Mlekiem i miodem, czyli o drzwiach, kretach i nieogarniętych kuwetach

Dzień dobry Państwu, u Was też już lipiec?!

Miałam napisać wcześniej, zdaje się w kwietniu, ale coś mi wypadło, a dokładniej to drzwi mi z domu wypadły, gdy je chciałam za sobą zamknąć pewnego wiosennego popołudnia:

Nie powiem, pieprznęło zdrowo. Całe szczęście, że psy weszły do domu razem ze mną, a raczej przede mną, więc nikomu na plecy te drzwi nie spadły, drugie szczęście, że akurat nie wiało, nie padało i nie było mrozu, no i trzecie szczęście (bo szczęścia w życiu nigdy za wiele), że owo donośne i spektakularne wyjście drzwi na spacer wydarzyło się aż dwie godziny przed zachodem słońca, dzięki czemu mieliśmy czas: poszukać w panice jakichś zawiasów zastępczych (oryginalne wypadły razem z drzwiami, albowiem zgniło drewno futryny, w której te zawiasy były osadzone), opierdolić kawałek drzwi wyrzynarką z niemiłosiernie tępym, ale już ostatnim niezłamanym brzeszczotem, posmarować rany po cięciu olejem, żeby okaleczone drzwi nie ochlały się wody deszczowej, potem przykręcić nieprzeznaczone do takich celów zawiasy do futryny i drzwi do zawiasów, potem stwierdzić, że straszne z nas debile, bo nie daliśmy luzu pod skrzydłem i nie da się tych drzwi otworzyć, więc trzeba było odkręcić drzwi i zawiasy, wywiercić kolejne dziury (ostatnim w tym rozmiarze, nieco tępym wiertłem), no i ostatecznie zamontować te drzwi na tyle poprawnie, na ile się dało:

Pod koniec robót okazało się, że nie tylko my byliśmy już tym szastaniem drzwiami nieco zmęczeni – zmęczony okazał się również schodek pod drzwiami, więc z tego zmęczenia wziął się i ukruszył, odpadł mu przedostatni pionowy kafelek, a wtedy spod poziomego kafelka wyskoczyła stalowa listwa i powiedziała:

No kurwa pewnie, że doskonale!

Nowe stare drzwi z początku chodziły tak leciutko, że Żółte nauczyło się je otwierać już nie tylko od wewnątrz, ale i od zewnątrz, i z nowej umiejętności radośnie i wielokrotnie w ciągu dnia korzystało, wpuszczając i wypuszczając resztę psów (i muchy) kiedy tylko miało taką fantazję. Oczywiście zamykać drzwi się nie nauczyło, bo i na co to komu? Po co komu zamknięte drzwi, przez które nie można sobie wchodzić i wychodzić co trzy minuty?! Miarka się przebrała, gdy raz – nie mając pojęcia o tym, iż drzwi zewnętrzne są szeroko otwarte – nadziałam się w korytarzu na Pacanka i mało nie dostałam zawału.

Klucz w zamku byłby wystarczającym zabezpieczeniem (nieco tylko gorszym niż ukręcenie Żółtemu tego durnego łba), gdyby nie fakt, że jeśli człowiek z jednej strony zamknie drzwi na klucz i zostawi ten klucz w zamku, to człowiek znajdujący się po drugiej stronie drzwi już klucza w zamek nie wsadzi, w związku z czym Małyżonek musiał wyjąć zamek, rozkręcić go, podumać, coś podpiłować i coś usunąć, tak żeby dało się włożyć do zamka po jednym kluczu z każdej strony i żeby te klucze były jeszcze w stanie ów zamek uruchomić. Mamy więc klucze w zamku z każdej strony, za każdym wyjściem z domu i wejściem do środka musimy pamiętać, żeby przekręcić klucz w zamku, a gdy się nieco mocniej trzaśnie drzwiami, to klucze wypadają, no ale generalnie wszystko JESZCZE działa, oprócz naszego zdrowia psychicznego.

No ale nie jest źle, bo na przykład Pacanek wciąż żyje, a mógł już nie żyć, gdybym go w porę nie znalazła, leżącego pod paśnikiem i usiłującego wstać, w czym skutecznie przeszkadzał mu Andrzej, wisząc nad nim jak ten miecz Damoklesa i wymachując groźnie żyrandolem (a za Andrzejem stał Bożydar, prychając jak wściekły nosorożec). Nie wiem o co chłopom poszło, ale Pacanek od grudnia mieszka na swoim – zimą miał zamykane pomieszczenie w koziarni, a teraz sypia w dawnym kurniku, w dzień zaś paraduje po podwórku i razem z psami wychodzi listonoszowi na przywitanie. Zeżarł już co tylko mógł – krzak jaśminowca, pół drzewka wiśni (chodzi o tę połowę korony, która wisiała po stronie podwórkowej; druga połowa jest nad wybiegiem dla kaczek), różę pod bramą, trochę małżonkowego orzecha włoskiego, większość winorośli rosnącej na wybiegu dla kaczek, bo wspina się po siatce ogrodzeniowej i wyżera pędy od góry… Raz musiałam nie domknąć furtki od ogrodu, z czego też skwapliwie skorzystał i zeżarł większość liści, pędów i kwiatostanów tej winorośli, której sadzonkę dostałam kiedyś od Wy/raz (a zapowiadał się dla niej naprawdę obfity rok), podeptał trochę sałaty i zrobił nieco puree z cebuli, ale jeśli chodzi o szkodniki w ogrodzie, to Pacanek to jeszcze pikuś, o czym będzie później.

Ma za to problem z jedzeniem siana, prawdopodobnie trzonowce już mu się kończą, więc przez pół zimy cięłam mu siano na drobne nożyczkami (rynce bolo i odpadajo), zamawiałam jakieś specjalne pasze, które zawierały np. lucernę, żeby mu ten niedobór siana choć trochę wyrównać, a wiosną, gdy tylko pierwsze zielone wystawiło łeb nad powierzchnię ziemi, zbierałam godzinami te ździebełka i listeczki, korowałam wierzby… Czyli wiosna jak każda inna. Pod koniec maja, w zamian za sadzonki warzyw, dostałam od pani Łosiowej worek meszu dla koni – Pacanek był wniebowzięty! Mesz to jest mieszanka drobno zmielonych ziół i traw, nasion, ziarek i pestek (m.in. siemienia lnianego), suszu z jabłek i cudów na kiju, którą to mieszankę zalewa się ciepłą wodą i po kwadransie taką breję podaje. Pacankowi najbardziej odpowiadała konsystencja świeżego betonu, dostawał tę papkę w wiadrze, codziennie porcję jak dla dwóch koni, więc worek 20 kg szybko się skończył. Teraz ma zielska po uszy, a jeszcze Kanionek mu co kilka dni rozmaitych gałęzi natacha – ze starego stojaka na psie miski zrobiłam Pacankowi stojak na ikebanę:

Na fotce i filmie akurat Irenka, bo czasem przyprowadzam Pacankowi jakąś koleżankę do towarzystwa przy posiłku, ale on się już niespecjalnie interesuje przedstawicielami własnego gatunku – zbratał się z psami, mieszka w kurniku, ma swoją służącą i wywalone jajca.

 

Z nowych mieszkańców tego leśnego cyrku mam sześć uroczych gąsiątek:

Które są słodziutkie i robią pi-pi-pi, lecąc do mnie wraz ze statkiem matką, bo kojarzą mnie z żarciem, ale dotknąć to się nie dadzą i na każdy mój – nawet niezbyt zamaszysty – gest ręką spierdalają i piszczą wniebogłosy, dając wyraz najwyższemu oburzeniu. Taka wdzięczność, gęsia ich mać. A wykluły się z jajek, które dostałam od pani Łosiowej w zamian za jeszcze jakieś inne sadzonki, i podmieniłam matce gąsce, która wcześniej uparcie wysiadywała niezalężone jaja. Pod kaczkę podrzuciłam zaś jajka od naszych kur, które to jajka okazały się nie mieć żadnych perspektyw (całkiem jak ja), i teraz nie wiem, czy kogut jest bezpłodny, leniwy, czy może trans, w każdym razie ród Kurokezów najpewniej wyginie wraz z tą piątką ocaleńców, jaka nam została (tak bajdełejem, to kury wraz ze swym kolorowym telerankiem nadal mieszkają w koziarni i ani myślą się po raz kolejny przeprowadzać).

Wracając do tematu nowych mieszkańców, to mamy w tym roku również pszczoły, o które nikt nie prosił, a one nie pytały, czy mamy wolne pokoje do wynajęcia, tylko bezczelnie zajęły pustostan w postaci jednego z kominów na naszym dachu:

Nie mam pojęcia skąd się wzięły, pewnie się komuś na wiosnę wyroiły i postanowiły same zdecydować o swoim dalszym losie.

No więc z pozoru wszystko ładnie pięknie, bo skoro są kozy, to jest mleko, a skoro są pszczoły, to pewnie jest miód, i patrząc na to wszystko z boku ktoś mógłby sobie pomyśleć, iż oto trafił do krainy mlekiem i miodem płynącej, a prawda jest zgoła (i goła) odmienna – mleka mam dziennie jedną trzecią tego, co w ubiegłym roku, kolejka po sery puchnie (głównie ze złości), jak zawsze w lipcu uruchamiałam masową produkcję serów dojrzewających, tak teraz nie mam ani jednego w dojrzewalni, a jeśli chodzi o miód, to może kropla skapnie, jeśli wstawię garnek do komory paleniska tego starego pieca kaflowego, którego komin zajęły pszczoły, ale będzie to kropla miodu z wiadrem popiołu, więc nie wiem, czy warto. I tak to. Hodowla humanitarna jest nieopłacalna, a niehumanitarnej prowadzić nie umiem (może kiedyś rozwinę ten wątek, jeśli mi sił psychicznych wystarczy).

W krainie mleka i miodu pragnącej jest też, rzecz jasna, ogród obfitości, w tym roku obfitujący głównie w… krety. Jak przez 10 lat nie było w nim kretów (były na łące, nad stawem i dalej, pod lasem, ale w ogrodzie nigdy) tak w tym roku czarne ryje szturmują z każdej strony. Kto nie ma pojęcia o sekretnym życiu kreta, i widział tylko kopce ziemi wywalonej na powierzchnię, a te kopce kojarzą mu się jedynie z pysznym ciastem, ten nie zdaje sobie sprawy z tego, ile KILOMETRÓW korytarzy taki krecik potrafi w jeden sezon nadrążyć, i nie mówimy tu o kilometrach w linii prostej, o nie… Poniżej tylko jedna fotka z tylko jednego metra kwadratowego ziemi, prezentująca odkryte przeze mnie krecie ścieżki wijące się jak świńskie jelito:

A to jedynie te płytsze, 20-30 cm pod powierzchnią, a krecik fedruje też głębiej, na zimę buduje sobie całe osiedle nawet poniżej 60 cm, bo nie zapada w sen zimowy i cały czas musi wpierdalać moje dżdżownice – dziennie zjada prawie tyle, ile sam waży, czyli – bagatelka – około 10 deka. Policzcie sobie, ile kilogramów zje piętnaście kretów przez miesiąc, a potem pomnóżcie przez 12.

Uwierzcie, że nie mam już w ogrodzie ani pół metra kwadratowego powierzchni, pod którą kreta jeszcze nie było. Kopce wykwitały w sałacie, selerach, cebuli, arbuzach, marchewce, grochu, pietruszce i ogórkach, pod winoroślą i borówkami, między jabłonkami i przy kompostowniku, nawet obydwa tunele – Świątynia Pomidora i Stary Foliak – zostały gruntownie (ha, ha) przetrzepane, jeden pomidor się przewrócił, jedna papryka przyjęła postawę krzywej wieży w Pizie… Ale ogród to dla nich za mało – przelazły też na wybieg kaczek i gęsi, gdzie fedrowały zawzięcie 10 cm pod trawą, nie oszczędziły też drzewek owocowych, a że akurat w tym roku jest okropna susza, to na wybiegu szybko zaczęły się pojawiać place wyschniętej na kamień ziemi i pożółkłej roślinności. Padły wszystkie żonkile, jeszcze zanim zdążyły zakwitnąć, i co tam jeszcze każdego roku wyrastało i zawsze sobie spokojnie żyło.

Ekspansja trwała w najlepsze, kopce zaczęły się pojawiać na parceli należącej do Andrzeja i Bożydara, a potem za bramą, pod śmietnikami, pod moimi dyniami, wzdłuż drogi gruntowej, pod agrotkaniną rozłożoną pod pastuchem… Wszędzie kopce, a miejscami zapadająca się ziemia (w ogrodzie można sobie nogi w kostkach powykręcać, ukształtowanie terenu przypomina twarz chorego na agresywny trądzik) – możecie więc sobie wyobrazić, JAK BARDZO trafiał mnie jasny szlag każdego dnia, ile sierści wyrwałam sobie z głowy, że już nie wspomnę o tym, jak bardzo wzrosło mi – już i tak imponujące – zużycie paracetamolu.

Przeryłam pół internetu w każdym ze znanych mi języków i dowiedziałam się, że rozkopywanie i zasypywanie ziemią krecich korytarzy nie ma żadnego sensu, bo – pomijając już fakt, że ciężko to zrobić pod rosnącymi w ziemi warzywami – jeden kret jest w stanie wykopać 15 metrów nowiutkiego korytarza w ciągu… jednej godziny! No to musiałabym przez całą dobę za tą ślepą zgrają biegać z łopatą, żeby w ten sposób ich wykończyć, co skończyłoby się jedynie wykończeniem samej siebie. Metod na odstraszanie jest około setki, co świadczy dobitnie o tym, iż żadna z tych metod nie działa skutecznie (w znaczeniu: nie odstrasza kreta na zawsze), bo gdyby choć jedna działała, to pozostałe 99 nie miałoby racji bytu. No więc odstraszanie wybiłam sobie z głowy dość szybko. Najbardziej zabawną rzeczą, jaką o kretach wyczytałam, i to chyba na Wikipedii, było to, że rzekomo są one bardzo terytorialne i żyją samotnie. To znaczy WTEDY się jeszcze nie śmiałam – po prostu przyjęłam, że skoro tak, to u mnie pewnie siedzi jakiś przodownik pracy napędzany sterydami, który nigdy nie śpi, dżdżownice wpierdala w biegu, i w ten sposób – kopiąc 15 metrów na godzinę – zdążył w trzy tygodnie przeryć hektar ziemi.

Zabijać kreta też nie chciałam, choć bób mi świadkiem, że znienawidziłam go do szpiku jego czarnych kości, tym bardziej, że wszelkie trutki (oszuści sprzedają trutki na gryzonie jako skuteczne przeciw kretom – kret nie jest gryzoniem i nie zeżre waszych saszetek z bromadiolonem!) i tabletki wydzielające toksyczny gaz mogłyby zabić nie tylko kreta, ale wszystko co żyje w ziemi (a już w trakcie polowania na czarnego ryja odkryłam, że np. ropuchy też lubią sobie wędrować krecimi tunelami), tudzież na ziemi (ten fosforowodór musi się w końcu którędyś ulotnić).

Zakupiłam więc, za złotych 19,99 (a na znanym portalu aukcyjnym są nawet po 14 zł), rurkę – żywołapkę. Przedmiot niepozorny, ot – 20 cm długości, 6 cm średnicy czarna rurka plastikowa, w której na każdym końcu znajdują się “drzwiczki” wykonane z blachy, a te drzwiczki są tak sprytne, że otwierają się tylko do wewnątrz. Małyżonek jak zobaczył tę rurkę, to zwinął się ze śmiechu i orzekł, iż żaden kret się w to nigdy nie złapie i w ogóle się nie zmieści.

