają wesoło przez bagna, ochlapując sobie całe podwozie).
Skończyłam jakoś 0 10:40 i wróciłam z mlekiem do domu, gdzie było już 20 stopni – milusia odmiana po tych dwóch stopniach przy dojalnicy.
Nastawiłam mleko na ser i zasiadłam przed klapkiem, żeby w końcu te fotki dla Was pozmniejszać, coś tam zrobić zdążyłam, ale nie wszystko, a już trzeba było ruszać na pryzmę z balotami, bo skończyła się partia zdjętych uprzednio. Kilka godzin nam z tym zeszło, i choć większość prac siłowych odwalał Małyżonek, a ja musiałam co jakiś czas wracać do sera, to już powoli kończyła mi się bateria. Gdy zostały już tylko dwa piętra do ruszenia to Małyżonek walczył z nimi sam, a ja w tym czasie rozebrałam jeden balot i porozwoziłam kozom do wszystkich paśników, i znowu trzeba było do sera. Zrobiło się ciemno nie wiem kiedy, na obiad gotowca nie miałam, więc dawaj kroić mięso na gulasz. Ser już był pod prasą i miałam godzinę do następnego przewijania.
Bla, bla, bla, gulasz już gotowy, kasza się właśnie gotować skończyła, zaraz rozrobię buraczki z chrzanem i obiad zjemy o 19:00 (mój pierwszy posiłek; Małyżonek zdążył jeszcze zjeść śniadanie). I gdzie, gdzie jest mój cały dzień? Po całej tej robocie jak zjem, to już tylko spać mi się będzie chciało i nie ma siły, żebym wysiedziała dłużej, niż do 21:00.
Ja się nie skarżę, ja się tylko tłumaczę….
Ale jutro od piątej rano wracam do tych fotek :-*
Zjadłam i klapłam. Teraz Małyżonek poszedł napalić, bo już się ten nasz bunkier zdążył wychłodzić do 17 stopni.
W czwartek mamy ostatnią dostawę owsa i jutro MUSZĘ zrobić jakieś „przemeblowanie” w drugiej części domu, bo miało przyjechać tylko dwadzieścia parę worków, a będzie… ponad siedemdziesiąt (nawet nie pytajcie, grube nieporozumienie z dostawcą, ale nie możemy odmówić, bo on specjalnie i tylko dla nas te worki pakował) i grom wie, gdzie to teraz upchnąć (ale nie narzekam. przynajmniej owsa nam nie zabraknie do kolejnych żniw, tylko Małyżonek będzie miał co targać na plecach przez kilka dni – zbyt długo te worki nie mogą na zewnątrz czekać, bo co chwilę deszcze, ech).
Kanionku – tulam mocno i mam nadzieję, że już śpicie i nabieracie sił do następnego dnia. czasem myślę, że przy nawale wiecznie niekończących się prac dobrze, że film się urywa i człowieka wyłącza. Byle tylko w pobliżu łóżka. Inaczej tyrałby do padnięcia na amen.
I super, że się odzywasz, bo brak wieści przygnębia i zostawia w zawieszeniu, z całym mnóstwem pytań bez odpowiedzi (choćby czy to „tylko” ilość pracy czy może już nas nie lubisz????) ;))))))))))))))))))))))
Prawdziwi z Was Siłacze
z ukłonami
Tośmy se pofikali.Dzisiaj siłaczka ma migrenę, a siłacz kuśtyka. Oporządziliśmy zwierzyniec. Ja zdycham, Małyżonek coś lutuje (i kurwuje). Pieski rozczarowane całą tą sytuacją (na zewnątrz deszczośnieg) gniją ze mną na łóżku, nawet Majączek mi się tu wczołgał. Jak nie urok, to kij w oko, ech.
A bo to listopad zawsze trudny jest. Niektórzy nawet mówią o zgniłej jesieni.
Ja co prawda lubię jesień w każdym wydaniu ale ja jesieniara jestem.
Chociaż wolę tylko na jesieni – zimą wolę zimę, a nie wieczny listopad.
Ale może pewnym pocieszeniem jest fakt, że z taką ilością futer masz cieplej w łóżku???
Rzecz nie do przecenienia w dzisiejszych, ekonomicznie trudnych czasach.
A jak pieski niezadowolone, to może chociaż kaczki i gęsi szczęśliwe???
Zdrowiejcie i powodzenia z owsem, żeby sił starczyło.
Tak mi przyszło do głowy, że w Kanionkowie powinien listopad być Kaczkopadem.