No i się zdziwił. Jak tylko wróciliśmy do domu z zakupów, odpakowałam moją bezcenną, jak się później okazało, rurkę, wzięłam łopatkę i poszłam szukać dwóch kopców znajdujących się blisko siebie, bo już wiedziałam, że pomiędzy nimi powinien być w miarę prosty odcinek korytarza. Wbiłam łopatkę, ziemia się posłusznie zapadła, wydłubałam jej tyle, żeby pułapka idealnie wpasowała się w korytarz, stanowiąc niejako jego protezę, zasypałam tę hecę od góry, zaznaczyłam patyczkiem gdzie mam potem tej pułapki szukać, i… 10 godzin później już siedział w niej krecik! On wkurwiony, a ja przeszczęśliwa! Złapałam, mam, jest, nareszcie koniec mojej udręki, o jak cudownie, o jak wspaniale!

Pojechaliśmy z kretem na długą wycieczkę rowerową, po wypuszczeniu na wolność życzyłam mu wszystkiego dobrego i wróciłam do domu niby na rowerze, a jakby na skrzydłach. Taki sukces i to w jedyne 10 godzin? No ba! Nie bez potrzeby ryłam w internetach przez dobry tydzień, przyswajając wszelką dostępną ludzkości wiedzę na temat kretów, ich zwyczajów i sposobów ich chwytania! Trzeba wiedzieć, co się robi! Trzeba być Kanionkiem, a nie jakąś fujarą z tabletkami i puszką na patyku! Och, jaka jestem przenajmądra…

Rankiem następnego dnia poszłam do ogrodu, pogwizdując radośnie pod nosem, a tam… NOWE KOPCE!

Skrzydła mi opadły, pękła w dupie sprężynka, a serce zatonęło w kaloszach. Przez pół dnia chodziłam markotna, sprawdzając co godzinę moją superpułapkę i odkrywając za każdym razem, że zapchana jest ziemią, a obok niej, lub pod nią, wydrążony został nowy korytarz. Pomyślałam sobie – no cóż, pewnie mam takie szczęście, a w ogrodzie taki dobrobyt (moje piękne, dorodne dżdżownice…!), że akurat mam dwa krety żyjące ze sobą w zgodzie. Nie ma się co smucić, trzeba tego drugiego przechytrzyć, wywieźć, i po kłopocie!

Co ja, kurwa, wiedziałam o kretach… Skrócę Państwu tę historię do informacji, iż mój kretolicznik pokazał już 16 sztuk (stan na 11 lipca, godz. 12:20 – teraz poluję na numer 17, bo właśnie pojawiły się nowe wykopki w pobliżu buraków), a końca kreciej aktywności nie widać. Teraz już wiem, że jest ich tu jeśli nie pięćset, to co najmniej pięćdziesiąt, nie zdołam wszystkich wyłapać przed nadejściem zimy, a na wiosnę one się rozmnożą (od 2 do 7 młodych w miocie) i wszystko zacznie się na nowo. Pułapek mam już sześć, bo z jedną to se można na jednorożca polować (bo jest pewnie tylko jeden na świecie), codziennie po kilka razy klęczę, rozgrzebując ziemię i wstawiając te rurki w co lepsze jakościowo tunele, bywa że trzynaście razy z rzędu wyjmuję z pułapki tylko kupę ziemi (kret pcha ziemię przed sobą, zwłaszcza gdy chce zapchać dziurę w systemie korytarzy, więc bardzo ważne jest, żeby pułapka sprawiała wrażenie integralnej części tunelu i żeby była zasypana ziemią od góry, bo inaczej ta menda wyczuje, że gdzieś ma przecieki powietrza i przyjdzie zawalić wszystko ziemią), trzy razy się popłakałam (np. wtedy, gdy po ósmym krecie myślałam, że to już koniec, bo nic się nie działo przez 3 dni, więc posiałam buraki, a na drugi dzień wszystkie rzędy były podkopane i na końcu wywalony kopiec wszech czasów), z dziesięć razy chciałam odkręcić gaz… No nie tak, żeby łeb do piekarnika i umrzeć, nie – podobno niektórzy gazują tunele wtykając rurkę w otwór w kopcu i wpuszczają tam zwykły propan-butan z butli. Tyle tylko, że ja jestem już TAK WKURWIONA, że po wpuszczeniu tego gazu za bardzo by mnie korciło, żeby przyłożyć do dziurki zapaloną zapałkę, a wtedy w powietrze wyleciałby ogród, obydwa tunele z pomidorami, wybieg dla kaczek i obydwie kozie łąki, bo propan-butan to bardzo wybuchowa mieszanka, a krecie korytarze łączą się ze sobą i jest ich jakieś pół miliona kilometrów. No to aż tak to nie, tak nie można, Kanionek.

W tunelach z pomidorami i papryką chyba już nic nie ryje, zasypałam częściowo te korytarze, które mogłam, żeby rośliny miały korzenie w ziemi, a nie w powietrzu, i na razie – odpukać – nawet żadna parszywa zaraza się nie przyplątała:

Pod selerami nic już nie zrobię, trzeba liczyć na to, że jakoś sobie poradzą, groch już zebrałam:

Na razie trzy litry, ale pełna optymizmu posiałam w czerwcu kolejną partię. Marchewka z drugiego siewu już powschodziła i codziennie sprawdzam, czy świnia pod nią nie ryje, buraczki też musiałam dosiewać, może na dniach wzejdą. Ogólnie rzecz biorąc i z lotu ptaka nikt by się nie kapnął, co ja przeszłam z tymi kretami, ale wiem, że pod ziemią są te wszystkie puste przestrzenie i wiem, że każdy nowy kret, który się tu zapałęta, skwapliwie z nich skorzysta. Na jesieni trzeba się chyba będzie przeprosić z łopatą i wykonać kawał ciężkiej roboty, żeby to wszystko zburzyć, zasypać i wyrównać. Ech.

Aha! Toć to jeszcze nie wszystko. Któryś z tych kretów musiał do mnie przywlec, na swym aksamitnym futerku, straszną chorobę odglebową, a mianowicie białą zgniliznę cebulowych. 80% mojego czosnku jest do wyrzucenia, kolejne cebule padają. A wiecie, co jest najgorsze? Że ten patogen grzybowy (Sclerotium cepivorum) będzie siedział w ziemi 10 lat i zniszczy każdy czosnek, por czy cebulę, więc te uprawy mam tak jakby z głowy, bo każda jedna sztuka warzywa cebulowego tylko przedłuży życie chorobie. Podejrzewam, że moja piękna plantacja czosnku niedźwiedziego też pójdzie się czesać, ale to się okaże na wiosnę, bo teraz niedźwiedź już śpi.

Jak zawsze myślałam, że czosnku żadna cholera nie weźmie i zawsze byłam z niego dumna, tak teraz krety mi pokazały, jak bardzo się myliłam. Gdyby nie przeryły ogrodu wzdłuż i wszerz, to płodozmian miałby sens, ale skoro rozwlokły to dziadostwo wszędzie, to czosnek i cebulę mogę już sobie chyba tylko w wannie na mokrej wacie posadzić.

Co tam jeszcze? Przylatują do nas, jak zawsze, ptaki duże i małe:

A jaskółki już wyprowadziły pierwszy lęg; dwa tygodnie temu młodzież została wywalona z gniazd:

A jelenie już tak się oswoiły z darciem mordy naszych psów, że je ignorują i podchodzą pod linię pastucha, obgryzając leśniczemu drzewa w skrajni leśnej drogi:

Ogromne z nich bydlaki, czego nie widać na zdjęciach, ale wierzcie mi – kozy przy jeleniach to jakieś skarlałe popierdółki.

Na obiady coraz częściej robię jednogarnkowe szybkie dania, jak smażona chińszczyzna:

Ale czasem pojawi się i lazania z wolnowara – nawet płaty makaronu sama robiłam, bo te sklepowe są jakieś gumowe:

Są też oczywiście dni, gdy nie mam siły ani czasu na nic poza jajkiem sadzonym, a do tego serwuję wiadro sałaty, której – oczywiście – mamy za dużo i tak naprawdę to większość zjedzą kaczki (małe gąski też uwielbiają szarpać sałatę tymi swoimi słodziusimi dzióbkami ostrymi jak fryzjerskie nożyczki).

Absolutnym fuksem i szczęściem głupiego nabawiłam się też w końcu upragnionych zrębek! Może nie tyle, ile bym chciała, bo jakieś 2 metry, ale zawsze, a w dodatku za darmo, dzięki uprzejmości pana, który pracował przy zrębkowaniu wyciętych na ziemi prywatnej brzóz, a że to było ledwie pół kilometra od mojego domu i się na tego pana natknęłam, zapierdalając z kretem na rowerze (a że rębak chodził przez kilka dni, to się dało słyszeć chyba i 10 km stąd), to go bardzo grzecznie zaczepiłam, że panie dobry, a czyje te zrębki są?, a on zapytał: ale że o co chodzi?, a ja mu na to, że no bo ja bym trochę chciała do głupiego ogródka, a on wtedy, że no to on mi trochę zostawi, a ja mu na to, że Boże drogi, jaki pan jest fantastyczny!, a on wtedy, że jego żona też tak mówi, no i zostawił! (Zrębki, nie żonę).

Taka to była kupka pod wjazdem do lasu:

 

Pieczołowicie przeze mnie wygrabiona do ostatniego okruszka i przetransplantowana na podwórko:

Najpierw woziłam je w kuble rowerem, potem w kilku kubłach samochodem, a potem pomógł mi Małyżonek ładować do kastr budowlanych i do bagażnika (to ciężkie jest, takie 90 litrów zrębek w jednej kastrze), no i w parę dni się zwiozło i jest. Tylko że nie mogę ich na razie spożytkować w ogródku, dopóki nie wyłapię tych wszystkich kretów i nie przekopię ziemi porytej tunelami, więc zrębki leżą na pryzmie na podwórku, a z pryzmy codziennie znika siedem co bardziej atrakcyjnych patyczków, bo żaden szanujący się pies takiej okazji nie przepuści, prawda, a do tego obowiązkowo na taką pryzmę trzeba nasrać, bo jak się nie nasra, to po pierwsze nie wiadomo wtedy, czyje to w ogóle jest, a po drugie Pacanek by się zaraz na tym położył. No więc trochę obsrane, ale są, moje zrębki wyczekane :)

Aha, mam też pod opieką cztery małe jeże (i wszystkie palce pokłute), ale już absolutnie nie mam siły o tym pisać, macie więc tutaj kilka słit foci i… dobranoc :)

PS. Wy/raz – posiałam w końcu Twoje ogórki meksykańskie. Wykiełkowały dwa nasiona i nawet się ucieszyłam, że tylko tyle, bo to przecież będzie straszny gąszcz i gdzie ja to upchnę, a one takie mikrusy! Jeszcze ani jednego owocka nie mają. Fakt, że tych sadzonek też krety nie oszczędziły, bo jeden z korytarzy biegł tuż przy podmurówce ogrodzenia, a tam właśnie, pod siatką, są te meksykańce (żeby miały się po czym wspinać). Jak myślisz – one się jeszcze rozkręcą?

 

PPS. No oczywiście, jeszcze filmy z koziołkami, pieskami i czym tam jeszcze. Jakość taka jak zawsze, prosimy nie regulować odbiorników.

160 komentarzy

  • K.k.

    Jakże się cieszę. Pozdrawiam.

  • Krystyna Kolacz

    Jakże się cieszę.Pozdrawiam.

  • Becia

    Część Kanionkowo. !!!Wpis pysznie różnorodny :) wojny z kretami współczuje :( A Sonda i Łazik takie duże! Pacanek jak zawsze mnie rozbawia. Śmiesznie wygląda taki kozioł z wieelką brodą i bez rogów :) Idę czytać jeszcze raz…

    • kanionek

      Pacanek to w ogóle śmieszny gość, ale naprawdę spoko kozioł. Jest pozytywnie nastawiony do życia (i do mojego ogrodu – codziennie sprawdza, czy na pewno zapięłam furtkę na łańcuch), ugodowy, łatwo się przystosowuje do nowych okoliczności, a do tego nie jest taką strachliwą fujarą, jak większość kóz ze stada, co to tylko w grupie mogą chodzić, a jak którąś chcę wziąć na spacer, to meee!

  • Willow

    Cudownie że jesteś 😍 stresować się brakiem wieści przestałam po komentarzach z poprzedniego wpisu🤦
    Odezwę się za momencik 😘

    • kanionek

      A to nie słyszałaś w głowie mojego głosu powtarzającego: “Ciekawe, co u Willow? Oby wszystko dobrze”? :D

  • grazalpl

    Cudna jestec! Jakie sukcesy w polowaniu:)))
    Ja zeszlym roku dwa oposy w zywoklatke zlapalam :)))
    Dalszych sukcesow zycze ,a najlepiej zeby sobie poszly gdzies w cholere te krety.

  • Magda

    Wczoraj myślałam o tobie Kanionku, chyba w związku z ogrodem. No i proszę, jakieś fale telepatii cy cóś :) .Ogrodu zazdraszczam niezmiennie. U mnie też niby rośnie ale Irlandia deszczem i chłodem stoi to w ogrodzie cieniutko. Sałaty tylko wszelakiej pojedliśmy do rozpuku a reszta jakoś cienko i niemrawo rośnie. Truskawki zgniły, porzeczki ptaki objadły zanim się nadawały do zjedzenia, kalafiorów z 12 sadzonek dochowałam się 3 malutkich. Pomidory dają radę (na razie), ogórki udają że żyją ,dynie i kabaczki idą w liście . Ewidentnie 16-18 w dzień i 10 stopni w nocy nie pomaga. :( Brokuły dają radę i chyba (tfu tfu) będzie obficie. Cieszę się z tego co mam ale i tak zazdroszczę ,słońca najbardziej :) Pozdrawiam cieplutko z chłodnej i deszczowej Irlandii .

    • kanionek

      No tak, w tym roku mamy słońce, ale jak sprawdzałam zapiski z ubiegłego, to też ciągle padał deszcz, cały czerwiec był zimny, mokry i wietrzny, a pierwsza połowa lipca niewiele lepsza (jakoś na początku lipca mały huragan przewrócił nam starą robinię akacjową i poprzekrzywiał świerki, a w ogrodzie położył pokotem cały groch i co tam jeszcze). No i noce u mnie też nie rozpieszczają tropikiem – jeszcze wczoraj było 10 stopni, teraz jest 13. Tak więc u nas to czasem Irlandia, czasem Hiszpania, generalnie karuzela wrażeń i nigdy nie wiesz, czego się spodziewać, a to chyba nawet gorzej… Jak wiesz, że zawsze będzie u Ciebie umiarkowanie chłodno i z grubsza mokrawo, to stawiaj na marchew, seler i inne korzeniowe, a może i jakaś bardziej wytrwała odmiana arbuza by Ci się udała (mamy już polskie odmiany, które dobrze sobie radzą w nieafrykańskich klimatach).
      Porzeczki w tym roku – o dziwo – jeszcze wiszą, dojrzewają i nikt ich nie obżarł (nie licząc niższych pięter, bo kaczki już dawno zjadły to, czego mogły dosięgnąć, włącznie z liśćmi), może dlatego, że borówki bardziej atrakcyjne :D
      Z czterech drzew czereśni sadzonych 5 lat temu doczekałam się w tym roku… dwóch kilogramów owoców :D Ale spoko, dla mnie to wystarczy. Wy za to chyba nie macie znienackowych przymrozków wiosennych, jak my np. mieliśmy tu chyba 5 czerwca – półtorej godziny latałam po ogrodzie okrywając wszystko wiadrami i kocami, myślałam że mi nogi z dupy wyjdą, bo robiłam to już po ciemku, z latarką, śpiąca i zmęczona całym dniem pracy, a pomidorów w tunelu nie sposób było nawet okryć, bo już za wysokie urosły. Jedna taka noc wystarczy, żeby położyć połowę upraw, a niespodziewanki tego typu zdarzają się tu co kilka lat :-/
      Tak więc wiesz – wszęðzie dobrze, gdzie nas nie ma :D

  • Aliwar

    Ściągnęłam cię myślami bo miałam pisać ale jakoś się zeszło….
    Pierwsza myśl o kretach… a one ci ślimaków nie zjadły? Takie piękne sałaty … u nas zero kretów a ślimaków to niezliczone ilości. I susza taka ze płakać mi się chce. Wszelakie deszcze omijają nas od dawna . Rachunek za wodę jak zobaczę to zawału dostanę ale co robić ….

    • kanionek

      Ja też o Tobie myślałam, właśnie pod kątem ogrodu, bo u nas też susza! Przez dwa miesiące padało dwa razy, deszcz jest co jakiś czas prognozowany, ale nie pada :D
      Krecik zje ślimaka tylko z przypadku, bo nie to, żeby gardził oślizgłym mięsem, tylko ślimak rzadko ma okazję wpaść do tunelu 30 cm pod ziemią. Za podstawę pożywienia ma więc dżdżownice i pędraki, ale jesli trafi na gniazdo jakiegoś gryzonia, to młode też mu opędzluje. Generalnie niemal non stop musi żreć, żeby przeżyć.
      Sałaty rzymskie jakoś lepiej odpierają ataki ślimorów, ale gdyby więcej u nas padało, to i rzymskie by oberwały, a i urodziwe są i imponują wielkością, to fakt. Teraz jak zrywam jedną główkę, to połowa liści idzie dla kaczek, bo taka wielka kobyła całą półkę w lodówce zajmuje :D
      Ja rachunku za wodę nie dostanę, za to muszę dygać z wiadrami wody albo ze stawu, albo studni na deszczówkę (jak się domyślasz, za dużo to jej tam obecnie nie ma), zwłaszcza do tuneli, bo na cały ogród to bym wymiękła i prędzej żylaków na mózgu dostała, niż podlała wszystko jak należy. Tak więc los selerów, których mam sto sztuk, jest pod znakiem zapytania. Było mokro po zimie, grządki mam uczciwie zaściółkowane, ale cała ta woda jakby gdzieś odpłynęła. Oczywiście za wszystko winą obarczam krety.

      • Aliwar

        Dokładnie ….. tez podlewam szklarnie i ogórki a reszta sporadycznie coś dostaje i w ilości takiej ze na głodzie cały czas jedzie. Żal patrzeć na zwiędnięte warzywa ale to trzeba by cysternami lac żeby zastąpić deszcz. Na wiosnę kwiaty owoców przemarzły zero śliwek jakieś pojedyncze jabłka się zostały , orzech przemarzl odbił ale owoców w tym roku nie będzie. Cóż będziemy jeść sałaty cały rok. Teraz trzeba siać na zbiór jesienny do gruntu a pod koniec sierpnia te zimujące i na uprawy szklarniowe jesienno zimowe. Jesienią ślimaków trochę mniej i sałaty nie idą w kwiat wiec naprawdę warto.

        • kanionek

          U mnie kolejna partia rzymskich wschodzi, ale posieję jeszcze miks masłowych, gdy mi się gdzieś miejsce zwolni. Ja z kolei nie mogę patrzeć, jak kolejne cebule umierają i nie wiem, czy ratować, w sensie wyrywać, te które jeszcze nie wyglądają na chore, ale z kolei nie mają się ku dojrzałości zbiorczej, czy czekać, łudząc się, że nie wszystkie diabli wezmą. Czosnek już wczoraj wyrwałam, choć to jeszcze wcześnie jak na wiosną sadzony – 50 ze 140 wsadzonych sztuk nadaje się do spożycia, reszta z objawami zgnilizny. W przyszłym roku to ja nie wiem, co będzie. Nawet na materiał siewny się ten zebrany czosnek nie nadaje, a nawet nie wiem, jak długo mi się przechowa.

          Wczesną wiosną sypnęłam w foliaku dwie garści nasion rzodkiewek, póxniej nie chciało mi się jej przerywać, ale wody w ziemi po zimie było jeszcze tak dużo, że wszystko rosło nawet w tym gąszczu i autentycznie na wiadra te rzodkiewki liczyłam (folię miałam zdjętą na zimę) i już po dwóch tygodniach nie mogliśmy na rzodkiewkę patrzeć. Tak więc woda najważniejsza :-/

          (PARDON WSZYSTKICH ZA LITERÓWKI – JA JUŻ NIC NIE WIDZĘ, POWINNAM ZMIENIĆ OKULARY).

  • kapka

    O matko i córko! Jeże? I tak bez słowa wyjaśnienia?
    (Ależ jestem rozkoszna, tak to siedzę w szafie i się ukrywam, a jak już wychynęłam to od razu z pretensją 😁).
    Też kiedyś mieliśmy w domu jeża, ale Pigmeja.
    A tak w ogóle to super, że jest nowy wpis, ja już z tęsknoty zaczęłam ponownie czytać wszystko od początku. Dobrze zobaczyć Irenę – super wygląda, cieszę się bo myślałam o niej jak czytałam ostatnio jak do Ciebie trafiła, jako młoda i dzika kozica.
    A co do kretów to jest to moja wstydliwa tajemnica (dlatego pieję o tym bezwstydnie) gdyż kiedyś (ale już jako dorosła osoba) myślałam, że one są wielkości zająca 😁 A to wszystko przez tą bajkę o Kreciku – zając i kret były tej samej wielkości. Pomyśl co by było jakby takie mutanty Ci grasowały w ogrodzie😉

    • kanionek

      No nie, na takie mutanty to już tylko propan-butan :D Nie wyobrażam sobie wpychania w ziemię pułapki zdolnej pomieścić kreta wielkości zająca!
      A z jeżami to taka historia, że kiedyś napomknęłam pani Łosiowej, że w sumie przydałby mi się taki pożyteczny jeżyk w ogrodzie, ale jak tu 13 lat już chyba mieszkamy, tośmy jeża jeszcze nigdy nie widzieli (za to jak mieszkałam w Gdańsku, to jeże spacerowały po chodnikach i ulicach). No i pani Łosiowa bardzo to sobie wzięła do serca :D Podrzuciła mi te jeże z całą wyprawką i mówi, że jeśli mam warunki, to jednego mogę wypuścić do ogrodu, a resztę na “wolność”. Zaraz będę zgłębiać temat jeży, a raczej tych “odpowiednich warunków”, bo nie chcę, żeby jeż był u mnie nieszczęśliwy ;)

  • Ania B.

    Bardzo się cieszę i senkju za nowy wpis… Ale pytanko mam… czy tylko ja nic nie wiem o kamiennym lwie pokrytym mchem, który występuje w powyższym wpisie ? Walkę z kretem znam z autopsji, u mnie pomógł łowny kot , naprawdę, wymordował kreciki – od 2-3 miesięcy mamy spokój… Całuski, u nasz – (zachodniopomorskie) – tesz susza :-(

    • kanionek

      No jak nie wiesz, jak te lwy są tu dłużej niż my?! One nas tu przywitały, gdyśmy jeszcze byli piękni i młodzi (i one też – miały komplet uszu i zero mchu na pysku), na bank są na co najmniej kilkunastu fotkach na blogu.
      Moje koty kiedyś też były łowne, a teraz są jak decyzje z urzędu – odmowne. Odmawiają wysiłku fizycznego :D

  • agniecha

    Hm, hm, proszę Kanionka, to ja jestem już po tych wszystkich przejściach, i powiem Ci, że tak jak ogólnie pokojową z natury osobą jestem, tak za każdym razem, gdy nasza słodka kociunia przywleka na wycieraczkę zwłoki karczownika, to ja się autentycznie cieszę.
    Bo u nas pod ziemią panują od lat karczowniki, i ja ich bardzo nie lubię, z powodów które opisałaś w stosunku do kretów, ale z powodów odmiennych też, bo one wpiendralają moje warzywa, i po wypróbowaniu wszystkich możliwych sposobów, które też opisałaś, i totalnej frustracji, której opisać się nie da, postawiliśmy na ziemi podwyższone grządki, z tym że od dołu obite gęstą stalową siatką. No i od 2 lat moje warzywa korzeniowe mają korzenie, wyobrażasz sobie? Wcześniej miewały głównie nać, a i to zazwyczaj przywiędłą.
    Takie to życie w zgodzie z naturą.
    A wydrążone dynie też są wkurzające, dlatego jak już się pojawiają, to je układam na kawałkach desek, i wtedy te myszki puchate do nich nie włażą. Natomiast nasza szklarnia stoi na fundamencie betonowym, dość głębokim, i widzę, że korytarzowym się nie chce podkopywać.
    Pozdrawiam Cię serdecznie, a krety nie.

    • kanionek

      Ooo, Pani… Karczownika to ja nie zazdroszczę. Nie sądzę, żeby złapał się w rurkę, bo raz że to gryzoń, a gryzonie są sprytne, a dwa, że nie jest prawie ślepy jak kret. No i fakt, nie zamieniłabym się z Tobą. Już chyba wolę 500 kretów. Oprócz warzyw wpeirdalają też wszelkie pyszne korzonki, więc można się pozbyć drzewek, krzewów, winorośli… Pozdrawiam Ciebie, a na karczowniki spluwam z klątwą i obrzydzeniem!

      • agniecha

        Spluwaj obficie, może to coś da. Kiedy załatwiły mi kolejny krzak róży, to się poryczałam z bezsilności. Dlaczego, pytam się? Nie mogą żreć czegoś innego? Pokrzyw, chwastów?

        • kanionek

          Ja sobie to pytanie zadaję odnośnie wszystkich szkodników :-/ Absolutnie wszystkiego dokoła jest pełno, w sensie chwastów – dorodne, bujne, zielone, soczyste, to nie, jak trzeba przekąsić, to koniecznie czymś z mojego ogrodu. Wczoraj wieczorem zebrałam garść małych, nagich ślimaków z kępy aksamitek – to już nawet sałata jest smaczniejsza, a one się uwzięły na moje kwiatki.
          Próbowałaś metod, ekhem, bardziej radykalnych, jak jakieś pułapki-martwołapki?

          • Agniecha

            Eee nie. Kot je je.

          • kanionek

            Nie no, nie miałam na myśli żadnych trutek, tego to sama bym się bała. W sumie dobry kot to też taka martwołapka.

        • agniecha

          No i jaka ekologiczna martwołapka!
          Tyle że nie da się ustawić na same karczowniki. Wczoraj wieczorem były zabawy z nietoperzem. Musiałam interweniować, za późno, ale co zrobić. Czy nietoperz z dziurą w skrzydle może latać?

          • kanionek

            “Tyle że nie da się ustawić na same karczowniki” – No fakt, ten wynalazek wymaga jeszcze kilku usprawnień, ale niechętnie poddaje się modyfikacjom charakteru :D
            “Czy nietoperz z dziurą w skrzydle może latać?” – Pojęcia nie mam… Może to zależy od wielkości uszkodzenia powierzchni nośnej.

  • -EW

    Kanionku! Jak to dobrze że Ty piszesz. I że tak dobrze!

  • kapelusznik68

    O wciórności! Tak sobie myślałam, że jak kanionek nie pisze to musi mieć jakieś inne absorbujące rozrywki. Dobrze, że znalazłaś trochę siły i czasu dla nas pomiędzy jedną eksmisją kreta a drugą. Zamierzam się dołączyć do kolejki serów i nie będę puchła ze złości. Piękne zdjęcia, już sobie zapisuję na przyszły rok do kalendarza więc zamieszczaj, żeby było w czym wybierać. Ja tylko proszę jeszcze o zdjęcie Lasera, wiem emeryt ale nie cha ma swoje miejsce.

    • kapelusznik68

      I jeszcze mam pytanie. Czy biegusy w umaszczeniu kaczki krzyżówki to tak mają? Czy był jakiś mezalians? Wybacz ignorancję.

      • kanionek

        Raz na jakiś czas któryś z kaczorków przybiera barwy identyczne z naturalnymi :D Ale co ciekawe, zmienia szatę na zimę i już nie wygląda jak krzyżówka na szczudłach, a potem na wiosnę znowu się przebiera. Takie z nich fircyki.

        • kapelusznik68

          O, jakie szelmy, filutki! A mówią, że to kobiety lubią się stroić. I faktycznie wyglądają jak krzyżówki na szczudłach i to pretendujące do baletu narodowego. I jak filuternie zerka okiem do zdjęcia. :)

          • kanionek

            Biegusy to jest cyrk na kołach, uwielbiam te kaczki, one często urządzają sobie pogaduszki w większym gronie, debatują i się sprzeczają, kiwając głowami jak najęte, i Małyżonek mówi, że im to naprawdę rąk brakuje do gestykulacji :D

    • kanionek

      A weź… Tych rozrywek to jakoś nigdy nie brakuje. Zimowe utrzymanie Pacanka kosztowało nie tylko fortunę, ale i kupę zachodu, a potem to wiadomo – jak nie drzwi idące do lasu, to atak kreta, ogród był zimą zalany, aż miejscami ziemia śmierdziała zgnilizną i wszystkie dżdżownice z miejsc zalewowych spiędroliły (do tego kaczki wszystko przeryły, więc na dnie jeziorek wody powstał osad z piasku – musiałam częściowo ziemię przekopać, żeby odetchnęła i się z tym piaskiem na powrót połączyła), a jak nie to, to co innego. Teraz jest susza i dymam z wiadrami wody, ale zimą co drugi dzień mieliśmy wypompowywanie wody z piwnicy (też nie bezobsługowe, ale już mi się nie chce nawet o tym marudzić), potem będą huragany, smoki i może jakaś asteroida ;)

      Kurde, Lasera to nawet mam z czerwca albo i lipca, nie wiem czemu się nie załapał, nadrobię ten błąd.

      • kanionek

        Dorzuciłam na końcu wpisu.

        • kapelusznik68

          Laser! Jak się podstępnie skrada na jednym zdjęciu. Czas jest podstępny. Niestety ja pożegnałam ostatnio swoją koteczkę, miała 19 lat. Życzę Laserkowi dużo zdrowia.

          • kanionek

            Och, współczuję. 19 lat to ładny wiek, a jednocześnie 1/3 lub 1/4 ludzkiego życia…
            Laser się tak przemyka, próbując z nikim w nic się nie wdawać, tylko szybko załatwić swoje sprawy i siup – pod kołderkę. Zimą leczyliśmy u niego zapalenie okostnej, zęby mu się psują okropnie, ale nikt się nie podejmie zabiegu usunięcia pod anestezją, bo mówią, że za duże ryzyko zejścia. Ja już sama nie wiem, czy takiemu zwierzakowi lepiej jest żyć z np. bólem czy ciągłym dyskomfortem, czy może jednak, gdyby podjąć ryzyko usunięcia problemu, to nawet gdyby zasnął i się nie obudził, czy to nie byłoby lepiej? Nie wiem.

          • kapelusznik68

            Biedny Laser. My leczyliśmy zęby pod narkozą, nawet jak miała 18 lat. Weterynarz drżał ale nie było wyjścia bo zrobił się ropień. Właściwie to nie było leczenie tylko usuwanie. Potem miała odloty po narkozie. Ale dała radę. Nie dała rady katarowi i kolejnemu ropniowi. To była nasz decyzja i już zawsze się będę dręczyła czy nie można było jeszcze czegoś zrobić. Ale jako alternatywę mieliśmy jeszcze smierć z głodu i odwodnienia bo nie pobierała pokarmu. Takie to smuteczki spotykają jak się bardzo przywiązujemy.