Albo styczniem. Bo u mnie piąty dzień stycznia! Snieg jak spadł, tak zalega, w nocy mróz, w dzień ledwie zero stopni. Kaczuszki i gąski niezadowolone, nie da się fedrować w zmarzniętej na kość ziemi, nie mówiąc o przebijaniu się przez te 15 cm śniegu.
Owies przyjechał w spodziewanym terminie, Małyżonek zatargał te blisko trzy tony worków w jeden dzień (bo opady, oczywiście), koty mają teraz po czym skakać :) Wcześniej miały tylko jedną górę w Różowym, a teraz cały łańcuch górski.
Doprodukowałam zdjęć (haha), właśnie skończyłam zmniejszanie, nowy wpis jest bliżej, niż dalej (no wiem, wiem).
I oddech wstrzymany
:)))))))
No nie da się uszczęśliwić wszystkich niestety (a może i na szczęście, bo łatwiej odpuścić i się nie zadręczać).
S I Ł A C Z E
No po prostu.
: *
A można się już świątecznie zapisywać na sery?
Co jest?
A co będzie?
I kiedy będzie?
Przed czy po świętach?
Bo ciekawość – co tam Kanionek naprodukował.
Już wzięłam na uspokojenie, już.
Grzecznie siedzę i czekam.
Można! Niektórzy już pozamawiali, już mam nawet wszystkie gatunki poporcjowane, kartoniki w pogotowiu…. Tylko ja wciąż w lesie :-/
W tym roku świąteczny jest w dwóch wersjach – tradycyjna, ze skórką pomarańczową, orzechami i migdałami, a ta druga z orzechami, migdałami i żurawinami – wersja słodsza.
Z nowości to tylko formaggio (dojrzewający w naturalnej skórce, więc z wierzchu mało urodziwy, pikantny, rasowy ser dla tych, co lubią wyraziste smaki) i ser szwedzki – łagodny, dla mnie prawie bezsmakowy, ale Małyżonek mówi, że jak zwykle głupoty opowiadam i to jest bardzo dobry serek, a reszta to jak zwykle: derby, edam, cheddar, gouda, toscano z pieprzem i to chyba wszystko, bo winny i asiago już rozdrapane. Aha, no jeszcze emmental niby jest, ale wg mnie wyszedł za słodki – jak ktoś chce, to mogę gratis dorzucić kawałek. A, jeszcze cotswold! Z cebulką i odrobiną liści czosnku – fajny wyszedł, w tym roku udało mi się go nie przesuszyć :)
Jak to pozamawiali? Tak bez hasła „ready, steady, go!”?
Malyzonek powinien dostać medal. Z owsa:-)
Małyżonek mówi, że wolałby dostać bilet na dwa tygodnie z dala od nas wszystkich, żeby mógł się wyspać i odpocząć. Ja nie wiem, on jakiś dziwny jest :D
Dzień dobry. Ja też czekam na informację o serkach. Tym razem może nie przegapię.
Pozowlę sobie skopiować swój własny komentarz, żebyś na pewno nie przegapiła, a jeśli chciałabyś po prostu wszystkiego po trochu, to napisz maila na info@kanionek.pl i tylko podaj granice wagowe lub kwotowe, a ja Ci skomponuję jakiś miły zestawik:
W tym roku świąteczny jest w dwóch wersjach – tradycyjna, ze skórką pomarańczową, orzechami i migdałami, a ta druga z orzechami, migdałami i żurawinami – wersja słodsza.
Z nowości to tylko formaggio (dojrzewający w naturalnej skórce, więc z wierzchu mało urodziwy, pikantny, rasowy ser dla tych, co lubią wyraziste smaki) i ser szwedzki – łagodny, dla mnie prawie bezsmakowy, ale Małyżonek mówi, że jak zwykle głupoty opowiadam i to jest bardzo dobry serek, a reszta to jak zwykle: derby, edam, cheddar, gouda, toscano z pieprzem i to chyba wszystko, bo winny i asiago już rozdrapane. Aha, no jeszcze emmental niby jest, ale wg mnie wyszedł za słodki – jak ktoś chce, to mogę gratis dorzucić kawałek. A, jeszcze cotswold! Z cebulką i odrobiną liści czosnku – fajny wyszedł, w tym roku udało mi się go nie przesuszyć :)
Wysyłki planuję na najbliższy poniedziałek i środę, chyba że zajdzie jeszcze konieczność wysłaćcoś komuś 22 grudnia, choć wtedy jest już ryzyko, że przed Świętami kurierka się nie wyrobi. Aha, można śmiało zamawiać z dostawą do paczkomatów – upały już nam nie grożą, sery spokojnie sobie w automatach mogą poczekać :)