          • kanionek

            Wiem jak to jest z tym zadręczaniem się – nieważne, czy zwierzak żył tyle, ile ustawa przewiduje, czy dłużej, i tak zawsze chcielibyśmy, żeby jeszcze trochę…
            Ja też jestem w rozterce, bo Laser ma wiele takich dni, kiedy ewidentnie humor mu dopisuje (np. dzisiaj nawet na łąkę poleciał ze wszystkimi psami, gdyśmy kozom siano zawozili) i myślę sobie, że skoro jeszcze jest nieźle, to może faktycznie nie warto ryzykować, a potem oczywiście myślę, że a może jednak należałoby? A jeszcze potem, że równie dobrze możemy mu wyrwać pół szczęki zębów, a on za miesiąc zapadnie na coś nieuleczalnego, więc może po prostu go nie męczyć? A potem znowu, że to, lub tamto. Nie zawsze da się podjąć dobrą decyzję.

  • wy/raz

    O Jeżu! Ale się dzieje.

    Pacanek przypomina mi Alfa, czy on się już na tyle przestał interesować płcią odmienną, że zaniechał perfumy? Bo jest jakbyś wyjęła go z kąpieli i wyczesała. Szkoda, ze nie widziałam Twojej miny w korytarzu.
    Zwierzyniec jak zwykle cudowny, kaczuszki to chyba mogą robić za antydepresanty, jeżyki też. Fukają?
    Ogród śliczny, pomimo kretów widać obfitość. Z ogórkami ryzyk-fizyk. Może chłodne noce im przeszkadzają? Jak nie potrzebujesz miejsca daj im szansę. Mam nadzieję, że winogron pomimo Pacanka uda się spróbować.

    • kanionek

      Spróbować to mi się udało już w ub. roku – były przepyszne, ale strasznie mało, a w tym roku mnóstwo kwiatostanów i właśnie dlatego tak pomstowałam, widząc ogolony krzak… Teraz już nawet wiem, że furtkę zamknęłam, ale tylko na haczyk, a wczoraj wieczorem będąc na szczęście w ogrodzie widziałam, jak Pacan wspina się po siatce furtki i odpychając się kopytami powoduje odskoczenie haczyka, więc dodatkowo zamykam furtkę na łańcuch :D
      Perfumować się na razie nie ma potrzeby, bo dziewczyny są w okresie bezrujowym, ale co będzie na jesieni to nie wiadomo (nie był kąpany, ale czesany to i owszem). Chodziło mi o to, że nawet jak mu wpuściłam 5 koleżanek na podwórko, to on sobie poszedł dokładnie gdzie indziej, jakby już się nie identyfikował z gatunkiem ;)

      Jeże fukają jak pojebane! Non stop, chyba że śpią. Fukają na mnie, na siebie nawzajem, a czasem tak dla treningu i draki. Klatkę, w której tymczasowo mieszkają, nazwałam Fukuszimą :D
      Ogórki zostają, posiałam im przed twarzą koperek, ale zanim wzejdzie, to już powinny być kilka pięter wyżej, a dodatkowo będą miały motywację do wspinania się, żeby mieć światło ;)

      • Willow

        Tak apropo jeży, są słodkie jak cukierki ale cholerne bałaganiarze. U mnie się zadomowiły w ogrodzie odkąd pies za Tęczowym Mostem i jak do tej pory kochałam to tera mnie wkur.. denerwują znaczy się. Stołują się w kocim kącie czyli pod samymi moimi drzwiami i za przeproszeniem srają wszędzie. Kot się nie załatwi w pobliżu sypialni i jadalni a te skurczysyny robią w kocim domku, na wycieraczce i w kociej misce z jedzeniem również. Masakra

        • kanionek

          Aaa! A jak wyglądają jeżowe gówienka? Pardon za tę koproinwigilację, ale od ub. roku coś, coś skrytego i nieuchwytnego, zostawia mi na ścieżkach, w ogrodzie, na betonie pod domem, takie odchody, które do nikogo ze stałych i znanych mi bywalców nie pasują, ale ten zwierz musi być nocny, bo nigdy go nie widziałam. Na bank nie gryzoń, ani kot, ani ptak. A w ogrodzie te jeże – oprócz srania gdzie popadnie, co obserwuję również u moich podopiecznych – robią Ci jakieś szkody? Depczą sałatę, urządzają zakrapiane balangi, wynoszą narzędzia na złom…?

          • grazalpl

            Dlugie, plaskie zielnawe i bezksztaltne.
            Moj domowy jeż tak sral….. i wszedzie……

          • kanionek

            A, to te u mnie w różnych kolorach, czasem głęboka zieleń, czasem czekolada, ale idealnie walcowate, długości około 5 cm, i też wszędzie.

        • Willow

          U moich też takie raczej walcowate i ciemne, jakby tak dokładnie…jakby mały piesek miał raczej luźną kupę 😂 to chyba zależy co żrą, moje się pasą na suchej karmie podwórkowych kotów . Oprócz bałaganu żadnych szkód nie robią, podejrzewam że mają coś wspólnego z brakiem ślimaków i innych paskud

          • kanionek

            Szukałam w necie zdjęć poglądowych z podpisami “czyja to sprawka”, i niby te jeżowe sprawki mają być jak gdyby lekko skręcone, a te u mnie nie są :D Być może nigdy nie dowiem się, co mi po nocach tupta po włościach, jeśli to nie jeż.

  • Leśna Zmora

    Kanionek! Nareszcie!

    Nowi lokatorzy bardzo zaskakujący. Bym się szybciej spodziewała krówki (Irena by jakoś musiała przeżyć) albo jakiegoś nowego gatunku drobiu (perliczki? Indyki?). Chociaż z drugiej strony – Pani Łosiowa mogła przywieźć małego łosia, a to tyyylko jeżyki ;) .

    Wielkie nieszczęście z tą chorobą cebulowych. A może dałoby radę je uprawiać w podwyższonej grządce? Z jakąś barierą antykrecią i antygrzybową na dole (na kreta siatka da radę, z grzybem gorzej…). Tylko inna kwestia żeby to nie była skórka niewarta wyprawki…

    Kózki są śliczne i aż z nich szczęście promienieje. I jak ich duuuużo! Kto to jest taki łaciaty jak krowa (ale mocno biały) i długowłosy na filmie z nowego pastwiska? Czy to jakaś potomkini Irenki?

    Buziaki dla całego Kanionkowa. No oprócz pszczół i jeży ;)

    • kanionek

      Jeśli podasz, które zdjęcie masz na myśli, np. licząc od góry (licząc wszystkie zdjęcia, nie tylko kozie), to będę w stanie odpowiedzieć :D Z łaciatych mamy Miki, Syrenę, Czesia, Łatkę, Gnidę (choć to zależy, co rozumiemy przez łaciate…, bo Łatka i Gnida są bardziej w ciapki :D), no i synalka od Lucka, ubiegłorocznego kastrowanego koziołka. W ogóle mamy aż 11 młodych z ub. roku, bo nie znalazł się nikt normalny, żeby je kupić. EDIT: przejrzałam fotki i myślę, że jednak chodzi Ci o Syrenę :) Ona jest taka prawie na pół biała, a na pół ciemnobrązowa. Jest córką Czesia i ma już 5 lat.
      Podwyższana grządka to jest jakaś myśl, ale: skąd ziemię wziąć? Nie mogę z ogrodu. Ile lat z rzędu można w niej sadzić cebulowe? Pewnie nawet dwa razy byłoby za wiele. No i chwila roztargnienia wystarczy, żeby w tej nowej ziemi pogrzebać starą motyką, czy grzyba przenieść na rękawiczkach… Ech. Chyba jednak niewarta ta skórka łupinki od cebuli :d

      • Leśna Zmora

        Ostatni filmik, 6:25 jest z przodu. Może to i rzeczywiście bardziej ciapki niż krowie łaty…
        A to może w tym problem, że szukasz normalnych ludzi do kupienia kóz. Ilu znam koziarzy, to im do normalności zdecydowanie daleko ;P .

        Ja mam “ogródek warzywny” na tym co z obory wydłubię (przekompostowany obornik z głębokiej ściółki). W zeszłym roku cukinie całkiem ładnie wyrosły, w tym niestety wszystko pizło z przyczyn życiowych, ale zielsko jest takie, że się mogę schować :P . Muszę się jeszcze mojej rodziny zapytać, ale mam wrażenie, że ich podwyższone grządki to też w większości albo i całości na oborniku od moich kóz.

        • kanionek

          Aaa, to Gnida, niegdyś Ida, ta co za dzieciaka miała tylko znaczek Nike na karku, a potem się złatkowała :)
          “Normalnych” w tym sensie, że nie takich, co chcą kozę (JEDNĄ) na łańcuchu trzymać, żeby im strzygła podwórko, czy takich, co chcą zabawkę dla dzieci, jak również nie troglodytów, co przyjeżdżają po kozy z workiem i sznurkiem :-/

  • Becia

    Dawno temu w Gardeners Word w TV prowadzący Monty też miał ten problem z cebulowymi. Potem przez kilka lat sadził je tylko w pojemnikach w ziemi przywiezionej z zewnątrz. I nawet odrębne małe grabki miał do tego pojemnika.

    A tak ogólnie to ile teraz kózek bytuje w Kanionkowie? 3 kozły- Pacanek, Bożydar i Lucek ( nie mylę się?) Półkozły;) Andrzej i młody po Lucku. A kózek ile? Stado biegnąc wygląda na stukozie, ciągnie się i ciągnie…. i podziwiam Cię Kamionek, szczerze. Że też Tobie się chce przy takiej ilości roboty w obejściu jeszcze ciasto makaronowe na lasanię robić.. ja przy Tobie to leń śmierdzący jestem. W ogóle śpisz czasem? ;)

    • kanionek

      No tak, ale jakie ilości on sadził? 140 czosnków i około 500 sztuk cebuli w pojemnikach – jakoś słabo to widzę… A z kolei sadzić parę sztuk, żeby mieć na miesiąc, to chyba szkoda zachodu.
      “Młody od Lucka” to syn kozy (dziewczyny) imieniem Lucek :D
      Łącznie wszystkich jest 47, z czego połowa pracujących. No ale co zrobić? Przecież ich nie zjem :(
      A wiesz, że ten makaron na lazanię to się robi bardzo szybko, szybciej niż później te warstwy, albo choćby sos beszamelowy. No i w sezonie jest bez wygibasów, bo bym na pysk padła ;)

      • Becia

        47.. no ładnie, niezłe stadko. Mleczność tej pracującej połowy bez zakocenia w zeszłym roku się utrzymuje? Mam znajomą , która w naszym mieście trzyma w ogródku ( fakt że 1,5 ha) 3 kozy. W tym roku też nie zakacała bo nie ma co zrobić z młodymi, choć ona nie ma oporów żeby komuś sprzedać na pieczeń choć sama swoich nie zje. I mówi że mleka wcale nie ma mniej. I nawet młoda kózka z zeszłego roku bez rodzenia mleka dostała i zdaja ja lekko bo wymię jak balon. Kozy to jednak dziwne są…

        • kanionek

          Jakem już we wpisie wspomniała, mam jedną trzecią tego mleka, co miałam w ub. roku, więc zdecydowanie nie można powiedzieć, że “mleczność się utrzymuje”. Powiem więcej: część naszych sprawdzonych i największych producentek, jak np. Czesio, wielka krowa, nie chcą się w ogóle rozkręcić i dają pół szklanki mleka na dobę, i co im zrobisz? Mam im opowiedzieć o Twojej znajomej, która ma inaczej? :D
          U nas też ubiegłoroczne młode weszły w laktację, o ile tak to można nazwać… Np. córka Miki, zwana Kościołkiem (nie pamiętam już, dlaczego, oczywiście Małyżonek ją tak ochrzcił), daje oszałamiające 100 ml dziennie, a do tego dziurki w strzykach ma tak małe, że dojarka ledwo ciągnie (a ja ręcznie doję z niej te pół szklanki trzy razy dłużej, niż 1,5 l. mleka z innej kozy). Mleko ma też Szakura, córka Tereski, ale jej nie będziemy w tym roku obciążać dojeniem, bo ona i tak nie ma lekko (ma skrzywienie kręgosłupa w odc. szyjnym, powstałe na skutek tego, że jakieś zołzy ją pokiereszowały w ub. roku, jest naszym dzieckiem specjalnej troski), a nawet gdybyśmy chcieli, to też nie spodziewam się z niej bób wie ile urobku.
          I tak to wygląda, że NAPRAWDĘ, każda koza jest inna, nawet dwie siostry będą dawały inną ilość mleka każda, nigdy nie wiadomo, która będzie producentką, a która pijawką. Kto nie miał 50 kóz, ten się nie dowie, bo jak masz dwie lub trzy, to fuksem akurat wszytskie mogą być mleczne przez 5 lat z rzędu bez kocenia (mamy np. taką Gwiazdę, która od czterech lat nieprzerwanie jest w laktacji, doję ją zimą ręcznie). A kto ma większy przekrój, ten wie, że np. niektóre się zasuszą przed zimą, i choćby skały srały, to ich nie zmusi do dawania mleka non stop. Będą też takie, które nie dadzą się zasuszyć żadnymi spoosobami. Kozy są NIEPRZEWIDYWALNE, kropka.

  • Becia

    Ooo Laserek:) Mordka mu posiwiała. Chyba już staruszek jest. O ile pamiętam to on chyba jeszcze miastowy był. To tyle lat temu było…

  • Becia

    A wiesz Kamionku, może i ja niedługo zostanę wieśniaczką. Niespodziewanie pojawiło się w mojej okolicy kilka ofert siedlisk w naszym zasięgu finansowym a ja już dłużej nie chcę czekać na to idealne siedlisko pod lasem,za 5 zł oczywiście, o którym marzy mój chłop. Gdybyś mogła cofnąć czas to na co zwróciła byś uwagę kupując dom na wsi.? Co najbardziej Wam uwierało przez te kilkanaście lat a czego w ogóle się nie braliście pod uwagę? Ja na razie ustawiłam sobie wymóg lokalizacyjny że względu na pracę męża i żeby dom nie był za duży bo to i koszty remontu i utrzymania. No i żebym od sąsiadów to te choć 100m miała. I tak se dumam..

    • kanionek

      Ooo, kochana, milion rzeczy! Droga dojazdowa, ujęcie wody, piwnica i możliwość jej zalewania, stan stropu i poszycia dachowego, ogrzewanie, wiek instalacji elektrycznej, i jeszcze mnóstwo innych, których tak z czubka głowy nie podam, ale jak mi się przypomni, to dopiszę.

  • grazalpl

    Oj slicznosci wszystko!
    Ptasze piekne i dzikie i domowe, Pacanek emeryt no cudny!
    Piesy , koty pierwsza klasa😀
    Nie poddawaj sie z kurokezami !
    Ta rzodkiew wielkosciburaczkow, oj chyba posieje u siebie🤪🤪🤪
    Umieram z ciekawosci co to za nasiona, pisz smialo
    Och i te jeze, ty zawsze wszystko w obfitosci i badmiarze!
    Jeze sa super, zimowal kiedys u mnie jeden obsewowanie go bylo fascynujace😁
    Sciski i glaski dla wszystkich😘🥰😍

    • kanionek

      Taa, jeże są nienormalne! To znaczy normalne, ale mają bezwarunkowy odruch nerwowego podskakiwania i zwijania się w kulkę przy byle dotyku, czy podmuchu powietrza ;) Ręce mam dokumentnie pokłute, żadne rękawiczki temu nie zapobiegną, chyba że z azbestu, no ale ja mówię o takich, w których ma się jeszcze jakieś wyczucie tego, co się robi. Niestety zaś nie da się ich obsługiwać bezdotykowo, bo trzeba im sprzątać dwa razy dziennie, że nie wspomnę o wyjmowaniu z “gniazda” na czas karmienia – posiłki spożywają w plastikowej kuwecie (któ©a była niegdyś szufladą zamrażarki), gdzie również srają, sikają, wywalają żarcie z miseczek itd. Ale tak poza tym spoko – śpią przez większość doby :D
      Napiszę, tylko się ogarnę. Żadne dziwy, marychuaniny, poison ivy, czy inne meksykańskie kaktusy, ot – zachcianka kretynki z zaścianka ;)

  • Teatralna

    rany julek Kanionku, po pierwsze NARESZCIE !?
    po drugie musze na dwa razy brać takie teksty…po trzecie przepraszam ciebie najmocniej ale śmiałam się w głos…i co teraz ma mi być gupio?? doceniam fakt, że krety mają u ciebie łagodny wyrok wysiedlenia a nie zagazowanie, otrucie czy inne chujowe atrakcje. Ale ty jesteś Kanionek prawdziwy, dobry, wrażliwy i mądry człowiek …
    Jak ci można pomóc?
    a i jeszcze jedno, ja też się zapisuje do kolejki obojętnie na co, tylko czekam na sygnał.
    no i psy, kaczuszki, gęsiunie, kozy Wspaniałe. tylko jakoś nie widziałam owiec.
    Ściskam mocno i jeszcze wrócę.

    • kanionek

      “Jak ci można pomóc?” – Szybkim i wprawnym ruchem samurajskiego miecza, odcinającym mi głowę :D
      Wydawało mi się, że już dawno pisałam, że owce wyjechały na “wakacje all inclusive” do znajomego kilka km stąd, ale pewnie tylko w komciach, no i to było dawno.
      Nie zapisuj się, tylko lepiej maila wyślij, bo ja już mam takie dziury w głowie, że czasem coś mi jedną wpada, a drugą wylata :D

  • kapelusznik68

    A tak a propos jeżyków. Na facebooku jest prężnie działająca grupa Jerzy dla jeży. Pan Jerzy ma schronisko w Kłodzku, ale na pewno chętnie podzieli się swoją wiedzą na temat wychowania i wypuszczania jeży. Bo to też chyba nie jest takie oczywiste.

    • kanionek

      Dziękuję, ale głównodowodzącą w sprawie tych jeży jest pani Łosiowa – ona pewnie z 15 takich rocznie odchowuje i wypuszcza. Już mi nawet mówiła, że najpierw będziemy je ważyć (ja i tak je co kilka dni ważę, bo MUSZĘ wiedzieć, czy tyją :D), odrobaczać (na razie zostały odpchlone i odkleszczone), takie tam ;)

      • kapelusznik68

        Czyli są w fachowych rękach. To fajowsko bo jeże są słodkie i pożyteczne. Tylko żyjąc blisko ludzi narażone na wiele niebezpieczeństw i niekoniecznie tych w grupy selekcja naturalna. Ty masz pieski to jeże mogą się trzymać z dala w dzień a przychodzić w nocy bo wtedy pewnie psy są w domu. Jeż widziany w dzień to jeż chory albo samica z ukrytym gdzieś gniazdem. Więc w sumie dobrze, że ich nie widzisz nawet jak są w okolicy.

        • kanionek

          Znakomita większość zwierząt jest słodka, nie ma się co fiksować akurat na jeżach ;)
          A że odkąd człowiek się mocno zurbanizował i uprzemysłowił, to wszystkie zwierzęta mają mniej lub bardziej przesrane? Nie poradzisz. Jasne, że trzeba pomóc, gdy się tylko da, ale ze świadomością, iż nie widzimy nawet jednej setnej tej zwierzęcej krzywdy oraz tym, że same sobie te zwierzątka kochane też urządzają różne masakry – jednego kreta to na włąsne oczy widziałam, jak myszołów rozszarpywał na strzępy, oczywiście żywcem. Część gatunków ma to ryzyko wliczone w cenę biletu na życie – rodzą więcej młodych, bo część z góry jest skazana na szybką śmierć. Tak sobie kiedyś myślałam, że gdyby człowiek odwalił jakąś totalną manianę i całkowitą zagładę własnego gatunku, to pewnie nieprędko znowu by się tak ewolucyjnie złożyło, żeby zaczął istnieć na nowo, ale reszta zwierząt pewnie by się “odrodziła”.
          Tak, psy w nocy śpią w domu, ale jeży na podwórko specjalnie bym w życiu nie wypuściła, jak już to w lesie, a jeśli zdecyduję się urządzić jednemu mieszkanie w ogrodzie, to do ogrodu ani psy, ani koty wstępu nie mają, ale muszę to sobie jeszcze przemyśleć, bo jednak ogród jest terenem zamkniętym, a może ten jeż wolałby długie spacery, niekonicznie w kółko?

          A tak w ogóle to jestem w szoku, jak szybko te kolczaki rosną! Będzie im dziesiąty dzień u mnie, a dwa z nich zwiększyły masę o 100%. Dwa pozostałe, mniejsze na starcie, też gonią :)

  • kanionek

    KURŁA, ludzie, trzymiejcie mie, bo nie strzymie! Po raz kolejny ta krecia morda podkopała mi się do Świątyni Pomidora. Już nie mam sił, psychicznie wymiękam. Pomidory w tym roku są bajeczne, po około 30 owoców na krzak, papryki zawiązują owoce, a teraz znowu wykopki! Miesiąc temu likwidowałam większość korytarzy i długo był spokój… To już osiemnasty delikwent do złapania, ale jak tylko wsadziłam rurkę do jedynego dostępnego korytarza, to po godzinie już była zapchana ziemią. GRRRRRRRRRRRRRRR!

    • Teatralna

      )))))))))))) chyba cię te krety lubią, niestety.

      • agniecha

        Posadzić pomidory w donicach w szklarni?
        Jak znam życie, poniewierają Ci się jakieś donice i wiadra po obejściu.

        • kanionek

          No tak, jeszcze donice w szklarni, jakby roboty ze wszystkim było za mało :D Donice musiałyby być pewnie co najmniej dwudziestolitrowe, weź pod nie dołki kop…
          A do tego podwyższane grządki, żeby doinwestować siatką nierdzewną i żeby jeszcze więcej wiader z wodą targać do ogrodu (grawitacja jest bezlitosna). PO MOIM TRUPIE.
          A najlepsze, że nawet gdybym włożyła w to wszystko kupę czasu, pracy i pieniędzy, to za rok lub dwa okazałoby się, że krety z jakiegoś pwoodu zniknęły, a pojawiło się coś innego, na co donice i inne zasieki nie pomogą. Tak już jest, że każdego roku jakaś zaraza… Może choć orzechów laskowych pojem, bo mój Olbrzym z Halle w tym roku postanowił obficie owocować (też 5 lat po posadzeniu), no chyba że robaki zjedzą :D

          A tak już bardziej serio: myślę, że pomidory sobie poradzą, jeśli nie wszystkie, to chociaż część, a krety muszą zostać wyeliminowane, bo nawet gdybym pomidory sadziła w donicach, to co z resztą ogrodu, wybiegiem dla kaczek, a nawet podwórkiem…? Wczoraj odkryłam tunel prowadzący pod koziarnię! One będą się mnożyć, te krety, i wkrótce nie będzie tu skrawka ziemi nieprzerytej. Moim skromnym zdaniem środki doraźne tylko mi zaszkodzą na dłuższą metę. Kreci naród musi zaliczyć exodus do “jak najdalej stąd”.

      • kanionek

        Przede wszystkim lubią moje bogate życie wewnętrzne, to wewnątrz ziemi :D W tunelu się świniak nie nażre, bo tam dżdżownic jak na lekarstwo, ale ma dzięki tym korytarzom drogę na skróty do kaczek i na zagon z arbuzami za poliwęglanem, a dziś zaczął dodatkowo ryć między jabłonkami, gdzie zaściółkowałam na grubo kozim obornikiem, i tam pod tą ściółką to aż gęsto od dżdżownic. Mam nadzieję, że one rozmnażają się szybciej, niż on je zżera :(

    • Iza

      Próbowałaś wlać trochę maślanki albo octu w każdy kopiec? Patyk – dziurka – lejemy tak z pół szklanki, może ciut więcej…
      Popytałam znajomych biologów i ekologów, ale te metody, które oni znają, to się nadają do 10 m2 trawnika przed domem. Powiedzieli tylko, że w tym roku jakaś ogólna plaga, bo nie pierwsza pytam.

      • kanionek

        W każdy kopiec?! :D Sto litrów octu tanio kupię!
        Nie, Iza, odstraszanie nic nie daje, bo jak ocet przestanie śmierdzieć, to krety wrócą, nowych kopców potrafi się pojawić 20 dziennie, te wszystkie cudowne metody to bujdy na resorach i pobożne życzenia. Daleko przecież te krety nie pójdą. Pomijam już fakt, że jak wleję ocet w ziemię w ogrodzie, to zamorduję swoje własne uprawy.
        A dlaczego miałaby im przeszkadzać maślanka, to już pojęcia nie mam (maślanki też nie mam, co najwyżej serwatkę, a podlewanie roślin serwatką kończy się tak, że ściągają do mnie gryzonie w nadziei na odkrycie wielkiego magazynu sera w ogrodzie).

        • Iza

          Pewnie chodziło o to, że sfermentowana w upale maślanka odstraszy każdego. :D
          Z wrażenia sprawdziłam polskie ceny octu. Kurde, jak wyjeżdżałam, to kosztował niecałe 2 zł/litr, a nie 5, a to stanowczo nie było w poprzedniej epoce geologicznej. :(
          20 kopców dziennie, powiadasz? Hmmm… Chyba nie ogarniam wyobraźnią takich np. 2 tygodni. :(

          • kanionek

            “Pewnie chodziło o to, że sfermentowana w upale maślanka odstraszy każdego. :D” – W sumie racja :D Choć są wyjątki i znam takich akurat dokładnie siedem – im dłużej coś się gdzieś psuje, tym bardziej kuszące im się wydaje… :D
            Z kopcowaniem najgorzej było na przełomie maja i czerwca, gdy ta szajka wdarła się na mój teren, no bo musiały sobie te wszystkie autostrady i kręte uliczki pobudować. Teraz wykwita 1 do 3 dziennie, choć są na pewno miejsca, gdzie moje oko nie padło, ale to chyba głównie dlatego, że większosć drani wywiozłam na wczasy do gdzieindziej. Tyle, że serio, to lanie zapachowych “odstraszaczy” działa na chwilę, chwilunię tylko. Przeryłam fora i wielostronicowe wątki na ten temat – chlor, proszek do prania, ekstrakty z czosnku, wywary z peta, sikanie w kopce (serio!), a nawet – NAWET – wkładanie w korytarze łbów psujących się już ryb! Czego to ludzie nie wymyślą… I często było tak, że ktoś pisał “działa! Poszły sobie!”, a za kilka dni wracał na forum ze zwieszoną głową, bo krety też wróciły.

            Żeby tylko ocet – toć wszystko podrożało :( Kończy nam się owies i nie wiem, po ile będziemy kupować (żniwa tuż, tuż, jeszcze wszystko może się zdarzyć), ale w tamtym roku był dwa razy droższy od tego sprzed lat dwóch – to dopiero był szok… A z powodu suszy ceny siana też idą w górę (znowu), choć tu już akurat jest większa rozpiętość i jak się długo poszuka, pojeździ, podrąży, to można coś ugrać.
            Pamiętam, jak sprzedawałam jajka po 1 zł i to było drogo, a teraz znajoma mi mówi, że wiejskie po 2 złote. No to ocet chyba nie chciał być gorszy :D

        • Iza

          Popytałam jeszcze moich leśników. “Dwa młode, łowne koty powinny załatwić sprawę”.
          To może jednak ten ocet…? :D :D :D

          • kanionek

            :D :D :D
            No fakt, Kotek ma już ponad 9 lat, Jałowiec może trochę młodsza, ale zwierzęta, które przyjęły formę kuli, nie są zazwyczaj zbyt ruchliwe, Kupa jest szczupła i zwinna, ale nie w głowie jej robótki ziemne, woli się gapić na sroki i marzyć, że kiedyś taką dorwie… Czwarty i piąty kot są na etacie jako ciecie w magazynie owsa i innych pasz…
            Ale ocet to jednak wiesz, mógłby mi zakonserwować warzywa jeszcze przed ich zbiorem :D Ale tak serio: kot ma możliwość dopaść kreta tylko wtedy, gdy ten akurat wywala ziemię na zewnątrz, a i to nie zawsze, bo one starają się bardzo nie wychylać zanadto, więc przy mojej inwazji i biorąc pod uwagę areał, na jkim się te krety rozpanoszyły, to chyba 20 kotów bym potrzebowała, a może i to by było za mało :(
            Słowo daję, że ten osiemnasty kret musi być genetycznie zmutowany, ulepszony jakiś, bo tyle dni się za nim uganiam i NIC. Tylko ziemia w prezencie, nowe korytarze i wyciągnięty w moim kierunku środkowy palec.

            No i chyba naprawdę mam jeża (jeże?) w ogrodzie i na wybiegu dla kaczek, bo gówienka pojawiają się codziennie, ale tylko w nocy. I wczoraj wcześnie rano wydawało mi się, że z okolic bardziej zakrzaczonych słychać było ostrzegawcze fukanie. Ale w takim razie musiałyby być dwa jeże, bo nie ma szans, żeby jeden przełaził z ogrodu na wybieg i z powrotem – przez moje zasieki to już nawet co grubszy szerszeń ma problem się przecisnąć!

          • agniecha

            Pamiętam sielskie czasy dzieciństwa, gdy mój tato czatował z maczetą na krety na trawniku. Kiedy ziemia się ruszała, to on z szybkością światła wbijał maczetę w to miejsce i czasem trafiał. Samuraj jeden.
            Może to metoda dla was? Skoro koty nie? Jeno czasu trzeba mieć dużo i cierpliwości, oko pewne i rękę.

          • kanionek

            Tak, o tym sposobie też czytałam. Może się sprawdzać na trawniku przed domem, gdzie teren w miarę równy, trawa niska, wszystko widać jak na dłoni, ale nie w ogrodzie warzywnym, gdzie masz wszystko już obsiane/obsadzone i raz, że rośliny same zasłaniają to, co się tam wśród nich dzieje, a dwa – nie zadepczesz sobie własnych upraw, żeby walnąć w ziemię maczetą z niewiadomym skutkiem ;), no i kwestia właśnie czasu. Nie wiem ile godzin czatowania zeszłoby mi na 18 kretów :D Pasztedzik potrafi godzinami wpatrywać się w dziurę w ziemi i się nie doczekać.

          • wy/raz

            Mam taką myśl, że jakbym miała tą maczetą, to jednak ręka by mi drgnęła.

          • kanionek

            Powiem Ci, że wiele się zmienia w zależności od… poziomu wkruwienia ;) Mija chyba drugi tydzień, jak ten osiemnasty kret robi mnie w bambuko, a uparł się akurat na Świątynię Pomidora i arbuzowe pole za nią, no i jak dzisiaj zobaczyłam wybrzuszenia tuż pod papryką i sąsiednim pomidorem, a po lekkim odgrzebaniu ziemi z wierzchu oczom mym ukazał się kolejny tunel i korzenie papryki wiszące “w powietrzu”, to miałam takie wizje, jak wyrywam krecikowi czarne nóżki z czarnej dupy, kroję kadłubek na plasterki, grilluję i serwuję psom na podwieczorek ;) Wizje oczywiście się nie ziszczą, ale nie wiem… Może przede wszystkim dlatego, że ja tego drania nigdy nie złapię.

  • wy/raz

    O 5 rano w centrum było 20 C. Na szczęście trochę wieje. Cieszę się, że większość ogrodu mam w półcieniu. Ale i tak tragedia. Dwie burze w zeszłym tygodniu przeszły bokiem.

    A co do kupek jeży to dorosłe zostawiają takie bobki. Podłużne.

    • kanionek

      U mnie teraz 30 stopni w cieniu, w ogrodzie część roślin zwiesiła głowy ;) A jak trochę powieje, to jakby człowiek dostał w twarz ciepłym rosołem :D Za to krecik nr 18 szaleje, zadowolony, bo pod ziemią ma chłodek. Właśnie dziś przekopał mi świeżo obsiany zagon z koperkiem, zaraz będzie w fasolce. Świątynia Pomidora ryta wzdłuż i wszerz. To młody osobnik, tunele wąskie, ale robotny, że hej!

      • wy/raz

        No, wszak niedziela. Rosół musi być w wielu obejściach.

        • kanionek

          Czekaj, powiem kurczakom, co za herezje tu wypisujesz :D
          Rosół jest potrawą mityczną! Takie straszne rzeczy się nie wydarzają :D

          • kapelusznik68

            Może i się nie wydarzają, ale sama piszesz, że kurokezów jakby mniej. :P

  • Aga

    Kanionku, czy brałaś pod uwagę kupno pompy do wody? Takiej na benzynę, silnik jak w kosiarce? – Kosztuje 350 zł, można czerpać na długie odległości (nawet do 200 m) i podlewanie staje się wtedy fajne. Gdy czytam o tych wiadrach, to mózg mi się lasuje na myśl o Twym kręgosłupie. Serdeczności <3

    • kanionek

      Hej Aga :)
      Nie musi być na ciekłe paliwo ta pompa, no bo prąd to my mamy, a i pompę tłoczącą na wys. kilku metrów też (a to ze względu na konieczność wielokrotnego w ciągu roku wypompowywania wody z piwnicy), problem tkwi raczej w zasobach wody. Obecnie pompa z piwnicy wylądowała w starej studni na deszczówkę, z której mogę sobie wypompować kilkaset litrów, gdy spadnie deszcz, czyli np. dziś, bo w nocy trochę padało :D I tej wody używam do podlewania w tunelach, też wiadrami, bo tam to wiadomo, że deszcz nie pada. Ogród musi sobie radzić bez podlewania, bo wody w studni zasilającej dom może zabraknąć (generalnie jedno pranie, mycie urządzeń udojowych, zmywanie garów i umycie włosów w jeden dzień się uda, ale już dwa prania byłyby ryzykowne. Ze stawu podczas suszy też wolę nie kraść wody, bo lustro i tak opadło znowu dramatycznie, a nie chcę, żeby ta woda mi skisła (i tak zarasta makabrycznie zielskiem, nie wiem gdzie ta pompa musiałaby być zainstalowana, żeby się momentalnie nie zatkała; przydałyby się dzikie kaczki, ale one wpadają tylko na chwilę, albo przenocować). No i kwestia węża doprowadzającego wodę od źródła (jakiegokolwiek) do ogrodu – już chyba dwa klasyczne węże ogrodowe zostały podziurawione przez psy. Możliwe też, że po tych wszystkich latach kombinowania, strat wyrządzonych przez kochane zwierzątka (jak niegdyś pompowałam wodę ze stawu, to trzeba było pilnować, żeby kozy nie gryzły przedłużacza, albo węża), jakoś tak zrosłam się z tymi wiadrami i już mi się nawet nie chce niczego zmieniać tylko po to, żeby się okazało, że coś/ktoś to zepsuje. I tak nie dożyję pewnie nawet siedemdziesiątki, a jeśli nie zdechnie mój kręgosłup, to padnie coś innego, więc… Meh. Nie martw się, Aga, jakoś to będzie ;)

  • kapelusznik68

    Jak przeczytałam całość kolejny raz, to naszła mnie taka refleksja. Czy drzwi wejściowe to dalej są na tych samych zawiasach w myśl zasady, że prowizorka trwa najdłużej? Czy może nie hołdujecie głupim tradycjom i drzwi dostały nowe zawiasy? A może te nieodpowiednie po prostu okazały się odpowiednie?

    • kanionek

      Są na tych samych zawiasach, co na zdjęciu, bo… Małyżonek mówi, że w tę futrynę normalnych już nie zamontujemy. Ja już dawno myślałam o tym, żeby w ogóle te drzwi wywalić i wstawić jakieś normalne, bo z tych, grom wie jak wiekowych, to już złazi naskórek, puchną po deszczu, a chudną w upały :D, ale wisz, co się okazało? Że one są w nietypowym rozmiarze :D Poprzedni właściciel chyba miał na strychu jakieś stare drzwi i tę przybudówkę, a dokładniej futrynę w niej osadzoną, skroił właśnie pod te sakramenckie drzwi, które z założenia w ogóle nie są chyba drzwiami zewnętrznymi. A te drzwi to nie jedyne cudo, wnalazek i “ulepszenie rzeczywistości”, jakie tu zastaliśmy. No i tak się chyba zostaniemy z tymi drzwiami, dopóki cała ta “przybudówka” nie odleci z wiatrem ;) Albo z osami – okazuje się, że pod zadaszeniem tego dziadostwa też mamy gniazdo, i jeszcze jedno tuż nad oknem mojego pokoju. Dobrobyt, Pani, wszystkiego pełno!

  • kanionek

    A tymczasem w nocy rozpętała się burza i południowo-zachodni wiatr złamał nam ostatnią robinię akacjową, która leży sobie teraz wygodnie na dachu drewutni. Dach częściowo uszkodzony, ale buda jakoś stoi. Milion telefonów do leśnictwa, gminy i Straży Pożarnej żeby ustalić, kto ma się tym zająć, albowiem okazuje się, że zgodnie z przepisami właściciel posesji nie może. Nawet gdyby jeden konar spadł na ten dach, to oficjalnie my nic nie możemy.

    To be continued, może jakiś krótki wpis zrobię.

  • kanionek

    Wyżalę się Wam, no bo komu?
    Pacanek od kilku dni chodzi opuchnięty jak ludzik Michelin. Podejrzewałam, że to może być niewydolność nerek lub serca. Wezwałam weta, którego poznaliśmy niedawno, przy okazji pobierania próbek krwi. Przyjechał przedwczoraj, miał nawet przenośne USG. Znalazł serce po prawej stronie, spekulował, że może to “jakiś potworek” (miał na myśli nowotwór – on mówi do ludzi jak do dzieci), a może Pacanek połknął “jakąś drucinę” (przy drucinie już się poddałam i zapytałam, co to jest – okazało się, że miał na myśli drut), bo “wie pani, co to jest koza? Koza to jest taka mała krówka”, a krówki połykają różne rzeczy. Ja już pomijam, że koza to NIE JEST mała krówka, ma inne zwyczaje żywieniowe, jest bardziej wybredna i wiele innych rzeczy, ale przełknęłam i zmilczałam. Pacanek dostał dwa zastrzyki. Pytam jakie. “Witaminki na wzmocnienie” (po kolorze roztworu wiem, że to b-complex, więc nawet nie pytam). A ten drugi? – pytam. “Antybiotyk”. Jaki antybiotyk to już mi się nawet nie chciało pytać.
    Powiedział, że przyjedzie w środę, czyli dziś. Nie przyjechał, nie odpowiada na tel. Nie wziął kasy w poniedziałek, bo powiedział, że zapłacę mu w środę. Rozumiem zjego zachowania, że woli nie wziąć pieniędzy i się “ulotnić”, zamiast np. powiedzieć, że nie ma pojęcia co z tym Pacankiem zrobić.

    Dlaczego, kurwa, wiecznie trafiam na jakichś pajaców? To takie moje szczęście, czy okoliczna norma? Jak mnie dzisiaj wszystko wkurwia, to nie pwoiem, chce mi się wyć.

    • kanionek

      Zadzwoniłam do Łosiowej i ona tylko wzdycha, że tu nikomu się nie chce. Ma jakąś znajomą wetkę od kopytnych chyba aż z Poznania, zadzwoni do niej i może czegoś się dowiemy.

      Od kilku dni szukam informacji na własną rękę, ale jedyny zblizony przypadek (a dokładniej dwa) opisany został w jakimś niemieckim artykule (znalazłam jedynie streszczenie po angielsku na pubmedzie: https://pubmed.ncbi.nlm.nih.gov/1412428/), i nie wiadomo, co z tymi kozami się stało, czy były leczone i jak.

      • kanionek

        Wet zmaterializował się dziś rano, było trochę mniej piehdolenia i zdrobnień, Pacanek dostał chyba z 5 zastrzyków (zgadnijcie, czy dowiedziałam się jakie oraz jaka jest w ogóle diagnoza, lub chociaż hipoteza), sam pacjent ma dziś w miarę dobry humor, jabłka spod papierówki wyżarł, nać selera i pietruszki pochłonął, nawet za sianko się wziął. Kolejna wizyta ma być w sobotę, wciąż nie wiem nawet, ile jedna taka akcja kosztuje. Innymi słowy: nic nie wiem, ale jestem grzeczna i miła, bo weterynarzy, którzy w ogóle chcą przyjechać do zwierzaka, jest jak na lekarstwo.

        • mitenki

          Właśnie miałam zapytać jak z Pacankiem. Skoro ma taki apetyt, to chyba nie jest źle?
          Nie wiesz jakie dostał zastrzyki i nie znasz diagnozy…
          Tak na marginesie – dobrze pamiętam, że Pacanek to nasz macho z okładki pierwszego kalendarza?
          Nie lubię sytuacji, gdy nie wiem ile dana usługa będzie kosztowała, bo miałam przykre doświadczenia. Ale moje doświadczenia nie muszą być Twoimi, czego Ci życzę :*
          Jako i wyzdrowienia pacjenta!

          • kanionek

            Chyba nikt nie lubi takich sytuacji. Niby wiem, ile weci biorą od zastrzyku (20-30 zł, w zależności od tego, co to za zastrzyk; te witaminki są np. droższe od antybiotyków), ale ile za USG, czy choćby przyjazd, to pojęcia nie mam ile on weźmie, a i bób jeden wie, ile razy zamierza przyjeżdżać. Jeśli ta terapia ma być dłuższa, to chyba będę z nim musiała pogadać o tym, że umeim robić zastrzyki (nie lubię, ale zrobiłam ich już kilkadziesiąt przez te wszystkie lata) i mógłby mi po prostu zostawić dawki w strzykawkach i odpowiednie instrukcje.
            Jestem dziś wyczerpana, bolą mnie nogi, łeb pęka, a do tego emocjonalnie jestem sprana, jak zawsze, gdy któryś zwierzak niedomaga. Już się nie łudzę, że “kiedyś się przyzwyczaję”, tak naprawdę za każdym razem jest chyba gorzej, bo moja psycha już na oparach jedzie. Wiem, że Pacanek nie jest najmłodszy, a poza tym nikt nie jest wieczny, ale wiecie, jak to jest – byle nie dziś, nie w tym roku, może kiedy indziej… Ale “kiedy indziej” zawsze staje się którymś “dziś”. No nic, jutro będzie nowy dzień.

            Dżizas, naprawdę muszę się wybrać do okulisty i zakup nowych okularów będzie nieunikniony, bo w tych starych już nic nie widzę, a ciągłe mrużenie oczu męczy. WIem, że robię mnóstwo literówek, za co przepraszam, ale już nie mam siły poprawiać.

          • mitenki

            Jak pacjęt po weekendzie? Lepiej, mam nadzieję :)

          • kanionek

            Pacjent lepiej, stajenny gorzej. W piątek była załamka, bo Pacanek przestał sikać, cały dzień prężył się i napinał, a leciało z niego po kropelce. Myślałam, że to już koniec, cała w nerwach łaziłam za nim godzinami, myślałam że trzeba go będzie uśpić, bo wyraźnie się męczył, oczywiście powiadomiłam weta, który przyjechał dopiero wieczorem, podał zastrzyki rozkurczowe i przeciwbólowe, znowu próbował coś zobaczyć na USG (już nie tylko przez powłoki brzuszne, ale i w tyłek mu głowicę wsadził), nic nie zobaczył, kazał obserwować i pojechał. Nie spałam za wiele w nocy, bo mi nerwy nie dały. W sobotę o szóstej rano Pacanek stał jak skazaniec pod ścianą garażu, zmierzyłam mu temperaturę – tylko 37,5. Znowu za nim łaziłam czekając, aż się wysika, bo już się nie napinał i w dodatku apetyt miał jak dzika świnia (on już nawet moje ogórki zjada, w sensie owoce, czego żadna koza nigdy nie chciała), ale on poczekał do przyjazdu weta po południu i wtedy dopiero się wysikał normalnie. Wet znowu nafaszerował go lekami, pobrał krew do badania i ma być u nas ponownie dzisiaj. Chyba będę musiała swoją nerkę sprzedać, jak mi wystawi rachunek.

          • kanionek

            Taa, dzisiaj znowu nie przyjechał i ani bee, ani mee.

          • kanionek

            Dziś też się nie pojawił, ani nie odezwał. To tyle w temacie ciągłości leczenia antybiotykiem, który miał byc podawany co dwie doby, że już nie wspomnę o jakiejkolwiek etyce czy zwykłej, ludzkiej przyzwoitości. Próbki krwi pobierał w sobotę po południu i wczoraj mnie tknęło, że to bez sensu, bo niby gdzie miały być zbadane? W niedzielę w kościele? Pacanek sika, chodzi, je i się przytula, ale przednie nogi ma wciąż opuchnięte.

          • Leśna Zmora

            Niektórzy weterynarze mają tą magiczną maszynę do badania krwi w lecznicy – a nuż ten ma dostęp…

            Zdrowia dla Pacanka ❤. Jest dzielnym koziołkiem i da radę!

          • kanionek

            Może być. Tylko z jednej strony – musiałby z fiolką wrócić do gabinetu jeszcze wieczorem w sobotę, a taki poziom zaangażowania nie skleja mi się z całą resztą. Nadal nie daje znaku życia (wet, bo Pacanek żyje i żuje), i nawet jeśli zna wyniki badań, to trzyma je dla siebie :-/

            Pacanek może być dzielny i fajny (bo jest fajny; to najbardziej spoko koziołek ze wszystkich samców, jeśli nie liczyć Andrzeja), ale lata młodości ma już za sobą, a np. niewydolność nerek, wątroby, czy nowotwory, mogą się przytrafić każdemu. Jeden pożyje sto lat, inny 30, wiadomo. Pacanek nawet w okresach gdy żre za trzech, to jakoś specjalnie nie tyje, i to mnie martwi. Oczywiście był odrobaczany, trzema różnymi środkami, ma “szwedzki stół” i nikt mu w niczym nie przeszkadza, a mimo tego wszystkiego nie tyje.

          • mitenki

            Ale opuchlizna trochę zeszła?

            Ręce opadają, i inne rzeczy na takie zachowanie…

            Gdyby Pacanek był kotem, to bym stawiała na zapalenie pęcherza i przytkanie cewki moczowej nagromadzonym w nim piaskiem. Ale na kozach się nie znam.

          • kanionek

            Opuchlizna trochę zeszła, za wyjątkiem przednich nóg. Ja już niczego nie obstawiam, za wiele opcji.

          • mitenki

            I sobie uświadomiłam byłam, że kozioł z okładki pierwszego kalendarza (którego sobie Paryja w tym miejscu wymarzyła) to LUCEK.

          • kanionek

            Na którejś okładce na bank był i Pacanek – cały upiehdolony na twarzy, jak jakiś potwór z bagien ;)

          • mitenki

            Pana Nieodpowiedzialnego to należałoby gdzieś zgłosić, tyle że Ty w swojej okolicy nie masz zbyt wielkiego wyboru wetów…

          • kanionek

            Jak to powiedzial kiedyś Mariusz Pudzianowski – to by nic nie dało, nie dałoby nic (https://www.youtube.com/watch?v=cH_pJ5c–DM) ;-)
            Nie chciałam być natrętna, żeby nie wyjść na histeryczkę lub “klienta awanturującego się” (a takich, jak wiadomo, się nie obsługuje), więc zadzwoniłam dopiero dzisiaj, jeden raz. Nie odebrał, nie oddzwonił.
            Łosiowa ma ten sam, a nawet większy problem, bo wachlarz gatunków nieco bogatszy, a że codziennie przyjeżdża po mleko, tośmy już sobie powiesiły wszystkie psy na wszystkich okolicznych wetach ;) Wciąż jednak nie rozumiem o co kaman – przyjechał 4 razy, badania robił, zastrzyki dawał, kasy nadal nie wziął, nie wiem czego się spodziewać – rachunku pocztą? Znienackowej wizyty od czapy? W grudniu, po południu? Gdyby ktoś mi to opowiadał, to chyba bym pomyślała, że się dziwnych grzybów najadł :-/

  • mitenki

    “… zbratał się z psami, mieszka w kurniku, ma swoją służącą…” – ma też własny fotel bujany?

    https://kanionek.pl/wp-content/uploads/2023/07/DSC01241.jpg

    Niektórzy to się potrafią w życiu urządzić!

    • kanionek

      No ma, ma fotel bujany, trochę zdezelowany (dostałam go kilka lat temu od znajomej, która robiła porządki w altance, fotel nie miał jednego podłokietnika, o ile tak to się nazywa, i generalnie był nieco zmęczony życiem), ale trochęśmy się na nim pobujali, z tym czy innym pieskiem na kolanach, a teraz Pacanek używa go jako drapaka do różnych części ciała ;)

  • kanionek

    Pacanek umarł godzinę temu.

    • Ania W.

      Kurcze, niedobrze… Wielkie uściski, Kanion.

    • kapelusznik68

      Zaglądam, a tu od razu obuchem w głowę. Bardzo współczuję, na to nigdy nie jest się przygotowanym. Miał dobre życie kozie i nawet psie jak pisałaś wyżej ale to i tak nie wyrówna straty.

  • Becia

    Wyrazy współczucia Kamionku… Przytulam mocno.

  • Dytek

    Bardzo mocne przytulania.

  • mitenki

    Współczuję i przytulam.

  • grazalpl

    oooo
    Bardzo bardzo przytulam.

  • wy/raz

    Ściskam.

  • Ania B.

    Smutno.

  • kanionek

    Dziękuję, Kozy kochane.
    Kolejna kropelka do czary goryczy. Ja tu opłakuję Pacanka, który i tak miał życie jak w Madrycie, a przed chwilą zadzwoniła Łosiowa, na granicy załamania nerwowego, bo jest na interwencyjnym odbiorze zaniedbanych zwierząt (lekkie niedomówienie – raczej zamęczonych), że do poniedziałku musi stamtąd wywieźć 62 prawie zagłodzone na śmierć kozy… Dwa koźlaki w stanie agonalnym już ma na pace, wszystkie kozy kotne (wiadomo, z samcami bez kontroli, więc rodzą dwa razy w roku), i ona, prawie płacząc, pyta czy wezmę chociaż kilka…

    Facet, do którego gospodarstwo należy, zostawił je na rok samym sobie, ot tak, żeby sobie jakoś radziły. JA PIERDOLĘ. Zajebać właściciela młotkiem to mało. Nie ma na świecie tylu dobrych ludzi, którzy mogliby (w sensie posiadanych warunków) zadośćuczynić złu wyrządzanemu przez ludzi złych. Nie ma. Zawsze będą z tyłu.

  • mitenki

    Niewiarygodne, że można być tak bezmyślnym i okrutnym.

  • Dytek

    To takie ludzkie…………….
    .

  • Teraz wiem jeszcze więcej i to się w pale nie mieści. Tam są nie tylko kozy (około setki, bo jeszcze komórka z capkami się odnalazła), winni są również urzędnicy państwowi, którym sprawa była zgłaszana i jakoś nic z tego nie wynikło, to jest historia dla telewizji, a takich są dziesiątki, jak nie setki. Normalnie szkoda słów.

    • Becia

      To że urzędnicy zwlekają to norma wynikająca nie z tego że są źli tylko z błędu systemu. Każdy z nich będzie odebranie zwierząt gospodarskich odwlekał i sam z siebie nic nie zrobi bo musiałby te zwierzęta komuś oddać do zaopiekowania i pokryć koszty. Na 1 zwierzę środki się znajdą ale na 100. ? Podejrzewam że moja gmina zrobiłaby to samo. Ustawa o ochronie zwierząt mówi że każda gmina musi wskazać w Programie zapobiegania bezdomności zwierząt gospodarstwo rolne które przyjmie zwierzęta zagubione, porzucone lub odebrane. Żaden gospodarz nie chce się zgodzić więc to są łapanki po znajomych którzy mają nadany nr gospodarstwa. W mojej gminie to gospodarstwo agroturystyczne z szopką na 2 owce i powierzchnią pastwiska 0,15ha. No kurę lub królika wezmą ale 100 kóz? Nawet 1 krowy by nie wzięli.. Na pokrycie wszystkich kosztów związanych z ustawą o ochronie zwierząt, nie licząc schroniska dla psów, moja gmina ma rocznie przeznaczone 3000zł. Jak mówi skarbnik- albo zwierzęta albo prąd w szkole. Tak to się kończy gdy nasz kochany parlament wszystko co uchwali zapisuje jako zadanie własne gminy i nie daje na to kasy. A dla tego h… Co zostawił kozy należy się sądowy dożywotni zakaz posiadania jakiegokolwiek zwierzęcia z patyczakiem włącznie i zlicytowanie mienia na pokrycie kosztów leczenia i opieki nad nimi. Ale znając nasze sądy to pewnie dostanie 1000zł kary i na tym się skończy… :( ot polskie realia :(

      • wy/raz

        Obawiam się, że Becia ma rację. Brak możliwości finansowych, powierzchniowych, chęci, bezradności. Dzialanie naszego państwa polega na innych priorytetach. Również niewydolnie nieskutecznych, ale wymagających kasy. Tu działa statystyka. Nie wiem jak działa własność dotycząca zwierząt, dla mnie nie działa. I wlasciciel moze robić co chce, sąsiedzi robią podobnie albo nie chcą, lub nie reagują widząc bezsens informowania organów panstwowych. Pies z kulawą noga się nie zainteresuje. Nie widzi się maltretowania dzieci, to co koza? Stała, stoi, to widać radzi sobie. Zgłaszam się na matkę chrzestną zwierzątka, które weżmiesz. Tyle mogę.

        • kanionek

          Dziękuję, Wy/raz, ale jeśli będzie tak, jak to odmalowała Becia, to Łosiowa w ogóle nie dostanie pozwolenia na wywóz tych zwierząt. Powiem Wam, że wysyłala mi wczoraj fotki na bieżąco z tej akcji i ja tu chodzę jak zombie, wyprana z sił z wściekłości, że gówno mogę zrobić, a chuj złoty wie, ile jest jeszcze takich miejsc. JAK wyjść z depresji, gdy się wie i widzi takie rzeczy? Co mi się uda pozbierać (a sama też tu różne rzeczy widziałam), co sobie w głowie poukładam, to znowu, kurwa, bęc. Przepraszam, muszę się “wyłączyć”, bo tylko kurwami jestem w stanie rzucać. Łosiowa też w końcu padnie na zawał, albo z wyczerpania, bo do niej telefony napierdalają 24/7 i każdy z dzwoniących ma pretensje, że ona do gołębia nie może przyjechać, gdy akurat wisi nad połamanym w wypadku łosiem, apotem prześpi się cztery godziny i bęc – trzeba jechać do tych kóz, drobiu i jeża w klatce (“Tego jeża to se możesz wziąć, bo on mi nie chce myszy łapać” – cytat z DZIADA).

      • kanionek

        Niczego nie dostanie. Facet siedzi w pierdlu i ma jeszcze 1,5 roku do odsiadki. Zwierzęta zostawił z 90-letnim dziadem (nie dziadkiem, dziaduniem, tylko DZIADEM, u którego Łosiowa znalazła wnyki i pyta czyje to, a dziad na to, że nie jego, a ona pyta, jak nie pana, to czyje, a on wtedy: a nawet jak moje, to co mi kurwa zrobisz?). Dożywotnie zakazy posiadania zwierząt nie zadziałają, jeśli nie będą egzekwowane, a tu już chyba więcej nie muszę dodawać? Zakaz to tylko papier, tak jak i tytuł egzekucyjny, gdy nie ma z czego egzekwować.
        Sęk w tym, że odwlekanie i przymykanie oczu daje tyle, że zwięrząt nie ubywa, tylko przybywa. Kozy mogą rodzić dwa razy w roku. Za rok będzie ich tam 250, nawet jesli część padnie.
        “Jak mówi skarbnik- albo zwierzęta albo prąd w szkole” – Serio? Najlepiej do argumentacji wprowadzić dzieci, to wszystkim zamyka gęby. Ale na koncerty Zenka Martyniuka, czy inne festyny i marmurowe ławeczki to się zawsze kasa znajdzie. W sumie to nie chce mi się gadać. Chce mi się rzygać. (To nie jest uwaga osobista do Ciebie, Becia).

  • Becia

    Wiem kochany Kamionku. Gówna wszędzie pełno ale jak dobrzy ludzie się załamią i przestaną czynić tą odrobinę dobra to świat przyjmie gówno za normę i ono nas zaleje. Ja ostatnio uratowałam 3 małe życia i cieszę się z tego mimo iż wiem że to kropla w morzu potrzeb. A jeśli Pani Łosiowa działa w TOZie to oficjalnych pism od nich gmina nie może odrzucić i chociaż coś zadziałać musi. Do tego uruchomienie mediów . Jest rok wyborczy, może wójt nie będzie chciał mieć negatywnego pr- u. Tylko kto zaopiekuje się taką iloscią kóz na cito… Trochę teraz krecę się przy tych sprawach i wyrażam szczery podziw dla Pani Łosiowej i wszystkich wolontariuszy pracujących że zwierzętami, to katorżnicza robota. To oni są promykiem światła w tym gównianym świecie który pozwala wierzyć że ludzie mają jeszcze serca na własciwym miejscu. Ja mam u siebie Panią Grażynkę , Anioła od zwierząt, który potrafi czynić cuda. A zło było i będzie zawsze, niestety.

  • kanionek

    Kozy kochane, krótko, bo padam, ale wiem, że się martwicie. Łosiowa zwiozła, na razie do siebie, chyba 45 matek z koźlętami, musi wszystkie odrobczyć, są zawszone, część ma zapalenie cyków, domyslacie się, jak to wygląda. Ja… Ja się wykańczam tradycyjnie, nagła choroba i śmierć Pacanka plus ta akcja u Łosiowej podkopały mi psychę, co u mnie powoduje problemy ze spaniem, pękający łeb i ogólne poczucie bezsensu, szkoda gadać, a dziś rozleciał mi się prawy staw barkowy,pewnie z ogólnego przeciążenia, boli jak Sam Skurvenson, wzięłam ibuprofen, żeby chcoiaż trochę ulżyło i żebym mogła dzisiejsze sery dokończyć, no to rozbolał mnie żołądek, jak to u mnie po NLPZ-tach, i tak to. Tabletki już nie działają i ledwie ruszam ręką. Generalnie nie jest to chyba mój najlepszy okres w życiu. Oby jutro było lepiej z tą ręką. Trzymajcie się, Kozy :-*

  • Becia

    Trzymaj się Kamionku.💚

  • Dytek

    Zdrowia i wytrzymałości,

  • mitenki

    Mam nadzieję Kanionku, że jest lepiej… Choć trochę?

  • Willow

    W dupę jeża. Najpierw wygrzebywałam się z doła, potem nie miałam dostępu do internetów, wchodzę i o. Masakra, brak mi słów
    Kanion, słońce moje, mam nadzieję, ze trochę doszłaś do siebie. Przytulam mocno.

  • kanionek

    Kozy kochane, z ręką już lepiej (i to jest wielkie UFF!), z psychą różnie, ale przynajmniej zapiehdol w normie, wiadomo – sierpień. Przyjechało ponad pięć ton ziarka, Małyzonek miał sobie rozłożyć targanie worków do Różowego na trzy dni z przerwami, ale z uwagi na ryzyko nagłych burz, wziął się i w dwa dni to wszystko przetachał, w tym wczoraj ponad 3 tony. Upał daje się we znaki, wymiękamy my i zwierzaki, mam cyrk z kaczkami, bo kaczory chcą w amory, a dziewczyny mają już dość (toć już sierpień, nie czas dzieic robić), więc przełażą przez oczka siatki wszędzie tam, gdzie wcześniej Pacanek uszkodził moje zasieki z siatki na krety, i każdego dnia ganiam za którąś skaczącą a to po łące, a to po podwórku. Pomidorów przerobiłam 20 kg, a to nawet nie połowa, ani jedna trzecia tegorocznego plonu, bo jak jedno niedomaga (arbuzy, cebula, czosnek…), to drugie wynagradza klęską urodzaju. Zaraz trzeba będzie rwać pierwsze buraki i część selerów, ogórki kiszę co drugi dzień, ale na szczęście złapały chyba to samo, co arbuzy, więc niedługo chociaż z nimi będzie koniec i święty spokój :D
    Dramat z sianem. DRAMAT! Nie pierwszy raz słyszeliśmy narzekania, że oj, w tym roku będzie mało i drogo, i zawsze jakoś dało się znaleźć dużo i taniej od średniej, a w tym roku jest jakaś katastrofa. Siano zdrożało o 100%, STO PROCENT! I już prawie nikt nie sprzedaje, chyba że po 180 zł za balot (takie ceny u handlarzy, którzy masowo skupują baloty u rolników po 90 zł i sprzedają drożej). Jutro gadamy z naszym dostawcą sprzed dwóch lat, w sprawie balotów z potrawu. Nawet potraw, który jest mniej wartościowy od pierwszego pokosu, będzie po 100-110 zł za balot… A w ub. roku kupiliśmy po 55 zł + transport. Dramat, tragedia, katastrofa i chujnia z grzybnią. Gadaliśmy też z innym rolnikiem, który jeszcze nie wie, czy sprzeda siano, bo jak mu za mało słomy wyjdzie ze żniw, to będzie krowom ścielił sianem, bo słomy też nie opłaca się w tym roku kupować :D A to jego siano sam nazywa “takim gorszym” i za to gorsze też chce 110 zł. Ale co zrobisz? Nic nie zrobisz. Śniegiem kozy nie nakarmisz.
    No więc tak to – roboty huk, a zmartwień jeszcze więcej.

  • Willow

    UFFF Jesteś <3
    dobrze że ręka lepiej, reszta jak zawsze się unormuje powoli.
    Ceny faktycznie przerażają, ale co panie zrobisz. I ta pogoda durna- leje i leje, czereśnie se radośnie pogniły na drzewie, jabłka se gniją rosnąc … koperek wytłukło w cholerę
    za to mam nowego kota ;) przypętał się taki czarno-biały biedak, chudzina jak nie wiem co… to dostał miskę, imię i tak sobie jest
    trzymaj się ciepło

    • kanionek

      Ja też właśnie dostałam miskę, a raczej sama sobie odgrzałam obiad (ostatnio nie jem wcześniej, niż o 21:30 – nie wyrabiam się ze wszystkim w czasie), i dopeiro teraz się dowiedziałam, że nie posoliłam ziemniaków oraz zapomniałam o kotletach dla siebie. Jestem zmęczona. Byłam dziś u weta z Laserem, może jednak da mu się zrobić te zęby, na razie jest na antybiotykach. U nas upały po 30 stopni w cieniu, wymiękamy. Pomidory nagle zaczęły dojrzewać masowo jak głupie i nie wyrabiam już z tym wszystkim, może część uda mi się sprzedać. Dobra, nie marudzę.

  • wy/raz

    Może to głupie, ale szukaj po olx, gratce w okolicy. Może nawet z transportem będzie taniej. Rozwieś kartki kupię/przyjmę. Może się uda. Albo kozy z FB niech puszczą w okolicy. Nie jestem rolnikiem ani sadownikiem, ale kurczę coś musi uzasadniać cenę, po za tym, że mozna. Niestety po cenach skupu w tym roku i poprzednim może ludzie chcą sobie odbić. Covid, wojnę. Propagandę Sukcesu. W zeszłym roku było chyba 50%, w tym 100%. Tragedia i ch… I tu rolnicy ze wszelkimi mozliwymi dodatkami i Wy. Nie wiem jak wielle Kóz wie, że to co robi Kanionek nie daje prawa do bycia rolnikiem/hodowcą.

    • wy/raz

      Nieprecyzyjnie napisałam, Państwo nie traktuje w ten sposób.

      • kanionek

        Ceny podobno wynikają z suszy. Jak ludziom z hektara łąki wyszło 5 balotów zamiast 15, to mnie te ceny nie dziwią, a większość rolników robi sianio przede wszystkim dla swoich zwierząt, a sprzedają nadwyżki. Na olx i lokalnych portalach zawsze szukamy, to jest oczywista oczywistość, i jak zawsze było tego po uszy i sobie jeździliśmy oglądać które lepsze, tak teraz po prostu nie ma, a jak jest i zadzwonisz, to się okazuje, że to nie jest siano paszowe, tylko… ściółkowe, albo inny problem. Uwierz, my też przecieramy oczy ze zdumienia, że po prostu NIE MA, albo znika na pniu. Absolutnie każdy, z kim rozmawialiśmy, mówi że jest dramat. Kartki “kupię siano” to już lepiej dać kozom do zjedzenia, serio, bo to absolutnie tak nie działa, że idzie sobie rolnik drogą, widzi kartkę na słupie/drzewie/witrynie sklepowej i myśli: o, ktoś chce kupić, a ja akurat mam siano! :D A już zwłaszcza w tym roku, gdy większość miała siano zarezerwowane jeszcze zanim prasa do balotów dobrze ostygła. Nieważne. Jest promyk nadziei, że wyrwiemy 80 balotów w cenie 120 za sztukę, ale pewność będę miała dopiero za 10 dni.
        Nie możemy też brać niczego w ciemno, bo każdy powie przez telefon, że “dobre”, a potem masz ponad 20 ton spleśniałego lub w inny sposób chujowego siana do wywalenia nie wiem gdzie i nie wiem czyimi rękami, bo my już na pewno nie damy rady. O kosztach już nie wspomnę. Musimy więc za każdym razem jechać na miejsce składowania balotów i je sprawdzić. Transport to kolejna kwestia – jeden kurs po 20 balotów – 450 zł. Kwestia załadunku i rozładunku. To wszystko musi być dogadane przez trzy strony (my, sprzedający i transportujący), i nie ma wielkiego problemu, gdy siano po prostu jest, jak nie tu, to gdzie indziej, a sprzedającemu zależy na tym, żeby je pogonić jak najszybciej, ale w tym roku nie ma, więc jesli już coś namierzysz i pojedziesz sprawdzić, a transport akurat nie ma czasu, to sprzedający dzwoni za trzy dni i mówi, że ma już innego kupującego, który bierze od ręki.
        Dobra, jestem zbyt zmęczona i piszę chaotycznie. Idę spać, trzymajcie się Kozy.

        • kanionek

          Wyspałam się jak człowiek, bo aż 7 godzin, i od razu lepiej. Sprzedałam dziś 20 kg pomidorów (z dzisiejszego zbioru wyszło 24 kg), to mi się przynajmniej inwestycja w folię na tunel od Żozefin zwróciła, a kolejne sobie dojrzewają i pewnie też je sprzedam, bo przecieru z poprzednich 20 kg już mam, a kasa w tym roku potrzebna bardziej, niż powietrze do oddychania. Pomidory w tym roku naprawdę piękne i plonowanie obfite (na krzaku Mammoth German Gold urósł chyba mój rekordzista – 830 gramów!), a bałam się, że mi ta ubiegłoroczna choroba (szara pleśń) przeżyje na jakichś resztkach i będzie powtórka z masakry, a tu taka miła niespodzianka. Być może selery i buraki też sprzedam, bo nawet dobrze jadą po okresie deszczów, choć te z drugiego siewu już widać, że mają za mało wody w gruncie. Serio myślałam, że to wszystko wina kretów, ale jednak nie doceniłam mocy tegorocznej suszy. Woda z ziemi autentycznie odpłynęła, jakby kto kurek z wanny wyciągnął.

          Cieszę się, że mamy ziarko :) I że po 800 zł za tonę, a nie tysiąc lub więcej. Oby się udało z tym sianem, które wczoraj oglądaliśmy, bo choć jest mało zróżnicowane gatunkowo, takie bardziej pod krowy, to przede wszystkim suche, pachnące, no i tak ciasno zwinięte, że ciężko rękę wsadzić głębiej, niż po nadgarstek, a to oznacza większą masę balotu, i może te 80 wystarczy do następnych sianokosów, a jak nie, to dokupimy takiego, jakie się tylko znajdzie, na przetrwanie. Kozy już dopieszczam arbuzami (niedojrzałe dostają w całości, a z dojrzałych skórki z odrobiną miąższu – i tak wolą te skórki, niż słodki miąższ, bo kozy są dziwne), dynie rosną jak głupie, choć już je bierze mączniak i trochę mdleją im liście w ten upał, ale i tak będą duże i dużo, jabłka z dzikich jabłoni spadają dziesiątkami, moje też obrodziły w tym roku, jestem dobrej myśli. Na tyle, na ile mogę ;)

    • kanionek

      Muszę to jednak sprostować, bo Kozy się martwią – jestem jak najbardziej w rozumieniu prawa rolnikiem (hodowca wchodzi w definicję rolnika), mam przecież nadany nr gospodarstwa ROLNEGO, producenta rolnego, a moje kozy muszą być rejestrowane i łazić z kolczykami. Nie wiem do jakich dopłat nawiązujesz, ale fakt, rolnik uprawca może ubiegac się o odszkodowanie z tytułu suszy (musi też, o ile wiem, udowodnić, że poniósł straty wskutek klęski żywiołowej, czy coś), być może rolnik hodowca też np. w przypadku, gdyby tornado porwało mu stado owiec, ale ja akurat w tym przypadku nie mam czego żądać. Może masz też na myśli dopłaty do ziemi i tu fakt, że część rolników ma spore obszary np. łąk, za które biorą dopłaty, a potem jeszcze sprzedają siano na tych łąkach pozyskane, no i znam gościa, których z samych dopłat do ziemi mógłby w sumie leżeć i nic nie robić całe życie. My mamy śmieszne 1,5 ha, to i groszki do tego odpowiednie :D Pardon za skrótowość, zarobiona jestem. Zaraz przyjeżdża babka po 35 kg pomidorów! Już mam łącznie prawie 90 kg zebrane, a jeszcze dojrzewają.

  • mp

    A jest jakaś szansa na zamówienie cammemberków ? I w ogóle wepchnąć się w jakąś kolejkę po sery ? Może być sprzedaż wiązana z selerami, te z lat ubiegłych- i sery, i selery- były rewelacyjne…

    • kanionek

      Selerów co prawda dużo i normalnie to już pewnie bym je wyrywała, ale u nas ciąg dalszy suszy, niestety, znowu od dawna nie padało, i selery stanęły w miejscu z masą korzenia. Ale pewnie, małe też mogę sprzedać :D Już trzy na próbę wzięłam do domu i są bardzo selerowe, chyba smak się skoncentrował z braku wody :D
      Po camemberty można stanąć w kolejce, ja generalnie jestem gotowa jeśli chodzi o wymagane bakterie i pleśnie, tylko niech upał trochę odpuści, bo nawet w piwnicy mam za ciepło na dojrzewanie. Inne sery można zamawiać, ostatnie zamówienie realizuję i wyślę w poniedziałek, więc nawet kolejki nie będzie, a jeśli nie będziecie zamawiać, tozacznę nadrabiać zaległości w długodojrzewających, żeby do świąt zdążyły dojrzeć, bo na tę chwilę to mam ledwie 2 sztuki Derby (musiałam, bo szpinak zaraz będzie kwitł, a mięta powoli zwija interes).

  • kanionek

    Ja to mam szczęście.
    Jutro ma przyjechać siano, więc oczywiście deszcz pada niemal bez ustanku. Dziś, jakos po 19-tej, Małyżonek poszedł dokończyć koszenie na podwórku pod te baloty, bo akurat była dziura w chmurach, a ja przewinęłam ser pod prasą i poszłam rozmontować kawałek pastucha na łące, żeby facet miał jak wykręcać ciągnikiem z długą przyczepą. Cisza, spokój. Poodstawiałam kilka słupków, pozwijałam druty, myślę sobie – jeszcze to zielsko na poboczu trochę udepczę, żeby było widać którędy jest miejsce do zawracania. Udeptuję, udeptuję… Coś mi zaczęło bzyczeć koło ucha, to machnęłam ręką (tu jest zatrzęsienie gryzących much różnych gatunków), ale czuję, że dziabnęło mnie w nogę, no to plasnęłam się ręką w nogę, ale bzyczenie znów pojawiło się koło mojej głowy i dostała strzał w szyję, no to zaczęłam machać rękami jak wiatrak i oddalać się z miejsca zajścia, dostałam kolejny strzał w szyję i potem w głowę… Nawet po dotarciu na podwórko nie kapnęłam się, że to były osy. Jedną z włosów wyciągnął mi Małyżonek, dwie ze mnie spadły już w domu. Mam dwa dziabnięcia na szyi, jedno na nodze, i niew iem ile na głowie nad prawym uchem, bo tam były trzy osy i grom wie ile razy zdążyły mnie pożądlić. No to kurwa świetnie. Ja akurat dosyć puchnę po użądleniach os i bardzo długo to boli i schodzi, a tu na dodatek miejsca użądleń takie pechowe, a jutro ten cyrk z sianem. Ja to mam szczęście.

    • kapelusznik68

      O ja prdl. Ale pech, bardzo współczuję. Musiałaś im “nadepnąć na ogon”. Pewnie całe lato spokojnie siedziały a tu nagle ktoś zaczyna deptać po nich.

      • kanionek

        Tak, ewidentnie mają gniazdo pod ziemią, podejrzewam że nie tylko w tamtym miejscu. Już raz mi Łosiowa zakomunikowała, że jak stała u mnie pod bramą (znaczy siedziała w samochodzie, na szczęście), to cały samochód zbombardowały jej osy. Jakoś wtedy nie wzięłam sobie tego do serca, tu przecież zawsze było pełno os, szerszeni i gryzących much.
        Myślę, że nie zepsułam im tego gniazda zanadto, bo gdybym “lepiej” nogą trafiła, to ze dwieście os goniłoby mnie aż do podwórka.

        • kanionek

          No, to dzisiaj dwa transporty siana sprasowały, jak podejrzewam, to wrogie gniazdo os na wafelek nadziewany jadem, bowiem facet skwapliwie skorzystał z wykonanej przeze mnie wyrwy w ciągłości pastucha i sobie tamtędy wjeżdżał, zawracał, kołował i ósemki kręcił.
          76 bardzo ciężkich balotów plus jeden kolos, prawie o połowę większy od standardowego, kosztem pleców i innych części ciała Małegożonka – poustawiane na podwórku. Mamy sianko, mamy ziarko! I gołą dupę, ale to już mniejsza z tym, sianko i ziarko to podstawa. Jeszcze czekamy na spadek cen opału.

          • mitenki

            Czyli żarełko dla koziego stada jest :) Pokaż baloty, zwłaszcza tego kolosa!
            Jak Twoja noga? Może jednak cebula?
            Co do bycia kosmitą, to jest nas dwie :D Do dziś pamiętam lato na działce u cioci (a byłam wtedy nastolatką), gdy ciocia się dziwiła: “Komary, jakie komary dziecko? Tu nigdy nie było komarów”. A ja miałam po ugryzieniach bąble wielkości pięciozłotówki.

          • kanionek

            Pokażę, pokażę, zdjęć mam oczywiście na 10 wpisów, tylko wpisu żadnego. To znaczy miałam, ale potem umarł Pacanek i jakoś mi się dobry humor skończył.
            Mam dzisiejszą fotkę z Pasztecikiem na kolosie (cesarz złoty na najwyższym tronie, a jakże), może jeszcze we wrześniu ją zobaczycie :D

            A propos komarów, to tu jest ich zawsze zatrzęsienie, i to kilku gatunków. Teraz sezon mają takie małe dupki, naprawdę mikrusy, ale dziabią zajadle, nie boją się odganiania, nie lękają słońca w samo południe i generalnie do kolekcji z siniakiem na nodze mam “wysypkę” z ukłuć po komarach. Cebuli szkoda na okłady, w tym roku plon znacznie obniżony przez chorobę ;)

  • mitenki

    Ależ pech! Mam nadzieję, że nie jesteś uczulona.
    Koleżanka, której po ukąszeniu osy wyrastała wielka śliwa, przykładała krążki cebuli, żeby obrzęk szybciej zszedł. Może i Tobie pomoże?

    • kanionek

      Kilka lat temu po użądleniu przez jedną osę, chyba w łydkę, miałam taką opuchliznę, że nie mogłam normalnie nogi zginać, a potem wyszedł mi pod skórą taki siniak, jakby mi ktoś kijem do bejsbola przywalił :D O ubiegłorocznym użarciu przez szerszenia nie wspomnę, brrr…
      Ale uczulona nie jestem, w sensie reakcji anafilaktycznej, odpukać!
      No i pomogły mi okłady z mrożonek :)

      • kanionek

        Dzisiaj noga nieco zgrubła ;), rumień ma 12 cm średnicy, a skóra w jego obrębie przypomina kawał twardej słoniny. Małżonek patrzy na mnie jak na kosmitę, bo jemu się nigdy takie gówna nie dzieją :D

  • mp

    Współczuję, pewnie boli koszmarnie, a gospodarstwo samo się nie obrządzi :( Ot, uroki życia bliżej natury, o których rzadko się pamięta. Może tak na zaś to poproś lekarza o wypisanie ampułki z adrenaliną, na wszelki wypadek, a doraźnie to coś przeciwuczuleniowego można wziąć i smarować żelem antyhistaminowym. Ponoć chłodny okład z wody z octem też pomaga, ale to pewnie zaraz po użądleniu.
    Oby chociaż z sianem było wszystko w porządku i jedną pozycję z jesiennej check listy można było odhaczyć.

    • kanionek

      Ech, no jeszcze nie. Lało od rana do popołudnia, więc facet nie przyjechał, i to chyba dobrze, bo nie wiem czy by nie ugrzązł po drodze. Tak długo było tak sucho, żę ziemia teraz nie weźmie tyle wody tak szybko, na drodze jeziora, na polach jeziora. Może jutro się zdecyduje, a jak nie, to pojutrze już chyba będzie musiał zaryzykować, bo jesteśmy na ostatnim balocie :(

      Jesli chodzi o te użądlenia, to wczoraj mnie właśnie olśniło, że przecież okłady z lodu! NIGDY tego nie próbowałam, nie wiem, jakieś zaćmienie mózgu, a wczoraj wzięłam mrożonki, zawinęłam w szmatki, i jedną ręką przykładałam do tych kilku miejsc nad prawym uchem, a drugą do tych na szyi. Na nogę już mi rąk nie starczyło, i wiecie co? To na nodze wygląda najgorzej, opuchnięte i z dużym rumieniem, a te na durnym łbie i szyi o wiele lepiej! Co mnie niezmiernie cieszy, zwłaszcza że zdążyłam wczoraj wyczytać, że nawet osoby nieuczulone powinny udać się do lekarza w przypadku użądlenia nawet przez jednego owada “w okolice głowy i szyi”. Spałam jak na rozżarzonych węglach i budziłam się dwa razy w nocy, upewniając się, że nie spuchłam jak balon :D
      Niew iem, może okłady z lodu szybko zaaplikowane pomogły, a może szczęściem głupiego skończyło się nie tak strasznie.

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *